Thursday, 30 October 2014

O filmowych planach MCU

Pamiętacie, jak w notce powitalnej wspomniałam, że mam zamiar pisać tu o rzeczach, o których wszyscy już pisali? Ten post to właśnie jedna z takich rzeczy. Plany filmowego uniwersum Marvela zostały ogłoszone chwilę temu, ale i tak każdy już się na ich temat wypowiedział. Uznałam, że nie będę gorsza, i oto notka - spóźniona, ale jednak.


Tyle szczęścia



  • Kapitan Marvel z własnym filmem! Dość niespodziewane. Znaczy, jasne, mówiono o tym już dawno, ale sądziłam, że tytuł pierwszej superbohaterki z solowym filmem w MCU przypadnie Czarnej Wdowie. Jak się jednak okazuje, będzie to Carol Danvers. I chociaż liczyłam na solówkę Natashy, jestem zadowolona z tego wyboru. Kapitan ma być łącznikiem między ziemską a kosmiczną częścią świata, co daje wiele ciekawych możliwości, jak choćby crossover między Avengers a Strażnikami. Może nawet dostaniemy w końcu Novę. Zastanawia jednak wprowadzenie Carol od razu jako Kapitana, pomijając jej karierę jako Miss Marvel, ale nie boli mnie to jakoś strasznie.

  • Sequele, sequele, dużo sequeli. Tu całkowity brak zaskoczenia. Wszyscy spodziewali się kolejnych części Strażników, Kapitana Ameryki czy Avengers. To oczywiście świetna informacja, oby tylko twórcy tych filmów utrzymali tendencję zwyżkową, a dostaniemy masę naprawdę dobrych filmów. Chociaż przez ostatniego Iron Mana można odczuwać pewien lęk przed trzecimi częściami Thora czy Kapitana. Noale. Do mojej listy życzeń dopisuję teraz "ciekawe postacie kobiece w GotG 2" i czekam.


Jak to mówią, im więcej badassowych pań latających po kosmosie i kopiących tyłki, tym lepiej.



  • Inhumans, Czarna Pantera i Doktor "może-jednak-nie-Benedict" Strange. Mocno widoczne ostatnio forsowanie grupy Inhumans w komiksach pozwalało sądzić, że niedługo zostaną wprowadzeni do filmowego uniwersum. Pantera i Strange byli zapowiadani od dłuższego czasu, więc też nie zaskakują. Cieszę na każdy z tych filmów, ale jestem daleka od euforii. Ale cieszy mnie informacja, że Benedict Cumberbatch nie jest potwierdzony jako Doktor, pozwala mi to wciąż marzyć o Pedro Pascalu w tej roli. To byłoby coś. 

  • A jednak Wojna Domowa? Pomysł wprowadzenia tego wydarzenia do filmowego uniwersum budził kontrowersje od samego początku. Teraz twórcy zapowiedzieli, że będzie się to znacznie różniło od komiksowej wersji, ale i tak jest to dziwna decyzja, skoro w MCU brakuje postaci kluczowych dla eventu. Naprawdę ciekawi mnie, jak to rozwiążą. Podtytuł został użyty w filmie o Kapitanie, nie Avengers, więc prawdopodobnie będzie to taka kameralna akcja, przypominająca mocno CA:TWS. Nie mam nic przeciwko, w końcu ostatnio wyszło to dobrze, ale nazwa jednak napawa mnie niepokojem. 


I tyle. Zapowiedzi nie był raczej z rodzaju tych niezwykle szokujących, większość informacji to po prostu potwierdzenie tego, o czym już słyszeliśmy. Cieszę się na każdy powstający film o superbohaterach, akurat te ze stajni Marvela radują moje serduszko odrobinę mniej niż te z DC, ale i tak planuję obejrzeć każdy z nich, i to zaraz po premierze. 

Sunday, 19 October 2014

Recenzja "Lucy"

Nie miałam zbyt wysokich oczekiwań względem "Lucy". To znaczy, jasne, na samym początku, kiedy wiedziałam tylko, kto reżyseruje film i kto gra w nim główną rolę, byłam nastawiona całkiem pozytywnie. Później jednak obejrzałam trailer i natychmiast uderzyła mnie niezwykła merysujczość głównej bohaterki. Wtedy uznałam, że nie może wyjść z tego dobry film. Niestety, nawet przy moim nastawieniu nowa produkcja Luca Bessona zdołała mnie zawieść. 
Trochę spoilerów będzie.


Tytułowa bohaterka "Lucy" to amerykańska studentka mieszkająca na Tajwanie. Kiedy zaczyna się akcja filmu, widzimy jak dziewczyna zostaje zmuszona przez swojego chłopaka do dostarczenia tajemniczej walizki pewnemu gościowi pobliskiego hotelu. Zabawa w kuriera doprowadza do śmierci jej faceta (którego wcale nam nie szkoda, był dupkiem), nasza heroina zaś zostaje zaprowadzona przed oblicze chińskiego mafioza, który postanawia użyć jej do przerzucenia nowego supernarkotyku za granicę. Nasza Łusia kończy więc z kilogramem niebieskiego proszku w brzuchu i zostaje wysłana w podróż swojego życia. Niestety, po drodze nieco obrywa, przez co pakunek zostaje uszkodzony i substacja dostaje się do jej organizmu. To owocuje pojawieniem się supermocy (bez leniwca tym razem) i zapoczątkowaniem całej akcji filmu, polegającej na... cóż, na niczym szczególnym, ale o tym za moment.
Z wątkiem Lucy od początku przeplata się wykład prowadzony przez jakiegoś randomowego doktora granego przez Morgana Freemana, mówiący o możliwościach ludzkiego mózgu. Czy raczej o jego ograniczeniach, bo w końcu ludzie potrafią używać go tylko w 10%. Wykład jest niesamowicie nudny i nawet głos Freemana tu nie pomaga. Dowiadujemy się z niego, że: primo, ludzkość ssie; secundo, gdybyśmy mogli wykorzystywać więcej procent mózgu moglibyśmy wpływać na innych ludzi i na otaczającą nas rzeczywistość; tertio, ludzkość ssie. Dużo pseudonaukowego bełkotu, który oczywiście ma nam wyjaśnić, co właśnie dzieje się z naszą protagonistką. Przynajmniej częściowo.

Cała reszta filmu to: pokazywanie, jak bardzo wszechpotężna i zajebista jest Mary Sue Lucy; szukanie supernarkotyku; wyrównywanie rachunków z chińską mafią. Z tym że wszystkie trzy elementy działają razem, toteż możemy podziwiać osomność Łusi rozwalającej Chińczyków podczas zdobywania narkotyku. Oczywiście, nasza wszechmocna heroina załatwia wszystko jednym mrugnięciem, więc ani przez moment nie znajduje się w niebezpieczeństwie, za to dość często naraża innych ludzi (całkowicie niepotrzebnie, ale ojtam).Okazuje się, że możliwość korzystania z większej części mózgu pozwala nie tylko na manipulowanie grawitacją, odbieranie milijonów bodźców i całkowitą zmianę własnej morfologii - sprawia też, że tracisz charakter i emocje, ponieważ najwyraźniej takie rzeczy są zarezerwowane dla plebsu. Dlatego też Łusia, która pół godziny temu płakała i wymiotowała na widok trupa, teraz zabija zupełnie przypadkowe osoby bez mrugnięcia okiem. Postanawia też, że musi zdobyć więcej cudownego narkotyku (który okazuje się być magicznym cosiem podawanym płodom, dającym im siłę bomby atomowej i pozwalającym wyhodować kości, tak), a także kontaktuje się z naszym panem Morganem w celu poinformowania go, że jego teorie się sprawdziły. Dziewczyna obiecuje mu, że kiedy osiągnie maksymalny potencjał mózgu, postara się zamknąć całą swoją wiedzę w komputerze, żeby ludzkość mogła z niej skorzystać.

Od początku film zmierza do momentu, w którym wspaniałość bohaterki osiągnie upragnione 100%, co najwyraźniej równa się zostaniu bogiem. Dostajemy na ten temat trochę pseudogłębokiego gadania, trochę podkreślania merysujczości Lucy, trochę "subtelnego" symbolizmu, trochę filozofii i oczywiście całe mnóstwo mocno alternatywnej nauki. Och, i nieco narzekania na ludzkość. To wszystko okraszone strzelaniną i wybuchami na drugim planie. Warto było na to czekać te półtorej godziny.
Wydaje mi się, że z powyższego streszczenia można to łatwo wywnioskować, ale napiszę w celu podsumowania: świat ukazany w filmie jest idiotyczny, fabuły prawie nie ma, a bohaterowie (których jest dwójka, bo reszta to zupełni statyści) to nieinteresujące kukły.
Czy w takim razie film ma jakieś plusy? Hmm.
Chciałabym pochwalić aktorstwo, ale poza mocno nijaką Scarlett i Morganem Freemanem, grającym tę samą rolę co w tysiącu innych filmów, nie ma tu nikogo wartego uwagi.
Efekty specjalne są niezłe, mamy parę ładnych animacji mocy Lucy, reszta jest zdecydowanie poniżej przeciętnej.
Soundtrack jest ładny, o. Niczego nie urywa, ale słuchało się go dobrze.
Akcji nie jest wcale tak dużo, biorąc pod uwagę fakt, że sporo scen ogranicza się do Łusi powalającej wrogów spojrzeniem.


Podsumowując, film jest oparty na idiotycznych założeniach, bohaterka to Mary Sue bez krztyny charakteru, akcja niespecjalnie wciąga, a sporo scen jest zwyczajnie przegadanych. Seans mnie zmęczył, ale podejrzewam, że jeśli wyłączy się myślenie, można się na nim nawet (powiedzmy) nieźle bawić. Jak na większości głupich popcornowych sensacyjniaków.

Czy ktoś widział "Lucy" i chce podzielić się wrażeniami? Zapraszam, chętnie wysłucham opinii. 

Thursday, 16 October 2014

O filmowych planach DC&WB

Moje małe nerdowskie serduszko zabiło dzisiaj szybciej, po raz pierwszy od dłuższego czasu. To jest, pierwszy od jakichś dwóch dni. Chociaż jakby tak się zastanowić, to ostatnio ciągle bije strasznie szybko. Tyleż wspaniałych wieści słyszę każdego dnia... 
Ale do rzeczy. Parę godzin temu poznaliśmy (dość) dokładne plany DC i Warner Bros na kolejne sześć lat kręcenia wspólnych filmów. Jaram się tym jak pochodnia, oczywiście. Co jednak nie znaczy, że nie mam paru zastrzeżeń. 
To będą takie moje ogólne przemyślenia. Polecę punktami, coby było estetycznie, o.

  • Suicide Squad w 2016. To piękne, tak bardzo piękne. Film był zapowiadany już od dłuższego czasu, ale dopiero teraz rzucono nam datę. Zaskakująco bliską, wcześniej kojarzoną z premierą "Shazama". Okazuje się jednak, że jedna z moich ulubionych komiksowych grup pojawi się na wielkim ekranie znacznie wcześniej, co napawa mnie ogromnym szczęściem. Dodatkowo, wyprzedzi przy tym powstanie marvelowskiego Sinister Six, co oznacza, że będzie pierwszym filmem w obu uniwersach przedstawiających villainów w rolach głównych. Teraz tylko posiedzę sobie i poczekam na film o the Rogues.
  • Solowy film o Wonder Woman! Mówiono o tym już od dawien dawna (właściwie odkąd potwierdzono jej występ w BvS), ale dopiero teraz dostaliśmy konkrety. 2017 przyniesie nam pierwszy solowy film o kobiecie-superbohaterce w nowych filmowych uniwersach. Wspaniała wiadomość. Co prawda wciąż nie mogę wyobrazić sobie Gal Gadot jako Diany i ciągle obawiam się jej ukazania w filmie. Zwłaszcza, że parę dni temu ogłoszono, że filmowa WW jest córką Zeusa. Ugh, nowy origin, taki słaby, takie pójście na łatwiznę...  


  • Jason Momoa jako Aquaman, Ezra Miller jako Flash...? O pierwszym wyborze właściwie nie ma co mówić, wiedzieliśmy to od dawna. Co prawda podnosiły się głosy, że może jednak Momoa będzie grał Lobo, nie Arthura, ale i tak każdy przyzwyczaił się do myśli, że Khal Drogo jest teraz królem Atlantydy. Nihil novi, chociaż miło jest mieć już oficjalne potwierdzenie.
    Druga decyzja spadła na nas jak grom z jasnego nieba, nie zapowiedziana w żaden sposób, co oczywiście wzbudziło spore kontrowersje. Ja sama jestem dość sceptycznie nastawiona, chociaż w pierwszej chwili ucieszyłam się. Znam Ezrę tylko z dwóch filmów, ale tyle wystarczy, żeby zauważyć jego talent aktorski i charyzmę. Niestety, w tym wypadku równie ważne (lub nawet ważniejsze) niż kuszt aktorski, jest wpasowanie się w postać, w wyobrażenie o niej, budowane w końcu od dobrych kilkudziesięciu lat. I tu pojawia się problem. Tym większy, że jakiś czas temu obsadzono naprawdę cudownego Flasha - Granta Gustina jako Barry'ego Allena w serialu stacji CW. Wybór Millera, a więc osoby o raczej charakterystycznej urodzie, jest mocno problematyczny. Uznałam (tak jak i spora część fanów), że od biedy pasowałby on na trzeciego Scarlet Speedstera, czyli Wally'ego Westa. Niestety, DC chyba tak nie uważa. Raczej nie pojawiło się na ten temat nic oficjalnego, ale najprawdopodobniej dostaniemy dwie wersje Barry'ego, który w tym samym czasie będzie już dobrze zadomowiony w serialu "Flash". Ugh. 
No jakoś tego nie widzę. Ale hej, może nas jeszcze zaskoczy.
  • Cyborg i Zielona Latarnia z solowymi tytułami. Najpierw powiem o Latarni, ponieważ uważam to za fantastyczną wiadomość. Temat był już podejmowany w 2011 roku i... cóż, powiedzmy, że nie było to zbyt udane. Jednakże, kosmiczna część uniwersum DC jest zbyt bogata, żeby można było ją zignorować podczas przenoszenia świata na srebrny ekran. Film zapowiedziano dopiero na rok 2020, dzięki czemu mamy sporą przerwę między ostatnią poraż... ostatnim występem GL a jego nową wersją. Niestety, na razie nie wiemy o filmie nic, nawet o której Latarni będzie opowiadał.
    Co do Cyborga, cóż, tu pojawia się problem. Pozwólcie mi podsumować, z czego właściwie znany jest Victor Stone: z bycia członkiem JLA i z bycia członkiem Młodych Tytanów. I tak, to tyle. Solowa kariera Cyborga nie jest wcale zbyt interesująca. Nie mam pojęcia, co twórcy mają zamiar z nim zrobić w jego własnym filmie. Chociaż do 2020 jeszcze sporo czasu, więc może coś ruszy się w komiksach, może dostanie jakiś interesujący arc. Może. Tak czy inaczej, miło widzieć, że twórcy sięgają po nieco mnie popularne postacie. Następny przystanek - Secret Six! Proszę? 
  • Solowe filmy Batsa i Supka, cóż za zaskoczenie. Tu nawet nie będę się rozpisywać. To było do przewidzenia. Cieszę się z tego powodu strasznie, oczywiście, zwłaszcza z solowych filmów o doświadczonym Batmanie z bat-rodzinką w tle. Ale to było tak oczywiste, że chyba nie mam tu nic do dodania.

I tyle. Moje luźne przemyślenia na temat powstającego kinowego uniwersum DC. Pisane z mocno świeżej perspektywy, ale hej, takie są najlepsze. 
Jeśli ktoś z czytelników (całych trzech, jak podejrzewam) ma jakieś własne opinie na ten temat, zapraszam do podzielenia się nimi. 

Wednesday, 15 October 2014

Recenzja "Zoo City"

Miałam ostatnio sporo wolnego czasu (podziękowania dla mojego paskudnego przeziębienia), więc postanowiłam coś napisać, coby blogaś nie stał taki pusty. Za czytelność notki dziękuję Kobalaminie

Książka Lauren Beukes trafiła do mnie zupełnie przypadkiem. Wybrałam ją jako nagrodę w pewnym konkursie na tegorocznym Pyrkonie, głównie dlatego, że spodobała mi się okładka. Okej, inaczej - tylko dlatego. Nie kojarzyłam ani autorki, ani tytułu, a streszczenie przeczytałam dopiero w domu, kiedy ustawiałam książkę na półce. Wtedy też okazało się, że powieść zalicza się do nurtu "urban fantasy", co w ostatnim czasie nieco mi się przejadło, przez co byłam nastawiona do lektury sceptycznie. Niesłusznie, na szczęście.

Fragment węgierskiej okładki.
"Zoo City" opowiada historię Zinzi December, młodej mieszkanki Johannesburga, a dokładniej slumsów zamieszkiwanych przez zoolusów. Są to ludzie, którzy za popełnione w przeszłości zbrodnie zostali przez siłę wyższą ukarani zwierzęcymi towarzyszami oraz supermocami. Brzmi dość głupio? Cóż, uznajmy zatem ukazanie tego konceptu jako całkiem sensownego za ogromny sukces książki. Nasza główna bohaterka jest właścicielką Leniwca, posiada też przydatny talent do odnajdywania zaginionych przedmiotów. Wykorzystuje tę umiejętność do zarabiania na chleb, a w wolnym czasie zajmuje się oszustwami internetowymi. Kiedy pewnego dnia jedna z jej klientek zostaje zamordowana, Zinzi wplątuje się w dość nieciekawą sytuację i musi zmierzyć się z jeszcze większą ilością przeszkód i niebezpieczeństw niż w jej codziennym życiu.
Niestety, mimo że przedstawiona wyżej fabuła ma potencjał, jest zdecydowanie najsłabszym punktem książki. Zawiła, kiepsko poprowadzona, drobno posiekana i porozrzucana, pełna przeskoków czasowych. Rozwiązywanie kryminalnej zagadki nie jest tak zajmujące, jak powinno być, pozostałe wątki też kuleją, a akcja jest mocno nierówna.

Znacznie lepiej wypada świat przedstawiony, który jest wciągający i niesamowicie oryginalny. Na plus można zaliczyć świetne ukazanie stosunku społeczeństwa do zoolusów, nie tylko poprzez interakcje z różnymi bohaterami powieści, ale też za pomocną artykułów prasowych czy nawet komentarzy ze stron internetowych. Zresztą sam pomysł dania ludziom powiązanych z nimi zwierząt, kojarzący się z "Mrocznymi Materiami", jest intrygujący, a także dobrze napisany. Nie jest tylko ozdobnym dodatkiem - autorka nie zapomina o nim w momentach, kiedy nie jest jej potrzebny, cały czas mamy świadomość obecności Leniwca i innych zwierzaków, są one ważnym punktem życia większości postaci. Miasto przedstawione jest w niezwykle wyrazisty sposób. Mimo ukazania jego mniej przyjemnej strony jest cudownie żywe i barwne. Smutne, zamglone i deszczowe miejscowości, tak popularne ostatnio w urban fantasy, mogą się schować.
Niestety, nie wiemy wszystkiego o tym świecie. Nie dowiadujemy się na przykład, skąd właściwie wzięły się te zwierzaki. Po drodze pojawia się jeszcze więcej pytań bez odpowiedzi, ale można na razie przymknąć na nie oko i mieć nadzieję, że autorka napisze sequel, który nam to rozjaśni.

Reszta postaci nie jest jednak aż tak ciekawa i szczerze mówiąc, mało kto zapada w pamięć na dłużej; zostają oni całkowicie przyćmieni przez Zinzi. Sam świat nie może jednak udźwignąć całej książki (o ile nie mówimy o Dysku). Sytuację tutaj ratuje na szczęście główna bohaterka i jednocześnie narratorka powieści oraz sam sposób tejże narracji. Cała historia jest okraszona humorem, sarkazmem, wyraźnym komentarzem społecznym oraz nawiązaniami do popkultury, a także mnóstwem metafor. Język jest naprawdę świetny, całość czyta się bardzo łatwo i przyjemnie. Zinzi ma też tę cudowną cechę, której brakuje większości dzisiejszych heroin - jest człowiekiem z krwi i kości, z wadami i zaletami, z charakterkiem. Dodatkowo mamy wystarczająco dużo czasu, żeby móc ją polubić i przywiązać się do niej.

Podsumowując ten zawiły i nieskładny potok słów: "Zoo City" to bardzo przyjemna lektura, przy której można się świetnie bawić. Ma swoje wady, ale da się je zignorować. Polecam każdemu, kto ma ochotę na dość lekkie czytadło, które jednak nie obraża inteligencji czytelnika. I miłośnikom afrykańskiej kultury. I fanom leniwców.

Oczywiście zapraszam do komciania i dzielenia się swoimi opiniami w kwestii książki, recenzji tudzież leniwców. 

Monday, 13 October 2014

Niezwykle oryginalna notka powitalna

Witajcie, z tej strony Sida.

Na wstępie chciałabym uprzedzić, że nie mam doświadczenia w prowadzeniu blogów. Właściwie, to mój pierwszy od czasów podstawówki, kiedy to blogowanie polegało na wstawianiu do noci jak największych ilości świecących, brokatowych gifów. Nie mogłam jednak pozwolić, by to mnie powstrzymało, więc kiedy tylko poczułam Powołanie czyt. pozazdrościłam tych ładnych blogów, które ostatnio wszyscy mają założyłam te oto Muzeum.

Mam zamiar pisać tu recenzje. Czy może raczej "recenzje", bo nie uświadczycie tu ani grama profesjonalizmu. Będą to po prostu moje wywody na temat ogólnie pojętych rzeczy. Głównie takich, o których już każdy w internetach zdążył się wypowiedzieć, ale to nieistotne.
Przeczytacie tu o książkach, komiksach, serialach, filmach i grach. I o wszystkim, co akurat wpadnie mi w oko. Słowem, będzie to coś, czego nie widzieliście jeszcze nigdy na żadnym innym blogu.

To by było na tyle. Pierwsza poważna (a przynajmniej poważniejsza niż ta) notka pojawi się już niedługo.
Dziękuję za uwagę. Czujcie się zaproszeni do zostawiania komciów i wypunktowywania, co zdążyłam zrobić źle.