Saturday, 28 February 2015

Recenzje New 52 - "Nightwing", "Superman Unchained", "Static Shock"

Doszłam do całkiem sensownego (tak przynajmniej sądzę) wniosku, że skoro moje recenzje i tak są tragicznie krótkie, to niegłupim pomysłem będzie sklecenie kilku w jednego posta, zamiast wrzucanie takich niedoróbek. Idealny temat na takie  notki wpadł sam, w momencie kiedy DC zapowiedziało koniec New 52 i zakończenie wydawanych obecnie serii. Jako że w postanowieniach noworocznych pisałam o nadrobieniu komiksów z nowego uniwersum (tutaj), uznałam to za idealny moment na zabranie się za nie oraz zrecenzowanie przynajmniej części (dam sobie spokój po czterech, tak ostawiam) z nich.
Na początek postanowiłam się wziąć za serie już zakończone, dobierać je będę prawdopodobnie zupełnie przypadkowo. 



Żal Nightwinga. Nowe uniwersum nie obchodzi się z nim zbyt dobrze - nawet pomijając już zmianę koloru kostiumu na wszechobecny czerwony (serio, czemu?), pierwsza solowa seria jaką dostał odebrała mu pelerynę z nietoperzowymi uszami, kolejna także maskę, tak że w końcu pozostał li i jedynie z zupełnie niesuperbohaterskim wdziankiem, bronią w dłoni i pewną wyjątkowo rozpoznawalną częścią ciała. Co ciekawe, wypada znacznie lepiej w tym drugim przypadku, bo niestety, jego pierwszy występ w New 52 był dość marny. Komiks zaczyna się przydługim wątkiem związanym ze śmiercią rodziców Graysona i motyw ten ciągnie się przez prawie całą serię, ustępując miejsca jedynie rodzinnym cross-overom i paru pomniejszym sprawą, z których jednak żadna nie była szczególnie interesująca. Parę wyglądało na oparte na "Black Mirror", inne sprawiały wrażenie wymyślonych na poczekaniu historii o niczym. Fragment z Court of Owls był całkiem niezły, jak i cały arc, ale poza tym ciężko było trafić na coś ciekawego. Nastawiłam się na liczne spotkania z innymi członkami Batfamily, ale jedyne, co dostałam to Barbara, najwyraźniej mająca permanentnego focha na Dicka i Damian, któremu twórcy najwyraźniej postanowili dać jedną miłą kwestię przed jego śmiercią. Plusem jest fakt, że wraz z utworzeniem nowego uniwersum Nightwing nie został obdarty z charakteru tak, jak większość jego kolegów po fachu, i dalej przypomina siebie ze starszych komiksów, co jest bardzo miłą odmianą w porównaniu z innymi bohaterami. Oprawa graficzna autorstwa Eddy'ego Barrowsa jest całkiem przyjemna dla oka, chociaż powalać raczej nie powala. Nieszczególnie udana seria, zakończenie jej i rozpoczęcie "Graysona" było zdecydowanie dobrym pomysłem.


Nasłuchałam się o tej serii sporo dobrego, że Snyder taki dobry, że przypada do gustu nawet ludziom nielubiącym Supka, że warto przeczytać. I tak jak uwielbiam nie zgadzać się z większością (hipsteria taka), to nie mam wyboru - "Superman Unchained" to faktycznie porządny komiks. Na plus na pewno wychodzi mu długość, myślę że po rozciągnięciu nie wypadałby już tak dobrze jak przedstawia się mając te dziewięć numerów. W takim jednak układzie mamy historię całkiem nieźle rozłożoną w czasie, zamkniętą i (w miarę) sensownie zakończoną, może nie porywającą, ale dość dość ciekawą, żeby czytelnik się nie nudził. Pomysł nie powala oryginalnością, bo coś mi się zdaję, że Sups ratował cały świat i przyległości już kilkakrotnie, noale nie oczekujmy cudów. Snyder odwala tu kawał niezłej roboty, przyznaję to jako osoba nie przepadająca za jego komiksami; rysunki są świetne, jeśli ktoś lubi styl Jima Lee (ja lubię, sentyment po "Hushu"), mamy tu nawet mały dodatek rysowany przez Dustina Nguyena, którego kreska jest jedną z moich najulubieńszych w całym świecie. Ogółem przyjemna pozycja, dająca nam parę naprawdę cudownych scen:Wonder Woman nokautująca kogoś ogromną monetą z Jaskini Batsa to prawdziwe piękno (serio, mam ochotę wrzucić to sobie na tapetę), a w ramach ciekawostki widzimy dość niespotykane zjawisko - Batman uśmiecha się tu chyba ze cztery razy. Doceńmy to.


Nie mam pojęcia, czemu ten komiks znalazł się w First Wave. Nie żebym miała coś przeciwko Static Shockowi, skąd, to bardzo sympatyczna postać, ale nigdy nie myślałam o nim jako o ulubieńcu fanów, stąd dawanie mu solowej serii (po raz pierwszy) na samym starcie nowego uniwersum było dziwnym pomysłem. Chociaż było takich więcej, więc może nie ma sensu się nad tym rozwodzić. W każdym razie, samodzielny debiut Virgila wypada nieszczególnie ciekawie i nie dziwi mnie, że przetrwał tylko osiem numerów. Fabuła opiera się na takim standardowym bieganiu po mieście i tłuczeniu złoli, którzy w tym wypadku są tak wybitnie nieinteresujący, że nie pamiętałam ani jednego z nich parę minut po zakończeniu lektury. Sam Static też wypada jakoś blado (pun not intended), chyba sam jest znudzony tym lataniem po okolicy. Mamy tu dość sporo jego życia prywatnego, polegającego, jak w większości przypadków, na interakcjach z rodziną i znajomymi ze szkoły, co jest dokładnie tak pasjonujące jak można podejrzewać. Zdecydowanie nie pomaga kreska, która jest naprawdę szpetna - w scenach akcji czy w kwestii scenerii nie widać tego tak bardzo, ale postacie są narysowane wręcz strasznie. Raczej nie warta zachodu seria, chociaż nie jest może tyle zła, co po prostu nijaka.





Trzy serie za mną, teraz męczę się z kolejnymi. I kiedy piszę "męczę" to naprawdę mam to na myśli. Jest ciężko, ale spełniam swój obowiązek wobec świata i tak nie mam nic lepszego do roboty, więc prawdopodobnie napiszę jeszcze parę takich wpisów, chociaż nic nie obiecuję, bo może mi się odwidzieć. Ciągle kręcę się wokół gry czy dwóch, może niedługo napiszę o nich. Ewentualnie coś o jakimś serialu. 
O, tak bajdełejm. To nie jest tak, że przestałam żebrać o komcie, bo już ich nie potrzebuję. Siriusli, chętnie przyjmę każde ilości. 

Tuesday, 24 February 2015

Recenzja "M jak Magia"

Jakiś czas temu doszłam do wniosku, że mimo całej mojej sympatii do osoby Neila Gaimana, jego stylu i pomysłów, czytałam raczej niewiele z jego dzieł. Nie mało, w porównaniu do wielu innych autorów, których lubię, ale zaskakująco mało jak na kogoś, kogo prace urzekają mnie klimatem w takim stopniu. Postanowiłam więc to nadrobić, zaczynając od najdawniej kupionej pozycji - zbioru opowiadań dorwanego za grosze w angielskim antykwariacie.A jako że od dawna obiecywałam coś o jakiejś książce, oto jest. I żeby nadać temu wpisowi pewnej oryginalności, recenzja będzie częściowo w punktach, z paroma słowami na temat każdego opowiadania. 


Słowem wstępu - "M jak Magia" to zbiór jedenastu krótkich opowiadań, w większości publikowanych wcześniej, w sumie jedynie trzy z nich wydane są po raz pierwszy. Tematykę trudno określić, mamy tu takie pomieszanie z poplątaniem, jak to zazwyczaj w zbiorach.


  • Sprawa dwudziestu czterech kosów Pierwsze z opowiadań niespecjalnie przypadło mi do gustu. Wygląda to jak taka typowa historyjka detektywistyczna w klimacie noir, ze zmęczonym życiem, cynicznym detektywem, piękną "damulką" proszącą go o rozwiązanie ważnej dla niej sprawy i wiecznie siąpiącym deszczem w tle. Odstępstwem od normy jest masa nawiązań do baśni i dziecięcych opowiastek, ujawniająca się w imionach i kreacji postaci. Szczerze mówiąc, ten motyw wydawał mi się dość niepotrzebny, a całej historii brakowało klimatu, sam walor kryminalny też nie wypadł zbyt intrygująco. Takie troszkę meh na sam początek lektury.
  • Trollowy most To natomiast już zdecydowanie miało tę specyficzną, gaimanowską atmosferę - przypominało mi zwłaszcza "Ocean na końcu drogi", co było skojarzeniem całkiem przyjemnym. Bardzo lubię sposób, w jaki Gaiman przedstawia świat widziany oczami dziecka, a jak dodamy do tego jeszcze wątek dorastania to już w ogóle wychodzi taki śliczny, bajkowy obrazem. Z odrobiną nostalgii, to chyba to, co widziałam w tym opowiadaniu. 
  • Nie pytaj diabła Takie opko, którego nie było. Krótkie strasznie, co oczywiście nie byłoby takie złe samo w sobie, ale tutaj miałam wrażenie, że ktoś wyrwał i wyrzucił kilka stron z środka. Wygląda mi to raczej na wprowadzenie do opowiadania, jakiś wstęp do historii. Może właśnie przez długość w ogóle nie mogłam wczuć się w opowieść, a już na pewno nie odczułam nic z jej horrorowego klimatu. Niby mówi o tym nawiedzonym diable w pudełku, niby dzieją się jakieś dziwne rzeczy, ale jakoś w ogóle to do mnie nie trafiło.
  • Jak sprzedać Most Pontyjski Słysząc nazwę "Rogues' Club" (nie chce mi się szukać tłumaczenia, strzelam w Klub Złoczyńców) nastawiłam się na jakąś wariację na temat znanych, fikcyjnych lub nie, bad guyów i ich interakcji ze sobą, tak więc oczekiwania miałam całkiem wysokie. Niestety, nieco się pod tym względem zawiodłam (Arceusie, jak ja narzekam w tej notce...), bo klub okazał się raczej mało interesujący. Sama historia sprzedaży Mostu jest znacznie ciekawsza, jestem miłośniczką tego typu motywów. Zakończona jest co prawda bez polotu, ale czyta się dobrze.
  • Październik w fotelu Pomysł na spotkanie dwunastu miesięcy, siedzących przy ognisku, jedząc kiełbaski i dogryzając sobie nawzajem uważam za świetny i, po niejakich modyfikacjach, nadający się na pełnoprawną powieść, albo nawet jakiś cykl. Niestety, w tym opowiadaniu wątek spersonifikowanych miesięcy jakby się zgubił. Mamy je na początku, gdzie dostajemy parę sympatycznych dialogów, mamy też naprawdę ładną końcówkę, jednak cały środek wypełnia historia opowiadana przez Październik. Mówi ona o chłopcu, który ucieka z domu i poznaje pewnego ducha - i jak zwykle, jest ładnie, klimatycznie, ale mam wrażenie, że ktoś zmieszał tu dwa pomysły na dwa różne tytuły. Ale może to już moje czepianie, całość wypada w sumie wcale przyjemnie. 
  • Rycerskość Opowiada o staruszce, która w sklepie ze starociami znajduje Święty Graal, po który po jakimś czasie zgłasza się rycerz króla Artura, oferując kobiecie różne rzeczy (i wypełniając zadania domowe) w zamian za możliwość odzyskania artefaktu. Brzmi to całkiem obiecująco, i zapewne byłoby takie, gdyby skrócić je o połowę, bo niestety w obecnej długości jest dość nużące. Nadrabia na szczęście ogromnymi pokładami uroku, niesamowicie miła lektura. 
  • Cena O tym tytule słyszałam dobre słowo już wcześniej, pozytywnie nastawiły mnie też opinie w internetach, które często stawiały właśnie to opowiadanie na pierwszym miejscu spośród przedstawionych w tym zbiorze. Cóż, nie zawiodłam się. "Cena" jest króciutka, ma ledwie dwadzieścia parę stron, ale jest to idealna długość na taką historyjkę. Opowiada ona o kocie, który pewnego dnia zamieszkuje na werandzie pewnej rodziny, i, jak okazuje się po jakimś czasie, chroni ją przed wszelkim złem jakie może ją spotkać. Pomysł jest absolutnie uroczy, całość naprawdę przyjemna - kiedy tylko skończyłam naszła mnie przemożna ochota na wymizianie mojego kota za wszystkie czasy. 
  • Jak rozmawiać z dziewczynami na prywatkach O, to też bardzo mi się spodobało. Dwóch chłopców wybrało się na imprezę, przez przypadek lądując na nieco innej, niż mieli to w planach. Jeden z nich uczy się na niej zagadywać dziewczyny, co okazuje się mieć jednak nieco inny skutek, niż by oczekiwał. Całkiem zabawne, pomysł na bywalczynie domówki raczej oryginalny, ogółem udany kawałek.
  • Ptak słońca Mamy tu grupę ludzi zajmujących się jedzeniem, uważających, że próbowali już wszystkiego, co tylko można. W końcu dochodzą do wniosku, że ostatnią rzeczą, jakiej nie kosztowali jest żyjący w Egipcie ptak słońca, wyruszają więc na polowanie. Nieszczególnie przypadło mi to do gustu, jest dość nudne, napisane jakoś ciekawie też nie jest, no i brakuje mu tego gaimanowego uroku. 


  • Nie napisałam tu o "Nagrobku dla wiedźmy" i "Instrukcji". O pierwszym, ponieważ to część nieopublikowanej jeszcze wtedy "Księgi cmentarnej", która właśnie stoi na półce obok mnie i czeka na przeczytanie - postanowiłam sobie nie spoilerować i odpuścić to opowiadanie. Ostatnie, zamykające zbiór przeczytałam, ale nie mam pojęcia, co mogłabym o nim napisać. To czterostronicowy tekst bez fabuły, brzmiący co prawda ładnie, ale trudno jest mi go ocenić w jakikolwiek sensowny sposób.

    No i tyle, słowem podsumowania - "M jak Magia" to całkiem niezła lektura, dość nierówna, jak chyba każdy zbiór opowiadań. Nie jestem pewna, czy poleciłabym zakup fanom twórczości Gaimana, jako że większość opek była już publikowana i można przeczytać je gdzieś indziej, zapewne w towarzystwie lepszych kawałków (wciąż czaję się na zbiorek z "Problemem Zuzanny", ech). Osoby spotykające się z jego książką po raz pierwsze mogą być jednak zadowolone.

    To chyba najdłuższa rzecz, jaką napisałam. Imponujące. Mam wrażenie, że całość jest przepełniona powtórzeniami, ale pousuwam je później.
    Jest książka, teraz powinna być gra, ale zobaczę jak wyjdzie. Bardzo możliwe, że zamiast tego będzie jakiś komiks zreckowany przypadkiem.
    Zapraszam do komentowania i tak dalej. 

    Thursday, 19 February 2015

    Recenzja "Secret Identities" #1

    Przepraszam. Napisałam ostatnio dwie recenzje komiksów Image i postanowiłam, że kolejny wpis będzie o czymś zupełnie innym - o grze albo jakiejś książce. Zaczęłam nawet jedną pisać, serio. Ale jakimś cudem, zupełnie przypadkiem, w łapki wpadł mi pewien komiks, no i wiecie, tak jakoś samo wyszło. Niekonsekwencja to moje drugie imię, ale hej, mam usprawiedliwienie - tytuł, za który się zabrałam brzmiał wprost wybitnie intrygująco. Jest to bowiem seria o grupie superbohaterów (pierwszy plus), wydawana przez Image (drugi plus), współtworzona przez scenarzystę, którego znam z cudownego "Copperhead" i z przyjemnie zapowiadającego się "Graveyard Shift" (trzeci plus, taki bardzo duży nawet). Trudno było się za to nie wziąć, prawda?
    Hm, cóż. Przynajmniej będzie krótko. 

    "Secret Identities" to komiks świeżutki, pierwszy numer wyszedł dopiero wczoraj. Pierwszy raz piszę o czymś niespóźniona, to piękne uczucie... Jak już pisałam, opowiada on o grupie superbohaterów, Front Line, działającej na terenie Stanów Zjednoczonych (of korz) i ewentualnie okolic, ratującej świat przed różnego rodzaju maniakami przywołującymi armie demonów tudzież ogromnymi robotami niszczącymi miasta, standardowa superbohaterska robota. Jak wskazuje tytuł, w czasie wolnym od kopania tyłków złoli lubią też prowadzić swoje zwyczajne (lub mniej zwyczajne) życie prywatne, co również jest popularne wśród ich kolegów po fachu. Niestety, powiedzmy-że-poukładane życie naszych herosów może się już wkrótce nieco skomplikować, a to za sprawą nowego członka zespołu, mającego za cel zdobycie informacji o bohaterach i użyciu ich przeciwko nim.

    Cóż, nie jest zbyt oryginalnie, ale powiedzmy sobie szczerze - nikt tego nie oczekuje i nie spodziewa się, w końcu większość opowieści o ludziach w trykotach opiera się na podobnym schemacie i nie powala żadnymi nowymi rozwiązaniami. Dobrzy próbują łączyć swoje życie z "pracą", źli chcą opanować świat, okulary lub kaptur sprawiają, że nikt cię nie rozpozna i tak dalej. Trudno traktować to jako wadę. Co do samej historii przedstawionej w komiksie, wygląda to jak na razie całkiem porządnie, przemyślanie i ciekawie. Pierwszy numer zarysowuje sporo wątków i chociaż żaden z nich nie zapowiada się szczególnie pasjonująco, mogą rozwinąć się w coś całkiem interesującego. Nieco zawiodła mnie cała ta kwestia z kretem w szeregach Front Line, przyznaję, że spodziewałam się jakiejś gry z czytelnikiem polegającej na dojściu, kto nim jest, nie na podanie nam tego na tacy już na pierwszych stronach. Ale trudno, czepiam się.





    Na okładce powyżej możemy zobaczyć wszystkich członków drużyny. Jest ich dość sporo, pierwszy zeszyt oferuje nam ich szybki przegląd, dając każdemu dwie-trzy strony na przedstawienie pokrótce ich życia prywatnego i jakiegoś zaczątku charakteru. To niewiele, ale trudno wymagać więcej od krótkiego numeru. Postacie są mocno zróżnicowane, jest tu więc miejsce i na cyborga z magicznym mieczem, i speedstera, i kosmitkę walczącą katanami. Jak na razie wszyscy wydają się możliwi do polubienia, mają niezłą dynamikę i miło się ogląda ich wspólne sceny. Do gustu nie przypadł mi jedynie wspominany już szpieg, ale mam wrażenie, że taki był właśnie zamiar twórców. Jak już wspominałam, postacie wypadają na razie dość płasko, ale wierzę, że rozwiną się w kolejnych numerach na naprawdę ciekawą grupkę trykociarzy.

    Pisałam już, że do sięgnięcia po zeszyt zachęciła mnie między innymi osoba scenarzysty, Jaya Faerbera, którego kojarzę z paru dobrych serii. Zupełnie inaczej wygląda to z autorami rysunków, którzy do szczególnie popularnych nie należą. Strona graficzna komiksu jakoś mnie nie urzekła, chociaż obiektywnie rzecz biorąc, jest całkiem porządna, dopracowana i ogólnie mówiąc, miła dla oczu. Postacie wyglądają ciekawie, różnią się od siebie (!), momentami kojarzą mi się ze stylem Chipa Zdarsky'ego, czasem wyglądają tak podejrzanie mangowo, ale wypadają raczej dobrze. No i same ich stroje, ach. Bardzo mi się podobają, zwłaszcza kostiumy Recluse'a i Luminary. A siedziba grupy to temat na osobną notkę, taka jest cudna, o.


    Z całym moim szacunkiem do Batmana - jego jaskinia chowa się przy siedzibie Front Line. 

    Takie krótkie podsumowanie - "Secret Identities" zapowiada się całkiem interesująco, ma sympatycznych bohaterów i potencjał na naprawdę dobrą serię o superhero. Czyta się bardzo szybko, więc można spokojnie sięgnąć po pierwszy zeszyt nie bojąc się, że zmarnuje się sporo cennego czasu. O, jeszcze tak z moich osobistych odczuć - miło poczytać serię o przebierańcach, która nie jest częścią jakiegoś większego uniwersum, ze wszystkimi tymi eventami, powiązaniami i nawiązaniami. To taki przyjemny, lekki, kolorowy komiks. Można przeczytać w wolnej chwili, to na pewno.

    Następna notka nie będzie o komiksach, obiecuję. Będzie o grze. Prawdopodobnie, nie powinnam nic obiecywać, bo i tak nigdy nic z tego nie wychodzi. Ech. W każdym razie, postaram się napisać teraz o czymś innym. 
    A tak swoją drogą, chyba jeszcze nigdy nie napisałam recki tak szybko. Nawet nie "chyba", na pewno. Jestem z siebie troszkę dumna. 
    Do napisania.

    Saturday, 14 February 2015

    Recenzja "Sunstone" vol 1

    Ach, Walentynki. Z pewnością nie moje ulubione święto, ale hej, zazwyczaj wiąże się z rozdawaniem lizaków w kształcie serduszek, a każda okazja do zdobycia darmowych słodyczy jest dobra. W każdym razie, tegoroczne święto zakochanych upływa nam pod dość przykrym znakiem - premiery filmowych "50 shades of Grey". Miejmy w naszych myślach wszystkich biednych ludzi, którzy zostaną, czy już zostali, wyciągnięcie do kina na ten szit. Znaczy, dla niektórych pewnie może być to niezłe źródło lolkontentu, ale tak czy inaczej, zły film to zły film. 
    Noale. W ostatnim czasie oglądałam stanowczo zbyt dużo słabych filmów, więc za Greya nie mam zamiaru się zabierać, a już na pewno nie tak szybko po jego wyjściu. Zamiast tego postanowiłam się zabrać za coś dobrego (!), na co trafiłam całkiem przypadkowo parę dni temu. Widzicie, Image Comics opublikowało swoją topkę dwunastu romantycznych momentów z ichniejszych komiksów, zamieszczając na niej między innymi "Sagę" (tu notka), "Sex Criminals" (w sumie myślałam nad zreckowaniem tego na Walentynki, ale jednak będzie musiało trochę poczekać) i "Sunstone" właśnie. Przyznam, że przykuło moją uwagę nie tematyką, a oprawą graficzną, ale jak szybko się okazało - śliczne ilustracje to nie wszystko, co ten komiks ma do zaoferowania. 


    "Sunstone" jest określane jako erotyczna komedia romantyczna i wydaje mi się to bardzo trafnym opisem całej serii. Komiks skupia się na relacji dwóch młodych kobiet, Lisy i Allison, niespełnionych miłośniczek BDSM, które poznały się poprzez portal internetowy. Na początku przedstawionej historii postanawiają one w końcu przenieść swoją znajomość do realnego świata, co szybko doprowadza do  zaciśnięcia więzi (ehehe) i pojawienia się miedzy nimi uczucia. Przez kolejne rozdziały śledzimy ich związek, relacje z otoczeniem i różnego rodzaju problemy, jakim muszą stawiać czoła. Pierwszy, jak na razie jedyny wydany tom to tylko początek historii - widzimy pierwsze spotkania i wzajemne poznawanie się bohaterek.

    Narratorką komiksu jest Lisa, która jako pisarka-amatorka decyduje się spisać historię jej znajomości z Ally. W krótkim wprowadzeniu dowiadujemy się, że żadna z pań nie ma jakichś szczególnych doświadczeń z BDSM i swoje fantazje spełniają na razie jedynie poprzez pisanie erpegów w internecie, czy, jak w przypadku Allison, wydawaniem mnóstwa pieniędzy na różnoraki sprzęt. Ich pierwsze spotkanie na żywo jest więc ważnym i emocjonującym wydarzeniem dla obu, przygotowaniom do niego zostaje poświęcone stosunkowo dużo czasu, choć oczywiście znacznie więcej przypada na sam akt i wydarzenia mające miejsce zaraz przed i po nim. Ogółem jednak łóżkowe zabawy bohaterek nie zajmują każdego możliwego kadru, poza nimi dostajemy też nieco prywatnego życia obu kobiet,

    Najjaśniejszym punktem serii są zdecydowanie postacie, a w szczególności dwie główne bohaterki. Ally i Lisa są cudownymi charakterami, których naprawdę trudno nie polubić. Są sympatyczne, zabawne, zachowują się zupełnie naturalnie i po ludzku, całkiem sensownie oddając emocje, których doświadczają. Twórcy zdecydowanie udało się stworzyć bohaterki z krwi i kości, mam jednak jeden niewielki problem z tą dwójką - mam wrażenie, że nie różnią się od siebie tak bardzo, jak można by tego oczekiwać. Jasne, widzimy sporo różnic w ich zachowaniu czy charakterze, po prostu ogólne wrażenie pozostaje dość podobne. Może to kwestia tego, że nie mieliśmy wystarczająco dużo czasu na dogłębniejsze poznanie, w końcu pierwszy rozdział zamyka się w stu stronach, z których część przedstawia momenty raczej niesprzyjające wnikaniu w czyjąś osobowość. Na ten moment dość nieciekawie prezentuje się też sprawa z bohaterami drugoplanowymi - jedyną ważniejszą postacią jest Alan, eks-chłopak i przyjaciel Ally. To też wcale sympatyczny gość, ale znowu - mam wrażenie, że nieco brakuje mu cech własnych. Zapewne zmienia się to z czasem, ocenić to będę mogła dopiero kiedy sięgnę po kolejne rozdziały komiksu.

    Najistotniejszym elementem "Sunstone" jest oczywiście relacja między naszymi heroinami. I tutaj należy się komuś specjalna nagroda i uścisk dłoni prezesa, bowiem wypada to naprawdę fantastycznie. Jak można było się tego spodziewać, obie panie idealnie uzupełniają się w kwestii zaspokajania wzajemnych potrzeb - Allison to domina w pełnym tego słowa znaczeniu, a Lisa niczym stereotypowy ukeś preferuje bycie trzymaną twardą ręką i na krótkiej, wcale nie metaforycznej, smyczy. Od samego początku komiksu wielokrotnie jest podkreślane, że tego typu relacja musi opierać się na wzajemnym zaufaniu, oraz że wszystko, co dzieje się podczas ich sesji jest zupełnie dobrowolne i może zostać przerwane w dowolnym momencie przez wypowiedzenie safewordu (w tym wypadku to "sunstone", ponieważ brzmi ładnie i nadaje się na tytuł). Przez cały czas widzimy, że obie panie czerpią z tego przyjemność i nie ma tu mowy o żadnej toksycznej relacji, przymuszaniu kogokolwiek czy molestowaniu (patrzę na ciebie, "Greyu"). Nawet pomijając ten aspekt, Lisa i Ally są razem po prostu niesamowicie urocze i tworzą śliczną parkę, dobrze rozumieją się nawzajem i czują się świetnie w swoim towarzystwie. Warto zaznaczyć, że nie widzimy tu jakiejś nudnej miłości od pierwszego wejrzenia i relacji idealnej - nasze panny znają się od jakiegoś czasu, a ich pierwsze spotkanie jest dokładnie tak niezręczne i stresujące, jak można tego oczekiwać.

    Raczej nie muszę pisać, że komiks jest zdecydowanie z gatunku tych NSFW, to jakby rozumie się samo przez się. Nie jest to jednak jakieś hard porno, w którym wszelkie możliwe płyny i substancje zalewają cały ekran, mamy tu do czynienia z czymś znacznie subtelniejszym. Subtelnym jak na komiks o BDSM, może tak powiem.

    Okej, więc teraz to, co przyciągnęło mnie do tego komiksu - oprawa graficzna. Autor "Sunstone",  Stjepan Šejić, jest mi znany głównie ze słyszenia (rysował choćby znane "Witchblade") i z tego, że zastąpił poprzedniego rysownika w "Rat Queens" (też dobrym komiksie, tak swoją drogą, muszę w końcu zreckać). Absolutnie uwielbiam jego styl rysowania, gdyby układała kiedyś jakąś topkę artystów komiksowych najprawdopodobniej zająłby jakieś wysokie miejsce. Zresztą, chyba wystarczy spojrzeć na zamieszczone przeze mnie kadry, żeby zobaczyć, co mam na myśli. Postacie wyglądają prześlicznie, kolory są cudowne, projekty ciekawe, wszystko wygląda po prostu pięknie. Jedyna rzecz, do której mogłabym się doczepić to niewielkie zróżnicowanie wyglądu postaci, co szczególnie mocno rzuca się w oczy w przypadku Alana i Lisy, których parę razy ze sobą myliłam (bródka Ala na szczęście ratuje sytuację). To jednak niewielki problem, bo sam komiks wciąż jest niesamowicie przyjemny dla oczu i zmysłu estetycznego.

    Podsumowując, "Sunstone" to kawał porządnego komiksu, z ciekawymi postaciami, wcale nienudnym romansem (takie rzeczy się zdarzają, a już zaczynałam w to wątpić) i wspaniałą oprawą wizualną. To sympatyczna, choć raczej mało rozbudowana, kameralna historia, która oprócz bycia bardzo przyjemnym czytadłem całkiem sensownie tłumaczy, o co właściwie chodzi z tymi wiążącymi się ludźmi z pejczykami. Dodatkowym plusem jest zdecydowanie fakt, że czyta się ją lekko i szybko, dzięki czemu (lub przez co) te sto stron pierwszego tomu pochłania się w minutę. Polecam, jeśli ktoś akurat ma wolny moment i chciałby przeczytać ujmującą historię w walentynkowym klimacie.

    Albo mi się wydaje, ale wyszło całkiem długo. Chociaż możliwe, że to tylko sztuczne przedłużanie notki obrazkami, wcale prawdopodobne. 
    No, w każdym razie. Wesołych Walentynek, zostawcie jakiegoś komcia i obyście trafili dziś na jakieś darmowe lizaki. 

    Thursday, 12 February 2015

    Recenzja "The Wicked + The Divine" vol 1

    Wspominałam już raz czy dwa o mojej miłości do komiksów DC, w notce o MCU mogłam napisać coś o sympatii dla Marvela, ale nie miałam jeszcze chyba okazji napisać o moim ogromnym uwielbieniu dla Image Comics. No dobra, może miałam, ale nieważne, napiszę to jeszcze raz: Image Comics to czyste złoto. Znaczy, w przypadku części serii, oczywiście ma także sporo gorszych chwil i słabszych tytułów, ale to ten fragment, w którym fangirluję, więc mam zamiar to zignorować. Cudowną rzeczą w IC jest swoboda, jaką mają autorzy - mogą tworzyć co tylko chcą, bez nadzoru osób z góry, co większość z nich z radością wykorzystuje, dzięki czemu czasami dostajemy naprawdę, hmm, intrygujące komiksy. "WicDiv" to z pewnością jeden z nich. 


    Sytuacja w "The Wicked + The Divine" przedstawia się następująco: co dziewięćdziesiąt lat dwunastka bogów z różnych panteonów i religii inkarnuje się w ciałach młodych ludzi. Tkwią w nich przez dwa lata, podczas których są traktowani jak celebryci, uwielbiani i nienawidzeni przez miliony, wzbudzający ogromne emocje i kontrowersje, a po upływie dwóch lat także martwi, czekający na następny cykl. Główna bohaterka to nastolatka imieniem Laura, ogromna fanka (żeby nie powiedzieć "fanatyczka") bóstw, marząca o znalezieniu się między nimi, jeżdżąca na wszystkie koncerty i spotkania. W wyniku pewnego wypadku nawiązuje ona znajomość z samą Lucyfer i zostaje wplątana w większą intrygę.



    Opis zaintrygował mnie od razu, z niecierpliwością wyczekiwałam pojawienia się kolejnych zeszytów, a kiedy w moje ręce wpadło wydanie zbiorcze to już niemalże padłam z radości. "WicDiv" jest bowiem komiksem genialnym, i wierzcie mi, nie mówię tego często. Mamy tu połączenie urban fantasy z mitologią, akcją, kryminałem i klimatami superbohaterskimi, co owocuje jedną z najciekawszych mieszanek, jakie w życiu widziałam. Na początku może wydać się nieco mało przystępne, kiedy nie jest się pewnym kto jest kto i o co właściwie chodzi, ale już po chwili można z łatwością wciągnąć się w historię. Zaczynamy od morderstwa (bo co to za opowieść bez paru trupów na wstępie?), o które posądzona zostaje Lucyfer, bo, umówmy się, to dość oczywisty wniosek. Na kolejnych stronach komiksu sprawa powoli rusza do przodu, przerywana bliższym poznawaniem poszczególnych bóstw oraz ich relacjami, problemami i zasadami, którymi się kierują. Nie spoilerując powiem tylko, że pod koniec tomu twórcy przygotowali dla nas piękny zwrot akcji, który powoduje natychmiastowe sięgnięcie po kolejne zeszyty i niespokojne wyczekiwanie na wyjście następnych.

    Seria skupia się na wspomnianej wcześniej Laurze i grupie bogów, choć jak na razie nie wszyscy z nich mieli okazję pojawić się na kartach komiksu i jak na razie głównym przedstawicielem Panteonu jest właśnie Lucyfer, z którą to Laura nawiązuje nieco bliższą znajomość. Te dwie wymienione panie i ich relacja stanowią główną oś "The Faust Act", przez co reszta postaci zostaje niestety przesunięta na dalszy plan - choć wiemy dość dużo o większości z nich i mieliśmy okazję zobaczyć paru w akcji, nie są to szczególnie rozwinięte postacie. Na szczęście zmienia się to z każdym kolejnym numerem, w którym to poszczególne bóstwa dostają nieco więcej czasu antenowego, dzięki czemu prawdopodobnie dobrze się z nimi zapoznamy do czasu zakończenia komiksu (które, miejmy nadzieje, nie nadejdzie nigdy zbyt szybko). Co do samych bogów, mamy tu zarówno paru całkiem znanym szerszej publiczności osobników takich jak Minerwa czy Dionizos, jednak większość zbiorowiska stanowią przedstawiciele nieco mniej znanych religii, co jest miłą odmianą po wciskanych wszędzie wierzeniach Greków i Rzymian właśnie. Ciekawym zabiegiem jest oparcie wyglądu i stylu bogów na współczesnych celebrytach, takich jak Michael Jackson, David Bowie czy Lady Gaga. Wracając jednak do głównej bohaterki - spotkałam się parokrotnie z opinią, jakoby Laura była postacią nudną, blado wypadającą na tle niezwykłych znajomych i zwyczajnie nieciekawą. Absolutnie się z tym nie zgadzam. Znaczy, jasne, nie jest może tak zajmującą osobą jak choćby Baal Hadad czy Luci, ale jest bardzo ciekawą i dobrze napisaną postacią, do której pałam ogromną sympatią od samego początku komiksu. Jest ona takim typowym fangirlem, obklejającej pokój plakatami i zdjęciami idoli i zadurzonej w gwieździe, której mogłaby tak naprawdę nigdy nie zobaczyć na oczy, ale jest przy tym niegłupia i nie pozwala jej fanowskiej miłości zaburzyć jej osądu wydarzeń i biorących w nich udziału osób.


    Oprócz wspominanych wątków kryminalnego i paranormalnego, seria zajmuje się zjawiskiem gwiazd, i ich fanów oraz antyfanów i ich wzajemnymi relacjami. Widzimy to na przykładzie samej Laury, a także na spotkaniach z bóstwami, rozmowach i wywiadach z nimi, a później nawet na konwencie (to już ma miejsce po tym zbiorczym wydaniu, ale musiałam wspomnieć). Jest to ciekawie przedstawiony motyw, wypadający bardzo naturalnie i sensownie. Wątek kryminalny nieco  się w tym wszystkim gubi, i, jak już pisałam, samego poszukiwania sprawcy jest tu niewiele, ale, wbrew moim oczekiwaniom, jakoś wcale mi to nie przeszkadza.



    Oczywiście muszę tu wspomnieć o oprawie graficznej, ale cóż, całe moje odczucia w tej kwestii mogłabym zamknąć w głośnym, przeciągłym "TAK!", słyszalnym jeszcze w okolicach Jowisza przez kolejne parę lat. I wcale nie przesadzam - rysunki w "WicDiv" są absolutnie cudowne, genialne i piękne. Ich autor, Jamie McKelvie, pokazali już wcześniej, że zdolnym artystą jest, ale moim zdaniem żadna z jego dotychczasowych prac nie dorównuje tej. Postacie wyglądają świetnie, są zróżnicowane, z sensowną mimiką i oryginalnymi projektami. Kolory są fantastyczne, a zabiegi stosowane przez rysownika skutkują naprawdę ślicznymi scenami. Prawdziwa uczta dla oczu.

    To raczej w ramach ciekawostki - sięgając po zbiorcze wydanie dostajemy w prezencie całą kolekcję wariantów okładek, a także krótki komiksowy treaser serii i poradnik Kierona Gillena w sprawie zamawiania komiksów. Bardzo sympatyczne dodatki, miła rzecz. Wszystkie można znaleźć na tumblrze, ale ładniej wygląda to w tomiku.

    Podsumowując, "The Wicked + The Divine" to wybitny komiks, który polecam każdemu, włączając w to osoby niezainteresowane komiksami. Naprawdę, to taka rzecz, którą po prostu warto przeczytać. Kieran Gillen i Jamie McKelvie odwalili kawał dobrej roboty (jak wcześniej przy "Phonogramie"), tworząc jedną z najciekawszych serii z jakimi miałam do czynienia. Chciałam wypisać jakieś wady, ale szczerze mówiąc, nie mam pomysłu na żadne. Poza tym, że niektóre postacie wciąż pozostają dość płytkie, ale to jest raczej powiązane z długością serii i prawdopodobnie zmieni się z czasem. Także nie, chyba nie mam się tu do czego doczepić. Dziwne uczucie.

    W najbliższym czasie (ehehe, ta) mam zamiar napisać coś o pewnej grze (którą obiecałam zreckować już dawno, dawno temu), ale nie wiem, czy coś z tego wyjdzie. W każdym razie, planuję też zacząć taki mały cykl komiksowych recek, szczegóły niedługo.
    Hm, tak. Teraz idźcie czytać "WicDiva" i indżojcie. 
    A potem zostawcie jakieś komcie, czy coś. Będę wdzięczna.

    Sunday, 1 February 2015

    Recenzja "Szczurobójcy"

    Przerywam pisanie (i tak ledwo idące, ale) notki o pewnym komiksie, ponieważ odczuwam ogromną potrzebę podzielenia się ze światem książką, którą właśnie przeczytałam. Wspomniałam o niej w tej notce stosikowej, pisząc, że jeśli okaże się naprawdę złe, to napiszę reckę. I oto piszę, możecie więc łatwo domyśleć się, jakie są moje odczucia względem tego dzieła. Niby nie spodziewałam się niczego szczególnie dobrego, w końcu porządnych self-publishingowych książek ze świecą szukać, ale autorowi i tak udało się mnie zawieść. Godne pochwały. 



    Debiut Sławomira Orłowskiego w założeniu miał opowiadać historię dziejącą się w średniowiecznych Niemczech, skupiającą się na postaci szczurołapa Dawida Pabiana Globa. Pabian wiedzie niezwykle nieciekawe życie do czasu, kiedy to odwiedza go Flawia, tajemnicza kobieta proponująca mu objęcie posady pogromcy szczurów w mieście Hameln (Hameln, łapiecie? Ten oto subtelny żarcik jest prawdopodobnie najlepszym w całej książce, więc widzicie, jak źle jest), kusząc wizją ciepłej posadki i wysokim wynagrodzeniem. Po przybyciu do miasta okazuje się jednak, że wytępienie szkodników z okolicy nie będzie prostym zadaniem - plaga szczurów przekracza wszelkie wyobrażenia, od czasu jej rozpoczęcia w mieście pojawiają się ciała wcale niewyglądające na ofiary głodnych zwierząt, a wszystkiemu winne zdaje się być jakieś magiczne szujstwo. Glob podejmuje się rozwikłania zagadki, mając do pomocy Flawię, a za rywala tajemniczego łowcę nagród, szukającego sprawcy całego zamieszania.


    To od początku nie brzmiało zbyt ciekawie. Jak wyszło? Jeszcze dziesięć razy mniej ciekawie, jakimś cudem. Na samo rozwiązywanie tajemnicy musimy długo czekać - najpierw dostajemy milijony zupełnie niepotrzebnych scen, wewnętrznych monologów i tym podobnych, a kiedy wreszcie docieramy z bohaterami do Hameln więcej czasu jest poświęcone Pabianowi odwiedzającemu pobliskie sklepy niż czemuś sensownemu. Walka ze szczurami ogranicza się do wytępienia ich z jednego czy dwóch domów, szukanie mordercy do porozmawiania z paroma przypadkowymi osobami, a cały problem z mistycznym bytem powodującym plagę rozwiązuje się sam, bo najwyraźniej znudziło mu się przebywanie na kartach tej historii. Mogę to zrozumieć, siriusli.

    Ale hej, fabuła to nie wszystko. W tym wypadku to zdecydowanie nie najgorszy aspekt, bohaterowie bowiem wypadają jeszcze gorzej, choć wciąż nie najsłabiej, o czym za moment. Postaci jest mało, bardzo mało. Właściwie jedynymi znaczącymi postaciami jest trójka głównych hirołów, a więc szczurołap Pabian, panna Flawia i łowca nagród, Thomas Liche. Z pewnym zadowoleniem informuję, że najciekawiej wypada tu postać kobieca, ale spokojnie, ona też nie jest bardziej warta uwagi niż trzecioplanowy bohater w dowolnej porządnej książce. Flawia zostaje wysłana przez władze Hameln w celu znalezienia Globa (bo przepowiednia, nie pytajcie), po czym robi za jego pomoc i przewodnika po mieście, co w praktyce oznacza ciągłe kupowanie mu jedzenia i przyrządzanie posiłków. Jest przy tym zdolnym szermierzem, więc czasami jest też ochroniarzem Pabiana, ratując jego nędzny tyłek z niezwykłą częstotliwością. O, jest też jego love interestem, ale to mniej istotne. Przez większość czasu jest kreowana jako silna, niezależna, zaradna kobieta, często jednak zdaje się o tym zapominać, wciąż jednak pozostaje znacznie bardziej interesującą i dającą się lubić postacią niż nasz protagonista. Pabian jest bowiem postacią tragiczną, i to nie w pozytywnym tego słowa znaczeniu. To taka postać w stylu Rincewinda, mająca być zaprzeczeniem odważnego, walecznego herosa, dość często spotykanego w fantastyce. Jest, to z pewnością. Poza tym ma też obrzydliwy charakter i czytelnik ma ochotę skręcić mu kark co kilka stron. Jeśli taki był zamiar autora - gratuluję. Dawid jest denerwujący, egoistyczny do granic możliwości, nie mający właściwie żadnej pozytywnej cechy. Trzecim z istotniejszych postaci jest Thomas, czyli taki stereotyp łowcy nagród z typowego fantasy/science-fiction - bezwzględny, zimny, skupiony na swoim celu facet w długim płaszczu, kapeluszu, uzbrojony po zęby i skuteczny jak diabli. Przy tym wcale sympatyczny gość, aż szkoda się robiło czytając jak Pabian obiera go na cel gimbazjalnych żartów, bo Thomas okazał się znacznie bardziej przydatny niż on sam.

    Ale-ale, widzicie, niezwykle ograniczony poczet bohaterów powieści wcale nie jest tu najgorszy. Najsłabszym i najbardziej męczący jest tu język, styl autora i brak jakiegokolwiek, nawet nie researchu, ale choćby pomyślunku przy tworzeniu świata. Widzicie, pan Orłowski postanowił umieścić historię w niesprecyzowanych bliżej wiekach ciemnych, ale jedyną różnicą między okolicznościami akcji książki a dzisiejszymi czasami jest obecność mieczy. O, i koni, ludzie jeżdżą tu konno. No i to byłoby tyle. Akcja mogłaby równie dobrze mieć miejsce w roku 214 p.n.e., albo w odległej przyszłości gdzieś na planecie Hera, nie robiłoby to zupełnie żadnej różnicy. Pogłębia to stosowany przez autora język, który wygląda jak dokładna kopia stylu używanego przez dzisiejsze nastolatki. Mamy więc pełno kolokwializmów, dość nowych zapożyczeń z innych języków, nawiązań do popkultury (!) czy wydarzeń, o których bohaterowie nie mogliby mieć najmniejszego pojęcia. W pewnym momencie Pabian cytuje Mickiewicza, więc sami widzicie, o co mi chodzi. Nałogowo jest też używane słownictwo, które pasuje do biednego, niewykształconego szczurołapa z średniowiecznej wioski jak on sam do eleganckiego salonu. Czyta się to lekko i szybko, to na pewno, ale momentami brak sensu aż rzuca się na czytelnika z zębami. I przez "momentami" mam na myśli co drugie słowo.
    O, i taki smaczek. Autor najwyraźniej uważa, że słowo "źrenica" to taki wyszukany synonim słowa "oko" lub "tęczówka", dzięki czemu przez całą powieść jesteśmy raczeni opisami "bladych źrenic" Flawii i innymi odmianami barwnymi. Urocze.

    Dodatkowym utrudnieniem lektury jest widoczny brak korekty. Mamy więc liczne literówki, miriady przecinków z rzyci wziętych i nawet parę błędów ortograficznych, postacie zmieniają czasami imiona, Pabian bywa Pabanem, a gramatyka bardzo często postanawia wyjść i nigdy nie wrócić. Wiem, że to dość popularne w przypadku książek wydawanych przez samego autora, ale wcale to nie pomaga.

    Podsumowując, "Szczurobójca" jest złą książką. Historia jest słaba, bohaterowie nudni i płascy, język odrzuca na kilometr, a samo czytanie sprawia raczej nikłą przyjemność. Nie rzuciłam jej w kąt po dwóch stronach tylko dlatego, że przeczytanie ich zajęło mi jakieś pół sekundy, a następne poszły w ciągu kolejnych paru. Czytało się to bardzo szybko, zapomina o wszystkim jeszcze szybciej. Gdyby lekkość czytania była wyznacznikiem dobrej literatury, jak to uważają pewne osoby na lubimyczytać, to powieść Orłowskiego byłaby niemalże wybitna. Niestety, teraz jest to tylko marne czytadło, którego nie zdecydowanie nie polecam nikomu. Te pięć minut, które zajmuje przeczytanie jej można poświecić na coś znacznie ciekawszego.
    Pracownik antykwariatu, któremu opychałam to dzieło, przeczytał uważnie opis, popatrzył na okładkę, przekartkował, spojrzał na mnie wzrokiem pełnym zwątpienia i spytał, czy da się to czytać. Musiałam go okłamać, teraz prawie odczuwam wyrzuty sumienia. 

    Jakoś długo wyszło, jak na moje standardy. To dobrze. Obiecałam na fejsbuczkach, że napiszę w tym miesiącu znacznie więcej, niż w poprzednim, i mam zamiar to zrobić. Serio. 
    [tu wstaw zabawny tekst o komcianiu, tylko żeby nie wyglądał jak żebranie]. Do następnej notki.