Tuesday, 26 May 2015

Garść rzeczy: "A-Force" #1, "Arrow" S3, "Supergirl" E1

Miałam zamiar napisać krótką reckę pierwszego numeru "A-Force", ale uznałam, że wyjdzie z tego nieco za mało tekstu na cały wpis (musiałabym rozepchać go obrazkami, co też było w sumie dość kuszącym pomysłem, noale), postanowiłam więc zamiast tego zrobić takie zbiorcze coś mówiące o kilku rzeczach, o których chciałam napisać parę słów. Pewnie zrobi się z tego cały cykl, bo często mam ochotę gadać o takich randomowych pierdółkach. 

Będzie o trzech rzeczach: o wspomnianym wcześniej komiksie, który zadebiutował niedawno w ramach Secret Wars, opowiadający o żeńskiej drużynie Avengers; o trzecim sezonie "Arrowa", na których chciałam trochę ponarzekać, a żal mi marnować na niego całą notkę, bo na to nie zasługuje; wreszcie o pierwszym odcinku "Supergirl", który zupełnie przypadkiem wyciekł do internetu na kilka miesięcy przed premierą serialu - interesujący zbieg okoliczności, zwłaszcza że dwie poprzednie serie DC również zaczęły w ten sposób. 

Na "A-Force" czekałam już od dawna, od momentu kiedy zobaczyłam pierwsze informacje o tej serii. Co prawda jestem mocno do tyłu z komiksami Marvela, a obecne Secret Wars znam tylko z tekstów i streszczeń czytanych w sieci, ale możliwość zobaczenia teamu złożonego z samych superbohaterek od razu mnie przekonała. I bardzo się z tego cieszę, bo zapowiada się z tego naprawdę przyjemne czytadło. Historia ma miejsce w dość poplątanych okolicznościach, ale parę zdań na początku zeszytu całkiem zgrabnie wszystko wyjaśnia i sprawia, że dokładna znajomość obecnej sytuacji uniwersum nie jest wymagana. Seria opowiada o A-Force, grupie ochraniającej przed niebezpieczeństwem pewną sielską wyspę. W skład zespołu wchodzi całe multum różnych postaci kobiecych, tych bardziej i tych mniej znanych - w tym numerze mieliśmy okazję zobaczyć ich całkiem sporo, chociaż część z nich ograniczała się na razie jedynie do dalszego planu. Te parę bohaterek, które grały w tu pierwsze skrzypce wypadło sympatycznie, ładnie zarysowano relacje między nimi, znaleziono też czas na pokazanie pań w akcji. Całość wypada naprawdę udanie, doprawiona ślicznymi kolorami i kreską, a także szczyptą humoru. Zdecydowanie polecam zapoznać się z tym tytułem, niezwykle przyjemna rzecz. 


O trzecim sezonie "Arrow" miała pojawić się osobna notka, ale jak napisałam: aż szkoda mi marnować przestrzeni na tę tragedię. Podczas oglądania pierwszych dwóch sezonów regularnie zasypywałam się fejspalmami i narzekałam na większość elementów serialu, ale ta seria wzbiła się w tym względzie na całkiem nowy poziom. Ja naprawdę rozumiem, że nie mamy tu do czynienia z ekranizacją komiksu, a jedynie z czymś "opartym na", ale miło byłoby czasem zobaczyć jakiś szacunek dla materiału źródłowego. Przez ostatnie dwa lata tysiące ludzi narzekało na to, że serialowy Oliver Queen bardziej przypomina jakąś tanią wersję Batmana, niż Green Arrowa, na co twórcy zareagowali w sposób oczywisty - jeszcze bardziej upodabniając go do tego pierwszego, zarówno pod względem charakteru, jak i motywu przewodniego. Robią to w sposób tak niezgrabny i mało subtelny, wprowadzając takie udziwnienia, że aż czuję się zażenowana oglądając to. Poza tym, jako że "Arrow" jest w równie dużym większym stopniu telenowelą, niż co opowieścią superbohaterską, dostaliśmy tu też sporo mieszania w wątkach romantycznych, które wyszło wprost wybitnie nieprzekonująco i męcząco, sprawnie ignorując wszystkie przeszłe wydarzenia. Te dwadzieścia parę odcinków zaowocowało także zniknięciem z serialu trzech niezwykle jasnych punktów oraz zmienienie ulubienicy fanów w jedną z najbardziej irytujących postaci, a jednej z najbardziej znienawidzonych postaci - w nową ulubienicę fanów, co jest całkiem imponujące. Do tego doszło parę mniej lub bardziej sensownych zmian w superbohaterskim składzie serialu, bo maski rozdawano tu właściwie na prawo i lewo. Jednym z paru plusów tego wszystkiego jest to, że kolejna seria zapowiada się znacznie lepiej pod każdym względem. A Oliver w ostatniej scenie finału nawet się uśmiechnął, może w kolejnym sezonie będzie robił to częściej niż raz na dziesięć odcinków.


O pilocie "Supergirl" planowałam napisać w momencie oficjalnej premiery, bo nie mam w zwyczaju oglądać wyciekłych do internetu odcinków. Tak jednak wyszło, że nie miałam nic lepszego do roboty, a ludzie donieśli, że wyciek jest wysokiej jakości i całkiem wykończony, więc prawie jak nie wyciek. Zresztą, jak już wspominałam, ostatnio u DC stało się to stałą praktyką - do sieci trafił pierwszy odcinek "Flasha", "Constantine'a", teaser "Batman v Superman"... aż żal nie korzystać. Co do samego pilota: jest dokładnie tym, czego można się było spodziewać. Sporą część odcinka można było zobaczyć już w niedawno wypuszczonym trailerze, nowych motywów jest tu niewiele i nie są szczególnie zaskakujące. To taka typowa historia pokazująca początki superbohatera, na szczęście przebiegająca dość szybko - Kara zna swoje umiejętności i wystarczy jej pół odcinka, żeby zacząć latać po mieście jako Supergirl. Sporo czasu jest poświęcone wprowadzeniu wątku głównego, który zapowiada się, niestety, niezbyt interesująco i strasznie prosto, brakuje w nim czegoś, co mogłoby zaintrygować widza. Ogólnie całość wygląda uroczo prosto i naiwnie, i nie mówię tu tylko o znanym motywie z maskującymi superokularami a'la Clark Kent. Pierwszy epizod prezentuje niezwykle lekki, młodzieżowy klimat, który można było wyczuć już w zwiastunie. Pasuje to do reszty, zwłaszcza do samej postaci Kary, granej przez Melissę Benoist, która wypada w tej roli naprawdę sympatycznie i ujmująco. Pozostali bohaterowie też wypadają nieźle, podoba mi się nawet uroczo przerysowana Cat Grant. "Supergirl" od początku zapowiadała się całkiem przyjemnie, jako taka niewymagająca historyjka do obejrzenia w przerwie między innymi serialami, i pilot to potwierdza.
Na zakończenie cudowna okładka kolejnych "A-Force". Jest tak śliczna, że musiałam ją tu wrzucić.
Na dniach przyjdzie do mnie parę komiksów, będę reckać. "Mad Maxa" też będę reckać. Wszystko będę reckać, i dorzucę jeszcze notkę o piosenkach z Disneya, o. 
Dziękuję za uwagę i zapraszam do dzielenia się opiniami i tak dalej. 

Wednesday, 20 May 2015

Recenzja "Flasha"

Wiosna to taki smutny czas, w którym większość seriali się kończy i pozostawia biednych nerdów bez jednego z głównych źródeł rozrywki. Znaczna część z kilkunastu oglądanych przeze mnie serii właśnie dobiega końca, w tym wszystkie, poza "iZombie", produkcje oparte na komiksach DC - przed chwilą zakończyły się "Gotham" (o którym będzie notka, kiedyś) i "Arrow", teraz jeszcze "Flash". O ile finał tego drugiego bardzo mnie cieszy (mam z tym serialem trudną relację, nawzajem się nienawidzimy), tak za tym trzecim będę strasznie tęsknić. Postaram się wyjaśnić, dlaczego. 

"Flash" to adaptacja komiksowych historii o jednym z najbardziej znanych bohaterów uniwersum DC drugim z wielu noszących ten pseudonim. Opowiada o Barrym Allenie, młodym kryminologu, który w wyniku wypadku w laboratorium (chemikalia, to zawsze są chemikalia) zyskuje nadludzką szybkość i parę innych przydatnych umiejętności. Postanawia wykorzystać je do pomagania ludziom, bronienia miasta przed innymi osobami obdarzonymi supermocami oraz do odkrycia, kto stoi za zabójstwem jego matki. Właściwie każdy odcinek serialu opiera się na identycznym schemacie: widzimy pojawienie się w mieście nowego metahumana (czyli człowieka obdarzonego mocami), Flash się z nim ściera, przegrywa, razem ze swoimi współpracownikami obmyśla plan na pokonanie przeciwnika, robi to, koniec. W międzyczasie mamy spore ilości wątku romantycznego, interakcje między głównymi bohaterami (Barry, jego mentor i pomagierzy), a także poszukiwania wspomnianego mordercy. Pomijając przewidywalność i ogromną naiwność większości scenariuszy, epizody wypadają zazwyczaj całkiem porządnie, mają wartką akcję i składają się w nawet sensowną całość. Zazwyczaj, bo czasem widać, że twórcom brakło pomysłów na całe dwadzieścia cztery odcinki i dostajemy nieco rozrzedzoną fabułę. Nie wspominając już o tym, że taka formuła odcinków może się szybko człowiekowi znudzić. Bardzo szybko. Bo to Flash, łapiecie. Jestem taka zabawna. 

Nie dość że plakat, to jeszcze gifek. Idealnie.

To nie jedyne wady tej produkcji CW - poza monotonią i scenariuszową głupotą mamy tu jeszcze dość marną realizację, miejscami bolące w oczy aktorstwo, okropną nieudolność w prowadzeniu wątku miłosnego i parę innych grzeszków charakterystycznych dla takich nieszczególnie wysokobudżetowych produkcji. Poprawia się to nieco wraz z kolejnymi odcinkami, dzięki czemu te ostatnie są o niebo lepsze niż początki serii, wciąż nie jest to jednak poziom takiego, dajmy na to, "Daredevila". "Flash" ma jednak tę zaletę, że ma taki cudownie lekki i ujmujący klimat, że te wszystkie błędy i słabsze momenty nie rażą aż tak bardzo. Nie jest to produkcja traktująca siebie śmiertelnie poważnie, nie próbuje udawać, że jest czymś innym i nie ma kompleksów. Jej naiwność jest raczej urzekająca, niż denerwująca, a całość potrafi dostarczyć naprawdę dobrej zabawy.

Wielkim plusem są postacie. Główny bohater jest najbardziej uroczym stworzeniem na świecie, to taki przesympatyczny nerd, ujmująco entuzjastycznie podchodzący do możliwości ratowania ludzi. Grant Gustin idealnie sprawdza się w tej roli, mocno kojarzy się z Andrew Garfieldem jako Spider-Manem. Mi osobiście jego charakter bardziej pasuje do innego z Flashów, ale to już moja osobista pierdółka, poza tym wszystko jest pięknie. Dwójka jego współpracowników, Caitlin i Cisco, też wypadają zaskakująco ładnie, szczególnie, że oczekiwałam po nich bycia raczej irytującymi zapychaczami; pozytywne wrażenie zostawia też Harrison Wells, naukowiec pomagający Barry'emu w działaniu jako superbohater. Na plus wypadają też inni sojusznicy Flasha, w tym jego przybrany ojciec czy pracujący z nimi detektyw Eddie Thawne. Tworzy się z tego całkiem miły zespół, który w dodatku zazwyczaj ładnie ze sobą współgra na ekranie. Jedynym odstępstwem od tego jest love interest głównego bohatera, Iris. Mówię to z bólem, bo naprawdę starałam się tę postać polubić, ale nijak mi się nie udało. Jakby twórcy celowo chcieli zrobić z niej najbardziej denerwującą osobą w uniwersum. Może w kolejnym sezonie coś się w tej materii zmieni, ale na razie nie zanosi się na to. Niestety. Trochę inaczej wygląda sprawa z villainami - większość z nich to papierowe konstrukty pojawiające się w serialu tylko na jeden odcinek, marnie zagrane i niezbyt interesujące. Jedynie paru z nich ma okazję pojawić się kilkukrotnie i otrzymać jakiś charakter, i są to głównie członkowie komiksowej grupy Rogues (co ogromnie mnie cieszy, bo to moi absolutni ulubieńcy), a także Główny Zły tej serii, nemezis Flasha, Reverse-Flash (nie komentujcie, proszę, kreatywności komiksiarzy), który odgrywa znaczną rolę w większej części sezonu. O ile ci cotygodniowi przeciwnicy są kiepscy i nie warci zapamiętania, tak ci powracający są raczej ciekawi.

Właśnie obejrzałam finał, więc na poprawę humoru wstawiam tu szczęśliwego Barry'ego.

"Flash" czerpie całymi garściami z komiksowego pierwowzoru, wykorzystując mnóstwo postaci i motywów z ogromnym szacunkiem, w przeciwieństwie do takiego "Arrowa", ale mniejsza, rzucając dodatkowo całe mnóstwo Easter eggów i nawiązań. A biorąc pod uwagę fakt, że komiksy o Najszybszym Żyjącym Człowieku często są dość specyficzne, twórcy wykazują się sporą odwagą - nie każdy zaryzykowałby wsadzenie do swojej produkcji postaci o pseudonimach takich jak Captain Cold lub Rainbow Raider (okej, to drugie pojawiało się raczej jako żart, ale wciąż się liczy!), czy wprowadzić na ekran superinteligentnego, kontrolującego umysły goryla. W jakiś magiczny sposób wypada to wszystko zaskakująco dobrze, bez problemu wpasowując się w klimat serialu.

Aktorzy, jak już wspomniałam, sprawdzają się bardzo różnie. Mamy tu zupełne drewna w epizodycznych rolach, ale na szczęście znaczna część głównej obsady stara się jak może - chwaliłam już Granta, warto też wspomnieć o Tomie Cavanaghu, grającym doktora Wellsa (trzeba być utalentowanym, żeby utrzymywać taki creepy uśmieszek przez 99% czasu antenowego) i Johnie Wesleyu Shippie, czyli ojcu Barry'ego - uważam za absolutnie urocze, że aktor ten sam grał wcześniej postać Flasha w serii z 1990 roku. Nie jest to zresztą jedyna osoba z obsady starego serialu pojawiająca się we "Flashu".

Tak, przypomina o tym na początku każdego odcinka.

Efekty specjalne, jak można się spodziewać, nie powalają. Niektóre bolą oczy bardziej, inne mniej, najczęściej są po prostu mocno nijakie. Plusem jest to, że najgorzej wypadają zazwyczaj te pierdółki, podczas gdy istotne momenty, takie jak biegnący Flash, wyglądają nie-aż-tak-źle. Walki też nie wyglądają tragicznie, chociaż zazwyczaj są strasznie schematyczne - najpierw widzimy Barry'ego obrywającego w jakiś malowniczy sposób, później Barry'ego pokonującego przeciwnika jakimś wymyślnym sposobem. Oczywiście są odstępstwa od tej reguły, ale to zdarza się najczęściej.

Podsumowując ten żałosny strumień świadomości, "Flash" to niezwykle ujmujący i przyjemny serial, na którym można się cudownie bawić, jeśli tylko przymknie się jedno oko i lekko zmruży to drugie. Mamy tu mnóstwo głupot, gorszych momentów i tak dalej, ale w ramach zadośćuczynienia dostajemy uroczą atmosferę i bezpretensjonalną historię, która nie udaje niczego więcej. W dodatku finał sezonu otworzył ogromne możliwości dla następnej serii, przewiduję, że będzie ona znacznie ciekawsza niż ta. Dlatego też polecam wykorzystać kilkumiesięczną przerwę i zapoznać się z telewizyjnymi przygodami Flasha.

Standardowo już zapraszam do dzielenia się opinią o notce/serialu/pogodzie w komentarzach.
Czy coś.  

Sunday, 10 May 2015

Recenzja "Avengers: Age of Ultron"

Zacznę od tego, że nie jestem największą fanką pierwszego filmu o Avengers. Oglądałam go kilka razy i z każdym seansem podobał mi się mniej i mniej, a moja ogólna opinia oscyluje wokół "mocno meh, ale przynajmniej ogląda się przyjemnie". Nie umniejszyło to jednak mojego hajpu na kolejną część - trailery wyglądały ładnie, fabuła przedstawiała się ciutkę bardziej interesująco niż poprzednio, a całość wydawała się mieć nieco poważniejszy klimat. Spodziewałam się czegoś znacznie lepszego niż jedynka, a przynajmniej stojącego na podobnym poziomie. Starałam się nie sugerować zgrzytaniem zębów słyszanym na tumblrze, podejrzanymi gifami i falą hejtu spuszczoną na Jossa Whedona, i do ostatniej chwili trwałam w raczej optymistycznym nastroju. 
Nie trwało to jednak zbyt długo. 

Najpierw formalności: "Avengers: Age of Ultron" to przedostatni film Fazy Drugiej kinowego uniwersum Marvela. Tytułowa grupa bohaterów zajmuje się zwyczajową walką ze złem, a w tak zwanym międzyczasie Tony Stark tworzy sztuczną inteligencję, która zajmie się ochroną Ziemi przed różnorakimi zagrożeniami. Oczywiście z AI nigdy nie jest tak, jak człowiek to sobie zaplanuje, więc zamiast obrońcy dostajemy zbuntowanego i mocno wkurzonego robota, który postanawia (of course!) zniszczyć ludzkość. Znajduje sobie do pomocy parę mutant... eee, parę obdarzonych supermocami dzieciaków, i staje naprzeciw Avengers. 
Nie ma w tej historii nic oryginalnego, ale uważam, że miała spory potencjał na coś naprawdę ciekawego. Niestety, to co przedstawiono w filmie mocno od "ciekawego" odbiega. Mamy tu trochę akcji na początku, mamy krótką przerwę na sielankę i rozluźnienie atmosfery (która i tak przez cały czas jest luźna... ekhem, pointless), mamy wkroczenie na scenę Tego Złego i jakieś widowiskowe naparzanie się aż do końca filmu. Nie jest nudno, bo na ekranie właściwie cały czas coś się dzieje, ale cała historia jest tak przewidywalna i pozbawiona jakichkolwiek zwrotów akcji, że po prostu nie jestem w stanie nazwać tego interesującym. Całkowicie brak tu dramatyzmu, poczucia, że rozgrywające wydarzenia mają jakieś znaczenie. Przeciwnikami bohaterów nie są tu nawet żywe stworzenia, z którymi walka mogłaby nieść ze sobą jakiś ładunek emocjonalny - zamiast tego rozwala się tu roboty. Akcja dzieje się w fikcyjnym europejskim państwie, które wygląda jak sklejone ze stereotypów na temat Europy Wschodniej, a którego losy nie obchodzą prawdopodobnie nawet jego mieszkańców. Jakby tego było mało, mamy tu jeszcze żarty. Dużo żartów, a większość absolutnie nieśmieszna i rzucana w jakichś przypadkowych momentach. 

Oficjalny plakat jest szpetny jak sam diabeł, więc zamiast tego taki ładny, fanowski.

Głównym zagrożeniem jest tu oczywiście Ultron, cudownie prezentujący się na trailerach i grafikach robot z głosem Jamesa Spadera. Jedyna postać w historii, która wypada groźniej cytując Pinokia niż grożąc śmiercią milionom ludzi. I nie, to nie jest przesada. Ultron zaczął naprawdę ładnie i mógł być świetnym villainem, gdyby tylko twórcy nie zapomnieli o nim gdzieś w połowie filmu. Strasznie zmarnowany potencjał, taki charyzmatyczny i ciekawy przeciwnik sprowadzony do pałętającego się gdzieś w tle żartu, którego plan na wybicie ludzkości... nie, chwila, tu nawet nie można mówić o żadnym planie. Cóż, przynajmniej brzmiał ładnie. 
Przez jakiś czas funkcję złoli pełniło też rodzeństwo Maximoff, czyli Quicksilver i Scarlet Witch. W mojej notce o zwiastunie "AoU" wspominałam, że mam złe przeczucia co do tej dwójki - słusznie. Wypadają bowiem oni po prostu tragicznie. Wypowiadają w całym filmie ledwie parę zdań, charakteru nie mają właściwie za grosz, a poza tym są takimi chorągiewkami, które chyba same nie wiedzą, czego właściwie chcą. Tu trochę namieszają w szeregach Avengers, tu pomogą Ultronowi, tu porozwalają parę robotów, gdzie indziej rzucą jakimś żarcikiem. Do tego ten okropny filmowy origin i relacja brat-siostra ograniczająca się do zamienia trzech słów i jednego dowcipu. Wybitnie płaskie jednostki. 

Gdybyś faktycznie wymyślił ten plan, zamiast przygotowywać żarciki...

Reszta postaci wcale nie okazuje się lepsza, niektórzy wydają się być całkiem zbędni, inni gubią gdzieś po drodze swój character developement. Tony jest takim samym bucem, jakim był kilka filmów temu, w dodatku zapomniał chyba o wydarzeniach z "Iron Mana 3" (wiem, wiem, większość osób chciałaby zapomnieć...). Thor jest tu tylko po to, żeby uderzyć parę rzeczy Mjölnirem i dać reszcie kilka ekspozycji. Hulk jest taki jak zawsze - kręci się, smutny taki, w odpowiednim momencie zielenieje i rozwala rzeczy, po czym wraca do bycia smutnym. Wdowa natomiast została sprowadzona do jakiegoś dziwnego love interesta i, w pewnym momencie, damy w opałach. Kapitan wypada na tym tle całkiem nieźle, chociaż jego rola nie była tu zbyt znacząca. Najlepiej wyszedł na tym Hawkeye, o którym dowiedzieliśmy się tu najwięcej (zadośćuczynienie za poprzednie filmy). Dostajemy tu też jedną nową postać, Visiona, i o nim nie mogę powiedzieć złego słowa. Właściwie nie mogę powiedzieć o nim żadnego słowa, bo było go tu jak na lekarstwo i nawet nie było kiedy wyrobić sobie jakiegoś zdania. Brak ciekawego rozwoju postaci można by naprawić relacjami między nimi, ale chyba nikomu nie chciało się z tym zbytnio wysilać. Dzięki temu dostajemy powtórkę niepotrzebnych konfliktów i kąśliwych uwag z pierwszej części, a do tego przepychanki Capa i Tony'ego, oraz wybitnie z-rzyci-wzięty i strasznie niezręcznie prowadzony wątek romantyczny między Black Widow i Brucem. Słabo. 
Taki bonus ode mnie: w filmie występuję trzy postaci kobiece. Cztery, jeśli liczymy Marię Hill, która pojawia się gdzieś na piątym planie na trzy sekundy. Poza tym jest płaska niczym kałuża Scarlet Witch, wyprana z charakteru Wdowa, a także pani naukowiec, Helen Cho, której właściwie mogłoby tu nie być, bo i tak nie była do niczego potrzebna. Well done, filmie, well done. Cztery panie, zero charakteru. 

Podczas seansu odnosiłam wrażenie, że aktorzy podzielają moje odczucia względem tej produkcji. Większość wydawała się nieszczególnie zainteresowani tym, co właściwie gra. Szczególnie rzucało mi się to w oczy przy Robercie Downey Jr i Chrisie Hemsworthie. Elizabeth Olsen i Aaron Taylor-Johnson nie mieli w sumie zbyt dużo do zagrania, więc ich nijakość jest prawdopodobnie winą scenariusza, nie ich samych. Scarlett Johansson i Mark Ruffalo zdawali się za to mieć spory problem z zagraniem osób mających się ku sobie, bo chemię mieli wprost ujemną. 

Jakbyście nie zauważyli, to dzisiejsza notka sponsorowana jest przez Ultrona.

Pewien problem miałam też ze scenami akcji. Początkowa sekwencja w lesie wyglądała naprawdę ładnie, genialnie wyszła walka Hulka z Hulkbusterem, ale reszta ma się już nieco gorzej. Wszystko dzieje się strasznie szybko, czasami niewiele można zobaczyć. W dodatku przeciwnikiem jest zazwyczaj masa identycznych, szarych blaszaków, to też nie pomaga w odbiorze. 

Podsumowując, "Avengers: Age of Ultron" to marny film. Jest wtórny, nieoryginalny i nieinteresujący, w dodatku brakuje mu fabuły, a bohaterowie to w większości chodzące papierki. Boli zwłaszcza zmarnowany potencjał fabuły i głównego przeciwnika, no i zawiedzione oczekiwania. Podejrzewam, że osobom, które spodziewają się po nim jedynie lekkiej, radosnej nawalanki może się spodobać, ja jednak jestem strasznie rozczarowana. 

Zastanawiam się, czy nie pora zmienić sposób tytułowania notek. Zamiast "recenzja" będę pisać "pseudorecenzja", albo "dziki strumień świadomości", tak żeby nie wprowadzać ludzi w błąd.
A teraz idę pisać o "Daredevilu", czy coś. W ramach odreagowania. 
Zapraszam do dzielenia się wrażeniami i tak dalej. 

Monday, 4 May 2015

Recenzja "Star Wars Komiks" #30 i #34

Miałam taką ogromną ochotę napisać coś tematycznego z okazji czwartego maja (Star Wars Day, jakby ktoś nie kojarzył), ale nie mogłam wymyślić żadnego sensownego obiektu recki czy innej topki, więc pomysł nieco podupadł. Wtem! uświadomiłam sobie, że przecież z Pyrkonu przywiozłam całe dwa zeszyty gwiezdnowojennego komiksu, więc mogłabym napisać coś o nim. Bo czemu nie. Jedynym problemem jest fakt, że są to dość losowe historie bez większego związku z niczym i traktuję je raczej jako zajawki serii, niż pełnoprawne twory, ale lepsze to niż nic. 

Komiksy są dwa, jak już wspomniałam w pyrkonotce. W Polsce wydał je Egmont, w serii zatytułowanej "Star Wars Komiks", składającej się z zeszytów zawierających od jedną lub więcej historii z różnych komiksowych serii o SW. Po zapoznaniu się z dwoma numerami stwierdzam, że to wcale porządna rzecz, ładnie wydana, tłumaczenie nawet nie boli, a w dodatku na wewnętrznej stronie okładki mamy taką małą oś czasu i krótkie wyjaśnienie, o co w ogóle w przedstawianym komiksie chodzi. Same historie wydają się być wybierane całkiem sensownie. tak patrząc na tytuły w posiadanych komiksach i rozglądając się w internetach, nie wymagają znania całej mitologii i są raczej przystępne. 

Daj drugi raz to samo zdjęcie, bo jestem leniwa i nie chce mi się robić nowego.

Dostałam numery 2 i 6 z roku 2011 - ten pierwszy zawiera dwie niezwiązane ze sobą historie: "Ślepa próba" i "Komandosi Landa: Na orlich skrzydłach", ten drugi to dwuczęściowa "Wojownicza księżniczka". Oba liczą sobie po 48 stron. (A z takich fun factów: jeden jest tłumaczony przez Jarosława Grzędowicza.)
Tak krótko coś o nich opowiem. Może później robi się z tego recka którejś z serii w oryginale, kto wie. 
  • "Ślepa próba" ("Star Wars Republic" #54) od razu przypadło mi do gustu: akcja dzieje się w moim absolutnie ulubionym okresie, podczas Wojen Klonów, poza tym mamy tu krytykę Zakonu Jedi i takie radosne zamieszanie w stylu "kto tu właściwie dla kogo pracuje, kto jest czyim agentem i kto kogo zdradza?". W praktyce wypada to też całkiem nieźle, główny bohater jest całkiem sympatycznym badassem, robi całkiem trafne uwagi co do Zakonu, mamy całkiem ładnie wyglądające walki... no, ogólnie jest tak "całkiem". Mniej całkiem jest postać kobieca, która pełni tu dwie funkcje: damy w opałach oraz samobieżnego stojaku na cycki (jakieś sensowne ubranie? Zbroja? Co, jak to, stanik nie wystarczy?), ale czego ja wymagam po komiksie starwarsowym. Kreska jest bardzo przyjemna dla oka, ogólnie jest to raczej miłe czytadło, polecam. Zwłaszcza jeśli ktoś chce zobaczyć Rycerza Jedi nie robiącego idiotycznych rzeczy, nie zdarza się to w końcu zbyt często. A, no i napisał je John Ostander, twórca Suicide Squadu. Tak nawiązując do dzisiejszego ogłoszenia Ayera. 
  • "Komandosi Landa: Na orlich skrzydłach" (oryginalnie pojawiło się w "Star Wars Tales" #5) to taka krótka historyjka o tym jak niedługo po wydarzeniach z "Powrotu Jedi" Lando Calrissian ma dowodzić oddziałem mającym na celu zniszczenie paru pałętających się po okolicy TIE'ów. Wypada to strasznie blado w porównaniu z poprzednią historią - narysowane jest dość szpetnie specyficznie, ma taką dziwną, niedbałą kreskę, postacie są wyjątkowo płaskie nawet jak na dwudziestostronicową historię, fabuła to chyba tylko pretekst do porozwalania jakichś statków. Przynajmniej ta część wychodzi dobrze, bo blastery strzelają tu ładnie, sceny w przestrzeni też są całkiem przyjemne, a całość czyta się w ciągu trzech sekund i nawet nie zdąży dzięki temu zaboleć oczy czy cokolwiek innego.
Próbka kreski z "Na orlich skrzydłach".
  • "Wojownicza księżniczka" ("Star Wars Empire" #5 i #6) to historia poprzedzająca "Nową Nadzieję" o dosłownie parę chwil, widzimy w niej Leię Organę i jej początku jako rebeliantki. Ma to taki sympatyczny klimat Starej Trylogii, mamy Bardzo Złe Imperium (które jest tak złe, że pewnie ubija małe kaczuszki na stronie), cierpiących rebeliantów i księżniczkę, która patrzeć nie może na niesprawiedliwość dziejącą się w świecie. Historia nie należy do porywających, ale mamy możliwość zobaczenia Lei sprzeciwiającej się Imperium, małe cameo zalicza też Vader, jest więc miło i rodzinnie. Akcji jest nawet sporo, całość wypada wcale nieźle, zwłaszcza, że okraszone jest przyjemną dla oka kreską. Nie podoba mi się przedstawienie Imperium jako kwintesencji ogólnie pojętego zła, która jest tu bardzo mocno podkreślona, ale znowu, czego ja wymagam. Niezła rzecz, można spokojnie czytać. 

Zaczynam rozważać zabranie się za większą ilość gwiezdnowojennych komiksów, bo jestem z nimi strasznie do tyłu i muszę to zmienić. Pewnie będą pojawiać się jakieś recki - mam nadzieję, że już nie tylko takich randomowych numerów.
I tu ważne pytanie: czy ktoś z pyrkonowych bywalców może pochwalić się innymi tytułami? Jakieś opinie, coś? Chętnie wysłucham, dzielcie się w komciach.
Ach, no i oczywiście - May the 4th be with you! Wcale nie jest późno, wciąż się liczy.