Sunday, 30 November 2014

O zwiastunie "Star Wars: The Force Awakens"

Jak zwykle spóźniona, noale. Na początek zaznaczę, tak na wszelki wypadek, że kocham Gwiezdną Sagę. Każdą nową wiadomość związaną z kręceniem epizodu siódmego śledzę z ogromną uwagą, staram się czytać każdą plotkę i dziwną teorię. Do samego filmu podchodzę odrobinę sceptycznie, ale nastawienie zmieniam nieco z każdą nową informacją. Na zwiastun czekałam w napięciu, i kiedy w końcu wyszedł, postanowiłam coś tu o nim napisać. Krótko, bo w końcu ile można pisać o trailerze.

Musiałam to wstawić. 

Długo wyczekiwany trailer trwa tylko 88 sekund, ale przedstawia całkiem sporo. Mógłby pokazać więcej, gdyby nie dziwnie rozciągnięte sceny, noale. Pierwszą rzeczą, jaką widzimy, jest czarny Szturmowiec, co oczywiście wywołało sporo nie do końca przyjemnych komentarzy, no bo "jak to czarny przecierz to klon a klony nie są czarne poprawność polityczna i żydomasoneria". W każdym razie, to nasz pierwszy rzut oka na jednego z głównych bohaterów nowej Nowej Trylogii (Nowszej Trylogii?). Trudno wyrobić sobie jakąkolwiek opinię po sekundowym występie, ale uważam, że to ciekawy pomysł, żeby jednym z ważniejszych postaci serii uczynić właśnie byłego Szturmowca. 

Kolejna scena to absolutnie uroczy droid przemierzający rozległe piaski planety Proszę-Bądź-Tatooine. Mam słabość do robotów, więc obecność tego cudeńka bardzo mnie cieszy. I już dopisuję go do listy wymarzonych figurek.


Widzimy też grupkę Szturmowców w nieco odpicowanych armorach. Wyglądają świetnie, jak zwykle, więc nie ma co tu się rozpisywać. 

Za to w następnej scenie możemy zobaczyć kolejną ważną dla filmu postać - dziewczyny granej przez Daisy Ridley. Wygląda sympatycznie, jeździ na wielkim lodzie Magnum, i podobno jest córką Hana i Lei. Brzmi to całkiem ciekawie, no i miło zobaczyć na pierwszym planie jakąś postać kobiecą. Może nawet więcej niż jedną przez całą trylogię, ale just sayin'.

Och, jest jeszcze jedna cudowna scena. Prawdziwa kopalnia żartów, moment w którym zwątpiłam w Epizod VII - postać z mieczem świetlnym. Widziałam ten cud techniki już jakiś czas temu, na jakimś concept arcie, ale (oczywiście) nie brałam go na poważnie. A jednak, twórcy postanowili to zrobić, i dostaliśmy Sitha z mieczem-krzyżem, posiadającym dwa dodatkowe promienie, nie mające żadnego zastosowania, poza wyglądaniem głupio. Myślałam, że po świetlnym wiatraczku Inkwizytora z SW: Rebels nie zobaczę bardziej bezsensownej wersji lighsabera, ale niestety. I wiem, że to paskudztwo pojawiało się już w EU, ale to nie umniejsza tego, jak kiepsko to wygląda.

Jedna z milijonów przeróbek wybajerzonego miecza.

Możemy też zobaczyć nieco latania i strzelania, nawet w wykonaniu Sokoła Milenium. Miło widzieć starego grata znowu przemierzającego przestrzeń. Zastanawiam się tylko, kto będzie nim sterował, czy statek dostanie się w ręce jakichś nowych postaci, czy wciąż używa go Han Solo?

Coby podsumować, trailer wyszedł całkiem niezły. Nie rzucił mnie na kolana, ale to w końcu tylko półtorej minuty, nie powinnam wymagać zbyt wiele. Do premiery jest jeszcze mnóstwo czasu, więc na pewno dostaniemy coś dłuższego i ciekawszego. Na razie jednak jestem usatysfakcjonowana. Muzyka jest genialna, tekst przewijający się w tle nie porywa, ale ma jakiś klimat, całość zdecydowanie zachęca.


Hmm, w poprzedniej notce obiecałam recenzję serialową. Postanowiłam jednak przenieść ją nieco w czasie, poczekać na zakończenie sezonu. Żeby nie wyszło, że jestem niesłowna, nie mam zamiaru pisać teraz, czego możecie spodziewać się w kolejnym poście, o. 
Zapraszam do komciania i tak dalej. 

Saturday, 22 November 2014

Recenzja "This War of Mine"

Jest wcześnie rano, słońce już (prawie) wstaje, a ja siedzę sobie i gram. Nie planowałam tego w ten sposób, ale niestety, gra wciągnęła mnie tak, że podchodziłam do niej trzy razy pod rząd. Ani razu nie udało mi się dobrnąć do końca, i gdyby to był inny tytuł, prawdopodobnie już bym go porzuciła, w tym wypadku jednak nie mogę tego zrobić. 

"This War of Mine", bo o tej grze mówię, została mi polecona w tym samym czasie przez dwie osoby, uznałam więc, że to musi coś znaczyć, i że warto sprawdzić co to takiego. Już sam opis mnie zainteresował - akcja ma miejsce podczas wojny, naszym zadaniem nie jest jednak bieganie z karabinem i strzelanie do Tych Złych, a zapewnienie przeżycia grupie cywili. Rozgrywka dzieli się na czas spędzony w bazie naszych bohaterów, poświęcony na udoskonalanie jej, tworzenie potrzebnych przedmiotów, mebli i innych takich, oraz na nocne wypady na miasto, podczas których mamy zdobywać zapasy i potrzebne materiały. Jeśli dodamy do tego ciężkie wybory moralne, przed którymi jesteśmy stawiani właściwie co chwilę, a także genialną, depresyjną atmosferę całości, wychodzi nam coś naprawdę intrygującego. 

O, to taka radosna i kolorowa wersja tego, co widzimy w grze. 

Gra natychmiast kupuje swoim klimatem - świat jest szary, brzydki i zniszczony, soundtrack brzmi naprawdę przygnębiająco, nasi podopieczni nie mówią, więc jedynymi odgłosami w tle są nie tak odległe wystrzały i eksplozje. Perspektywy naszych bohaterów też nie napawają optymizmem. Na początku obejmujemy panowanie nad trójką ludzi, w trakcie rozgrywki liczba ta ulega oczywiście zmianom. Jedzenia jest mało, surowców potrzebnych na budowę mebli czy broni jeszcze mniej, o lekarstwach nie wspominając, a w dodatku po okolicy grasują złodzieje. Szybko też przekonujemy się, że wszystkie wydarzenia mają ogromny wpływ na postacie, i śmierć jednej z nich szybko skutkuje pogorszeniem samopoczucia i morale innych, może nawet prowadzić do depresji czy samobójstwa. Co za tym idzie, każdy nasz błąd może mieć tragiczne skutki.

Wizja rychłej śmierci nie jest jednak jedynym, co przynoszą spotkania z innymi ludźmi. Postacie niezależne odwiedzają czasem naszą bazę w celu handlowania lub z chęci dołączenia do naszej grupy, nierzadko też proszą nas o pomoc. Konsekwencje tego są różne, czasami wylądujemy z poczuciem spełnionej misji, innym razem skończy się to wielogodzinną agonią i pożegnaniem jednego z naszych. Ludzie spotykani na nocnych wojażach również mogą nieść ze sobą coś innego niż spora ilość ołowiu, możemy trafić na przykład na podobnych nam, walczących o życie mieszkańców. Co z nimi zrobimy to już tylko nasza decyzja, należy jednak zawsze pamiętać, że każdy czyn ma swoje skutki i może odbić się na naszej drużynie. 

Cała rozgrywka toczy się w 2D (czy raczej 2,5D, ale nie wnikajmy w szczegóły), sterowanie jest banalne, a cały system można ogarnąć w ciągu paru minut. Poza tym jednak poziom trudności jest dość wysoki, i jak już pisałam wcześniej, umieranie jest częste i powszechne (jak to na wojnie)
Muzyka jest raczej powtarzalna i może się nudzić przy długim graniu, ale świetnie wpasowuje się w klimat całości. 

Obrazek ten sam, ale tym razem gif. Lubię gify. 

W całym dziele ciężko doszukać się jakichkolwiek wad, i chyba jedynym co mi przeszkadzało były kiepsko zarysowane postacie. Żadna z nich nie miała charakteru, były płaskie i różniły się tylko zdjęciem i reagowaniem na różne sytuacje. Nie odbiera to jednak przyjemności płynącej z gry, ponieważ wciąż możemy zżyć się z naszymi podopiecznymi. 

Coby podsumować - "This War of Mine" to naprawdę fantastyczna gra, dostarczająca wielu emocji i pozostająca w pamięci na długo. Podejmuje oklepaną już tematykę, ale przedstawia ją w oryginalnym świetle, genialnie oddając klimat wojny (czytałam, że twórcy opierali się na wspomnieniach weteranów z wielu współczesnych konfliktów). Warto wspomnieć, że to małe arcydzieło zostało stworzone przez naszych rodaków, warszawskie studio 11 bit. Zdecydowanie coś, z czego można być dumnym. 


Miałam wstawić dziś zupełnie inną reckę, ale jak już pisałam, TWoM złapało mnie i nie chciało puścić, musiałam więc napisać o tym. Ale na dniach powinna pojawić się notka mówiąca o pewnym serialu, brace yourselves. 
Ktoś grał/gra w to cudeńko? Zapraszam do dzielenia się wrażeniami, jak zwykle. ^^ 

Monday, 10 November 2014

Stosik #1

Nie posiadam aparatu, focia robiona termostatem.
Zawsze lubiłam patrzeć na wstawiane na blogi zdjęcia nabytków i kolekcji książkowych, komiksowych tudzież jakichkolwiek innych. Dlatego też nie mogłam się powstrzymać przed wstawieniem tu mojego pięknego stosiku. Prawdopodobnie będę je wrzucać co jakiś czas, jeśli akurat Fortuna się do mnie uśmiechnie i rzuci mi trochę pieniędzy. 

Dzisiejszy stos to moje zdobycze z października plus trzy cudeńka przywiezione z Falkonu. 
Przy okazji chciałam napisać coś o samym konwencie, tak pokrótce: było wspaniale. Straszliwie cieszę się, że tam pojechałam, bawiłam się świetnie, poznałam cudownych ludzi i kupiłam mnóstwo ładnych rzeczy. Pełnia szczęścia. To był dopiero mój drugi kon, więc nie bardzo mam co porównywać, ale podobało mi się nawet bardziej niż na Pyrkonie.

Ale wrócę do książek, w końcu to o nich tu mowa. Od góry:

  • starwarsowa "Droga Zagłady" Drew Karpyshyn - kupiona w moim ulubionym antykwariacie, w którym dość często wynajduję gwiezdnowojenne taniości. Na tę szczególną polowałam od dłuższego czasu, bo wcześniej widziałam tam tylko dwie kolejne części trylogii Dartha Bane'a, teraz w końcu mam pierwszą.
  • "Nauczyciel sztuki" Wojciecha Kłosowskiego - otrzymana przy akredytacji na Falkonie, całkowicie za darmo. O tytule nigdy nie słyszałam, więc prawdopodobnie nie zainteresowałabym się nią gdyby nie została mi wręczona na konwencie. 
  • "Tysiąc imion" Django ("D" jest nieme) Wexler - kolejny nabytek falkonowy. Nie wiem co, nie wiem kto, ale wyglądała najlepiej spośród książek dostępnych za konwentową walutę. Opis też brzmi ciekawie. Mam nadzieję, że się nie zawiodę. 
  • "Zółw przypomniany" Terry'ego Pratchetta i Stephena Briggsa - zakup podyktowany moją ogromną i szczerą miłością do Dysku. Planowałam to od dawna, i w końcu wypatrzyłam niedrogi egzemplarz na jakiejś fejsowej grupie. To jednak przydatna rzecz, ten fejsbuk.
  • "Złoty pociąg" Mirosława Bujko - prezent urodzinowy. Rzecz o złocie, bolszewikach i pociągu, czego tu nie lubić. Leży na półce już od dłuższego czasu, muszę się w końcu za nią zabrać. 
  • "Gildia magów" Trudi Canavan - hm, tak. Była wystawiona przez tę samą osobę, co "Żółw", postanowiłam więc kupić i ją, a za przesyłkę zapłacić tylko raz. Bo w sumie czemu nie.
  • "Odkupienie" Andersa Roslunda i Börge'a Hellströma - następny prezent. Lubię połączenie Skandynawia plus kryminał, chociaż fabuła nie brzmi zbyt interesująco i jest raczej thrillerem niż czymkolwiek innym. Noale. 
  • "Kartki z datami do zapisywania rzeczy" Kobiety-Ślimaka, MNQ i Revv - ostatnia zdobycz z Falkonu. Mało brakowało, a bym nie kupiła, ale zdecydowałam się na moment przed powrotem do domu. Piękna rzecz, jak można było spodziewać się po takim team-upie twórców. 
  • "Grzechy rodu Borgiów" Sarah Bower - bo lubię Borgiów, a akurat było wystawione po taniości na fejsbukach. Tyle wygrać. 
  • zrecenzowany niedawno "Lis" #1 Dariusza Stańczyka i Jakuba Oleksowa - bo czekałam na premierę od dłuższego czasu i zamówiłam zaraz po niej. I było warto, zdecydowanie.
  • "Outsiders" vol 3 #6 - wygrzebane w antykwariacie. Stan nawet niezły a ceny prawie nie było, także bardzo miła niespodzianka.

Na pierwszym zdjęciu w ogóle ich nie widać, a takie ładne są.

Dawno się tak nie obłowiłam, toteż jestem niesamowicie dumna z tego stosiku. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że kolejne będą równie wysokie. 
Ktoś coś zna, może chce podzielić się opinią? Albo powiedzieć coś o Falkonie? 


Sunday, 2 November 2014

Recenzja "Lisa" #1

Jakkolwiek smutne by to nie było, Polska nie może pochwalić się właściwie żadnymi osiągnięciami w dziedzinie komiksu superbohaterskiego. Niby ktoś coś próbował, ktoś coś robił, ale wyszło jak zwykle. I nawet KOPS przestał się ukazywać. Dlatego też zaintrygowała mnie informacja o tworzonym właśnie papierowym komiksie pt. "Lis". Zamieszczone na internetach arty wyglądały naprawdę porządnie, cieszył też pozbawiony patosu tytuł (Biały Orzeł, anyone?). Projekt zapowiadał się ciekawie, więc kiedy w parę dni po premierze zamówiłam swój własny egzemplarz pierwszego zeszytu. I nie zawiodłam się. 


"Lis" (autorstwa duetu Stańczyk&Oleksów) to historia Gabriela Majewskiego, już-nie-studenta, który wraca do ojczyzny po trzech latach spędzonych w Anglii. Pracował tam jako ochroniarz w pewnym laboratorium, a jako że laboratorium + klimaty superbohaterskie = supermoce, Gabryś powrócił do Polski z zestawem dodatkowych (nieszczególnie oryginalnych) skilli. Postanowił wykorzystywać je w walce ze złem i występkiem do pełnienia szlachetnego zawodu złodzieja, co całkiem nieźle wychodziło mu na Wyspach. Niestety, szybko okazało się, że Lis nie jest jedynym niezwykle utalentowanym osobnikiem w okolicy, i dość szybko ujawnia się swego rodzaju konflikt interesów między naszym superkradziejem a nieco niestabilnym, przypominającym filmowego Bane'a Strażnikiem.

"Szybko" to w tym wypadku słowo-klucz. W pierwszym numerze komiksu dzieje się naprawdę sporo - na około 30 stronach zostaje nam przedstawiona krótka historia naszego nie-do-końca-bohatera, kawałek jego prywatnego życia po powrocie do kraju, a także jego działania jako Lisa już w Warszawie. Poza tym dostajemy parę informacji o Strażniku, mamy okazję przeczytać choćby o jego motywach. Twórcy nie wyjaśniają wszystkiego w pierwszym zeszycie, zostawiając co nieco na kolejne numery. Pierwsze spotkanie z Gabrielem i jego otoczeniem jest interesujące i zachęca do wyczekiwania na kolejne przygody Lisa.

Oprawa graficzna, za którą odpowiada Jakub Oleksów, wygląda naprawdę porządnie. Komiks ma naprawdę przyjemny klimat, świetną kolorystykę, i fantastyczną kreskę. Czyta się bardzo dobrze i szybko. Projekty postaci ogromnie przypadły mi do gustu - strój Lisa miło kojarzy mi się z Mirror Masterem, a Strażnik przez samych bohaterów jest porównany do Bane'a. Obaj wyglądają ciekawie i w miarę oryginalnie. Nawet Warszawa nie wydaje się taka brzydka jak w rzeczywistości.

Świat wykreowany przez twórców to taki standardowy superbohaterski świat, który tylko czeka na zasiedlenie. Nie powala oryginalnością, ale bądźmy szczerzy, ciężko stworzyć w tych klimatach cokolwiek, co nie pojawiłoby się już w Marvelu czy DC. Na razie mamy tylko dwójkę zamaskowanych postaci biegających po mieście, ale podejrzewam, że już niedługo pojawi się tu ktoś jeszcze. Marzę o tym, żeby z tej jednej serii komiksowej wypączkowało parę następnych, i kto wie, może za parę lat powstanie już całkiem sensowne, ciekawe uniwersum. Nie wiem, jak twórcy odnoszą się do takiej idei, ale czekam na jakieś ustosunkowanie się.
Podsumowując, "Lis" to naprawdę przyzwoity komiks, z pewnością wart swojej ceny (dychacz za wersję normalną, piętnaście za wybajerzoną okładkę), który polecam każdemu miłośnikowi klimatów superbohaterskich. Wiem, że nie powinnam nastawiać się tak hurraoptymistycznie do serii po przeczytaniu tylko pierwszego numeru, ale wrażenia są na tyle pozytywne, że zaryzykuję.
Możecie spodziewać się recki kolejnego zeszytu, za jakieś (oborzejakdługo) cztery miesiące.

Jakoś krótko wyszło, noale. 
Ktoś zna, ktoś czytał? Jak wrażenia?