Monday, 29 December 2014

Podsumowanie roku 2014

Za chwilę kończymy rok 2014. Nie mam pojęcia jak to możliwe, przecież dopiero co był styczeń, pamiętam mojego ostatniego Sylwestra jakby to było wczoraj. Ten rok minął mi tak niesamowicie szybko, że podejrzewam tu działanie sił nieczystych lub wystąpienie jakichś dziur w czasoprzestrzeni. Nie wiem czemu tak jest, ale aktualnie staram się z tym handlować pogodzić. To było dziwne 365 dni, nie potrafię stwierdzić czy był to udany rok, czy nie, ale wydarzyło się w nim parę naprawdę miłych rzeczy, więc koniec końców zaliczyłabym go na plus.
Ale chciałam się teraz skupić na popkulturowym aspekcie 2014, a więc na wydanych w tym roku komiksach, książkach, gra czy filmach. Chciałam to tak krótko omówić (będą punkty!), napisać o tegorocznych premierach i moich wrażeniach. 

  • Tyle dobra w kinach
    W przeciwieństwie do większości kategorii, tu akurat nie mam żadnego problemu ze wskazaniem swojego absolutnego faworyta. "Grand Budapest Hotel" Wesa Andersona z miejsca został jednym z moich ulubionych filmów evah, a kolejne seanse tylko utwierdziły mnie w przekonaniu, że to prawdziwe arcydzieło. Ten rok był też obfity w produkcje superbohaterskie - mieliśmy nowych X-Menów, nowego Spidey'ego, nowego Kapitana Amerykę, Strażników Galaktyki i Wielką Szóstkę - większość z nich była co najmniej przyzwoita, a wychodzę z założenia, że im więcej filmów o herosach w trykotach, tym lepiej. 2014 przyniósł też prześwietne Lego Movie, to zdecydowanie plus. 
  • Seriale pełne komiksów
    Dostałam w tym roku trzy komiksowe seriale, co oczywiście cieszy mnie niezmiernie. Nie wszystkie wyszły tak dobrze, jak oczekiwałam, ale to mniejszy problem, i tak oglądam je z przyjemnością. W tym roku nastąpił też debiut dwunastego Doktora, na który czekałam w napięciu od ostatniego świątecznego speciala. Zawiodłam się na nim ogromnie, jak i na całej ósmej serii DW, niestety. Niesmak po tym niweluje jednak absolutnie cudowny "Fargo", zdecydowanie jeden z najlepszych seriali, jakie widziałam. Poza tym jest jeszcze jakiś milijon seriali SF, którymi nagle tak obrodziło, a które wiszą na mojej liście do obejrzenia, ale jakoś nie wydają się szczególnie interesujące. Cóż, będzie co oglądać, kiedy inne serie się pokończą.
  • Image wygrywa rzeczywistość
    DC i Marvel dokonały w tym roku kilku intrygujących, mniej lub bardziej trafionych wyborów (jak choćby Thor-kobieta, śmierć Wolverina i paru Robinów, wspaniała Spider-Gwen) oraz wypuściło parę udanych serii - nowa Ms Marvel, Batman Eternal czy Multiversity. Dla obu uniwersów był to rok burzliwy, ale jestem raczej zadowolona z efektów. Nijak ma się to jednak do tegorocznych premier Image Comics, ponieważ te były naprawdę genialne. Dostaliśmy pełno świetnych serii z mnóstwem ciekawych postaci kobiecych, a wiec coś, czego czasem brakuje w dwóch wspominanych wcześniej wydawnictwach. Mamy wspaniałe "The Wicked + The Divine", urocze "Rat Queens", "Sex Criminals", "Copperhead" czy świeże, dopiero co zaczęte "Bitch Planet". To był zdecydowanie udany okres.
Chciałam napisać jeszcze o grach i książkach, ale nie bardzo wiem co. Znaczy, z książkami mam ten problem, że w ogóle ich nie śledzę i nawet nie wiem, co wyszło w tym roku. Ogólnie, zazwyczaj czytam to, co wpadnie mi w ręce, a raczej rzadko są to nowości. Z grami z kolei jest tak, że wyszło ich sporo, większość naprawdę interesująca, ale jak na razie, nie sprawdzona przeze mnie. Z tegorocznych nowości mogłabym wspomnieć tylko o This War of Mine, które już zrecenzowałam, oraz Dragon Age'u i nowościach od Telltale, które mam zamiar zrecenzować. Dlatego zostawię to po prostu na inną notkę. 

A teraz taka króciutka lista moich postanowień noworocznych (mniej lub bardziej) związanych z różnymi nerdowstwami:
  • Nadrobić komiksy z New 52. Śledziłam i wciąż śledzę sporo nowych serii, ale znaczną większość porzuciłam po pierwszych paru zeszytach. W nadchodzącym roku chcę się za nie zabrać i przeczytać je, zwłaszcza te już zakończone. W końcu wypada być na bieżąco ze wszystkim, co dzieje się w uniwersum. 
  • Zapoznać się z klasycznymi i kultowymi horrorami. Nigdy nie byłam miłośniczką tego gatunku, ale wydaje mi się, że wypadałoby to zmienić. Chcę obejrzeć wszystkie te serie, które zna każdy, a których ja nie miałam okazji obejrzeć. Mówię tu zarówno o typowych horrorach, jak i o różnych pastiszach czy innych wymysłach. 
  • Przeczytać książki zalegające na półkach. Przynajmniej kilka, kilkanaście. Nazbierało się ich całkiem dużo, a jakoś nie mogę się za nie zabrać. Muszę to w końcu zrobić, stąd zainteresowałam się wstawianym przez Moreni wyzwaniem, polegającym na czytaniu książki miesięcznie. Nie będę wybierała ich teraz, ale mam zamiar właśnie sprawdzać przynajmniej jedną z nich w miesiącu. Może się uda.
  • Odwiedzić przynajmniej trzy konwenty, może przygotować panel. W tym roku było to jedyne postanowienie noworoczne, które mi się powiodło. W 2015 chcę to powtórzyć, a najlepiej pójść jeszcze dalej. Dwa konwenty to minimum, myślałam o powtórzeniu Pyrkonu i Falkonu, a także pojechaniu na Polcon i Serialkon, o ile druga edycja się odbędzie. Może po drodze wpadnie coś jeszcze, zobaczę. Dochodzi jeszcze kwestia prelekcji, marzy mi się jakiś taki mały panelik związany z rodzinką Batmana, czy czymś takim. Nie jestem pewna, czy podołałabym samej, ale mam nadzieję, że jakoś się uda. 
  • Pisać, pisać, pisać. To mniej popkulturalne, ale też jakoś się wiąże. Muszę zabrać się za pisanie moich opek, i to tak porządnie, Przez 2014 nie udało mi się napisać właściwie nic, ale spędziłam sporo czasu na reserchu i przygotowywaniu gruntu pod pisanie. Muszę to wykorzystać i napisać przynajmniej jedno całe opko. To postanowione. 
  • Zacosplayować, przynajmniej raz. Coś, z czym  zbieram się już od dawna. Mam plany, mam nawet zaczęte stroje, muszę się tylko zawiać i to zrobić. 
To byłoby chyba na tyle. Myślałam, czy nie zawrzeć tu jeszcze nadrobienia klasyki seriali SF, ale sama nie wiem, czy dam radę. Podchodziłam do Star Treka jakiś czas temu, ale efekt był marny. Ale zobaczymy, może to też wyjdzie. W każdym razie, priorytetem jest ta lista wyżej. 

A czy dla Was, moi nieistniejący czytelnicy, był to udany rok? Macie jakieś postanowienia na kolejne dwanaście miesięcy, jakieś plany? Możecie komciać, wiecie, nie mam nic przeciwko. 

Saturday, 27 December 2014

Stosik #2

Ostrzegałam, że notki tego typu będą się tu pojawiać co jakiś czas. Mam nadzieję, że nikomu to nie przeszkadza, ale naprawdę lubię chwalić się moimi książkowymi (tudzież innymi) zdobyczami, a ten blog to jakby idealne miejsce na to. Dlatego też dziś piękny stosik z moimi łupami grudniowymi. 



Tym razem focia w ciut lepszej jakości, robiona prawdziwym (!) aparatem

Nie jest jakoś szczególnie powalający, wiem. Niestety, nie zostałam obdarowana tak wielką ilością książek, jak przewidywałam, więc w stosiku brakuje paru tytułów, na które polowałam i które znalazły się w moim liście do Mikołaja. Przykre to, ale uważam, że to wciąż całkiem niebrzydki stosik.


  • "Lisowczycy. Łupieżcy Europy" Henryka Wisnera - wpadłam na nią w złym i szatańskim Empiku podczas ostatnich zakupów. Wyjątkowo szczęśliwym zbiegiem okoliczności, bo akurat potrzebowałam czegoś w tych klimatach w ramach riserczu do mojego ksioopka. 
  • "Front burzowy" Jima Butchera - pierwszy tom cyklu, na który czaiłam się od bardzo dawna. Zaczęłam nawet czytać, parokrotnie, ale rezygnowałam. Wersja papierowa powinna podejść mi lepiej, więc pewnie w końcu to skończę. 
  • "Pod Anodynowym Naszyjnikiem" Marthy Grimes - jakiś przypadkowy kryminał, znaleziony na książkowym outlecie. Kojarzę autorkę z innej części jej serii, której jednak nie doczytałam do końca - nie była zbyt porywająca. Ale hej, kosztowała grosze, szkoda było nie wziąć. 
  • "Jezioro" Arnaldura Indriðasona - książka jeszcze bardziej przypadkowa niż poprzednia. Ot, jakiś kryminał, ale zainteresowała mnie akcja dziejąca się na Islandii i cena.
  • "Czerwień na czerwieni" Wiery Kamszy - pierwsza część serii, którą zainteresowałam się przez pewnych złych ludzi z pewnego złego forum. Zaczęłam czytać w wersji elektronicznej, ale kiedy zobaczyłam książkę w antykwariacie, po prostu musiałam ją kupić. Przepłaciłam, noale. 
  • "Szczurobójca" Sławomira Orłowskiego - nie wiem co to, kto to, nie wiem nic, ale kosztowało dwa zeta. Żałosne, wiem. Nie zaczęłam czytać, ale opis brzmi kiepsko. Jeśli okaże się naprawdę złe, może nawet skuszę się na reckę. 
  • "Wojna Goebbelsa. Triumf intelektu" Davida Irvinga - w ramach mojego wybiórczego zainteresowania historią. 
  • "Księga cmentarna" i "Amerykańscy bogowie" Neila Gaimana - dwa prezenty świąteczne. Cudowne prezenty, bo Gaiman jest zdecydowanie jednym z moich ulubionych autorów, mimo tego moja kolekcja jego książek jest wciąż za mała. 

Nie wiedziałam, czy dodać do stosiku, w końcu to nie książka... ale musiałam się pochwalić, o.

Cóż, to by było na tyle. Zapraszam do dzielenia się opiniami o książkach i tak dalej. 

Thursday, 25 December 2014

Recenzja "In Time"

Święta świętami, ale filmy same się nie obejrzą. Jako że ostatnio mam sporą fazę na Cilliana Murphy'ego, spisałam taką małą listę filmów, które mam zamiar przez niego obejrzeć. Skreśliłam z niej dopiero kilka tytułów, w tym widziane wczoraj "In Time". Nie był to seans zbyt przyjemny i właściwe jedyną jasną stroną była obecność wyżej wspomnianego aktora, ale całość ma jedną znaczącą zaletę - byłby z tego genialny drinking game, polegający na piciu za każdym razem, kiedy z głośników słyszymy słowo "time". Prawdopodobnie prowadziłaby do śmierci po pierwszych pięciu minutach, noale. 

Akcja filmu ma miejsce w nieokreślonej przyszłości, w której radzieccy amerykańscy naukowcy uczynili ludzi nieśmiertelnymi. Polega to na tym, że po osiągnięciu dwudziestego piątego roku życia ludzie przestają się starzeć, ale zostaje im tylko rok życia - jeśli chcą mieć więcej czasu, mogą go sobie dokupić, zarobić, wygrać w pokera czy cokolwiek. Czasem płaci się tu za kawę, za podróż autobusem, za wszystko, co oczywiście doprowadza do śmierci większości osób w tydzień po skończeniu dwudziestki piątki. Po przeczytaniu tego możecie odnieść wrażenie, że nie ma to absolutnie żadnego sensu i jest, krótko mówiąc, idiotyczne. Jeśli tak pomyśleliście, to macie stuprocentową rację, oczywiście. Świat przedstawiony w "In Time" jest niesamowicie głupi, a jego jedynym celem jest pokazanie nam, jak bardzo ludzie i System (dum dum duummm) są zepsuci i źle, bo zamiast dzielić się czasem z innymi trzymają go dla siebie. Nigdy wcześniej tego nie słyszałam, dzięki, filmie.

Głównym bohaterem jest Will Salas, zupełnie przeciętny i nieciekawy gość żyjący w biednej części świata razem ze swoją matką. W wyniku oddziaływania imperatywu jego bohaterskiej postawy, Billy zostaje obdarzony całym czasem jakiegoś bogatego, znudzonego życiem faceta. Przenosi się więc do lepszej strefy i poznaje tam Sylvię, córkę jakiegoś innego dzianego bubka. Po zamienieniu z nią dwóch słów i pokazaniu jej, że życie jest piękne poprzez pływaniu nago w oceanie, para ucieka w świat i zaczyna bawić się w Robin Hoodów. Nieco przeszkadza im w tym niejaki Strażnik Czasu, grany przez Cilliana Murphy'ego.
Nie rozpisujac się zbytnio: nie brzmi to jakoś szczególnie pasjonująco, podane jest marnie, całość raczej nudzi. Jakimś cudem historia i tak jest tu jednym z mocniejszych punktów.

Mogłabym powiedzieć, że Cillian wygląda dobrze w tym filmie, ale byłoby to tragiczne niedomówienie.
Film mógłby zostać uratowany przez bohaterów, ale podejrzewam, że po zdaniu opisującym Willa wiecie już, czego się spodziewać. Postacie w tym filmie są okropnie marne. Główny bohater jest nijaki, pałęta się po ekranie jakby sam nie wiedział po co, no i jest grany przez Justina Timberlake'a, co wiąże się z dość specyficznym głosem, który niektórych (np. mnie) drażni. Postać Strażnika Czasu jest tu tylko po to, żeby wyglądać ładnie i co minutę rzucać jakieś kiepski tekst zawierający słowo "czas", a i tak wypada tu najlepiej. A główna heroina... o, to jest coś świetnego. Twórcy prawdopodobnie zapomnieli wspomnieć, że jest ona cyborgiem. To byłoby jedyne sensowne wytłumaczenie tego, co ta panna odstawiała przez cały film. Druga opcja jest taka, że Amanda Seyfried postanowiła zwyczajnie ztrollować produkcję i postanowiła wyrzucić cały swój talent aktorski do kosza. W każdym razie, postać Sylvii nie robi właściwie nic poza patrzeniem się na rzeczy i ludzi, mówieniem niewiele znaczących rzeczy i nieokazywanie żadnych emocji. Żadnych, serio. "Och, zostałam porwana" - beznamiętne spojrzenie w przestrzeń. "Och, zaraz umrzemy" - to samo. "Och, właśnie kogoś zabiłam", "Och, życie bliskiej mi osoby wisi na włosku", "Och, scena seksów" - tak, dokładnie to samo. Oglądanie tego jest dość bolesne, wierzcie mi.
Właśnie zobaczyliście całą gamę emocji i mimiki, jaką prezentuje Amanda w tym filmie.
No ale fabułą fabułą, aktorstwo aktorstwem - to jest film z guembią i to się liczy! Jak już pisałam wcześniej, film ukazuje nam przeżartych złem do szpiku kości ludzi, którzy mają kasę (czas, ale wiadomo o co chodzi) i trzymają go dla siebie, chadzają na przyjęcia i jedzą kawior, podczas gdy większa część ludzkości jest biedna jak myszy kościelne, nie mają na jedzenie i żyją krótko niczym motyle, czy jakieś ważki. Hurr durr, kapitalizm, zepsucie i brak empatii. Na internetach nawet znajdują się osoby, które zaczynają snuć przemyślenia na ten temat i stawiają wysokie noty za poruszanie cienszkego tematu o prawdziwym świecie. Trochę jak z "Lucy" czy "Transcendencją", to chyba coś znaczy. 

Wypadałoby wspomnieć o plusach, ale nawet nie wiem, co powiedzieć. Nie napiszę, że soundtrack był dobry, bo nie pamiętam nawet jednej nuty, wszystko było miałkie i nijakie jak i cała produkcja. Wyglądało to wszystko żałośnie, przyszłość przedstawiona w filmie różniła się od naszych czasów tylko bardziej wypasionymi zegarkami. O, i autami! Samochody to zdecydowanie zaleta, większość jest dość oldschoolowa, lubię to. Niewątpliwym atutem jest też obecność Cilliana, który aktorem dobrym jest, i nawet w tej roli wypadał przekonująco. Pojawia się tu też parę innych dość znanych nazwisk, nie na długo, ale zawsze coś.

Podsumowując, "In Time" jest straszliwie słabym filmem, który chyba chciał być czymś więcej, ale rozmyślił się w ciągu pierwszych dwóch minut. Przyjemność z oglądania jest właściwie żadna, chyba że lubicie śmiać się z tragicznego aktorstwa (ja tak, dlatego oglądam kiepskie filmy, noale). Nie polecam, zamiast tego upieczcie ciastka, czy coś. Lepiej spędzone dwie godziny.

Zauważyłam, że jakoś łatwiej (i szybciej) pisze mi się o rzeczach marnych, niż o tych dobrych. To dlatego ostatnie recki idą mi tak wolno, o. Muszę zacząć częściej pisać o słabych produkcjach, chociaż nie jestem pewna, czy ktoś chciałby o takich czytać. Chciałby?
Są święta, komciajcie bloga. Czy coś. 

Wednesday, 24 December 2014

Notka okołoświąteczna


Napiszę w tym roku jeszcze parę recek, mówiłam.
Pogram w nowe gry Telltale przed świętami, mówiłam.

Wykombinuję jakąś sensowną świąteczną notkę, mówiłam.


Zamiast tego opierdzielałam się całymi dniami, nie robiąc nic konkretnego czy pożytecznego. Shame on me.
Cóż, wciąż jest szansa na jakąś recenzję w najbliższym czasie (obejrzałam wczoraj Słaby Film SF, może się za to wezmę), planuję, tym razem tak naprawdę, wstawić jakiś stosik.


Mały, niedawno zmartwychwstały Robin, idealny do notki świątecznej.

Teraz jednak chciałam złożyć wszystkim moim czytelnikom (całej piątce? Szóstce?) najserdeczniejsze życzenia z okazji świąt Bożego Narodzenia, Szczodrych Godów, Saturnalii, Sol Invictus czy innych świąt, jakie cudownym przypadkiem zbiegły się nam w czasie pod koniec grudnia. Życzę góry prezentów, smacznych pierogów, śniegu (trochę za późno, wiem), dobrych seriali, filmów i książek, sukcesów, czekolady i wszystkiego, czego tylko zapragniecie (chyba że marzy wam się zagłada ludzkości czy coś takiego, wtedy nie)
Dziękuję za zaglądanie na mojego bloga co jakiś czas. Miejmy nadzieję, że dzięki magii świąt trochę się namnożycie, tak jak i moje posty. 

O, i trzymajcie trochę śpiewającego, świątecznego Christophera Lee, tak dla stworzenia klimatu. 



Tuesday, 9 December 2014

Recenzja "The Wolf Among Us" (sezon 1)

Z okazji wydania pierwszych odcinków "Game of Thrones" i "Tales from the Borderlands" (na które już się czaję, spodziewajcie się recenzji) postanowiłam napisać notkę o jednej z moich ulubionych gier komputerowych evah, czyli "The Wolf Among Us". Postaram się nie zmienić tej recenzji w niekończący się ciąg pochwał. Nie obiecuję, że coś z tego wyjdzie.


"The Wolf Among Us" to przygodówka stworzona przez Telltale Games, czyli autorów growego "The Walking Dead" oraz dwóch tytułów, które wspomniałam na początku. Tak jak w przypadku tytułu o zombiakach, tak i tu samej rozgrywki nie mamy za wiele - gra skupia się na prowadzeniu fabuły, dialogach i przedstawianiu postaci. Nie ma tu zbyt wielu wyzwań, całość to po prostu słuchanie historii i podejmowanie decyzji.

Gra oparta jest na "Fables", serii komiksów wydawanej przez Vertigo. Opowiada o postaciach ze świata baśni, legend i innych opowieści, którzy zmuszeni zostali do przeniesienia się do naszego świata i przystosowania się do panujących tu warunków. Żyją w Fabletown, części Nowego Jorku, pracują i starają się wieść normalne życie a ci, którzy znacznie odróżniają się od zwyczajnych ludzi muszą przyjmować specjalną substancję kamuflującą ich wygląd.

Mamy tu do czynienia z kryminałem; akcja zaczyna się w momencie, kiedy na schodach należącego do Fables (czyli tych baśniowych stworków, nie wiem jak przekłada się to na nasz) budynku znaleziona zostaje głowa młodej kobiety. Sprawa jest brzydka, a z czasem robi się jeszcze paskudniejsza, a to nam przypada rozwiązanie jej. Przez pięć odcinków serii kręcimy się po Nowym Jorku w celu znalezienia zabójcy oraz rozwiązania pewnego większego spisku, który się za tym wszystkim kryje. Zagadka jest intrygująca od samego początku, a rozwiązywanie jej jest bardzo przyjemne i satysfakcjonujące. Nie ma tu zbyt wiele przedłużania na siłę, sprawa toczy się szybko, nie pozwalając się za bardzo nudzić.

Głównym bohaterem, podobnie jak w komiksach, jest Wielki Zły Wilk znany z bajek o Czerwonym Kapturku czy Trzech Świnkach. Bigby Wolf, bo tak jest tu nazywany, pracuje jako szeryf i dba o porządek wśród baśniowej społeczności. W wykonywaniu obowiązków zdecydowanie pomaga mu respekt zyskany przez bycie ogromnym, krwiożerczym wilkiem jego działania jeszcze w świecie baśni oraz niekonwencjonalne metody, takie jak obijanie innym buziek. Mimo że nie jest to szczególnie zachęcający opis, Bigby jest postacią naprawdę sympatyczną i ciekawą, a jego gwałtowność jest często tłumiona przez kolejną istotną postać - Królewnę Śnieżkę, która to sprawuje rolę zastępcy burmistrza Fabletown, Ichaboda Crane'a. Ten duet to główni bohaterowie, ale poza nimi w serii pojawia się sporo innych, a znaczna większość szybko daje się poznać i polubić. Mamy tu parę dobrze znanych postaci, jak Piękna i Bestia, ale pojawia się też parę motywów z miejskich legend czy popularnych (nie u nas, ale) rymowanek. Każda napotkana postać dostaje wpis w growym dzienniku, dzięki czemu możemy poznać nawet te całkowicie niekojarzone przez nas osoby.


Właściwie każdy element "Wolf Among Us" jaki wspominam, to zaleta, ale poza postaciami i fabułą jest jeszcze jedna rzecz, która zasługuje na specjalne wyróżnienie - oprawa audiowizualna i klimat. Dwie rzeczy, noale. Są absolutnie genialne. Nawet jeśli nie polubisz bohaterów i nie wciągnie cię historia, grafika i ogólna atmosfera może ci przypaść do gustu. Gra utrzymana jest w komiksowej stylistyce, tak jak w przypadku "The Walking Dead", ale tutaj wypada to, moim zdaniem, znacznie lepiej. Ujmujący klimat noir jest potęgowany przez nieco mroczną kolorystykę a wszystkie miejsca jakie odwiedzamy są dopracowane i pasujące do całości. Soundtrack jest świetny, klimatyczny, dobry do słuchania nawet po zakończeniu rozgrywki. No i ten opening, o borze!



Wypadałoby wspomnieć coś o wadach, po jakimś czasie udało mi się nawet jedna wymyślić. Długość. Gra jest tragicznie wręcz krótka. Pojedynczy odcinek można przejść w parę godzin, mój rekord to chyba dwie. Odcinków mamy tylko pięć, więc gra kończy się bardzo szybko. Jeszcze jednym małym minusem może być rozwiązanie całej zagadki, w sumie nieszczególnie zaskakujący, ale nadrabia to solidnością, więc nie jest aż tak denerwujące.

Podsumowując, "The Wolf Among Us" to cudowna gra, wciągająca, dostarczająca niezapomnianych doznań estetycznych i świetnej rozrywki. Warto zagrać w nią nawet jeśli nie zna się pierwowzoru lub jeśli nie jest się fanem gry komputerowej. Po skończeniu gry polecam zagrać jeszcze kilka razy, dokonując innych wyborów, bo na sezon drugi trzeba jeszcze niestety trochę poczekać.

Hm, chyba nawet nie wyszło aż tak krótko jak zazwyczaj. Yay. 
Zapraszam do komciania i dzielenia się wrażeniami.
O, i jak już pisałam tam na górze, mam zamiar zrecenzować pierwszy odcinek "Game of Thrones: Iron from Ice" i, być może, "Tales from the Borderlands". Postaram się zrobić to jeszcze przed świętami, bo po nich mogę nie mieć czasu - w końcu dorwę się do Dragon Age: Inkwizycji i będę przechodziła ją jakieś milijon razy.