Thursday, 30 April 2015

Recenzja "Dzieci demonów"

Kwiecień okazał się miesiącem niezwykle ubogim w notki, za co chciałam na wstępie bardzo przeprosić. Obiecuję poprawę, chociaż nie jestem pewna, czy nastąpi ona już w maju - będzie to dla mnie dość mocno zawalony okres. Tak czy inaczej, ostatni kwietniowy wpis to recenzja książki, którą zaczęłam pisać (reckę, nie książkę, niestety) dobrych parę tygodni temu. Lepiej późno niż później, te sprawy.

Fragment okładki oryginalnej.
Chyba każdy czytelnik zna to uczucie, kiedy patrzy na okładkę książki, na tytuł, czyta opis na odwrocie i po prostu czuje, że oto natknął się na coś naprawdę złego. Podobnie było z omawianą dziś pozycją, chociaż dość szybko okazało się, że wrażenie to było zupełnie niewłaściwe. "Dzieci demonów" brzmi jak marny romans paranormalny o młodej heroinie, której wybranek okazuje się być jakimś mrocznym pomiotem i tak dalej. Z okładką jest jeszcze gorzej - mi (i zapewne wielu innym osobom) mocno kojarzy się z "Mononoke-hime" czy inszym dalekowschodnim tworem. Co ciekawe, takie negatywne pierwsze wrażenie jest w znacznym stopniu winą polskiego wydania - w wersji oryginalnej powieść nosi tytuł "Never Knew Another", który budzi zdecydowanie mniej nieprzyjemne skojarzenia, okładka też prezentuje się znacznie mniej mangowo, a bardziej (z braku lepszego słowa) klimatycznie. 
Streszczenie fabuły wydaje się dość zawiłe: wspomina się tu o wygnanych do podziemi sługach bogini Elishty, których potomstwo plugawi okoliczne ziemie. Za ochronę przed ich skażeniem mają służyć tajemniczy Wędrowcy Erin, łowcy mający za zadanie tropienie i likwidowanie demonów. Są oni zmiennokształtnymi istotami obdarzonymi przez swoją boginię wieloma zdolnościami mającymi pomóc im w misji.

W praktyce wygląda to nieco inaczej. Oczywiście poszukiwanie demonich dzieci to najważniejszy wątek książki, a głównymi bohaterami są właśni wspomniani Wędrowcy, jednak akcja skupia się w większym stopniu na życiu pomiotów, nie samym polowaniu na nie. Poznajemy tu historie Rachel, Salvatore i Jony, demonów, które próbowały ułożyć sobie życie w wielkim mieście, ukrywając swoje pochodzenie.
Powieść rozpoczyna się w momencie, kiedy para Wędrowców odnajduje zwłoki Jony. Dzięki darom Erin są w stanie wydobyć jego wspomnienia, których to mogą użyć do prześledzenia wszystkich kroków demona, odnaleźć skażone przez niego miejsca wymagające oczyszczenia, a także trafić na trop pozostałej dwójki. Przeszłość pomiotów obserwujemy właśnie w ten sposób, jako część śledztwa Wędrowców. 
Tu pojawia się główny problem, jaki miałam z fabułą. Podchodząc do książki myślałam, że opowieść będzie skupiać się na tych tajemniczych wilczych łowcach, a same demonie pomioty będą stały tu na drugim planie. Okazało się, że historia Jony, Rachel i Salvatore nie tylko jest główną osią fabularną tej części, ale całej trylogii. I nie zrozumcie mnie źle, to nie jest zły wątek, po prostu postacie wyznawców Erin wydawały mi się od samego początku (i nadal wydają) znacznie ciekawsze i wolałabym przeczytać trzy tomy poświęcone ich życiu w szerszym zakresie, nie tylko ograniczające się do jednego polowania. 

Co do samych Wędrowców: nie wiemy o nich zbyt wiele, mimo że są głównymi bohaterami książki, a narratorką całej historii jest jedna z nich. Jak wspominałam, są oni zmiennokształtni - mają dwie formy, ludzką i wilczą, znacznie bliżej im jednak do tych drugich. Są bezwzględnymi łowcami, dla których wykonanie powierzonej misji jest ważniejsze niż cokolwiek innego. Nie są uczłowieczani na siłę, przez cały czas sprawiają wrażenie zimnych i zdystansowanych. Żyją w lasach, gdzie dołączają do watah i podróżują z wilkami, zajmując się oczyszczaniem świata ze szkód poczynionych przez demony, lecząc skażoną ziemię i wyszukując ukrywające się pomioty. Do siedzib ludzi udają się tylko w ostateczności, gdyż zdecydowanie lepiej czują się w dziczy. Strasznie podoba mi się, jak cudownie oddana jest ta wilcza część charakteru Wędrowców, ich niechęć do ogromnego, przeludnionego miasta, do którego muszą się udać, i ich interakcje, zarówno z innymi ludźmi, jak i między sobą.

Książka jest pisana w pierwszej osobie, z użyciem trzeciej w momentach, kiedy Wędrowczyni relacjonuje coś ze wspomnień Jony. Wypada to bardzo zgrabnie, w ogóle całość jest napisana w niezwykle wciągający sposób i pochłania się ją jednym tchem. Cała książka ma taką przyjemnie duszną atmosferę idealnie pasującą do ogromnego miasta, świat przedstawiony w niej wydaje się niesamowicie realny i żywy, a to, jak naturalnie i wiarygodnie autorowi udało się przedstawić "wilcze" postacie zasługuje na jakąś nagrodę.  To zdecydowanie jedna z najciekawiej napisanych książek, z jaką miałam do czynienia w ostatnim czasie. 

Fabuła posuwa się na przód dość powoli, fragmenty z życia demonów momentami można określić jako obyczajówkę, odniosłam też wrażenie, że całą historię śledztwa można by zamknąć w znacznie mniejszej ilości stron. Braki nadrabia jednak wspaniałym klimatem i językiem, a także ciekawymi głównymi bohaterami. Całość czyta się szybko i przyjemnie, ja od razu po zakończeniu miałam ochotę sięgnąć po kolejną część - znowu, nie przez pasjonującą fabułę, raczej przez tę specyficzną atmosferę. To jest w ogóle idealna książka do czytania przy ogromnym kubku gorącej herbaty, jak jeszcze ma się do tego jakiś drewniany domek w lesie to już w ogóle dopełniłoby obrazek i z czytania czerpałoby się jeszcze większą przyjemność (tak myślę, nie próbowałam, nie mam domku w lesie)

Za betowanie dziękuję Kobasiowi. 
W ogóle miałam w planach napisać coś o "Endgame" albo "Convergence", ale mam tragiczne zaległości ze wszystkim i chyba nic z tego nie wyjdzie. Za to może pojawić się coś o New 52, tylko tym razem, dla odmiany, o jakichś dobrych tytułach. Tylko znowu, nie mam pojęcia, kiedy będę miała wolną chwilę, bo maj zapowiada się dość ubogo pod tym względem. Hm. 
Enyłej, zapraszam do komentowania i tak dalej. 

Tuesday, 28 April 2015

Pyrkon 2015

Wpis miał pojawić się wczoraj, ale postanowiłam najpierw odespać konwent, a dopiero potem o nim pisać, stąd takie małe opóźnienie. Sama notka nie będzie zbyt długa - tegoroczny Pyrkon upłynął mi bowiem pod znakiem socjalizacji i poświęcania punktów programu na rzecz kręcenia się po okolicy ze znajomymi, przez co lista odwiedzonych przeze mnie prelekcji jest boleśnie krótka. O przywiezionych fantach też nie mogę się rozpisać, bo ograniczone fundusze zrobiły swoje i nie udało mi się zdobyć prawie że nic. Postaram się jednak coś z tego wszystkiego wyciągnąć. 

Sam konwent wypadł moim zdaniem świetnie. Przeniesienie imprezy na koniec kwietnia poskutkowało śliczną pogodą (mogłam biegać w sukience i nie zamarzać, więc z automatu leci 11/10), powiększenie terenu zmniejszyło tłumy (po sali wystawców dało się nawet chodzić, w zeszłym roku było to problematyczne), a preakredytacja poradziła sobie całkiem nieźle z likwidowaniem kolejkonu. Słabiej wypadło rozdawanie wejściówkowych prezentów, najwyraźniej sporo osób nie dostało ich mimo zakupienia biletu w przedsprzedaży. Mam też mały problem z ułożeniem programu, ale pod tym względem oczywiście nie można zadowolić każdego, nie będę więc tu niepotrzebnie jęczeć.
Oczywiście ogromnym plusem była atmosfera nerdowstwa unosząca się powietrzu, dziwnie wyglądający ludzie spotykani na każdym rogu i tak dalej, ale chyba nie ma co się o tym rozpisywać, to chyba cecha charakterystyczna wszystkich konwentów. 

Takie zdjęcie pojawiło się na fanpejdżu Pyrkonu. Jeśli dobrze się przyjrzycie, to pewnie będziecie mogli zobaczyć mnie gdzieś w tłumie.
Z moich zaplanowanych prelekcji udało mi się dotrzeć jedynie na sześć. Żałośnie mało, boli mnie szczególnie fakt, że musiałam opuścić kilka naprawdę ciekawie się zapowiadających. W piątek udało mi się załapać jedynie na "Guy Gardner - największy buc uniwersum DC" prowadzone przez Yurai i UncleMroowę. Wyszła z tego sympatyczna i całkiem zabawna prelka, ja jako fanka zarówno Mroowy, jak i postaci Guya bawiłam się na niej naprawdę świetnie. W sobotę udało mi się wcisnąć na "Dobre, złe i niebrzydkie - ważne kobiety w grach wideo" Adama Flammy (Flamma?). Wyszła z tego dość ciekawa rzecz, podobało mi się, że obok fikcyjnych bohaterek powiedziano tu też o kobietach w gierczanym przemyśle. W ostatni dzień konwentu trafiły mi się aż...? cztery punkty. Z rana zerwałam się na "101 pomysłów na enpeckę" Nefariel. Raczej nie interesuję się RPGami, więc tajniki tworzenia postaci potrzebne mi do szczęścia nie są, ale możliwość posłuchania o badaśnych historycznych pannach zawsze jest kusząca. A wybrane na prelekcję panny były cudownie badaśne. Następny w kolejce był panel "Seriale komiksowe - wysyp (czy "wysp", jak mówi program) ostatnich lat" prowadzony przez redaktorów naEkranie. Ze wszystkich odwiedzonych przeze mnie punktów ten wypadł zdecydowanie najsłabiej, było to po prostu wspomnienie wszystkich obecnych seriali opartych na komiksach, bez wdawania się w jakiekolwiek szczegóły i omawiania ich, nudne dość. Zaraz po tym zaczął się "Lepszy i konkurencyjny panel o Doktorze Who" tworzony przez grupę WARcon. Było dokładnie tak jak przewidywałam, czyli zupełnie niepoważnie, zabawnie, i w dodatku rozdawano żelki. Załapałam się też na spotkanie autorskie z Kobietą-Ślimak, na którym omawiano między innymi "iGranie z Gruzem", "Boku no Kawaii Scotland" i cudowne kotkowe RPG, którego demówkę mogliśmy obejrzeć - muszę w nie zagrać jak tylko wyjdzie, zapowiada się genialnie. 
Ominęłam kilka punktów, które miałam oznaczone w programie jako obowiązkowe, na jedne się spóźniłam, na inne nie zmieściłam, jeszcze inne kolidowały z moimi planami i musiały zostać poświęcone dla wyższego dobra. Najbardziej żałuję "Kilka słów o mniej znanych komiksach z Image Comics", "Ile jest Batmana w Gotham" czy "Progresywne elementy kanonu i fandomu Marvela", chciałam też wpaść na "The Legend of Korra - O grzechach wybaczonych, ale nie zapomnianych" i "Koszula w kratę i woda święcona - czy to wystarczy?". Pozostaje mi czekać na kolejne konwenty i mieć nadzieję, że niektóre z tych tematów jeszcze kiedyś się pojawią. 
To tyle, jeśli chodzi o pyrkonowy program. Na żadne dyżury autografowe się nie wybierałam, chociaż miałam w planach sprawienie sobie jakiejś książki Głuchowskiego i poproszenie o podpis... ale cóż, kolejka na milijon osób trochę mnie odstraszyła.

A z taką ładną plakietką biegałam.

Przejdę do tych paru fantów, które udało mi się ściągnąć do domu. Jest ich przeraźliwie mało, aż postanowiłam już zacząć zbierać pieniądze na kolejny konwent, żeby tam nakupować znacznie więcej. 
Na początek prezenty, które dostałam dzięki wcześniej zakupionemu biletowi. W paczce znalazły się: identyfikator ze smyczką, skrócony program, ograniczający się jedynie do rozpiski wydarzeń oraz kompletny program, ładny, duży, z opisami wszystkich punktów programu, gości i tak dalej. Moim zdaniem był nieco przyduży, wolałam wersję zeszłoroczną, która była grubsza, ale w znacznie mniejszym formacie. Poza nimi dostałam dwie kostki z Q-Workshop oraz dwa zeszyty starwarsowego komiksu, dokładnie numery drugi i szósty z 2011. 


Moje własne zakupy wyglądają jeszcze bardziej ubogo: zdobyłam jedynie dwie książki i jednego T-shirta, całkowicie rezygnując z polowania na przypinki i insze małe pierdółki. Teraz mi szkoda, ale jak już pisałam, z kolejnego konwentu mam zamiar przyjechać obwieszona nimi od góry do dołu, tak na pocieszenie po tym. 
Ze stoiska KiK wybrałam "Księgę jesiennych demonów" Grzędowicza, bo chciałam w końcu zapoznać się z tym autorem, a ta książka została mi polecona jako niezły start. Trylogia Ciągu Gibsona spadła mi natomiast z nieba, czaiłam się na nią odkąd zobaczyłam jej zapowiedź na stronie wydawnictwa MAG. Wydanie jest absolutnie śliczne, no i możliwość zdobycia trzech części serii w formie jednej, w dodatku wcale niedrogiej, jest niezwykle kusząca. 


Z wyborem koszulki miałam nieco większy problem, przez świadomość, że niedaleko leżą cudeńka z OtherTees, które uwielbiam przeglądać w internetach i zachwycać się ich wzorami, a tuż obok znajduje się stoisko Grumpy Geeks (koszulko z Riders of Rohan, kiedyś cię zdobędę!). Czymże jednak są nerdowskie nadruki w obliczu oczojebnie różowej bluzki z Różowym Kotem-Stalinem, który w dodatku straszy ludzi genderem i jest narysowany przez Kiciputka? Niczem, oczywiście, zwyczajnie musiałam to kupić. Najlepiej wydane pieniądze evah. 


Ogółem oceniam tegoroczny Pyrkon bardzo wysoko, bawiłam się na nim świetnie i strasznie mi szkoda, że trwało to tylko trzy dni. Mam teraz zamiar siedzieć i czekać na najbliższy konwent, na który się wybiorę, czyli (prawdopodobnie) Polcon. Może nawet uda mi się na nim coś zacosplayować, kto wie.