Monday, 29 December 2014

Podsumowanie roku 2014

Za chwilę kończymy rok 2014. Nie mam pojęcia jak to możliwe, przecież dopiero co był styczeń, pamiętam mojego ostatniego Sylwestra jakby to było wczoraj. Ten rok minął mi tak niesamowicie szybko, że podejrzewam tu działanie sił nieczystych lub wystąpienie jakichś dziur w czasoprzestrzeni. Nie wiem czemu tak jest, ale aktualnie staram się z tym handlować pogodzić. To było dziwne 365 dni, nie potrafię stwierdzić czy był to udany rok, czy nie, ale wydarzyło się w nim parę naprawdę miłych rzeczy, więc koniec końców zaliczyłabym go na plus.
Ale chciałam się teraz skupić na popkulturowym aspekcie 2014, a więc na wydanych w tym roku komiksach, książkach, gra czy filmach. Chciałam to tak krótko omówić (będą punkty!), napisać o tegorocznych premierach i moich wrażeniach. 

  • Tyle dobra w kinach
    W przeciwieństwie do większości kategorii, tu akurat nie mam żadnego problemu ze wskazaniem swojego absolutnego faworyta. "Grand Budapest Hotel" Wesa Andersona z miejsca został jednym z moich ulubionych filmów evah, a kolejne seanse tylko utwierdziły mnie w przekonaniu, że to prawdziwe arcydzieło. Ten rok był też obfity w produkcje superbohaterskie - mieliśmy nowych X-Menów, nowego Spidey'ego, nowego Kapitana Amerykę, Strażników Galaktyki i Wielką Szóstkę - większość z nich była co najmniej przyzwoita, a wychodzę z założenia, że im więcej filmów o herosach w trykotach, tym lepiej. 2014 przyniósł też prześwietne Lego Movie, to zdecydowanie plus. 
  • Seriale pełne komiksów
    Dostałam w tym roku trzy komiksowe seriale, co oczywiście cieszy mnie niezmiernie. Nie wszystkie wyszły tak dobrze, jak oczekiwałam, ale to mniejszy problem, i tak oglądam je z przyjemnością. W tym roku nastąpił też debiut dwunastego Doktora, na który czekałam w napięciu od ostatniego świątecznego speciala. Zawiodłam się na nim ogromnie, jak i na całej ósmej serii DW, niestety. Niesmak po tym niweluje jednak absolutnie cudowny "Fargo", zdecydowanie jeden z najlepszych seriali, jakie widziałam. Poza tym jest jeszcze jakiś milijon seriali SF, którymi nagle tak obrodziło, a które wiszą na mojej liście do obejrzenia, ale jakoś nie wydają się szczególnie interesujące. Cóż, będzie co oglądać, kiedy inne serie się pokończą.
  • Image wygrywa rzeczywistość
    DC i Marvel dokonały w tym roku kilku intrygujących, mniej lub bardziej trafionych wyborów (jak choćby Thor-kobieta, śmierć Wolverina i paru Robinów, wspaniała Spider-Gwen) oraz wypuściło parę udanych serii - nowa Ms Marvel, Batman Eternal czy Multiversity. Dla obu uniwersów był to rok burzliwy, ale jestem raczej zadowolona z efektów. Nijak ma się to jednak do tegorocznych premier Image Comics, ponieważ te były naprawdę genialne. Dostaliśmy pełno świetnych serii z mnóstwem ciekawych postaci kobiecych, a wiec coś, czego czasem brakuje w dwóch wspominanych wcześniej wydawnictwach. Mamy wspaniałe "The Wicked + The Divine", urocze "Rat Queens", "Sex Criminals", "Copperhead" czy świeże, dopiero co zaczęte "Bitch Planet". To był zdecydowanie udany okres.
Chciałam napisać jeszcze o grach i książkach, ale nie bardzo wiem co. Znaczy, z książkami mam ten problem, że w ogóle ich nie śledzę i nawet nie wiem, co wyszło w tym roku. Ogólnie, zazwyczaj czytam to, co wpadnie mi w ręce, a raczej rzadko są to nowości. Z grami z kolei jest tak, że wyszło ich sporo, większość naprawdę interesująca, ale jak na razie, nie sprawdzona przeze mnie. Z tegorocznych nowości mogłabym wspomnieć tylko o This War of Mine, które już zrecenzowałam, oraz Dragon Age'u i nowościach od Telltale, które mam zamiar zrecenzować. Dlatego zostawię to po prostu na inną notkę. 

A teraz taka króciutka lista moich postanowień noworocznych (mniej lub bardziej) związanych z różnymi nerdowstwami:
  • Nadrobić komiksy z New 52. Śledziłam i wciąż śledzę sporo nowych serii, ale znaczną większość porzuciłam po pierwszych paru zeszytach. W nadchodzącym roku chcę się za nie zabrać i przeczytać je, zwłaszcza te już zakończone. W końcu wypada być na bieżąco ze wszystkim, co dzieje się w uniwersum. 
  • Zapoznać się z klasycznymi i kultowymi horrorami. Nigdy nie byłam miłośniczką tego gatunku, ale wydaje mi się, że wypadałoby to zmienić. Chcę obejrzeć wszystkie te serie, które zna każdy, a których ja nie miałam okazji obejrzeć. Mówię tu zarówno o typowych horrorach, jak i o różnych pastiszach czy innych wymysłach. 
  • Przeczytać książki zalegające na półkach. Przynajmniej kilka, kilkanaście. Nazbierało się ich całkiem dużo, a jakoś nie mogę się za nie zabrać. Muszę to w końcu zrobić, stąd zainteresowałam się wstawianym przez Moreni wyzwaniem, polegającym na czytaniu książki miesięcznie. Nie będę wybierała ich teraz, ale mam zamiar właśnie sprawdzać przynajmniej jedną z nich w miesiącu. Może się uda.
  • Odwiedzić przynajmniej trzy konwenty, może przygotować panel. W tym roku było to jedyne postanowienie noworoczne, które mi się powiodło. W 2015 chcę to powtórzyć, a najlepiej pójść jeszcze dalej. Dwa konwenty to minimum, myślałam o powtórzeniu Pyrkonu i Falkonu, a także pojechaniu na Polcon i Serialkon, o ile druga edycja się odbędzie. Może po drodze wpadnie coś jeszcze, zobaczę. Dochodzi jeszcze kwestia prelekcji, marzy mi się jakiś taki mały panelik związany z rodzinką Batmana, czy czymś takim. Nie jestem pewna, czy podołałabym samej, ale mam nadzieję, że jakoś się uda. 
  • Pisać, pisać, pisać. To mniej popkulturalne, ale też jakoś się wiąże. Muszę zabrać się za pisanie moich opek, i to tak porządnie, Przez 2014 nie udało mi się napisać właściwie nic, ale spędziłam sporo czasu na reserchu i przygotowywaniu gruntu pod pisanie. Muszę to wykorzystać i napisać przynajmniej jedno całe opko. To postanowione. 
  • Zacosplayować, przynajmniej raz. Coś, z czym  zbieram się już od dawna. Mam plany, mam nawet zaczęte stroje, muszę się tylko zawiać i to zrobić. 
To byłoby chyba na tyle. Myślałam, czy nie zawrzeć tu jeszcze nadrobienia klasyki seriali SF, ale sama nie wiem, czy dam radę. Podchodziłam do Star Treka jakiś czas temu, ale efekt był marny. Ale zobaczymy, może to też wyjdzie. W każdym razie, priorytetem jest ta lista wyżej. 

A czy dla Was, moi nieistniejący czytelnicy, był to udany rok? Macie jakieś postanowienia na kolejne dwanaście miesięcy, jakieś plany? Możecie komciać, wiecie, nie mam nic przeciwko. 

Saturday, 27 December 2014

Stosik #2

Ostrzegałam, że notki tego typu będą się tu pojawiać co jakiś czas. Mam nadzieję, że nikomu to nie przeszkadza, ale naprawdę lubię chwalić się moimi książkowymi (tudzież innymi) zdobyczami, a ten blog to jakby idealne miejsce na to. Dlatego też dziś piękny stosik z moimi łupami grudniowymi. 



Tym razem focia w ciut lepszej jakości, robiona prawdziwym (!) aparatem

Nie jest jakoś szczególnie powalający, wiem. Niestety, nie zostałam obdarowana tak wielką ilością książek, jak przewidywałam, więc w stosiku brakuje paru tytułów, na które polowałam i które znalazły się w moim liście do Mikołaja. Przykre to, ale uważam, że to wciąż całkiem niebrzydki stosik.


  • "Lisowczycy. Łupieżcy Europy" Henryka Wisnera - wpadłam na nią w złym i szatańskim Empiku podczas ostatnich zakupów. Wyjątkowo szczęśliwym zbiegiem okoliczności, bo akurat potrzebowałam czegoś w tych klimatach w ramach riserczu do mojego ksioopka. 
  • "Front burzowy" Jima Butchera - pierwszy tom cyklu, na który czaiłam się od bardzo dawna. Zaczęłam nawet czytać, parokrotnie, ale rezygnowałam. Wersja papierowa powinna podejść mi lepiej, więc pewnie w końcu to skończę. 
  • "Pod Anodynowym Naszyjnikiem" Marthy Grimes - jakiś przypadkowy kryminał, znaleziony na książkowym outlecie. Kojarzę autorkę z innej części jej serii, której jednak nie doczytałam do końca - nie była zbyt porywająca. Ale hej, kosztowała grosze, szkoda było nie wziąć. 
  • "Jezioro" Arnaldura Indriðasona - książka jeszcze bardziej przypadkowa niż poprzednia. Ot, jakiś kryminał, ale zainteresowała mnie akcja dziejąca się na Islandii i cena.
  • "Czerwień na czerwieni" Wiery Kamszy - pierwsza część serii, którą zainteresowałam się przez pewnych złych ludzi z pewnego złego forum. Zaczęłam czytać w wersji elektronicznej, ale kiedy zobaczyłam książkę w antykwariacie, po prostu musiałam ją kupić. Przepłaciłam, noale. 
  • "Szczurobójca" Sławomira Orłowskiego - nie wiem co to, kto to, nie wiem nic, ale kosztowało dwa zeta. Żałosne, wiem. Nie zaczęłam czytać, ale opis brzmi kiepsko. Jeśli okaże się naprawdę złe, może nawet skuszę się na reckę. 
  • "Wojna Goebbelsa. Triumf intelektu" Davida Irvinga - w ramach mojego wybiórczego zainteresowania historią. 
  • "Księga cmentarna" i "Amerykańscy bogowie" Neila Gaimana - dwa prezenty świąteczne. Cudowne prezenty, bo Gaiman jest zdecydowanie jednym z moich ulubionych autorów, mimo tego moja kolekcja jego książek jest wciąż za mała. 

Nie wiedziałam, czy dodać do stosiku, w końcu to nie książka... ale musiałam się pochwalić, o.

Cóż, to by było na tyle. Zapraszam do dzielenia się opiniami o książkach i tak dalej. 

Thursday, 25 December 2014

Recenzja "In Time"

Święta świętami, ale filmy same się nie obejrzą. Jako że ostatnio mam sporą fazę na Cilliana Murphy'ego, spisałam taką małą listę filmów, które mam zamiar przez niego obejrzeć. Skreśliłam z niej dopiero kilka tytułów, w tym widziane wczoraj "In Time". Nie był to seans zbyt przyjemny i właściwe jedyną jasną stroną była obecność wyżej wspomnianego aktora, ale całość ma jedną znaczącą zaletę - byłby z tego genialny drinking game, polegający na piciu za każdym razem, kiedy z głośników słyszymy słowo "time". Prawdopodobnie prowadziłaby do śmierci po pierwszych pięciu minutach, noale. 

Akcja filmu ma miejsce w nieokreślonej przyszłości, w której radzieccy amerykańscy naukowcy uczynili ludzi nieśmiertelnymi. Polega to na tym, że po osiągnięciu dwudziestego piątego roku życia ludzie przestają się starzeć, ale zostaje im tylko rok życia - jeśli chcą mieć więcej czasu, mogą go sobie dokupić, zarobić, wygrać w pokera czy cokolwiek. Czasem płaci się tu za kawę, za podróż autobusem, za wszystko, co oczywiście doprowadza do śmierci większości osób w tydzień po skończeniu dwudziestki piątki. Po przeczytaniu tego możecie odnieść wrażenie, że nie ma to absolutnie żadnego sensu i jest, krótko mówiąc, idiotyczne. Jeśli tak pomyśleliście, to macie stuprocentową rację, oczywiście. Świat przedstawiony w "In Time" jest niesamowicie głupi, a jego jedynym celem jest pokazanie nam, jak bardzo ludzie i System (dum dum duummm) są zepsuci i źle, bo zamiast dzielić się czasem z innymi trzymają go dla siebie. Nigdy wcześniej tego nie słyszałam, dzięki, filmie.

Głównym bohaterem jest Will Salas, zupełnie przeciętny i nieciekawy gość żyjący w biednej części świata razem ze swoją matką. W wyniku oddziaływania imperatywu jego bohaterskiej postawy, Billy zostaje obdarzony całym czasem jakiegoś bogatego, znudzonego życiem faceta. Przenosi się więc do lepszej strefy i poznaje tam Sylvię, córkę jakiegoś innego dzianego bubka. Po zamienieniu z nią dwóch słów i pokazaniu jej, że życie jest piękne poprzez pływaniu nago w oceanie, para ucieka w świat i zaczyna bawić się w Robin Hoodów. Nieco przeszkadza im w tym niejaki Strażnik Czasu, grany przez Cilliana Murphy'ego.
Nie rozpisujac się zbytnio: nie brzmi to jakoś szczególnie pasjonująco, podane jest marnie, całość raczej nudzi. Jakimś cudem historia i tak jest tu jednym z mocniejszych punktów.

Mogłabym powiedzieć, że Cillian wygląda dobrze w tym filmie, ale byłoby to tragiczne niedomówienie.
Film mógłby zostać uratowany przez bohaterów, ale podejrzewam, że po zdaniu opisującym Willa wiecie już, czego się spodziewać. Postacie w tym filmie są okropnie marne. Główny bohater jest nijaki, pałęta się po ekranie jakby sam nie wiedział po co, no i jest grany przez Justina Timberlake'a, co wiąże się z dość specyficznym głosem, który niektórych (np. mnie) drażni. Postać Strażnika Czasu jest tu tylko po to, żeby wyglądać ładnie i co minutę rzucać jakieś kiepski tekst zawierający słowo "czas", a i tak wypada tu najlepiej. A główna heroina... o, to jest coś świetnego. Twórcy prawdopodobnie zapomnieli wspomnieć, że jest ona cyborgiem. To byłoby jedyne sensowne wytłumaczenie tego, co ta panna odstawiała przez cały film. Druga opcja jest taka, że Amanda Seyfried postanowiła zwyczajnie ztrollować produkcję i postanowiła wyrzucić cały swój talent aktorski do kosza. W każdym razie, postać Sylvii nie robi właściwie nic poza patrzeniem się na rzeczy i ludzi, mówieniem niewiele znaczących rzeczy i nieokazywanie żadnych emocji. Żadnych, serio. "Och, zostałam porwana" - beznamiętne spojrzenie w przestrzeń. "Och, zaraz umrzemy" - to samo. "Och, właśnie kogoś zabiłam", "Och, życie bliskiej mi osoby wisi na włosku", "Och, scena seksów" - tak, dokładnie to samo. Oglądanie tego jest dość bolesne, wierzcie mi.
Właśnie zobaczyliście całą gamę emocji i mimiki, jaką prezentuje Amanda w tym filmie.
No ale fabułą fabułą, aktorstwo aktorstwem - to jest film z guembią i to się liczy! Jak już pisałam wcześniej, film ukazuje nam przeżartych złem do szpiku kości ludzi, którzy mają kasę (czas, ale wiadomo o co chodzi) i trzymają go dla siebie, chadzają na przyjęcia i jedzą kawior, podczas gdy większa część ludzkości jest biedna jak myszy kościelne, nie mają na jedzenie i żyją krótko niczym motyle, czy jakieś ważki. Hurr durr, kapitalizm, zepsucie i brak empatii. Na internetach nawet znajdują się osoby, które zaczynają snuć przemyślenia na ten temat i stawiają wysokie noty za poruszanie cienszkego tematu o prawdziwym świecie. Trochę jak z "Lucy" czy "Transcendencją", to chyba coś znaczy. 

Wypadałoby wspomnieć o plusach, ale nawet nie wiem, co powiedzieć. Nie napiszę, że soundtrack był dobry, bo nie pamiętam nawet jednej nuty, wszystko było miałkie i nijakie jak i cała produkcja. Wyglądało to wszystko żałośnie, przyszłość przedstawiona w filmie różniła się od naszych czasów tylko bardziej wypasionymi zegarkami. O, i autami! Samochody to zdecydowanie zaleta, większość jest dość oldschoolowa, lubię to. Niewątpliwym atutem jest też obecność Cilliana, który aktorem dobrym jest, i nawet w tej roli wypadał przekonująco. Pojawia się tu też parę innych dość znanych nazwisk, nie na długo, ale zawsze coś.

Podsumowując, "In Time" jest straszliwie słabym filmem, który chyba chciał być czymś więcej, ale rozmyślił się w ciągu pierwszych dwóch minut. Przyjemność z oglądania jest właściwie żadna, chyba że lubicie śmiać się z tragicznego aktorstwa (ja tak, dlatego oglądam kiepskie filmy, noale). Nie polecam, zamiast tego upieczcie ciastka, czy coś. Lepiej spędzone dwie godziny.

Zauważyłam, że jakoś łatwiej (i szybciej) pisze mi się o rzeczach marnych, niż o tych dobrych. To dlatego ostatnie recki idą mi tak wolno, o. Muszę zacząć częściej pisać o słabych produkcjach, chociaż nie jestem pewna, czy ktoś chciałby o takich czytać. Chciałby?
Są święta, komciajcie bloga. Czy coś. 

Wednesday, 24 December 2014

Notka okołoświąteczna


Napiszę w tym roku jeszcze parę recek, mówiłam.
Pogram w nowe gry Telltale przed świętami, mówiłam.

Wykombinuję jakąś sensowną świąteczną notkę, mówiłam.


Zamiast tego opierdzielałam się całymi dniami, nie robiąc nic konkretnego czy pożytecznego. Shame on me.
Cóż, wciąż jest szansa na jakąś recenzję w najbliższym czasie (obejrzałam wczoraj Słaby Film SF, może się za to wezmę), planuję, tym razem tak naprawdę, wstawić jakiś stosik.


Mały, niedawno zmartwychwstały Robin, idealny do notki świątecznej.

Teraz jednak chciałam złożyć wszystkim moim czytelnikom (całej piątce? Szóstce?) najserdeczniejsze życzenia z okazji świąt Bożego Narodzenia, Szczodrych Godów, Saturnalii, Sol Invictus czy innych świąt, jakie cudownym przypadkiem zbiegły się nam w czasie pod koniec grudnia. Życzę góry prezentów, smacznych pierogów, śniegu (trochę za późno, wiem), dobrych seriali, filmów i książek, sukcesów, czekolady i wszystkiego, czego tylko zapragniecie (chyba że marzy wam się zagłada ludzkości czy coś takiego, wtedy nie)
Dziękuję za zaglądanie na mojego bloga co jakiś czas. Miejmy nadzieję, że dzięki magii świąt trochę się namnożycie, tak jak i moje posty. 

O, i trzymajcie trochę śpiewającego, świątecznego Christophera Lee, tak dla stworzenia klimatu. 



Tuesday, 9 December 2014

Recenzja "The Wolf Among Us" (sezon 1)

Z okazji wydania pierwszych odcinków "Game of Thrones" i "Tales from the Borderlands" (na które już się czaję, spodziewajcie się recenzji) postanowiłam napisać notkę o jednej z moich ulubionych gier komputerowych evah, czyli "The Wolf Among Us". Postaram się nie zmienić tej recenzji w niekończący się ciąg pochwał. Nie obiecuję, że coś z tego wyjdzie.


"The Wolf Among Us" to przygodówka stworzona przez Telltale Games, czyli autorów growego "The Walking Dead" oraz dwóch tytułów, które wspomniałam na początku. Tak jak w przypadku tytułu o zombiakach, tak i tu samej rozgrywki nie mamy za wiele - gra skupia się na prowadzeniu fabuły, dialogach i przedstawianiu postaci. Nie ma tu zbyt wielu wyzwań, całość to po prostu słuchanie historii i podejmowanie decyzji.

Gra oparta jest na "Fables", serii komiksów wydawanej przez Vertigo. Opowiada o postaciach ze świata baśni, legend i innych opowieści, którzy zmuszeni zostali do przeniesienia się do naszego świata i przystosowania się do panujących tu warunków. Żyją w Fabletown, części Nowego Jorku, pracują i starają się wieść normalne życie a ci, którzy znacznie odróżniają się od zwyczajnych ludzi muszą przyjmować specjalną substancję kamuflującą ich wygląd.

Mamy tu do czynienia z kryminałem; akcja zaczyna się w momencie, kiedy na schodach należącego do Fables (czyli tych baśniowych stworków, nie wiem jak przekłada się to na nasz) budynku znaleziona zostaje głowa młodej kobiety. Sprawa jest brzydka, a z czasem robi się jeszcze paskudniejsza, a to nam przypada rozwiązanie jej. Przez pięć odcinków serii kręcimy się po Nowym Jorku w celu znalezienia zabójcy oraz rozwiązania pewnego większego spisku, który się za tym wszystkim kryje. Zagadka jest intrygująca od samego początku, a rozwiązywanie jej jest bardzo przyjemne i satysfakcjonujące. Nie ma tu zbyt wiele przedłużania na siłę, sprawa toczy się szybko, nie pozwalając się za bardzo nudzić.

Głównym bohaterem, podobnie jak w komiksach, jest Wielki Zły Wilk znany z bajek o Czerwonym Kapturku czy Trzech Świnkach. Bigby Wolf, bo tak jest tu nazywany, pracuje jako szeryf i dba o porządek wśród baśniowej społeczności. W wykonywaniu obowiązków zdecydowanie pomaga mu respekt zyskany przez bycie ogromnym, krwiożerczym wilkiem jego działania jeszcze w świecie baśni oraz niekonwencjonalne metody, takie jak obijanie innym buziek. Mimo że nie jest to szczególnie zachęcający opis, Bigby jest postacią naprawdę sympatyczną i ciekawą, a jego gwałtowność jest często tłumiona przez kolejną istotną postać - Królewnę Śnieżkę, która to sprawuje rolę zastępcy burmistrza Fabletown, Ichaboda Crane'a. Ten duet to główni bohaterowie, ale poza nimi w serii pojawia się sporo innych, a znaczna większość szybko daje się poznać i polubić. Mamy tu parę dobrze znanych postaci, jak Piękna i Bestia, ale pojawia się też parę motywów z miejskich legend czy popularnych (nie u nas, ale) rymowanek. Każda napotkana postać dostaje wpis w growym dzienniku, dzięki czemu możemy poznać nawet te całkowicie niekojarzone przez nas osoby.


Właściwie każdy element "Wolf Among Us" jaki wspominam, to zaleta, ale poza postaciami i fabułą jest jeszcze jedna rzecz, która zasługuje na specjalne wyróżnienie - oprawa audiowizualna i klimat. Dwie rzeczy, noale. Są absolutnie genialne. Nawet jeśli nie polubisz bohaterów i nie wciągnie cię historia, grafika i ogólna atmosfera może ci przypaść do gustu. Gra utrzymana jest w komiksowej stylistyce, tak jak w przypadku "The Walking Dead", ale tutaj wypada to, moim zdaniem, znacznie lepiej. Ujmujący klimat noir jest potęgowany przez nieco mroczną kolorystykę a wszystkie miejsca jakie odwiedzamy są dopracowane i pasujące do całości. Soundtrack jest świetny, klimatyczny, dobry do słuchania nawet po zakończeniu rozgrywki. No i ten opening, o borze!



Wypadałoby wspomnieć coś o wadach, po jakimś czasie udało mi się nawet jedna wymyślić. Długość. Gra jest tragicznie wręcz krótka. Pojedynczy odcinek można przejść w parę godzin, mój rekord to chyba dwie. Odcinków mamy tylko pięć, więc gra kończy się bardzo szybko. Jeszcze jednym małym minusem może być rozwiązanie całej zagadki, w sumie nieszczególnie zaskakujący, ale nadrabia to solidnością, więc nie jest aż tak denerwujące.

Podsumowując, "The Wolf Among Us" to cudowna gra, wciągająca, dostarczająca niezapomnianych doznań estetycznych i świetnej rozrywki. Warto zagrać w nią nawet jeśli nie zna się pierwowzoru lub jeśli nie jest się fanem gry komputerowej. Po skończeniu gry polecam zagrać jeszcze kilka razy, dokonując innych wyborów, bo na sezon drugi trzeba jeszcze niestety trochę poczekać.

Hm, chyba nawet nie wyszło aż tak krótko jak zazwyczaj. Yay. 
Zapraszam do komciania i dzielenia się wrażeniami.
O, i jak już pisałam tam na górze, mam zamiar zrecenzować pierwszy odcinek "Game of Thrones: Iron from Ice" i, być może, "Tales from the Borderlands". Postaram się zrobić to jeszcze przed świętami, bo po nich mogę nie mieć czasu - w końcu dorwę się do Dragon Age: Inkwizycji i będę przechodziła ją jakieś milijon razy.

Sunday, 30 November 2014

O zwiastunie "Star Wars: The Force Awakens"

Jak zwykle spóźniona, noale. Na początek zaznaczę, tak na wszelki wypadek, że kocham Gwiezdną Sagę. Każdą nową wiadomość związaną z kręceniem epizodu siódmego śledzę z ogromną uwagą, staram się czytać każdą plotkę i dziwną teorię. Do samego filmu podchodzę odrobinę sceptycznie, ale nastawienie zmieniam nieco z każdą nową informacją. Na zwiastun czekałam w napięciu, i kiedy w końcu wyszedł, postanowiłam coś tu o nim napisać. Krótko, bo w końcu ile można pisać o trailerze.

Musiałam to wstawić. 

Długo wyczekiwany trailer trwa tylko 88 sekund, ale przedstawia całkiem sporo. Mógłby pokazać więcej, gdyby nie dziwnie rozciągnięte sceny, noale. Pierwszą rzeczą, jaką widzimy, jest czarny Szturmowiec, co oczywiście wywołało sporo nie do końca przyjemnych komentarzy, no bo "jak to czarny przecierz to klon a klony nie są czarne poprawność polityczna i żydomasoneria". W każdym razie, to nasz pierwszy rzut oka na jednego z głównych bohaterów nowej Nowej Trylogii (Nowszej Trylogii?). Trudno wyrobić sobie jakąkolwiek opinię po sekundowym występie, ale uważam, że to ciekawy pomysł, żeby jednym z ważniejszych postaci serii uczynić właśnie byłego Szturmowca. 

Kolejna scena to absolutnie uroczy droid przemierzający rozległe piaski planety Proszę-Bądź-Tatooine. Mam słabość do robotów, więc obecność tego cudeńka bardzo mnie cieszy. I już dopisuję go do listy wymarzonych figurek.


Widzimy też grupkę Szturmowców w nieco odpicowanych armorach. Wyglądają świetnie, jak zwykle, więc nie ma co tu się rozpisywać. 

Za to w następnej scenie możemy zobaczyć kolejną ważną dla filmu postać - dziewczyny granej przez Daisy Ridley. Wygląda sympatycznie, jeździ na wielkim lodzie Magnum, i podobno jest córką Hana i Lei. Brzmi to całkiem ciekawie, no i miło zobaczyć na pierwszym planie jakąś postać kobiecą. Może nawet więcej niż jedną przez całą trylogię, ale just sayin'.

Och, jest jeszcze jedna cudowna scena. Prawdziwa kopalnia żartów, moment w którym zwątpiłam w Epizod VII - postać z mieczem świetlnym. Widziałam ten cud techniki już jakiś czas temu, na jakimś concept arcie, ale (oczywiście) nie brałam go na poważnie. A jednak, twórcy postanowili to zrobić, i dostaliśmy Sitha z mieczem-krzyżem, posiadającym dwa dodatkowe promienie, nie mające żadnego zastosowania, poza wyglądaniem głupio. Myślałam, że po świetlnym wiatraczku Inkwizytora z SW: Rebels nie zobaczę bardziej bezsensownej wersji lighsabera, ale niestety. I wiem, że to paskudztwo pojawiało się już w EU, ale to nie umniejsza tego, jak kiepsko to wygląda.

Jedna z milijonów przeróbek wybajerzonego miecza.

Możemy też zobaczyć nieco latania i strzelania, nawet w wykonaniu Sokoła Milenium. Miło widzieć starego grata znowu przemierzającego przestrzeń. Zastanawiam się tylko, kto będzie nim sterował, czy statek dostanie się w ręce jakichś nowych postaci, czy wciąż używa go Han Solo?

Coby podsumować, trailer wyszedł całkiem niezły. Nie rzucił mnie na kolana, ale to w końcu tylko półtorej minuty, nie powinnam wymagać zbyt wiele. Do premiery jest jeszcze mnóstwo czasu, więc na pewno dostaniemy coś dłuższego i ciekawszego. Na razie jednak jestem usatysfakcjonowana. Muzyka jest genialna, tekst przewijający się w tle nie porywa, ale ma jakiś klimat, całość zdecydowanie zachęca.


Hmm, w poprzedniej notce obiecałam recenzję serialową. Postanowiłam jednak przenieść ją nieco w czasie, poczekać na zakończenie sezonu. Żeby nie wyszło, że jestem niesłowna, nie mam zamiaru pisać teraz, czego możecie spodziewać się w kolejnym poście, o. 
Zapraszam do komciania i tak dalej. 

Saturday, 22 November 2014

Recenzja "This War of Mine"

Jest wcześnie rano, słońce już (prawie) wstaje, a ja siedzę sobie i gram. Nie planowałam tego w ten sposób, ale niestety, gra wciągnęła mnie tak, że podchodziłam do niej trzy razy pod rząd. Ani razu nie udało mi się dobrnąć do końca, i gdyby to był inny tytuł, prawdopodobnie już bym go porzuciła, w tym wypadku jednak nie mogę tego zrobić. 

"This War of Mine", bo o tej grze mówię, została mi polecona w tym samym czasie przez dwie osoby, uznałam więc, że to musi coś znaczyć, i że warto sprawdzić co to takiego. Już sam opis mnie zainteresował - akcja ma miejsce podczas wojny, naszym zadaniem nie jest jednak bieganie z karabinem i strzelanie do Tych Złych, a zapewnienie przeżycia grupie cywili. Rozgrywka dzieli się na czas spędzony w bazie naszych bohaterów, poświęcony na udoskonalanie jej, tworzenie potrzebnych przedmiotów, mebli i innych takich, oraz na nocne wypady na miasto, podczas których mamy zdobywać zapasy i potrzebne materiały. Jeśli dodamy do tego ciężkie wybory moralne, przed którymi jesteśmy stawiani właściwie co chwilę, a także genialną, depresyjną atmosferę całości, wychodzi nam coś naprawdę intrygującego. 

O, to taka radosna i kolorowa wersja tego, co widzimy w grze. 

Gra natychmiast kupuje swoim klimatem - świat jest szary, brzydki i zniszczony, soundtrack brzmi naprawdę przygnębiająco, nasi podopieczni nie mówią, więc jedynymi odgłosami w tle są nie tak odległe wystrzały i eksplozje. Perspektywy naszych bohaterów też nie napawają optymizmem. Na początku obejmujemy panowanie nad trójką ludzi, w trakcie rozgrywki liczba ta ulega oczywiście zmianom. Jedzenia jest mało, surowców potrzebnych na budowę mebli czy broni jeszcze mniej, o lekarstwach nie wspominając, a w dodatku po okolicy grasują złodzieje. Szybko też przekonujemy się, że wszystkie wydarzenia mają ogromny wpływ na postacie, i śmierć jednej z nich szybko skutkuje pogorszeniem samopoczucia i morale innych, może nawet prowadzić do depresji czy samobójstwa. Co za tym idzie, każdy nasz błąd może mieć tragiczne skutki.

Wizja rychłej śmierci nie jest jednak jedynym, co przynoszą spotkania z innymi ludźmi. Postacie niezależne odwiedzają czasem naszą bazę w celu handlowania lub z chęci dołączenia do naszej grupy, nierzadko też proszą nas o pomoc. Konsekwencje tego są różne, czasami wylądujemy z poczuciem spełnionej misji, innym razem skończy się to wielogodzinną agonią i pożegnaniem jednego z naszych. Ludzie spotykani na nocnych wojażach również mogą nieść ze sobą coś innego niż spora ilość ołowiu, możemy trafić na przykład na podobnych nam, walczących o życie mieszkańców. Co z nimi zrobimy to już tylko nasza decyzja, należy jednak zawsze pamiętać, że każdy czyn ma swoje skutki i może odbić się na naszej drużynie. 

Cała rozgrywka toczy się w 2D (czy raczej 2,5D, ale nie wnikajmy w szczegóły), sterowanie jest banalne, a cały system można ogarnąć w ciągu paru minut. Poza tym jednak poziom trudności jest dość wysoki, i jak już pisałam wcześniej, umieranie jest częste i powszechne (jak to na wojnie)
Muzyka jest raczej powtarzalna i może się nudzić przy długim graniu, ale świetnie wpasowuje się w klimat całości. 

Obrazek ten sam, ale tym razem gif. Lubię gify. 

W całym dziele ciężko doszukać się jakichkolwiek wad, i chyba jedynym co mi przeszkadzało były kiepsko zarysowane postacie. Żadna z nich nie miała charakteru, były płaskie i różniły się tylko zdjęciem i reagowaniem na różne sytuacje. Nie odbiera to jednak przyjemności płynącej z gry, ponieważ wciąż możemy zżyć się z naszymi podopiecznymi. 

Coby podsumować - "This War of Mine" to naprawdę fantastyczna gra, dostarczająca wielu emocji i pozostająca w pamięci na długo. Podejmuje oklepaną już tematykę, ale przedstawia ją w oryginalnym świetle, genialnie oddając klimat wojny (czytałam, że twórcy opierali się na wspomnieniach weteranów z wielu współczesnych konfliktów). Warto wspomnieć, że to małe arcydzieło zostało stworzone przez naszych rodaków, warszawskie studio 11 bit. Zdecydowanie coś, z czego można być dumnym. 


Miałam wstawić dziś zupełnie inną reckę, ale jak już pisałam, TWoM złapało mnie i nie chciało puścić, musiałam więc napisać o tym. Ale na dniach powinna pojawić się notka mówiąca o pewnym serialu, brace yourselves. 
Ktoś grał/gra w to cudeńko? Zapraszam do dzielenia się wrażeniami, jak zwykle. ^^ 

Monday, 10 November 2014

Stosik #1

Nie posiadam aparatu, focia robiona termostatem.
Zawsze lubiłam patrzeć na wstawiane na blogi zdjęcia nabytków i kolekcji książkowych, komiksowych tudzież jakichkolwiek innych. Dlatego też nie mogłam się powstrzymać przed wstawieniem tu mojego pięknego stosiku. Prawdopodobnie będę je wrzucać co jakiś czas, jeśli akurat Fortuna się do mnie uśmiechnie i rzuci mi trochę pieniędzy. 

Dzisiejszy stos to moje zdobycze z października plus trzy cudeńka przywiezione z Falkonu. 
Przy okazji chciałam napisać coś o samym konwencie, tak pokrótce: było wspaniale. Straszliwie cieszę się, że tam pojechałam, bawiłam się świetnie, poznałam cudownych ludzi i kupiłam mnóstwo ładnych rzeczy. Pełnia szczęścia. To był dopiero mój drugi kon, więc nie bardzo mam co porównywać, ale podobało mi się nawet bardziej niż na Pyrkonie.

Ale wrócę do książek, w końcu to o nich tu mowa. Od góry:

  • starwarsowa "Droga Zagłady" Drew Karpyshyn - kupiona w moim ulubionym antykwariacie, w którym dość często wynajduję gwiezdnowojenne taniości. Na tę szczególną polowałam od dłuższego czasu, bo wcześniej widziałam tam tylko dwie kolejne części trylogii Dartha Bane'a, teraz w końcu mam pierwszą.
  • "Nauczyciel sztuki" Wojciecha Kłosowskiego - otrzymana przy akredytacji na Falkonie, całkowicie za darmo. O tytule nigdy nie słyszałam, więc prawdopodobnie nie zainteresowałabym się nią gdyby nie została mi wręczona na konwencie. 
  • "Tysiąc imion" Django ("D" jest nieme) Wexler - kolejny nabytek falkonowy. Nie wiem co, nie wiem kto, ale wyglądała najlepiej spośród książek dostępnych za konwentową walutę. Opis też brzmi ciekawie. Mam nadzieję, że się nie zawiodę. 
  • "Zółw przypomniany" Terry'ego Pratchetta i Stephena Briggsa - zakup podyktowany moją ogromną i szczerą miłością do Dysku. Planowałam to od dawna, i w końcu wypatrzyłam niedrogi egzemplarz na jakiejś fejsowej grupie. To jednak przydatna rzecz, ten fejsbuk.
  • "Złoty pociąg" Mirosława Bujko - prezent urodzinowy. Rzecz o złocie, bolszewikach i pociągu, czego tu nie lubić. Leży na półce już od dłuższego czasu, muszę się w końcu za nią zabrać. 
  • "Gildia magów" Trudi Canavan - hm, tak. Była wystawiona przez tę samą osobę, co "Żółw", postanowiłam więc kupić i ją, a za przesyłkę zapłacić tylko raz. Bo w sumie czemu nie.
  • "Odkupienie" Andersa Roslunda i Börge'a Hellströma - następny prezent. Lubię połączenie Skandynawia plus kryminał, chociaż fabuła nie brzmi zbyt interesująco i jest raczej thrillerem niż czymkolwiek innym. Noale. 
  • "Kartki z datami do zapisywania rzeczy" Kobiety-Ślimaka, MNQ i Revv - ostatnia zdobycz z Falkonu. Mało brakowało, a bym nie kupiła, ale zdecydowałam się na moment przed powrotem do domu. Piękna rzecz, jak można było spodziewać się po takim team-upie twórców. 
  • "Grzechy rodu Borgiów" Sarah Bower - bo lubię Borgiów, a akurat było wystawione po taniości na fejsbukach. Tyle wygrać. 
  • zrecenzowany niedawno "Lis" #1 Dariusza Stańczyka i Jakuba Oleksowa - bo czekałam na premierę od dłuższego czasu i zamówiłam zaraz po niej. I było warto, zdecydowanie.
  • "Outsiders" vol 3 #6 - wygrzebane w antykwariacie. Stan nawet niezły a ceny prawie nie było, także bardzo miła niespodzianka.

Na pierwszym zdjęciu w ogóle ich nie widać, a takie ładne są.

Dawno się tak nie obłowiłam, toteż jestem niesamowicie dumna z tego stosiku. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że kolejne będą równie wysokie. 
Ktoś coś zna, może chce podzielić się opinią? Albo powiedzieć coś o Falkonie? 


Sunday, 2 November 2014

Recenzja "Lisa" #1

Jakkolwiek smutne by to nie było, Polska nie może pochwalić się właściwie żadnymi osiągnięciami w dziedzinie komiksu superbohaterskiego. Niby ktoś coś próbował, ktoś coś robił, ale wyszło jak zwykle. I nawet KOPS przestał się ukazywać. Dlatego też zaintrygowała mnie informacja o tworzonym właśnie papierowym komiksie pt. "Lis". Zamieszczone na internetach arty wyglądały naprawdę porządnie, cieszył też pozbawiony patosu tytuł (Biały Orzeł, anyone?). Projekt zapowiadał się ciekawie, więc kiedy w parę dni po premierze zamówiłam swój własny egzemplarz pierwszego zeszytu. I nie zawiodłam się. 


"Lis" (autorstwa duetu Stańczyk&Oleksów) to historia Gabriela Majewskiego, już-nie-studenta, który wraca do ojczyzny po trzech latach spędzonych w Anglii. Pracował tam jako ochroniarz w pewnym laboratorium, a jako że laboratorium + klimaty superbohaterskie = supermoce, Gabryś powrócił do Polski z zestawem dodatkowych (nieszczególnie oryginalnych) skilli. Postanowił wykorzystywać je w walce ze złem i występkiem do pełnienia szlachetnego zawodu złodzieja, co całkiem nieźle wychodziło mu na Wyspach. Niestety, szybko okazało się, że Lis nie jest jedynym niezwykle utalentowanym osobnikiem w okolicy, i dość szybko ujawnia się swego rodzaju konflikt interesów między naszym superkradziejem a nieco niestabilnym, przypominającym filmowego Bane'a Strażnikiem.

"Szybko" to w tym wypadku słowo-klucz. W pierwszym numerze komiksu dzieje się naprawdę sporo - na około 30 stronach zostaje nam przedstawiona krótka historia naszego nie-do-końca-bohatera, kawałek jego prywatnego życia po powrocie do kraju, a także jego działania jako Lisa już w Warszawie. Poza tym dostajemy parę informacji o Strażniku, mamy okazję przeczytać choćby o jego motywach. Twórcy nie wyjaśniają wszystkiego w pierwszym zeszycie, zostawiając co nieco na kolejne numery. Pierwsze spotkanie z Gabrielem i jego otoczeniem jest interesujące i zachęca do wyczekiwania na kolejne przygody Lisa.

Oprawa graficzna, za którą odpowiada Jakub Oleksów, wygląda naprawdę porządnie. Komiks ma naprawdę przyjemny klimat, świetną kolorystykę, i fantastyczną kreskę. Czyta się bardzo dobrze i szybko. Projekty postaci ogromnie przypadły mi do gustu - strój Lisa miło kojarzy mi się z Mirror Masterem, a Strażnik przez samych bohaterów jest porównany do Bane'a. Obaj wyglądają ciekawie i w miarę oryginalnie. Nawet Warszawa nie wydaje się taka brzydka jak w rzeczywistości.

Świat wykreowany przez twórców to taki standardowy superbohaterski świat, który tylko czeka na zasiedlenie. Nie powala oryginalnością, ale bądźmy szczerzy, ciężko stworzyć w tych klimatach cokolwiek, co nie pojawiłoby się już w Marvelu czy DC. Na razie mamy tylko dwójkę zamaskowanych postaci biegających po mieście, ale podejrzewam, że już niedługo pojawi się tu ktoś jeszcze. Marzę o tym, żeby z tej jednej serii komiksowej wypączkowało parę następnych, i kto wie, może za parę lat powstanie już całkiem sensowne, ciekawe uniwersum. Nie wiem, jak twórcy odnoszą się do takiej idei, ale czekam na jakieś ustosunkowanie się.
Podsumowując, "Lis" to naprawdę przyzwoity komiks, z pewnością wart swojej ceny (dychacz za wersję normalną, piętnaście za wybajerzoną okładkę), który polecam każdemu miłośnikowi klimatów superbohaterskich. Wiem, że nie powinnam nastawiać się tak hurraoptymistycznie do serii po przeczytaniu tylko pierwszego numeru, ale wrażenia są na tyle pozytywne, że zaryzykuję.
Możecie spodziewać się recki kolejnego zeszytu, za jakieś (oborzejakdługo) cztery miesiące.

Jakoś krótko wyszło, noale. 
Ktoś zna, ktoś czytał? Jak wrażenia? 

Thursday, 30 October 2014

O filmowych planach MCU

Pamiętacie, jak w notce powitalnej wspomniałam, że mam zamiar pisać tu o rzeczach, o których wszyscy już pisali? Ten post to właśnie jedna z takich rzeczy. Plany filmowego uniwersum Marvela zostały ogłoszone chwilę temu, ale i tak każdy już się na ich temat wypowiedział. Uznałam, że nie będę gorsza, i oto notka - spóźniona, ale jednak.


Tyle szczęścia



  • Kapitan Marvel z własnym filmem! Dość niespodziewane. Znaczy, jasne, mówiono o tym już dawno, ale sądziłam, że tytuł pierwszej superbohaterki z solowym filmem w MCU przypadnie Czarnej Wdowie. Jak się jednak okazuje, będzie to Carol Danvers. I chociaż liczyłam na solówkę Natashy, jestem zadowolona z tego wyboru. Kapitan ma być łącznikiem między ziemską a kosmiczną częścią świata, co daje wiele ciekawych możliwości, jak choćby crossover między Avengers a Strażnikami. Może nawet dostaniemy w końcu Novę. Zastanawia jednak wprowadzenie Carol od razu jako Kapitana, pomijając jej karierę jako Miss Marvel, ale nie boli mnie to jakoś strasznie.

  • Sequele, sequele, dużo sequeli. Tu całkowity brak zaskoczenia. Wszyscy spodziewali się kolejnych części Strażników, Kapitana Ameryki czy Avengers. To oczywiście świetna informacja, oby tylko twórcy tych filmów utrzymali tendencję zwyżkową, a dostaniemy masę naprawdę dobrych filmów. Chociaż przez ostatniego Iron Mana można odczuwać pewien lęk przed trzecimi częściami Thora czy Kapitana. Noale. Do mojej listy życzeń dopisuję teraz "ciekawe postacie kobiece w GotG 2" i czekam.


Jak to mówią, im więcej badassowych pań latających po kosmosie i kopiących tyłki, tym lepiej.



  • Inhumans, Czarna Pantera i Doktor "może-jednak-nie-Benedict" Strange. Mocno widoczne ostatnio forsowanie grupy Inhumans w komiksach pozwalało sądzić, że niedługo zostaną wprowadzeni do filmowego uniwersum. Pantera i Strange byli zapowiadani od dłuższego czasu, więc też nie zaskakują. Cieszę na każdy z tych filmów, ale jestem daleka od euforii. Ale cieszy mnie informacja, że Benedict Cumberbatch nie jest potwierdzony jako Doktor, pozwala mi to wciąż marzyć o Pedro Pascalu w tej roli. To byłoby coś. 

  • A jednak Wojna Domowa? Pomysł wprowadzenia tego wydarzenia do filmowego uniwersum budził kontrowersje od samego początku. Teraz twórcy zapowiedzieli, że będzie się to znacznie różniło od komiksowej wersji, ale i tak jest to dziwna decyzja, skoro w MCU brakuje postaci kluczowych dla eventu. Naprawdę ciekawi mnie, jak to rozwiążą. Podtytuł został użyty w filmie o Kapitanie, nie Avengers, więc prawdopodobnie będzie to taka kameralna akcja, przypominająca mocno CA:TWS. Nie mam nic przeciwko, w końcu ostatnio wyszło to dobrze, ale nazwa jednak napawa mnie niepokojem. 


I tyle. Zapowiedzi nie był raczej z rodzaju tych niezwykle szokujących, większość informacji to po prostu potwierdzenie tego, o czym już słyszeliśmy. Cieszę się na każdy powstający film o superbohaterach, akurat te ze stajni Marvela radują moje serduszko odrobinę mniej niż te z DC, ale i tak planuję obejrzeć każdy z nich, i to zaraz po premierze. 

Sunday, 19 October 2014

Recenzja "Lucy"

Nie miałam zbyt wysokich oczekiwań względem "Lucy". To znaczy, jasne, na samym początku, kiedy wiedziałam tylko, kto reżyseruje film i kto gra w nim główną rolę, byłam nastawiona całkiem pozytywnie. Później jednak obejrzałam trailer i natychmiast uderzyła mnie niezwykła merysujczość głównej bohaterki. Wtedy uznałam, że nie może wyjść z tego dobry film. Niestety, nawet przy moim nastawieniu nowa produkcja Luca Bessona zdołała mnie zawieść. 
Trochę spoilerów będzie.


Tytułowa bohaterka "Lucy" to amerykańska studentka mieszkająca na Tajwanie. Kiedy zaczyna się akcja filmu, widzimy jak dziewczyna zostaje zmuszona przez swojego chłopaka do dostarczenia tajemniczej walizki pewnemu gościowi pobliskiego hotelu. Zabawa w kuriera doprowadza do śmierci jej faceta (którego wcale nam nie szkoda, był dupkiem), nasza heroina zaś zostaje zaprowadzona przed oblicze chińskiego mafioza, który postanawia użyć jej do przerzucenia nowego supernarkotyku za granicę. Nasza Łusia kończy więc z kilogramem niebieskiego proszku w brzuchu i zostaje wysłana w podróż swojego życia. Niestety, po drodze nieco obrywa, przez co pakunek zostaje uszkodzony i substacja dostaje się do jej organizmu. To owocuje pojawieniem się supermocy (bez leniwca tym razem) i zapoczątkowaniem całej akcji filmu, polegającej na... cóż, na niczym szczególnym, ale o tym za moment.
Z wątkiem Lucy od początku przeplata się wykład prowadzony przez jakiegoś randomowego doktora granego przez Morgana Freemana, mówiący o możliwościach ludzkiego mózgu. Czy raczej o jego ograniczeniach, bo w końcu ludzie potrafią używać go tylko w 10%. Wykład jest niesamowicie nudny i nawet głos Freemana tu nie pomaga. Dowiadujemy się z niego, że: primo, ludzkość ssie; secundo, gdybyśmy mogli wykorzystywać więcej procent mózgu moglibyśmy wpływać na innych ludzi i na otaczającą nas rzeczywistość; tertio, ludzkość ssie. Dużo pseudonaukowego bełkotu, który oczywiście ma nam wyjaśnić, co właśnie dzieje się z naszą protagonistką. Przynajmniej częściowo.

Cała reszta filmu to: pokazywanie, jak bardzo wszechpotężna i zajebista jest Mary Sue Lucy; szukanie supernarkotyku; wyrównywanie rachunków z chińską mafią. Z tym że wszystkie trzy elementy działają razem, toteż możemy podziwiać osomność Łusi rozwalającej Chińczyków podczas zdobywania narkotyku. Oczywiście, nasza wszechmocna heroina załatwia wszystko jednym mrugnięciem, więc ani przez moment nie znajduje się w niebezpieczeństwie, za to dość często naraża innych ludzi (całkowicie niepotrzebnie, ale ojtam).Okazuje się, że możliwość korzystania z większej części mózgu pozwala nie tylko na manipulowanie grawitacją, odbieranie milijonów bodźców i całkowitą zmianę własnej morfologii - sprawia też, że tracisz charakter i emocje, ponieważ najwyraźniej takie rzeczy są zarezerwowane dla plebsu. Dlatego też Łusia, która pół godziny temu płakała i wymiotowała na widok trupa, teraz zabija zupełnie przypadkowe osoby bez mrugnięcia okiem. Postanawia też, że musi zdobyć więcej cudownego narkotyku (który okazuje się być magicznym cosiem podawanym płodom, dającym im siłę bomby atomowej i pozwalającym wyhodować kości, tak), a także kontaktuje się z naszym panem Morganem w celu poinformowania go, że jego teorie się sprawdziły. Dziewczyna obiecuje mu, że kiedy osiągnie maksymalny potencjał mózgu, postara się zamknąć całą swoją wiedzę w komputerze, żeby ludzkość mogła z niej skorzystać.

Od początku film zmierza do momentu, w którym wspaniałość bohaterki osiągnie upragnione 100%, co najwyraźniej równa się zostaniu bogiem. Dostajemy na ten temat trochę pseudogłębokiego gadania, trochę podkreślania merysujczości Lucy, trochę "subtelnego" symbolizmu, trochę filozofii i oczywiście całe mnóstwo mocno alternatywnej nauki. Och, i nieco narzekania na ludzkość. To wszystko okraszone strzelaniną i wybuchami na drugim planie. Warto było na to czekać te półtorej godziny.
Wydaje mi się, że z powyższego streszczenia można to łatwo wywnioskować, ale napiszę w celu podsumowania: świat ukazany w filmie jest idiotyczny, fabuły prawie nie ma, a bohaterowie (których jest dwójka, bo reszta to zupełni statyści) to nieinteresujące kukły.
Czy w takim razie film ma jakieś plusy? Hmm.
Chciałabym pochwalić aktorstwo, ale poza mocno nijaką Scarlett i Morganem Freemanem, grającym tę samą rolę co w tysiącu innych filmów, nie ma tu nikogo wartego uwagi.
Efekty specjalne są niezłe, mamy parę ładnych animacji mocy Lucy, reszta jest zdecydowanie poniżej przeciętnej.
Soundtrack jest ładny, o. Niczego nie urywa, ale słuchało się go dobrze.
Akcji nie jest wcale tak dużo, biorąc pod uwagę fakt, że sporo scen ogranicza się do Łusi powalającej wrogów spojrzeniem.


Podsumowując, film jest oparty na idiotycznych założeniach, bohaterka to Mary Sue bez krztyny charakteru, akcja niespecjalnie wciąga, a sporo scen jest zwyczajnie przegadanych. Seans mnie zmęczył, ale podejrzewam, że jeśli wyłączy się myślenie, można się na nim nawet (powiedzmy) nieźle bawić. Jak na większości głupich popcornowych sensacyjniaków.

Czy ktoś widział "Lucy" i chce podzielić się wrażeniami? Zapraszam, chętnie wysłucham opinii. 

Thursday, 16 October 2014

O filmowych planach DC&WB

Moje małe nerdowskie serduszko zabiło dzisiaj szybciej, po raz pierwszy od dłuższego czasu. To jest, pierwszy od jakichś dwóch dni. Chociaż jakby tak się zastanowić, to ostatnio ciągle bije strasznie szybko. Tyleż wspaniałych wieści słyszę każdego dnia... 
Ale do rzeczy. Parę godzin temu poznaliśmy (dość) dokładne plany DC i Warner Bros na kolejne sześć lat kręcenia wspólnych filmów. Jaram się tym jak pochodnia, oczywiście. Co jednak nie znaczy, że nie mam paru zastrzeżeń. 
To będą takie moje ogólne przemyślenia. Polecę punktami, coby było estetycznie, o.

  • Suicide Squad w 2016. To piękne, tak bardzo piękne. Film był zapowiadany już od dłuższego czasu, ale dopiero teraz rzucono nam datę. Zaskakująco bliską, wcześniej kojarzoną z premierą "Shazama". Okazuje się jednak, że jedna z moich ulubionych komiksowych grup pojawi się na wielkim ekranie znacznie wcześniej, co napawa mnie ogromnym szczęściem. Dodatkowo, wyprzedzi przy tym powstanie marvelowskiego Sinister Six, co oznacza, że będzie pierwszym filmem w obu uniwersach przedstawiających villainów w rolach głównych. Teraz tylko posiedzę sobie i poczekam na film o the Rogues.
  • Solowy film o Wonder Woman! Mówiono o tym już od dawien dawna (właściwie odkąd potwierdzono jej występ w BvS), ale dopiero teraz dostaliśmy konkrety. 2017 przyniesie nam pierwszy solowy film o kobiecie-superbohaterce w nowych filmowych uniwersach. Wspaniała wiadomość. Co prawda wciąż nie mogę wyobrazić sobie Gal Gadot jako Diany i ciągle obawiam się jej ukazania w filmie. Zwłaszcza, że parę dni temu ogłoszono, że filmowa WW jest córką Zeusa. Ugh, nowy origin, taki słaby, takie pójście na łatwiznę...  


  • Jason Momoa jako Aquaman, Ezra Miller jako Flash...? O pierwszym wyborze właściwie nie ma co mówić, wiedzieliśmy to od dawna. Co prawda podnosiły się głosy, że może jednak Momoa będzie grał Lobo, nie Arthura, ale i tak każdy przyzwyczaił się do myśli, że Khal Drogo jest teraz królem Atlantydy. Nihil novi, chociaż miło jest mieć już oficjalne potwierdzenie.
    Druga decyzja spadła na nas jak grom z jasnego nieba, nie zapowiedziana w żaden sposób, co oczywiście wzbudziło spore kontrowersje. Ja sama jestem dość sceptycznie nastawiona, chociaż w pierwszej chwili ucieszyłam się. Znam Ezrę tylko z dwóch filmów, ale tyle wystarczy, żeby zauważyć jego talent aktorski i charyzmę. Niestety, w tym wypadku równie ważne (lub nawet ważniejsze) niż kuszt aktorski, jest wpasowanie się w postać, w wyobrażenie o niej, budowane w końcu od dobrych kilkudziesięciu lat. I tu pojawia się problem. Tym większy, że jakiś czas temu obsadzono naprawdę cudownego Flasha - Granta Gustina jako Barry'ego Allena w serialu stacji CW. Wybór Millera, a więc osoby o raczej charakterystycznej urodzie, jest mocno problematyczny. Uznałam (tak jak i spora część fanów), że od biedy pasowałby on na trzeciego Scarlet Speedstera, czyli Wally'ego Westa. Niestety, DC chyba tak nie uważa. Raczej nie pojawiło się na ten temat nic oficjalnego, ale najprawdopodobniej dostaniemy dwie wersje Barry'ego, który w tym samym czasie będzie już dobrze zadomowiony w serialu "Flash". Ugh. 
No jakoś tego nie widzę. Ale hej, może nas jeszcze zaskoczy.
  • Cyborg i Zielona Latarnia z solowymi tytułami. Najpierw powiem o Latarni, ponieważ uważam to za fantastyczną wiadomość. Temat był już podejmowany w 2011 roku i... cóż, powiedzmy, że nie było to zbyt udane. Jednakże, kosmiczna część uniwersum DC jest zbyt bogata, żeby można było ją zignorować podczas przenoszenia świata na srebrny ekran. Film zapowiedziano dopiero na rok 2020, dzięki czemu mamy sporą przerwę między ostatnią poraż... ostatnim występem GL a jego nową wersją. Niestety, na razie nie wiemy o filmie nic, nawet o której Latarni będzie opowiadał.
    Co do Cyborga, cóż, tu pojawia się problem. Pozwólcie mi podsumować, z czego właściwie znany jest Victor Stone: z bycia członkiem JLA i z bycia członkiem Młodych Tytanów. I tak, to tyle. Solowa kariera Cyborga nie jest wcale zbyt interesująca. Nie mam pojęcia, co twórcy mają zamiar z nim zrobić w jego własnym filmie. Chociaż do 2020 jeszcze sporo czasu, więc może coś ruszy się w komiksach, może dostanie jakiś interesujący arc. Może. Tak czy inaczej, miło widzieć, że twórcy sięgają po nieco mnie popularne postacie. Następny przystanek - Secret Six! Proszę? 
  • Solowe filmy Batsa i Supka, cóż za zaskoczenie. Tu nawet nie będę się rozpisywać. To było do przewidzenia. Cieszę się z tego powodu strasznie, oczywiście, zwłaszcza z solowych filmów o doświadczonym Batmanie z bat-rodzinką w tle. Ale to było tak oczywiste, że chyba nie mam tu nic do dodania.

I tyle. Moje luźne przemyślenia na temat powstającego kinowego uniwersum DC. Pisane z mocno świeżej perspektywy, ale hej, takie są najlepsze. 
Jeśli ktoś z czytelników (całych trzech, jak podejrzewam) ma jakieś własne opinie na ten temat, zapraszam do podzielenia się nimi. 

Wednesday, 15 October 2014

Recenzja "Zoo City"

Miałam ostatnio sporo wolnego czasu (podziękowania dla mojego paskudnego przeziębienia), więc postanowiłam coś napisać, coby blogaś nie stał taki pusty. Za czytelność notki dziękuję Kobalaminie

Książka Lauren Beukes trafiła do mnie zupełnie przypadkiem. Wybrałam ją jako nagrodę w pewnym konkursie na tegorocznym Pyrkonie, głównie dlatego, że spodobała mi się okładka. Okej, inaczej - tylko dlatego. Nie kojarzyłam ani autorki, ani tytułu, a streszczenie przeczytałam dopiero w domu, kiedy ustawiałam książkę na półce. Wtedy też okazało się, że powieść zalicza się do nurtu "urban fantasy", co w ostatnim czasie nieco mi się przejadło, przez co byłam nastawiona do lektury sceptycznie. Niesłusznie, na szczęście.

Fragment węgierskiej okładki.
"Zoo City" opowiada historię Zinzi December, młodej mieszkanki Johannesburga, a dokładniej slumsów zamieszkiwanych przez zoolusów. Są to ludzie, którzy za popełnione w przeszłości zbrodnie zostali przez siłę wyższą ukarani zwierzęcymi towarzyszami oraz supermocami. Brzmi dość głupio? Cóż, uznajmy zatem ukazanie tego konceptu jako całkiem sensownego za ogromny sukces książki. Nasza główna bohaterka jest właścicielką Leniwca, posiada też przydatny talent do odnajdywania zaginionych przedmiotów. Wykorzystuje tę umiejętność do zarabiania na chleb, a w wolnym czasie zajmuje się oszustwami internetowymi. Kiedy pewnego dnia jedna z jej klientek zostaje zamordowana, Zinzi wplątuje się w dość nieciekawą sytuację i musi zmierzyć się z jeszcze większą ilością przeszkód i niebezpieczeństw niż w jej codziennym życiu.
Niestety, mimo że przedstawiona wyżej fabuła ma potencjał, jest zdecydowanie najsłabszym punktem książki. Zawiła, kiepsko poprowadzona, drobno posiekana i porozrzucana, pełna przeskoków czasowych. Rozwiązywanie kryminalnej zagadki nie jest tak zajmujące, jak powinno być, pozostałe wątki też kuleją, a akcja jest mocno nierówna.

Znacznie lepiej wypada świat przedstawiony, który jest wciągający i niesamowicie oryginalny. Na plus można zaliczyć świetne ukazanie stosunku społeczeństwa do zoolusów, nie tylko poprzez interakcje z różnymi bohaterami powieści, ale też za pomocną artykułów prasowych czy nawet komentarzy ze stron internetowych. Zresztą sam pomysł dania ludziom powiązanych z nimi zwierząt, kojarzący się z "Mrocznymi Materiami", jest intrygujący, a także dobrze napisany. Nie jest tylko ozdobnym dodatkiem - autorka nie zapomina o nim w momentach, kiedy nie jest jej potrzebny, cały czas mamy świadomość obecności Leniwca i innych zwierzaków, są one ważnym punktem życia większości postaci. Miasto przedstawione jest w niezwykle wyrazisty sposób. Mimo ukazania jego mniej przyjemnej strony jest cudownie żywe i barwne. Smutne, zamglone i deszczowe miejscowości, tak popularne ostatnio w urban fantasy, mogą się schować.
Niestety, nie wiemy wszystkiego o tym świecie. Nie dowiadujemy się na przykład, skąd właściwie wzięły się te zwierzaki. Po drodze pojawia się jeszcze więcej pytań bez odpowiedzi, ale można na razie przymknąć na nie oko i mieć nadzieję, że autorka napisze sequel, który nam to rozjaśni.

Reszta postaci nie jest jednak aż tak ciekawa i szczerze mówiąc, mało kto zapada w pamięć na dłużej; zostają oni całkowicie przyćmieni przez Zinzi. Sam świat nie może jednak udźwignąć całej książki (o ile nie mówimy o Dysku). Sytuację tutaj ratuje na szczęście główna bohaterka i jednocześnie narratorka powieści oraz sam sposób tejże narracji. Cała historia jest okraszona humorem, sarkazmem, wyraźnym komentarzem społecznym oraz nawiązaniami do popkultury, a także mnóstwem metafor. Język jest naprawdę świetny, całość czyta się bardzo łatwo i przyjemnie. Zinzi ma też tę cudowną cechę, której brakuje większości dzisiejszych heroin - jest człowiekiem z krwi i kości, z wadami i zaletami, z charakterkiem. Dodatkowo mamy wystarczająco dużo czasu, żeby móc ją polubić i przywiązać się do niej.

Podsumowując ten zawiły i nieskładny potok słów: "Zoo City" to bardzo przyjemna lektura, przy której można się świetnie bawić. Ma swoje wady, ale da się je zignorować. Polecam każdemu, kto ma ochotę na dość lekkie czytadło, które jednak nie obraża inteligencji czytelnika. I miłośnikom afrykańskiej kultury. I fanom leniwców.

Oczywiście zapraszam do komciania i dzielenia się swoimi opiniami w kwestii książki, recenzji tudzież leniwców. 

Monday, 13 October 2014

Niezwykle oryginalna notka powitalna

Witajcie, z tej strony Sida.

Na wstępie chciałabym uprzedzić, że nie mam doświadczenia w prowadzeniu blogów. Właściwie, to mój pierwszy od czasów podstawówki, kiedy to blogowanie polegało na wstawianiu do noci jak największych ilości świecących, brokatowych gifów. Nie mogłam jednak pozwolić, by to mnie powstrzymało, więc kiedy tylko poczułam Powołanie czyt. pozazdrościłam tych ładnych blogów, które ostatnio wszyscy mają założyłam te oto Muzeum.

Mam zamiar pisać tu recenzje. Czy może raczej "recenzje", bo nie uświadczycie tu ani grama profesjonalizmu. Będą to po prostu moje wywody na temat ogólnie pojętych rzeczy. Głównie takich, o których już każdy w internetach zdążył się wypowiedzieć, ale to nieistotne.
Przeczytacie tu o książkach, komiksach, serialach, filmach i grach. I o wszystkim, co akurat wpadnie mi w oko. Słowem, będzie to coś, czego nie widzieliście jeszcze nigdy na żadnym innym blogu.

To by było na tyle. Pierwsza poważna (a przynajmniej poważniejsza niż ta) notka pojawi się już niedługo.
Dziękuję za uwagę. Czujcie się zaproszeni do zostawiania komciów i wypunktowywania, co zdążyłam zrobić źle.