Tuesday, 31 March 2015

Stosik #3

W przyszłym miesiącu pojawi się prawdopodobnie specjalny stosik pyrkonowy, dlatego postanowiłam wrzucić taki wcześniejszy jeszcze w marcu. Parę godzin przed końcem miesiąca wciąż się liczy, prawda? Uznam, że tak, dlatego przybywam pochwalić się moimi zdobyczami z ostatnich paru miesięcy. Nie są zbyt okazałe, bo niestety, oszczędzanie pieniędzy na Pyrkon i parę innych pierdółek. Ale coś tu jest, więc zapraszam do popatrzenia. 

  • "Otherland" Tada Williamsa - oczywiście nie mogłam zapoznać się z tym autorem wcześniej, tak żeby, dajmy na to, załapać się na jego wizytę na zeszłorocznej Pyrze i dostać autograf. Nope, to miałoby zbyt dużo sensu. Dlatego też zabieram się za jego książki dopiero teraz, zaczynając od tej, znalezionej w antykwariacie. Jest w oryginale, więc będę miała okazję zapoznać się ze stylem autora niezmąconym tłumaczeniami, to zawsze miłe. 
  • "Smok Jego Królewskiej Mości" Naomi Novik - kolejny łup antykwariatowy. O serii o Temeraire słyszałam już sporo dobrego (głównie zachwyty Moreni, ale inne źródła też to zdają się to polecać ^^), więc kiedy zobaczyłam pierwszy tom musiałam go kupić. Mam nadzieję, że okaże się równie udane jak oczekuję. 
  • "Behemot" i "Goliat" Scotta Westerfelda - drugi i trzeci tom steampunkowego cyklu, który polecało mi już chyba z pół milijona osób. I tak, też widzę tu pewną nieprawidłowość. Dorwałam te dwie książki po prześlicznej promocji w mojej ulubionej księgarni, niestety okazało się, że na stanie brakuje pierwszego tomu. Kolejna wizyta przyniosła taki sam skutek, postanowiłam więc brać co jest i pozwolić książkom czekać na mojej półce aż zdobędę pierwszą część. 
  • "Od wojny do wojny" Wiery Kamszy - drugi tom serii fantasy, którą czytam zdecydowanie zbyt wolno. Dobra rzecz, jakby ktoś się zastanawiał. 
  • "Prywatny świat kobiet ottomańskich" Godfreya Goodwina - kolejna urocza przecena w ulubionej księgarni. I cóż, temat wcale interesujący, właściwie każda pozycja opowiadająca o życiu kobiet w jakichś nieznanych mi czasach czy miejscu wydaje mi się ciekawą lekturą. 
I komiksy. Takie materialne, papierowe. Znak mniejszości trzy.
  • "The Faust Act", pierwszy tom "The Wicked+The Divine" - piękna rzecz. Tu recka
  • "Saga", wolumin pierwszy i drugi - równie piękne rzeczy. Jeden z moich ulubionych komiksów, który zresztą miałam reckować już dawno temu. Może w końcu to zrobię, hmm. 
  • "Batman: Hush" - wydanie zbiorcze batmaniej historii plasującej się zdecydowanie na wysokim miejscu w moim rankingu nietoperzowych komiksów (a przynajmniej plasowałoby się, gdyby taki miała). 
Plus parę papierowych numerów z DC. Uświadomiły mi, że w sumie nie przepadam za kupowaniem zeszytów i wolę zbiorówki. Hm. 

Jak mówiłam, niezbyt bogato, mam nadzieję, że kolejny stosik będzie bardziej obfity. 
Tym miłym, cieszącym oczy akcentem kończę ten miesiąc. Zapraszam do dzielenia się opiniami na temat wymienionych tytułów, chwalenia się zdobyczami i tak dalej. Dzielcie się czym chcecie. 

Thursday, 26 March 2015

Recenzja "Orphan Black" sezon 1 i 2

Pisałam sobie właśnie notkę o dwóch pierwszych sezonach "Wikingów" kiedy uświadomiłam sobie, że za moment powraca z nową serią jeden z moich ulubionych (a przynajmniej mniej nielubianych) seriali i pomyślałam, że mogłabym napisać ze dwa słowa o poprzednich odcinkach, może zachęcę kogoś do zapoznania się z nimi i zabrania się za nadchodzący sezon. Serial jest, z tego co widzę, dość znany, szczególnie za sprawą aktorki grającą główną bohaterkę bohaterki bohaterów wszystkich. Ale o tym za moment.

"Orphan Black" to produkcja kanadyjska, klasyfikowana jako dramat science-fiction, chociaż ten drugi gatunek ogranicza się tu właściwie do koncepcji, a w ciągu samego trwania serialu nie widzimy zbyt dużo elementów fantastycznych. Główna bohaterka, Sarah Manning, to samotniczka trudniąca się niekoniecznie legalnymi precedensami, którą poznajemy kiedy postanawia porzucić tę niezbyt chwalebną część swojego życia i zająć się, zaniedbaną dotychczas, kilkuletnią córką. Sprawy nieco się komplikują kiedy Sarah jest świadkiem samobójstwa kobiety wyglądającej jak jej sobowtór - nasza heroina jako kobieta zaradna decyduje się zwinąć dokumenty denatki i już po chwili cieszy się działającą kartą kredytową i pięknym mieszkaniem, nowe życie okazuje się jednak zawierać w pakiecie narzeczonego oraz pracę w policji, co cieszy już nieco mniej. Wszystko staje się jeszcze mniej przyjemne, kiedy na horyzoncie pojawia się kolejna łudząco podobna do Sarah kobieta.

Tak wygląda pierwszy odcinek serialu, przez kolejne sytuacja naszej bohaterki komplikuje się jeszcze bardziej. Głównymi wątkami jest próba zrozumienia, o co właściwie chodzi z tymi wszystkimi identycznymi kobietami pojawiającymi się tu i ówdzie, próba przejęcia opieki nad córką, próba dania sobie rady w pracy policjantki, próba... cóż, mamy tu sporo próbowania, sporo wątków, których ilość wzrasta właściwie co parę odcinków. Nie zaspoileruję pisząc, że tajemnicze kobiety nie są jakimiś zaginionymi bliźniaczkami a klonami, którymi najwyraźniej interesuje się niepokojąca duża liczba osób, do których wliczają się (oczywiście!) podejrzani naukowcy czy organizacja religijna.



Tu chciałam napisać o bohaterach, ale wydaje mi się, że najłatwiej będzie przejść do nich przez wspomnienie o aktorach - zwłaszcza o jednej aktorce, mianowicie o Tatianie Maslany. Widzicie, Tatiana gra w tym serialu Sarah. A także około siedmiu innych postaci. Część z nich to postacie epizodyczne, a przez większość odcinków jej rola ogranicza się do (jedynie) pięciu postaci, co samo w sobie wydaje mi się całkiem imponujące, a jeśli dodamy do tego fakt, że każda z przedstawionych postaci jest absolutnie unikatowa, zupełnie inaczej zagrana i ogólnie mówiąc, jedyną cechą wspólną klonów są ich rysy twarzy - cóż, to już naprawdę powalające. Gra Maslany jest po prostu fenomenalna, niedościgniona i godna wszystkich nagród i pochwał, jakie można usłyszeć na ten temat w internecie. Naprawdę ogromną przyjemność sprawia oglądanie scen, w których widzimy kilka różnych postaci granych przez jedną osobę i jesteśmy w stanie zapomnieć, że tak faktycznie jest. Moimi osobistymi faworytami są momenty, w których jeden z klonów jest zmuszony udawać innego, to już taki wyższy poziom aktorskich popisów i klonocepcja. Same bohaterki wypadają świetnie, uwielbiam właściwie wszystkie, są cudownie napisane a ich losy śledzi się z zainteresowaniem. Nie chcę pisać o nich zbyt wiele, bo w paru przypadkach byłby to pewien spoiler, napiszę jedynie że poza naszym uroczym punkiem mamy tu między innymi znerdziałego naukowca i stereotypową mamusię z przedmieścia, jednak jak szybko się okazuje nie każda z nich należy do gatunku wymarzonych sióstr-bliźniaczek.
Oczywiście serial to nie same klony. Ważnymi postaciami jest też przyszywana rodzina Sarah, czyli jej brat i S., kobieta zajmująca się aktualnie córką naszej heroiny. Felix, czyli wspomniany brat, jest właściwie takim chodzącym stereotypem geja, ale na szczęście szybko okazuje się być nie tylko wątpliwej jakości elementem komicznym ale i sympatyczną postacią, ważną dla całej drużyny klonów. Mamy tu też Arta, jednego z policjantów pracujących z klonem-samobójcą, który postanawia dowiedzieć się co tak naprawdę się dzieje z jego współpracownicą. Mamy też paru naukowców (w tym pewnej bardzo uroczej pani naukowiec odgrywającej znaczną rolę w klonim wątku), paru religijnych fanatyków, trochę wojskowych i parę innych mniej lub bardziej barwnych postaci - wciąż, najistotniejsze są tu klony.

Serial zawiera całkiem sporo wątków i co jakiś czas dorzuca kolejne, przez co na dzień dzisiejszy jest ich jakiś milijon i liczba ta prawdopodobnie zwiększy się jeszcze bardziej w trzecim sezonie. Na dłuższą metę jest to niestety dość uciążliwe, chociaż twórcy starają się jak mogą by nie przeładowywać odcinków zbyt dużą ilością różnych motywów. Odcinki zazwyczaj są wolne od dłużyzn, akcja leci dość szybko, całość ogląda się naprawdę przyjemnie i łatwo się w to wciągnąć.



Drugi sezon wypada nieco słabiej niż pierwszy, chociaż ma swoje mocne strony. Pod względem wykonania jest podobny do poprzedniego, a więc stoi na wysokim poziomie. Gra aktorska, nawet pomijając Tatianę, jest świetna, soundtrack raczej przyzwoity, a całość zachwyca czasami takim cyberpunkowym klimatem, zwłaszcza w wątkach związanych z naszymi podejrzanymi naukowcami. Zakończenie ostatniej serii przyniosło pewne znaczące zmiany, które zostaną rozwinięte w nadchodzących odcinkach, i szczerze mówiąc, nieco mnie niepokoją. Zostawię pisanie o nich na reckę trzeciego sezonu, ale tak teraz zaznaczę - mam złe przeczucia, że poziom pierwszej serii nie zostanie osiągnięty.

Podsumowując, "Orphan Black" to zdecydowanie porządna, warta obejrzenia seria. Mamy ciekawą, wciągającą fabułę, nie najgorsze intrygi i naprawdę interesujące postacie. Zresztą, z serialem warto się zapoznać choćby jedynie ze względu na Tatianę Maslany, bo oglądanie jej w akcji to prawdziwa przyjemność. To takie lekkie s-f, w którym dziwne wydarzenia są wyjaśniane dużą ilością naukowego żargonu, a odcinki przez większość czasu oscylują między dramatem a akcją, nie oferując żadnych szczególnie odstających od rzeczywistości rewelacji.

Zdecydowanie łatwiej pisze mi się o rzeczach co najwyżej kiepskich. Kiedy próbuję reckować coś udanego to wychodzi jak wychodzi, powyżej przykład. Ale cóż, może uda mi się kogoś namówić dzięki temu do obejrzenia, to będzie takie moje małe zwycięstwo. 
Standardowo: komciajcie trochę, czy coś. Brak komci = brak świadomości czy ten mój bełkot da się czytać = smutek i żal. Także wiecie. 
PS. jeśli rzucą wam się w oczy te tragiczne powtórzenia i literówki to krzyczcie, proszę. Powinnam dawać te nocie do bety, ale cóż. Hm. 

Sunday, 22 March 2015

Recenzja "Descender" #1

Chciałam przez tydzień czy dwa trochę poudawać, że mam życie, zerkając tylko co jakiś czas na statystyki bloga i przekonując się, że te dziesięć-dwadzieścia wejść dziennie to taki standard, nikt więc chyba szczególnie nie tęskni za notkami. Niespodziewanie jednak dzisiaj moja żałosna parodia bloga pojawiła się wśród stron polecanych przez Lokusa (ludzie są dla mnie zbyt dobrzy, powinno mnie to niepokoić?) i liczba wyświetleń skoczyła gwałtownie, co uznałam za jasny znak, że czas coś napisać. I oto jest, wpis, który miał pojawić się bardzo dawno temu. Będzie krótki, bo ciężko napisać coś dłuższego opierając się na trzydziestu stronach komiksu (albo to po prostu mi brak tej umiejętności, nie wiem)

O "Descenderze" dowiedziałam się na długo przed premierą z fanpejdża Dustina Nguyena, jednego z moich ulubionych rysowników, który to właśnie pracuje nad oprawą graficzną komiksu i od dawna już dzielił się z fanami szkicami czy fragmentami grafik z nowego projektu. To był pierwszy powód, dla którego zdecydowałam się zainteresować tym tytułem, kolejnym były pozytywne opinie, jakie zebrał zaraz po wyjściu na rynek.

Akcja komiksu ma miejsce w odległej galaktyce, a konkretniej na dziewięciu zamieszkałych planetach należących do Imperium Galaktycznego Sojuszu Zjednoczonej Federacji Planet United Galactic Council. Przedstawiciele różnych ras oraz wszelkiej maści AI żyją obok siebie w spokoju, do czasu kiedy nagle w przestrzeni pojawiają się znikąd gigantyczne roboty, które przypuszczają atak, niszcząc i zabijając miliony ludzi (i kosmitów, ale wiadomo o co chodzi) po czym znikają tak samo niespodziewanie jak się zjawiły. Po tym wydarzeniu świat stara się podnieść na nogi, a w całej galaktyce wybucha ogromna nienawiść do maszyn obdarzonych sztuczną inteligencją, kojarzonych jednoznacznie ze sprawcami katastrofy, nazwanymi Harvesterami. Na tle tych wydarzeń poznajemy historię głównego bohatera.


Nasz protagonista, Tim-21, jest robotem-dziecięcym towarzyszem, wielofunkcyjną maszyną o wyglądzie i charakterze małego chłopca. Poznajemy go dziesięć lat po opisanych przed chwilą wydarzeniach w kolonii górniczej na pewnym księżycu. Tim budzi się z długiego snu i odkrywa, że cały personel placówki zdążył już pożegnać się ze światem żywym, zostawiając go tylko w towarzystwie jego robo-psa oraz kiepsko już działającego komputera. W międzyczasie wybitny robotyk Jin Quon dowiaduje się, że prowadzone przez ostatnią dekadę badania pozwoliły ustalić codex (takie robocie DNA) Harvesterów, tak więc droga do odkrycia skąd się one wzięły i jaki był ich cel już niemalże stoi otworem a kluczem do jedynej przeszkody jest ostatni istniejący android z serii Tim. Kolejne numery będą więc zapewne skupiać się na próbach dotarcia do miejsca pobytu robota, utrudnianym przez fakt, że galaktyka wciąż jest pełna ludzi pałających żądzą mordu na wszelkich przejawach sztucznej inteligencji.

Pierwszy zeszyt poświęca sporo uwagi ukazaniu świata, wytłumaczeniu mniej oczywistych zagadnień i przedstawieniu postaci doktora Quona, samego Tima-21 jest tu raczej niewiele. Może stanowić to pewne zaskoczenie, skoro wszystkie materiały promocyjne komiksu nawiązywały właśnie do niego, ale wydaje mi się, że taki podział "czasu antenowego" na samym początku serii był całkiem dobrym pomysłem. Dzięki temu wiemy dokładnie jak wygląda tło opowieści, dlaczego świat wygląda jak wygląda i dlaczego większość przechodniów ma zamiar i ochotę zabić naszego protagonistę. Mamy też okazję poznać dwójkę z głównych bohaterów, których misją jest odnalezienie Tima - Jina spotykamy już na pierwszych stronach komiksu, niedługo potem dołącza do niego kapitan Telsa, o której nie wiemy na razie zbyt wiele, ale zapowiada się na naprawdę interesującą postać. Samego robota widzimy tu krótko, ale pierwsze spotkanie z nim wypada naprawdę ujmująco: widzimy małego chłopca budzącego się w miejscu pełnym ciał znanych mu ludzi, który mimo przerażenia zachowuje resztki optymizmu pozwalające mu wierzyć, że jego najbliżsi wciąż gdzieś żyją. Jak na razie jest to niesamowicie urocza postać.

Za rysunki odpowiada, jak już wspominałam, Dustin Nguyen i muszę powiedzieć, że uważam to za najlepszy wybór, jakiego można było dokonać. Styl tego rysownika jest zdecydowanie charakterystyczny i może nie pasować do każdej historii, są jednak i takie, których właśnie przez tę specyfikę nie potrafiłabym sobie wyobrazić z oprawą graficzną tworzoną przez kogoś innego (mam tu na myśli głównie "Li'l Gotham"). "Descender" z pewnością jest taką historią, o czym przekonał mnie szczególnie fragment pokazujący Tima wędrującego po opustoszałej stacji. To naprawdę prześliczna scena, dość krótka, ale wykonana pięknie - kolorystyka, ten akwarelowy styl Dustina, ujęcia, naprawdę wszystko tu ładnie zagrało. Oczywiście nie jest to jedyny moment, w którym kreska Nguyena wypada tak świetnie, cały zeszyt ogląda się przyjemnie, futurystyczne miasto czy pomieszczenia z oszczędnymi tłami i delikatnymi kolorami wyglądają nieziemsko (da bum tss).

To tylko moja sympatia do Nguyena czy to jest naprawdę takie śliczne jak mi się zdaje?
Zgodnie z moimi oczekiwaniami, "Descender" zapowiada się na serię co najmniej dobrą, może lepszą. Fabuła nie brzmi jakoś niesamowicie pasjonująco, ale jest porządna i intrygująca, komiks nadrabia to też sympatycznymi bohaterami, absolutnie urzekającym klimatem i wspaniałymi rysunkami. Polecam zapoznać się z pierwszym zeszytem, ja w tym czasie będę czekać na kolejny.

Jak ostrzegałam, jest krótko. Tak się zastanawiam czy nie zacząć pisać takich notek zbiorczych z nowo wychodzącymi numerami niektórych komiksów, głównie mam na myśli te z Image. I tak recki mają pięć zdań na krzyż, wrzucenie dwóch czy trzech w jeden wpis chyba byłoby sensowniejsze, tak jak zrobiłam to z tymi paroma tytułami z N52. 

W każdym razie, postaram się teraz pisać w miarę regularnie ehehe, jasne. Recenzja "Wikingów" pisze się już od dawna, może mogłabym skończyć ją jakoś na dniach... 

Wednesday, 11 March 2015

Recenzje New 52 - "Batman: The Dark Knight", "Justice League International", "Larfleeze"

Miało być o "Wikingach", ale okazało się, że szybciej będzie po prostu dokończyć to. Poza tym Convergence zbliża się nieubłaganie, New 52 niedługo się kończy, więc wypadałoby jeszcze coś o tym napisać. Oczywiście nie zdążę przerobić przed końcem choćby i połowy materiału, ale może będę to ciągnąć jeszcze po zakończeniu serii, kto wie. 
W każdym razie dziś znowu dwie serie złe i jedna wcale nie tak tragiczna, nawet ułożyły mi się kolejno tak jak ostatnio. Czysty przypadek, naprawdę. 


Ten komiks jest powodem, dla którego w ogóle postanowiłam robić te recki New 52. Jest on tak
wybitnie zły, że po prostu musiałam go gdzieś skrytykować, ale jednocześnie nie chciałam poświęcać mu całej notki, bo w sumie na to nie zasługuje. Zacznijmy od tego, że jest to seria kompletnie niepotrzebna - po restarcie uniwersum Batman i tak dostał więcej serii niż ktokolwiek inny, dodawanie kolejnej było więc zupełnie bezsensu. Niestety, ktoś już wpadł na ten żałosny pomysł i "Dark Knight" miał powstać - chyba w tym momencie twórcy uświadomili sobie, że nie mają ani kawałka pomysłu i muszą wymyślić cokolwiek. To jedyne wytłumaczenie na to, że pierwsze numery to nic tylko z rzyci wzięte cameo różnych postaci, głównie losowych wrogów Batsa. Żeby stworzyć iluzję jakiegoś sensu, dostajemy villaina, który stoi za całym zamieszaniem. I jeśli do tego momentu miałabym jakiekolwiek nadzieję na poprawę jakości tej serii, to w tym momencie bym je straciła, serio. Głównym złym okazuje się być półnaga laska w stroju króliczka, i tak, napisałam to całkowicie poważnie, przeciwnikiem Mrocznego Rycerza w tym komiksie przez większość czasu jest fantazja seksualna gimnazjalisty. Później nie jest wcale lepiej, mamy tu niezwykle nudne i nieoryginalne wątki paru znanych wrogów Gacka, które ciągną się w nieskończoność, które nie wnoszą absolutnie nic, poza pokazaniem, że villaini mają smutną przeszłość i w ogóle traumę, no szokujące i innowacyjne, fakt. Strona mniej superbohaterska wygląda równie żałośnie, prawie jej tu nie ma, ogranicza się jedynie do Bruce'a romansującego z piękną panną-która-na-pewno-nie-jest-villainem. Nudne to wszystko, robione na siłę, nieinteresujące pod żadnym kątem, i nawet popatrzeć też nieszczególnie jest na co. Nie mam pojęcia, jak to coś przetrwało prawie trzydzieści numerów.


To dla odmiany nie jest wcale taka tragiczna seria. Znaczy, szczególnie udana też nie jest, ale miała zadatki na całkiem przyjemne czytadło. Założenie międzynarodowego teamu superbohaterów to w ogóle jest bardzo fajny pomysł sam w sobie, wsadzenie do niego takich postaci jak Guy Gardner, Booster Gold i Vixen czyni go już naprawdę ciekawie się zapowiadającym. Efekt jest raczej mocno średni, ale też nie aż tak tragiczny. Mamy trochę typowych spięć między członkami zespołu (ale bądźmy szczerzy, nie da się tego uniknąć wrzucając do składu Guya), nieco humoru, mamy chodzący stereotyp na temat Rosjan i dość irytujące zgrzyty na linii superbohaterowie-instytucje państwowe. Postacie jednak wypadają całkiem dobrze, bo znowu, mamy tu sporo ciekawych, lubianych przez fanów charakterów, którzy już kiedyś sprawdzili się w jednej drużynie, a więc mają jakieś ustanowione relacje i nie mamy poczucia, że widzimy grupę obcych sobie ludzi (Guy i Tora wypadali szczególnie sympatycznie), ale ci nieszczególnie znani bohaterowie jak August General in Iron czy Godiva też okazują się być całkiem nieźli. O, no i dostajemy też Batmana, bo wiecie, w New 52 jest go stanowczo za mało i trzeba wrzucać go do każdej serii, tak. I tak, wiem, że kiedyś też był w JLI, więc dodanie go tu było całkiem logiczne, ale serio, co za dużo to niezdrowo i tak dalej. Fabularnie seria nie powala, bo mamy tu takie standardowe ratowanie świata przed jakimś Złym Szujstwem Z Kosmosu, nic specjalnego, ale czyta się to całkiem nie najgorzej. Ogółem to taki komiks, który czyta się raczej przyjemnie, chociaż wiemy, że nie ma co liczyć na jakieś fajerwerki. Ale mogła wyjść z tego naprawdę porządna rzecz i trochę szkoda, że tak szybko ją ucięto, bo naprawdę miała potencjał.


Ta seria natomiast wciąż pozostaje dla mnie jednym wielkim "WTF". Znaczy, serio, kto, jak i dlaczego i na czym wpadł na to, żeby dać solowy komiks akurat Larfleeze? Zgaduję, że ta postać ma jakichś fanów, ale siriusli, własna seria? Tyle świetnych postaci nie ma solowych tytułów, a dostaje ją Pomarańczowy Latarnik? Nigdy nie wydawał mi się on szczególnie interesujący, ta lektura tylko mnie w tym przekonaniu utwierdziła. Seria jest straszliwie nudna, fabuła tak szczątkowa, ze ogranicza się właściwie tylko do przypadkowych postaci walczących ze sobą z jakichś średnio kogokolwiek ciekawiących powodów. Mamy Larfleeze'a, mamy grupkę złych, prawdopodobnie potężnych wrogów, którzy wypadają tu jeszcze słabiej niż protagonista. Mamy jeszcze jakiegoś zielonego kosmitę, ale szczerze mówiąc, przestałam się nim interesować w pierwszym kadrze i później już tylko ledwie przyjmowałam do wiadomości, że wciąż gdzieś tam jest. Scenarzysta postanowił najwyraźniej ratować tę ewidentną fabularną tragedię poprzez wsadzenie sporej ilości humoru, ale jest on tak marnej jakości, że nie robi to absolutnie żadnej różnicy. Kreska też nie pomaga, jest naprawdę szpetna i miejscami wygląda, jakby rysownik sam już nie miał ochoty pracować nad tym czymś. Nie mogę go za to winić. Nie mam pojęcia kto pozwolił temu czemuś rozrosnąć się aż do dwunastu zeszytów, ale nie powinien był tego robić.


No i tak. Jak zwykle zapraszam do dzielenia się opiniami w komentarzach, można też oczywiście pisać jakieś inne rzeczy, w sumie co tam sobie chcecie. Komcie karmią wena i tak dalej, więc wiecie. 

Taki PS.: myślałam o zorganizowaniu jakiegoś małego konkursu z okazji przebicia moich najśmielszych marzeń lajkowych (prawie 70!), bo chyba tak się robi, ale uświadomiłam sobie, że nie mam zupełnie nic, co nadawałoby się na nagrodę. Cóż. 

Sunday, 8 March 2015

Top 5 postaci kobiecych

Miałam pisać recki, ale uświadomiłam sobie, że jest Dzień Kobiet i wypadałoby napisać coś w tym temacie. Pomysł na notkę przyszedł od razu, zainspirowany walentynkowymi wpisami Moreni i Vyar, dotyczącymi ich ukochanych książkowych panów. Postanowiłam zastosować podobną formułę, zmieniając oczywiście płeć omawianych postaci na tę pasującą do dzisiejszego święta i oto jest, pierwsza topka na moim blogu. Pierwsza, bo uwielbiam robić różnego rodzaju zestawienia i pewnie w przyszłości możecie spodziewać się ich więcej, zwłaszcza takich okazjonalnych jak ta. 

Prawdopodobnie nie będzie to żadną niespodzianką, ale uwielbiam ciekawe i dobrze napisane postacie kobiece, mogłam zresztą wspomnieć o tym raz czy dwa w poprzednich notkach. Szczególnym uczuciem pałam do tych cudownie badaśnych, które potrafią same o siebie zadbać, obronić się przed niebezpieczeństwem i jeszcze uratować głównego bohatera opowieści w przerwie między zapleceniem warkocza a poszukiwaniem sukienki pasującej kolorem do ich broni.

Jedna uwaga: nie będzie to lista moich ulubionych fikcyjnych pań ogólnie rzecz biorąc, ponieważ zdecydowanie nie byłabym w stanie zmieścić jej w pięciu podpunktach, a nie chcę robić z tego wywodu na siedemnaście stron A4. Zamiast tego pojawią się tu postacie z serii z ostatnich paru miesięcy i aktualnie wychodzących.
A, ostrzegam, będzie monotematycznie.

5. Alana z "Sagi". Gdybym robiła ten ranking dobrych parę miesięcy temu prawdopodobnie wrzuciłabym główną bohaterkę "Sagi" na drugą czy nawet pierwszą pozycję. Niestety, wydarzenia z ostatnich zeszytów odrobinę ochłodziły mój stosunek do niej, wciąż jednak zasługuje na miejsce w moim top 5. Alana ma wszystkie cechy postaci, które uwielbiam. Jest zaradna, niezależna, potrafi nieźle kopać tyłki i nie boi się wykorzystywać swoich umiejętności, a jednocześnie jest dającą się lubić, autentyczną postacią z mocniejszymi i słabszymi stronami. Była żołnierzem, dopóki dla swojej miłości nie zdecydowała się porzucić armię i rodzinną planetę. Od tamtej pory życie jej, jej dziecka i męża polega głównie na uciekaniu i pokonywaniu zaskakująco dużej ilości przeciwności losu.

4. Mera z uniwersum DC. Piszę tu o ogóle historii, w których występuje ta postać, a więc tak o komiksach, jak i o serialach czy filmach animowanych. Jest to o tyle łatwe, że Merę stosunkowo rzadko pozbawia się charakteru i w większości historii prezentuje się podobnie, a więc jako wierna i kochająca żona Aquamana, silna i prawdopodobnie waleczniejsza niż on sam, gotowa rozpętać istne piekło jeśli jej bliscy są zagrożeni. Widoczne na gifie obok świecące oczka są zwykle jasnym sygnałem, że Merę ostro coś wkurzyło, co zazwyczaj kończy się sporą ilością krwi i trupów - nie bez powodu podczas Blackest Night królowa Atlantydy została wcielona do korpusu Czerwonych Latarni, rage jest w niej wielki. Uwielbiam ten kontrast między Merą w czasie walki a uroczą Merą-królową i żoną oraz fakt, że nie pozwala nikomu sobą pomiatać i ogólnie mówiąc, jest największym badassem w oceanie i okolicach.

3. Cassandra Pentaghast z "Dragon Age". Cassandrę pokochałam już w drugiej odsłonie serii, kiedy pojawiła się po raz pierwszy. Jej rola była tam mocno ograniczona, ale wynagradza to bycie jedną z najistotniejszych postaci w "DA: Inqusition". Uwielbiam jej podejście do świata, pesymizm i komunikowanie się ze światem poprzez zrezygnowane wzdychanie, strasznie podoba mi się też jej relacja z protagonistą i innymi członkami Inkwizycji, oczywiście szczególnie z Varrikiem. Cassandra jest naprawdę kochaną postacią, mimo że jej powierzchowność zimnej, niedostępnej i skupionej na misji wojowniczki może nie ujawniać tego na pierwszy rzut oka.

2. Lagertha z "Vikings". Na sam serial wpadłam dopiero niedawno, ale zdążyłam zapoznać się ze wszystkimi odcinkami i doszłam do wniosku, że Lagertha zdecydowanie kwalifikuje się jako jedna z najciekawszych postaci kobiecych na jakie natknęłam się w ostatnim czasie. Nikogo nie zdziwi fakt, że ma ona podobne cechy do pozostałych pań na tej liście - to pod każdym względem osoba, która potrafi o siebie zadbać, nie potrzebuje ratowania, jest silna i niezależna. Co bardzo mi się podoba w tej postaci to fakt, że jej umiejętności i wojowniczość są często odkładane na drugi plan, a zamiast tego Lagertha zajmuje się czy to politykowaniem, czy farmerstwem, zawsze jednak z takim samym zacięciem, czując się najwyraźniej równie dobrze z mieczem i tarczą w rękach co przy pługu czy podczas planowania wypraw. Bardzo przypadł mi do gustu sposób w jaki jej postać się rozwija i mam nadzieję, że kolejne odcinki (czy nawet sezony) będą dla niej łaskawe.

1. Postacie kobiece z "Legend of Korra". Okej, trochę oszukane, ale hej, nikt nie powiedział, że na danym miejscu może znaleźć się tylko jedna osoba, prawda? No właśnie. Tak naprawdę na początku miałam zamiar dodać tu tylko jedną bohaterkę LoKa, dokładniej Lin Beifong. Moment wystarczył, żeby uświadomić sobie, że pojawia się tu też parę innych pań, które chciałabym umieścić na liście, a po chwili zrobił się z tego cały osobny ranking. No i skończyło się, jak się skończyło - lądują tu wszystkie panny z drugiej avatarowej serii (bo nowsza, nie dlatego, że "The Last Airbender" się nie nadaje). Bo widzicie, "Legenda..." może nie być serialem idealnym, ale pod względem występujących tu kobiet to po prostu klasa sama w sobie. Jest ich tu całe mnóstwo, ale ważniejsza niż ilość jest tu zdecydowanie jakość i różnorodność zaprezentowanych postaci - widzimy tu bohaterki walczące (i to jak walczące!), rządzące, pracujące, widzimy matki, dzieci, babcie, widzimy je w tylu różnych rolach, a każda z nich cudowna i godna miejsca na takiej liście. Coby rzucić jakimiś przykładami: pierwsza niech będzie moja osobista faworytka, wspomniana wcześniej Lin - dzieląca podejście do życia podobne do Cassandry, będąca jedną ze starszych bohaterek, a mimo to wciąż pozostająca aktywną, rozwalającą wrogów w pięknym stylu postacią. Inną jest Asami Sato, tutejszy Batman - nie jest benderką, ale nadrabia to swoimi umiejętnościami i talentem inżynieryjnym, dzięki czemu wcale nie odstaje od reszty. 
W serii pojawiają się też trzy kobiece antagonistki - każdą z nich uwielbiam, każda ma w miarę sensowny motyw do robienia tego, co robi. Cztery sezony pozwalają też na świetne rozwinięcie wielu postaci, możemy więc zobaczyć metamorfozy, jakie przechodzą niektóre bohaterki. Ogółem, jeśli 
ktoś szuka historii z dużą ilością naprawdę niesamowitych postaci kobiecych, to obie części Avatara czekają. Ja ubóstwiam tyle pań z tej kreskówki, że jestem dzięki nim w stanie wybaczyć wszystkie błędy czy słabsze wątki, jakie się tu trafiają. 

Autorzy użytych artów: arashicat, anndr.
Lista sklecona na szybko, ale wydaje mi się, że zawarłam tu wszystkie moje większe miłostki z ostatnich miesięcy. Miałam zamiar zawrzeć tu jakąś postać książkową, ale nawet nie pamiętam, kiedy ostatnio czytałam coś ciekawego z porządną bohaterką. Zdobyłam ostatnio parę (ponoć) świetnych fantastyk właśnie z paniami w rolach głównych, na dniach zacznę je czytać. 
Życzę w tym miejscu wszystkiego najlepszego każdej kobiecie, która to czyta. Kontynuujcie bycie zajebistymi.

I jeszcze chciałam zaprosić do dzielenia się w komentarzach własnymi topkami dotyczącymi postaci kobiecych w jakiejkolwiek dziedzinie popkultury, chętnie poczytam. 

Thursday, 5 March 2015

O trailerze "Avengers: Age of Ultron"

Przedwczoraj miałam zamiar napisać coś o zwiastunie Arkham Knighta, ale uznałam, że jestem już zbyt spóźniona, więc zamiast tego postanowiłam napisać parę słów o nowym trailerze "Age of Ultron", którym zachwycał się wczoraj każdy skrawek internetów (Okej, to tylko pretekst, żeby wrzucić parę ładnych gifów z Wdową, udajmy, że tego nie widać.) Niespodzianka - będzie krótko. 
Ach, i chyba dam sobie spokój z wymyślnymi tytułami notek, jestem zbyt leniwa i pozbawiona sensownego poczucia humoru, żeby je wymyślać. 

Primo: cały czas zastanawiam się, czy to całe "umracznianie" pokazywanych dotychczas zapowiedzi nowych Avengersów skończy się podobnie co obiecywany "poważny klimat" trzeciego Iron Mana. Na nowym trailerze niby jest drama, niby wszystko jakieś takie szarawe, niby Ultron wygląda na zagrożenie znacznie większe niż sfochowana księżniczka i jej armia kosmitów z bardzo wygodnym wyłącznikiem, ale z drugiej strony mamy tu jakieś żarty, mamy Capa podrywającego Starka, no i tego potykającego się robota, którego już nigdy nie będę mogła odwidzieć. Ciekawe, czy film będzie równie lekki co większość produkcji MCU, czy jednak zobaczymy coś znolanizowanego.





First things first, podoba mi się tekst Ultrona w tym trailerze, na pewno bardziej niż wcześniejsze cytowanie Pinokia. Ładnie rysuje nam całą jego motywację i plan w paru zdaniach, a jego głos to już w ogóle coś pięknego. W ogóle ślicznie wypada pierwsza pokazana scena z jego udziałem, mniej więcej do momentu pojawienia się bliźniaków. W ogóle ta dwójka to dla mnie największy minus zwiastuna, jak i całego filmu - Quicksilver wygląda tak wybitnie nijako, że często zapominam, że w ogóle ma się tu pojawić. No i umówmy się, nie ma szans, żeby ta postać wypadła chociaż w połowie tak dobrze jak Pietro z ostatnich X-Menów. Do samej Scarlet Witch może i nie miałabym nic przeciwko, gdyby nie grała jej Elizabeth Olsen, której umiejętności aktorskich nie miałam okazji nigdy zaobserwować, mimo że widziałam ją w paru filmach. W samym trailerze oboje prezentują się strasznie nieciekawie, głównie patrzą tylko pustym wzrokiem w przestrzeń. W jednym momencie widzimy jeszcze, jak Wanda używa jakiegoś skilla na Wdowie, co budzi mocne skojarzenie z Lokim z poprzedniego filmu i jego hipnotyzowaniem ludzi poprzez tykanie ich berłem. Fakt, że wcześniej zobaczyliśmy wkurzonego Hulka z charakterystycznym kolorem oczu każe nam oczekiwać czegoś podobnego, niestety.

Zresztą, moment ze zmianą koloru oczu Natashy to nie jedyna scena sugerująca jakieś znaczne zawirowania wśród Mścicieli (oesu, jak to tłumaczenie źle brzmi, nie będę go więcej używać), widzimy również Thora podduszającego Tony'ego i, ponownie, pojedynek Hulk vs. Hulkbuster. Nieszczególnie mi się to podoba, byłam pewna, że konfliktów między członkami grupy widzieliśmy wystarczająco dużo w poprzednim filmie. Oczywiście nie wiem, czy to tylko krótkie momenty, czy znowu zobaczymy jakieś fochy przed pięknym team upem - jeśli to pierwsze, to okej, nie mam nic przeciwko, jeśli drugie, to będę narzekać (więcej niż teraz, znaczy. Teraz narzekam na zapas). Och, widzimy też pewną podejrzaną scenę miedzę Wdową i Bannerem, która mi osobiście nie robi wcale, ale jak widzę sporo osób w internecie to cieszy, więc o tyle dobrze.





Z rzeczy nowych: VISION! Nasze pierwsze spojrzenie na tę postać, nie licząc jakichś azjatyckich plakatów w kiepskiej jakości i tego subtelnego zasłonięcia go słonecznym odblaskiem na oficjalnym koszmarku. Widać go przez pół sekundy, ale po odtworzeniu filmiku kilkadziesiąt razy daje całkiem niezły obraz Visiona (a przynajmniej jego twarzy, ale hej, nie bądźmy zbyt wymagający). No i cóż, ja jestem kupiona, gość jest różowy i ma żółte światełko na twarzy, będzie miłą odmianą po tych anty-kostiumowym i anty-maskowym bohaterom - bo serio, w Avengersach jedynie Rogers i Stark mają czymś zasłonięte twarze, ale trudno to liczyć jako "bycie zamaskowanymi herosami", skoro i tak wszyscy znają ich tożsamość. Ech, tęskno mi do maskujących okularów Supermana i magicznego kaptura serialowego Arrowa.





Mogłabym rozpisać się o tym, że pokazane sceny walk wyglądają cudownie epicko i mam ogromną potrzebę obejrzenia ich na wielkim ekranie, ale to jakby oczywistość, nikt nie oczekiwał, że drużyna superbohaterów rozwalające armię robotów nie będzie wyglądać genialnie. Także tylko potwierdzę: jest osom. Wygląda to pięknie, w dodatku ogromny plus za muzykę (bardziej przypadł mi do gustu motyw użyty w pierwszym zwiastunie, ale tu też jest ślicznie).

Ogółem, jest na co czekać i czym się podniecać, zapowiada się kawał całkiem porządnego filmu. O ile ktoś nie ma dość lekkiego klimatu produkcji z marvelowego uniwersum, znaczy się. Bo umierający cywile i spadające w przepaść samochody to jedno, a mi i tak wydaje się, że wyjdzie z tego coś bardziej familijnego. Kolejnym dość poważnym filmem będzie pewnie dopiero "Civil War", chociaż znowu, to tylko moje podejrzenia. Może czymś nas zaskoczą.


Tasha na nowego Capa. All in favor?

Wstawiam do wpisu milijon gifów i udaję, że to pełnoprawna notka. Dobra strategia, polecam. A tak ciut bardziej poważnie, wiem, że żałośnie krótko, ale miałam potrzebę podzielenia się mało oryginalnymi przemyśleniami na temat trailera, o którym gadają wszędzie. No i cóż mogę zrobić, po to w końcu mam tego bloga. I nie, nie zapomniałam o tym, o czym wspominałam wczoraj - w weekend będzie jakaś recka. W miarę sensowna, chyba. Jeśli dobrze pójdzie. Może przedtem wrzucę jeszcze stosik, hmm. 
Enyłej, nie mam zamiaru powstrzymywać was przed komentowaniem. Jakieś uwagi dotyczące trailera albo samego "AoU"? 

Wednesday, 4 March 2015

Recenzja "Star Wars: Rebels"

Parę miesięcy (może trochę więcej niż parę, to w sumie mógł być i rok) temu w internetach krążyła plotka, że ktoś postanowił stworzyć aktorski (!) serial w uniwersum Gwiezdnych Wojen (!) skupiający się na grupie łowców nagród (!!!). Oczywiście, jak to często bywa, informacja okazała się zbyt piękna, żeby być prawdziwa. Na otarcie łez fani mieli dostać co innego - kolejny serial animowany. Hurra. Poprzedni wypadł przecież tak cudownie i zdobył tak ogromną miłość fanów, że zrobienie nowego było kwestią czasu. Wbrew temu postanowiłam podejść do niego tak optymistycznie, jak tylko mogłam - naprawdę! Do ostatniego momentu łudziłam się, że wyjdzie z tego coś przynajmniej znośnego. 
Guess what - nie wyszło. 

"Star Wars: Rebels" ma miejsce w okresie między III a IV epizodem Gwiezdnych Wojen, dokładnie 14 lub 15 (polska Wiki swoje, angielska swoje, Wookieepedia się wstrzymuje) lat po wydarzeniach z "Zemsty Sithów", na cztery przed rozpoczęciem "Nowej Nadziei". Opowiada o początkach rebelii, a konkretniej o załodze statku Duch, zajmującej się uprzykrzaniem życia Imperium na różne sposoby - zazwyczaj kradnąc czy przemycając różne towary. Co wyróżnia ich na tle innych pałętających się po galaktyce grup jest fakt, że w ich szeregach znajduje się Jedi, któremu udało się przeżyć Rozkaz 66 i uniknąć polujących na resztki Zakonu Inkwizytorów. Jakby tego było mało, w pewnym momencie przyłącza się do nich dzieciak, w którym Moc jest silna™. 

Plakaty samego serialu zbyt piękne nie są, ale plakaty propagandowe Imperium to co innego.

Tu zaczyna się cała historia - wspomniany chłopak, Ezra, ma zainteresowania podobne do naszych wspomnianych rebeliantów, a więc z umiłowaniem denerwuje przedstawicieli Imperium na rodzinnym Lothal jak tylko umie, ze skutkiem zadowalającym, acz mało spektakularnym. Do spotkania dochodzi kiedy nasza grupa jest w trakcie akcji a pojawienie się Ezry jest im zdecydowanie nie na rękę. Jak jednak można się było domyślić, główny bohater okazuje się bardziej przydatny, niż na to wygląda, i już w kolejnym odcinku załoga Ducha przemierza galaktykę w powiększonym składzie. Przez następne epizody widzimy jak wypełniają nieszczególnie ciekawe zlecenia niejakiego Fulcruma, przeszkadzają Imperium, a także jesteśmy świadkami jak Kanan (pokładowy Jedi) uczy panowania nad Mocą swojego małego padawana. Żeby nie było tak nudno, bohaterowie czasem spotykają na swojej drodze jednego z wspomnianych Inkwizytorów, a także natykają się na postacie znane nam z Oryginalnej (zazwyczaj) Trylogii. Czy to coś daje? Niekoniecznie, bo większość odcinków do pasjonujących nie należy, chociaż zazwyczaj są one napakowane akcją, strzelaniem i lataniem, co może przykuwać uwagę mniej wymagających widzów.

Oczywiste jest, że aby serial skupiający się na przygodach pewnej grupy ludzi działał, trzeba tę grupę uczynić przynajmniej w pewnym stopniu interesującą i dającą się lubić. Tak jak Firefly nie latałoby bez Mala i reszty, tak Duch nie powinien móc bez dobrze napisanej załogi... w teorii. W praktyce lata, i prawdopodobnie latać będzie jeszcze dłużej, chociaż bohaterowie nie są nawet w połowie tak zajmujący, jak powinni być. W dodatku jest ich tylko piątka (szóstka, jeśli liczymy droida), a więc na tyle mało, żeby każdy mógł otrzymać wystarczającą ilość czasu antenowego i zdobyć sympatię widzów, co jednak nie do końca tu wychodzi. Główny bohater, Ezra, jest co prawda sympatyczny i z pewnością może dać się lubić (zwłaszcza młodszym widzom, patrząc na przykład mojej siostry), ale jednocześnie jest strasznie nijaki i nie różni się właściwie niczym od milijonów protagonistów kreskówek - bez zastanawiania się podam choćby Hiro z "Big Hero 6", pewnie znalazłoby się jeszcze sporo.Na plus to, że nie denerwuje tak, jak można by się tego spodziewać. Reszta załogi przedstawia się dość nierówno: mamy Sabine, Mandaloriankę w niesamowicie bezsensownej zbroi, specjalizującą się w wybuchach, która zamiast charakteru ma przypisaną miłość do graffiti. O, została też wybrana na love interesta Ezry, bo co to za historia bez wątku miłosnego, prawda. Mamy Zeba, czyli takie wielkie, szpetne i wkurzające stworzenie robiące w naszym party za dpsa składzie za nieskażone myślą mięśnie. Pozostała dwójka, dla odmiany, wypada wcale dobrze. Hera, pilotka Ducha, bardzo przyjemnie kojarząca mi się z Zoë Washburne, jest naprawdę przesympatyczną postacią w stylu takiej nieprzesadzonej badaśnej panny. Kanan jest całkiem ciekawy, szczególnie dlatego, że pomimo bycia Jedi nie jest wszechwiedzącym, omnipotentnym wojownikiem, a raczej wcale niedoświadczonym młodziakiem, któremu uczenie kogoś umiejącego jeszcze mniej niż on sam wychodzi marnie, co ogląda się wcale przyjemnie. No i relacja tej dwójki (Kanana i Hery, nie jego i dzieciaka) jest absolutnie urocza, chyba jeden z największych plusów tego serialu. Poza tą piątką mamy tu Choppera, czyli irytującą wersję R2-D2, pozwolę sobie się o nim nie rozpisywać.

Do plusów z pewnością należy dodać kosmiczne panny rozwalające potwory. Szkoda tylko, że nie ma tu tego zbyt wiele.

Z drugiej strony barykady mamy tu, oczywiście, Imperium. Głównie spotykamy się z Inkwizytorem, czyli bardzo złym, bardzo mrocznym, wybitnie nieskutecznym Złym, któremu do dopełnienia obrazu typowego przerysowanego villaina brakuje tylko wybuchania demonicznym śmiechem w losowych momentach. Jest on też właścicielem miecza, który, muszę przyznać, jest dość niezwykły. To jakby wziąć jedną z najlepiej wyglądających broni we wszechświecie (podwójny miecz świetlny, +400 do epizmu) i sprawić, że będzie wyglądać niemożliwie głupio. To nie lada wyczyn, jednak twórcom się udało - Inkwizytor biega z świetlnym wiatraczkiem grozy i chyba wydaje się być nieświadom tego, jak żałośnie wygląda. Oprócz niego mamy tu też jakiegoś wojskowego, który jest tak wybitnie nieciekawą postacią, że aż nie mam ochoty tracić czasu na szukanie jego nazwiska. Dość powiedzieć, że to kolejny czarno-biały, zły bo zły gość, który nie jest w stanie nic zrobić piątce pałętających się po okolicy rebeliantom. Och, są jeszcze całe stada prawdziwej dumy Imperium. I cóż, jestem świadoma tego, że szturmowcy nigdy intelektem czy umiejętnościami nie grzeszyli, ale to, co dzieje się w tym serialu przechodzi ludzkie pojęcie. Po dwóch odcinkach można zacząć wątpić, czy imperialna armia jest w stanie oddychać bez nieustannego przypominania im, że muszą to robić. Przynajmniej jakoś nie szkoda ich, kiedy nasi bohaterowie wybijają ich w ilościach hurtowych.

Miecz z Epizodu VII nagle wygląda całkiem nieźle.

Kolejną rzeczą, która boli, jest animacja. Już przy pierwszych zapowiedziach podniosły się głosy, że paskudne to strasznie, i aż strach oglądać, no i cóż, trudno się nie zgodzić. Po paru odcinkach można zacząć się przyzwyczajać, ale i tak są momenty, w których patrzę na postacie i mnie odrzuca. Bo i pomijając animację, ludzie (tudzież inne rasy, nie wnikajmy) wyglądają tu dość nieciekawie - wspomniany już strój Sabine jest tak bezsensowny, że aż strach, inni też nie powalają ani nie zapadają w pamięć jakoś szczególnie. Fakt, że w scenach walki czy jakichś innych momentach skupionych na akcji nie wypada to aż tak źle, w oczy nie razi i jest dość płynne, ale i tak ten dziwny styl może nie przypaść do gustu części (większości) widzów. Już chyba "Clone Warsy" podobały mi się bardziej pod tym względem.
Braki wizualne zdecydowanie nadrabia ścieżka dźwiękowa. Muzyka w "Rebelsach" jest ładna, klimatyczna, często w stylu starych Star Warsów, ogólnie wypada wcale nieźle. Nie kojarzę żadnych szczególnie powalających motywów, ale ogólne wrażenie jest pozytywne.

Ogółem, jest marnie. Przyznaję, że oceniam to bardzo nieobiektywnie, dla młodszych odbiorców to naprawdę genialna pozycja (znowu, siostra była zachwycona - na "CW" nudziła się strasznie, tutaj nie miała kiedy), no i pod względem akcji też nie jest tu aż tak źle, usypiać się przy tym nie usypia. Bohaterowie wypadają w większości przypadków nieciekawie, ale są raczej sympatyczni i można ich polubić, i nie ma tu zbyt wielu postaci, którym ma się ochotę wyrwać gardło w momencie, w którym się odzywają. Jednak jeśli patrzymy na to jako fani, żądni dobrych historii osadzonych w ulubionym uniwersum fani, to można się zawieść, i to straszliwie. Niby mamy jakieś puszczane oczka, widzimy znane postacie, ale to też odwraca się na niekorzyść serialu - gościnne występy są zazwyczaj niepotrzebne i wciśnięte na siłę.

Polecam tylko ludziom niezwykle głodnych opowieści z odległej galaktyki, gotowych przełknąć cokolwiek, co zawiera miecze świetlne. W innym przypadku raczej odradzam. Zdecydowanie lepiej pograć w KotORa czy SW:tORa, odświeżyć sobie stare filmy po raz pięćsetny albo zabrać się za nowe komiksy z uniwersum wydawane przez Marvela.

Miej milijon ważnych rzeczy do zrobienia, pisz notkę na bloga, którą przeczytają trzy osoby. Dobry plan, gratuluję samej sobie.
Enyłej, nic nie obiecując powiem, że w weekend może pojawić się wpis o innym serialu, później pewnie rzucę jakimiś komiksami (może kolejna porcja N52 - ktoś jest tym zainteresowany?). 
Komciujcie i w ogóle.