Friday, 31 July 2015

Garść rzeczy: "Pokemon Trading Card Game Online", "Bombshells" #1

Okej, to nawet nie kwalifikuje się na "garść", raczej "szczyptę" rzeczy, ale akurat tak to wypadło. Także proszę, kolejna strasznie krótka nocia, kolejne "muszę się ogarnąć i zacząć pisać w ilościach większych niż jedno zdanie na tydzień", kolejne "hej, nie uciekajcie, kiedyś zacznę pisać lepiej i częściej, tylko muszę się wprawić, o". 

Na początek: to miała być samodzielna, pełnoprawna recka "Pokemon TCG Online", ale uznałam, że nie mam do powiedzenia na ten temat aż tak dużo, jak myślałam. Napisać jednak coś muszę, bo po prostu odczuwam aktualnie ogromną potrzebę podzielenia się ze światem moją miłością do Poków, w tym momencie akurat objawiającej się pod postacią internetowej karcianki. Pokemony darzę ogromną sympatią od czasów dzieciństwa, kiedy to nałogowo oglądałam emitowane w telewizji anime oraz, nie mniej nałogowo, kolekcjonowałam wszelkiego rodzaju figurynki i tazosy (wciąż boli mnie fakt, że wszystkie gdzieś przepadły, sporo bym teraz dała za stertę zabawkowych Poków. Hasztag dorosłość). Aktualnie skupiam się na growych pierwowzorach i oglądanych okazjonalnie odcinkach i filmach, ostatnio trafiłam jeszcze na omawiane dzisiaj coś. 
Trafiłam na te coś przez pewne forum, i oczywiście szybko postanowiłam sprawdzić, o co się rozchodzi. Gra nie zachęcała znalezionymi w internetach grafikami, ale nie zraziłam się i zagrałam. Zaczęłam od tutorialu, który jest tu całkiem nieźle zbudowany i faktycznie pozwala opanować podstawy rozgrywki. Ta jest zresztą banalna i nawet nie potrzebuje zbyt długiego tłumaczenia - ot, wystawiasz Poka przeciw Pokowi i próbujesz przeżyć. W teorii jest to jednak znacznie prostsze niż w rzeczywistości, ta jawi się bowiem brutalnie, przybierając postać absolutnej losowości dobieranych przeciwników. Oznacza to, że w dziewięciu walkach na dziesięć stajemy na przeciw gracza z talią złożoną z Legendarek i innych kart, które położą nas w ciągu jednej tury. Zdobycie przydatnych kart może zająć sporo czasu, ale cóż, to chyba urok tego typu gier. Używać możemy całego milijona kart, zarówno tych z Pokemonami, jak i z różnego rodzaju ułatwieniami. Same pojedynki to rzecz bardzo sympatyczna, zazwyczaj nie trwają długo, więc można spokojnie zagrać jeden czy dwa w krótkiej przerwie od robienia czegoś pożytecznego. To taka mniej wymagająca alternatywa dla zwykłych pokemonowych gier, w której możesz cieszyć się z możliwości napuszczania na obcych ludzi swoich nieopisanie groźnych zwierzątek domowych, bez konieczności spędzenia wielu godzin na expieniu ich gdzieś w trawie. Ogólnie polecam tę gierkę wszystkim tym, którzy chcieliby popatrzeć na Pokemony z bliska, ale bez zbędnego angażowania się i inwestowania zbyt dużych zasobów czasowych. 


Rzecz druga: pierwszy numer "Bombshells". DC Bombshells zaczęły swoją, nazwijmy to, przygodę jako warianty okładek wychodzących akurat serii, przedstawiające kobiece bohaterki tychże tytułów w pin-upowym stylu autorstwa AntLucii. Wkrótce ich wizerunki przeniosły się na linię figurek (absolutnie prześlicznych, swoją drogą. I prawdopodobnie droższych od całej wanny świeżo wyciętych nerek), a niedawno powróciły na okładki (tym razem wzbogacone też o przedstawicieli płci męskiej, co prawda nie prężących się tak wdzięcznie jak ich koleżanki, ale przynajmniej istniejących), a ciepłe przyjęcie poskutkowało zapowiedzeniem komiksu luźno opartego na całym tym pomyśle. 
Tak powstało "Bombshells", opowiadające o alternatywnej rzeczywistości, gdzie w czasie drugiej wojny światowej, kiedy większość mężczyzn udała się na front, w Stanach rozwija się działalność zamaskowanych kobiet chroniących mieszkańców przed kryminalistami. Seria ma opowiadać o all-female drużynie złożonej ze znanych i lubianych bohaterek, nie widzimy tego jednak w pierwszym numerze - ten skupia się właściwie na jednej postaci, jedynie pod koniec zapowiadając gwałtowny rozwój wydarzeń w kolejnych zeszytach. Ten spędzamy w towarzystwie Kate Kane, czyli Batwoman, która dzieli swój wolny czas między grę w baseball, walkę z przestępczością i spotykanie się ze swoją dziewczyną, Maggie Sawyer. To właściwie wszystko, co widzimy w tym numerze, brak tu co prawda spektakularnych akcji i pościgów, ale całość jest zgrabnie przedstawiona i stanowi bardzo przyjemne rozpoczęcie serii. Ton komiksu jest lekki, pogodny, rozjaśniany uroczymi rysunkami Marguerite Sauvage, z subtelnym humorem i paroma świetnymi Easter eggami czy odniesieniami. Otwarcie "Bombshells" zbiera pozytywne opinie (nie licząc tych od ludzi krzyczących "Feminazi przejmują komiksy!!1!!11one" czy "Ale czemu tu są same kobiety? Czemu nie ma drużyny z samymi facetami, HM? To szowinistyczne, szach-mat, feministki!". Ale to trudno nazwać opiniami, to po prostu cudowne źródło lolcontentu jest.) i zapowiada ciekawą, ujmującą serię, sięgnięcie po którą zdecydowanie polecam. 

Wspomniane wyżej figurynki. Wrzucam, bo wybitnie ładne.
Żal publikować takie krótkie ujstwo. 
Sierpień otworzę notką z Liebster Awards (zostałam nominowana aż dwukrotnie, taki szok), później się zobaczy. Jakieś MMO może, bo akurat w parę grywam, może w końcu wezmę się za zaległe komikso- i serialonotki. Albo może by jakąś topkę, w sumie mam ochotę na topkę... hm. Zobaczymy. Grunt, że na pewno pojawi się więcej niż tylko takie żałosne trzy notki, obiecuję. 
Do przeczytania. 

Friday, 24 July 2015

Recenzja "Smoka jego królewskiej mości"

Jakoś od przełomu kwietnia i maja cierpiałam na sporą czytelniczą blokadę, przez którą każde otworzenie książki kończyło się niezidentyfikowanym mruknięciem i odłożeniem jej na półkę. Trwało to dość długo, ale chyba w końcu udało mi się to pokonać, kiedy parę dni temu sięgnęłam po omawianą dziś książkę. Grałam akurat w Dragon Age'a, a książka opowiada o smokach - uznałam, że będzie pasować do klimatu. Nie pasowała, ale to żaden minus. 


"Smok jego królewskiej mości", jak i cały cykl "Temeraire" umiejscowiony jest w alternatywnej rzeczywistości, w czasie wojen napoleońskich. Alternatywność ta polega na istnieniu w świecie przedstawionym smoków, które w dodatku bywają oswajane i pełnią ważną funkcję w lotnictwie, gdzie ujeżdżane są przez specjalnie szkolonych awiatorów.
Główny bohater, Will Laurence, jest kapitanem marynarki. Poznajemy go w momencie, kiedy jego statek przechwytuje francuską fregatę przewożącą tajemniczy ładunek. Ku przerażeniu załogi okazuje się nim być smocze jajo, w dodatku z zawartością szykującą się do rychłego wyklucia. Wszyscy są świadomi, że chwilę po przyjściu na świat stwór powinien zostać zaprzężony przez wybranego przez siebie człowieka - w innym wypadku zdziczeje, co będzie ogromną stratą dla Brytyjczyków. Zadania w końcu podejmuje się sam Laurence, nadaje on smokowi imię Temeraire, przez co zostaje zmuszony do porzucenia dotychczasowego życia i rozpoczęcia szkolenia na awiatora.

Pierwszy tom skupia się na początkach kariery Willa jako awiatora, na poznawaniu tej profesji i, co najważniejsze, samych smoków, z Temeraire na czele. Większa część książki to interakcje między poszczególnymi postaciami, zazwyczaj w dość sielskich warunkach, podczas treningów czy wypoczynku gadów. Nie jest to szczególnie porywające, po jakimś czasie może zacząć nużyć, ale na szczęście czyta się to szybko, więc ja nawet nie zdążyłam się wynudzić. Akcja pojawia się momentami, głownie w pod koniec historii, gdzie możemy doświadczyć nawet prawdziwych powietrznych bitw, które opisane są naprawdę zgrabnie, plastycznie i dynamicznie, mam nadzieję, że w kolejnych częściach będzie ich więcej. 

Sam świat przedstawiony mocno mnie zaskoczył. Widząc wszystkie te smoki spodziewałam się czegoś w klimacie high fantasy, używającego historii tylko jako luźnej interpretacji (coś w stylu "Arrowsmitha", komiksu, w którym dwudziestowieczna Europa jest zamieszkana zarówno przez ludzi, jak i wszelkiego rodzaju fantastyczne paskudztwa), z magami czy jakimiś potworami w szeregach armii, takie rzeczy. Okazuje się jednak, że skrzydlate gady są tu jedynym odstępstwem od natury, a i one przedstawione są w sposób, jakkolwiek niedorzecznie to brzmi, całkiem realistyczny. A przynajmniej tak realistyczny, w jaki możesz przedstawić wielkie, latające jaszczurki mówiące ludzkim językiem. Mamy tu mnóstwo różnych ras, z których każda hodowana jest w celu rozwinięcia innej cechy, całość mocno przypomina proces tworzenia poszczególnych ras psów, co wypada wcale sensownie. W "Smoku..." widzimy jedynie małą część świata, jako że cała akcja ma miejsce w Wielkiej Brytanii i powietrzu nad nią, ale mamy okazję posłuchać także o paru innych miejscach, dzięki czemu to wszystko nie sprawia wrażenia zawieszonego w niebycie. 

Jak pisałam wcześniej, większość "czasu antenowego" poświęcona jest relacjom międzyludzkim (oraz międzysmoczy. I międzygatunkowym, jakkolwiek źle by to nie brzmiało.), co za tym idzie, istotne miejsca zajmują tu bohaterowie. Jest ich całkiem sporo, w końcu mamy do czynienia z całym środkiem szkoleniowym, a poznajemy jednocześnie ludzi, jak i ich smoki, które nie tylko w niczym im nie ustępują, ale zazwyczaj grają nawet większą rolę. Oczywiście pierwsze skrzypce grają Laurence i Temeraire, którzy przez cały czas wzajemnie się poznają i zaprzyjaźniają - ich relacja wciąż się rozwija, ale na razie wypada bardzo sympatycznie, chociaż moim zdaniem nieszczególnie interesująco - ot, doświadczony człowiek i ciekawy świata dzieciak zadający mnóstwo pytań, uczący się od siebie nawzajem o życiu, bez żadnych niespodzianek. Co do samych postaci, Will jak na razie nie powala głębią, będąc takim typowym protagonistą, nie wyróżniającym się właściwie niczym, Temeraire natomiast ma spore zadatki na straszną Merysujkę, co zresztą ujawnia się już w chwili jego wyklucia - jest przedstawicielem niesamowicie rzadkiej rasy, takiej wybajerzonej, że ludzie łapią się za głowy na jego widok. Pozostali bohaterowie to całkiem miła grupka, która co prawda nie została mocno rozwinięta w tej części, ale zapowiada się nieźle. Miłym zaskoczeniem był dla mnie fakt, że wśród awiatorów można spotkać kobiety - jedna z ras smoków akceptuje jedynie tę płeć jako jeźdźców, co jest nieco naciągane, ale lepsze to niż nic - co jest wprowadzone całkiem zgrabnie, ze sporym zdziwieniem ze strony Laurence'a. Ach, mamy tu nawet wątek romantyczny (bo jakżeby inaczej, ech) między Willem a jedną z nich. Nie ma go na szczęście zbyt wiele, a odbywa się bardzo subtelnie (ja uświadomiłam sobie jego istnieje w momencie, kiedy związek był konsumowany. Tak subtelnie.). Wszystko to składa się na fakt, że o losach bohaterów czyta się raczej przyjemnie, co prawda nikt z nich nie urzekł mnie jakoś szczególnie, ale przynajmniej nie zaobserwowałam u siebie chęci zamordowania żadnego z nich. To zawsze jakiś plus. 

Książka (a przynajmniej polskie tłumaczenie, bo takie czytałam. Kolejne części mam zamiar poznawać już w oryginale) napisana jest niezwykle lekkim stylem, w który ładnie wpasowuje się nienachalny humor, często towarzyszący smokom i awiatorom. Całość ma taki ujmujący klimat, kojarzący mi się bardzo wakacyjnie - chyba przez ciągle kąpiele smoków i ich wylegiwanie się w słońcu, Czyta się szybko, na tyle szybko, że co nudniejsze fragmenty uchodzą bez większego bólu, chociaż nie zmienia to faktu, że znaczna część fabuły jest zwyczajnie nieciekawa. "Smok jego królewskiej mości" sprawdza się dobrze zarówno jako samodzielna lektura, jak i wprowadzenie do całego cyklu - mnie osobiście zainteresowało i ujęło na tyle, żeby sięgnąć po kolejne tomy. Nie jest to nic szczególnie powalającego, ale to kawał przyjemnej, dobrze przemyślanej książki. Polecam zwłaszcza miłośnikom historii alternatywnej oraz tym, którzy mają ochotę na fantastykę w dość niecodziennym wydaniu.

Recka pisana strasznie długo, a wyszła taka krótka - magia. Poszłoby szybciej, ale dorwałam się do internetowej karcianki z Pokemonów. Chyba nawet skrobnę o niej jakąś notkę, zobaczę. 
Enyłej, dziękuję i zapraszam do dzielenia się opinią o recenzji/książce/smokach.  

Wednesday, 8 July 2015

Recenzja "Nie przebaczaj"

Procesu sprzedawania się ciąg dalszy. Tym razem jednak rzecz nie wyżebrana, a zaproponowana mi przez autora (moje ego i radość z prowadzenia bloga gwałtownie urosły i przebiły się przez sufit), w dodatku taka, z którą nigdy do czynienia nie miałam. Tytuł co prawda obił mi się kiedyś o uszy, ale nie zagłębiałam się w temat i nie kojarzyłam nawet, że komiks ten został już wydany - słowem, nie wiedziałam o nim właściwie nic. Miło czasem zapoznać się z czymś, wobec czego nie ma się absolutnie żadnych oczekiwań, polecam. 


"Nie przebaczaj" jest przez autorów określone mianem mrocznego westernu, inspirowanego między innymi filmami Quentina Tarantino czy oryginalną trylogią Star Wars, to wszystko zaś osadzone jest w realiach Polski dwudziestolecia międzywojennego. Przyznaję, że nie nastawiłoby mnie to szczególnie pozytywnie, gdybym przeczytała o tym przed lekturą. O ile każda z wymienionych części składowych jest bardzo przeze mnie lubiana, tak dość ciężko było mi wyobrazić sobie jakieś zgrabne połączenie tego wszystkiego w jedną całość. Niezwykle miłą niespodzianką był fakt, że twórcom jakoś się to udało - świat przedstawiony w komiksie faktycznie ma w sobie coś z wymienionych wcześniej produkcji, jest przy tym ogromnie klimatyczny, nieprzyjemny i dość brutalny. Nie sprawia to na szczęście wrażenia kalki filmów, gdyż oryginalnego posmaku nadaje umiejscowienie akcji w czasie i przestrzeni: Kresy Wschodnie lat trzydziestych ubiegłego wieku nie są z pewnością często spotykanym tłem wydarzeń w kulturze popularnej. Tak specyficzne okoliczności są jednak jedynie punktem wyjścia dla opowiadanej historii, co jest zresztą często podkreślane przez autorów komiksu. Fabuła mogłaby zapewne toczyć się na Dzikim Zachodzie i nie wpłynęło by to znacznie na przedstawione w tym numerze zdarzenia - dlatego tym bardziej cieszy mnie wybór naszego rodzimego podwórka. 

Historia zapowiada się jak taka typowa opowieść o zemście, motyw oklepany, ale lubiany i dający spore możliwości. Mamy okazję śledzić losy zubożałej rodziny - Eustachego, jego żony Marii i syna Tadeusza - która po zakończeniu wojny zmuszona jest wrócić do swojego majątku na Kresach. Przez lata wiodą tam wcale beztroskie i sielskie życie. Oczywiście, do czasu. Pewnego dnia w posiadłości zjawia się znany w okolicy Łazar, który to w brutalny sposób pozbawia młodego Tadeusza i jego ciężarną matkę głowy rodziny oraz dachu nad ich własnymi głowami. Bohaterowie są zmuszeni do zamieszkania w pobliskim burdelu, ale, jak można się domyślić, nawet tam nie będą bezpieczni na długo. 
Pierwszy tom zdaje się być zaledwie wstępem, prologiem do samej fabuły - widzimy tu jedynie początki bohatera, Tadeusza, oraz wydarzenia, które (jak podejrzewam) staną się motywacją do jego dalszych działań. Opowieść urywa się nagle, zeszyt kończy się obietnicą ciągu dalszego i pozostawia czytelnika z bolesnym uczuciem niedosytu. Uważam to za znaczny minus, ale domyślam się, że jest to działanie jednorazowe, a kolejne numery komiksu uraczą nas już pełnoprawną, krwistą historią. 

Podobny problem mam z bohaterami, a właściwie ich brakiem. Nie mamy tu okazji poznać nikogo lepiej, przywiązać się do postaci: Eustachy umiera właściwie na samym początku, Maria istnieje głównie na drugim planie, a sam Tadeusz jest na razie raczej biernym obserwatorem rozgrywających się wydarzeń. Widzimy jego dzieciństwo, dorastanie, i radzenie sobie z trudną sytuacją, ale w większości wszystko to ogranicza się li i jedynie do przygrywania na skrzypkach oraz doglądania jego matki i młodszej siostry. Sytuacja zdaje się zmieniać pod koniec komiksu, czyli jak już wspominałam: co lepsze zastawiono najwyraźniej na kolejny zeszyt. Główny antagonista opowieści też moim zdaniem nie powala, chociaż nie mogę odmówić mu swego rodzaju charyzmy czy uroku, i zapewne również okaże się ciekawszy w przyszłości. Oby. 

Od strony technicznej "Nie przebaczaj" wypada naprawdę wspaniale. Ciężki klimat jest budowany w znacznym stopniu przez czarno-białe ilustracje, małe, ciasne kadry czy duże ilości scen pozbawionych dialogów. Rysunki Marianny Strychowskiej idealnie pasują do przedstawionej historii, są śliczne, choć dość nierówne: obok pięknych, dopracowanych scen mamy wiele ilustracji dość niedbale narysowanych, z ledwie zaznaczonym tłem. Przez większość czasu mamy jednak możliwość podziwiać ostrą, raczej szczegółową kreskę, momentami odrobinę kojarzącą mi się z Philem Noto, ale może to być tylko moje odczucie. Ogólnie oprawa graficzna spisuje się świetnie, doskonale współgrając z przedstawioną historią.

"Nie przebaczaj" nie jest zdecydowanie komiksem idealnym, ale to z pewnością jedna z ciekawszych pozycji, z jaką miałam ostatnio okazję się zapoznać. To sprawnie poprowadzona opowieść z mrocznym, brudnym i nieprzyjemnym klimatem, okraszona pięknymi rysunkami. Pierwszy zeszyt nie powala pod względem fabularnym, ale zapowiada interesującą, wciągającą historię. Polecam każdemu, kto ma ochotę na oryginalny projekt osadzony w polskich realiach, albo po prostu na kawał porządnego komiksu, w którym nikt nie lata po okolicy w pelerynach.

Za udostępnienie egzemplarza do recenzji serdecznie dziękuję twórcom. Zwykli śmiertelnicy mogą nabyć go drogą kupna tutaj - nie kosztuje dużo, bo jedynie 28 złotych za ponad 80 stron ładnie wydanego komiksu.

Dziękuję za uwagę i zapraszam do krytykowania w komentarzach.