Saturday, 29 August 2015

Recenzja "Sagi" vol 1 i 2

Fun fact: ta recenzja wisi w szkicach właściwie od samego startu bloga, była bodajże drugą lub trzecią notką, jaką zaczęłam pisać. "Zaczęłam" jest tu jednak nieco zbyt mocnym słowem, bo jedynym, co zrobiłam było nadanie jej tytułu. Teraz jednak popatrzyłam sobie na ten wpis, popatrzyłam na stojące obok dwa tomy komiksu, popatrzyłam na całą listę bardziej naglących recek i pomyślałam "Tak, to jest właśnie ta rzecz, o której muszę teraz napisać". No więc piszę.

Chociaż w sumie nie bardzo mam co. O "Sadze" można było przeczytać już wszędzie, tytuł ten przewijał się przez wszystkie komiksowe topki, listy czy polecanki, został obsypany milijonem nagród i pochwał. Ba, całkiem sporo ludzi uważa tę serię za jedną z najlepszych rzeczy, jakie pojawiły się na rynku w ostatnich latach. W czasie moich podróży po internecie udało mi się trafić co prawda na parę mniej orgazmicznych recenzji, ale zazwyczaj spowodowane było to zawiedzionymi oczekiwaniami - jest to całkiem logiczne, skoro większość czytelników pieje nad nią z zachwytu. Dlatego też na początku chciałam zaznaczyć, czego po tym komiksie spodziewać się nie można: nie jest to nic szczególnie ambitnego, seria ta w żadnym wypadku nie aspiruje do bycia głęboką, zmieniająca życia i nadającą cel istnienia. To naprawdę cudowny komiks, który sama pewnie postawiłabym na jednym z najwyższych miejsc w osobistym komiksowym rankingu, ale nie należy podchodzić do niego jak do jakiegoś objawienia, głównie chodzi tu o dostarczenie rozrywki.
Fabuła "Sagi" ma dość proste założenia: mamy tu trwającą od lat wojnę między dwiema nienawidzącymi się rasami - skrzydlatymi mieszkańcami zaawansowanej technologicznie planety Landfall a rogatymi użytkownikami magii z księżyca Wreath - na tle której rozgrywa się klasyczna z pozoru historia miłosna w stylu "Romea i Julii". Nasi protagoniści, Alana (o której dwa słowa można przeczytać tutaj, w notce o paru moich ukochanych pannach) i Marko, to żołnierze przeciwnych armii, którzy poznają się w okolicznościach nieszczególnie sprzyjających romansowaniu, co jednak nie staje im na przeszkodzie i po jakimś czasie para rzuca wszystko i postanawia uciec do miejsca, w którym mogliby spokojnie żyć razem. W międzyczasie robią coś, co wielu wydawało się niemożliwe - wydają na świat mieszane dziecko, córkę, której nadają imię Hazel. Taki obrót spraw nie uśmiecha się jednak paru wysoko postawionym osobom, które gotowe są zrobić wiele, żeby pozbyć się tej specyficznej rodziny z powierzchni planety (na jakiejkolwiek się akurat znajdują). Nie mija więc nawet chwila, kiedy na trop naszych bohaterów wpadają różne mało przyjemne osoby, w tym płatny zabójca znany jako The Will czy Książę Robot IV, przedstawiciel rasy humanoidów z telewizorami zamiast głów (o designach poszczególnych postaci i gatunków będzie więcej później, wait fot it). Marko i Alana zmuszeni są do dalszej ucieczki w nieznane, szukając pod drodze nowych sojuszników i starając się jakoś przetrwać.
Historia z początku wydaje się całkiem liniowa, szybko jednak możemy się przekonać, że jest wręcz przeciwnie, a nowe wątki wykluwają się dość szybko i wcale nie znikają. Bardzo szybko uświadamiamy sobie, że rodzina Hazel wcale nie jest takimi typowymi głównymi bohaterami,  jakich można by się spodziewać, a "czasem antenowym"muszą dzielić się z całkiem sporą grupą ludzi, głównie z członkami pościgu. Trwa to właściwie od samego początku serii, dzięki czemu wszystkie pałętające się po kartach komiksu postacie pozwalają się poznać, polubić i mają kiedy się rozwinąć. Duża ilość wątków gwarantuje też, że nie ma kiedy się nudzić - nawet kiedy u jednego bohatera akcja na chwilę zwalnia, u pozostałych najczęściej wciąż leci na złamanie karku i nie ma zamiaru się zatrzymywać. Fabuła prowadzona jest umiejętnie, wszystkie obserwowane historie mają swój cel i ładnie wkomponowują się w całość. Ilość postaci i wątków może niektórych przytłaczać, ale szybko można się do tego przyzwyczaić.

Co do samych postaci: są absolutnie cudowne, Brianowi K. Vaughanowi udało się stworzyć galerię niezwykle kolorowych (dosłownie i w przenośni) bohaterów, z których każdy jest inny, ma własne motywacje, cele i mocno zarysowany charakter. Większość można w dodatku szybko polubić, przez co ciężko się zdecydować, komu kibicować - ścigającym czy ściganym. Ogromnym plusem są też relacje między nimi, realistyczne i z wyczuwalną chemią. Marko i Alana to moim zdaniem jedna z najbardziej ujmujących komiksowych par i świetne postacie same w sobie, reszta im w tym nie ustępuje - od początku zapałałam ogromną miłością do Księcia Robota i The Willa, która to miłość wzrastała tylko z kolejnymi stronami. Jestem pewna, że każdy znajdzie w "Sadze" przynajmniej parę osób, które straszliwie polubi.
Kolejnym wartym uwagi aspektem serii jest zaprezentowany tu świat. Od wyglądu ras zaczynając, na działających tu mechanizmach kończąc, pomysły Vaughana są absolutnie nie z tej ziemi. W czasie lektury spotkamy wiele ciekawie wyglądających stworzeń czy naprawdę oryginalnych pomysłów - jedną z moich faworytek jest Lying Cat, czyli wielka sfinksopodobna kotka potrafiąca wyczuwać kłamstwa (która być może pojawi się w niedalekiej przyszłości na mojej ręce w postaci nowej dziarki, ale najpierw muszę okraść parę banków, więc może to zająć chwilę), uwielbiam też design jednej z najemników nasłanych na głównych bohaterów: półnagiej kobiety bez rąk, która pod połami spódnicy ukrywa pajęcze ciało gotowe do zamordowania celu na tysiąc sposobów. Same planety oraz inne odwiedzane miejsca też zapadają w pamięć i tworzą ładne tło dla opisywanych wydarzeń.
Pomysły scenarzysty nie robiłyby jednak takiego wrażenia bez pasującej oprawy graficznej. Tu, na szczęście, taką mamy. Styl Fiony Staples idealnie oddaje klimat opowieści - jest niedbała, miejscami jakby niedopracowana, świetnie współgra z pędzącą na łeb na szyję akcją. Tła są ubogie, kreska mocna i niestaranna, a proporcje czasem się gubią, ale całość sprawia bardzo przyjemne dla oka wrażenie. Cudowne są zwłaszcza kolory, niezwykle żywe i kontrastowe. Fionie udaje się powołać do życia wszystkie szalone koncepty Briana i bez problemu na nich działać, dzięki czemu nawet ludzie z telewizorami zamiast głów wydają się być całkiem realni i pełni emocji.

Trzeba zaznaczyć, że "Saga" to tytuł przeznaczony raczej dla dojrzałego czytelnika: mamy tu sporo lekkiego gore i lejącej się krwi, nagości, erotyki czy całe potoki niecenzuralnego języka - jeden numer został nawet wycofany z tego powodu ze sprzedaży. Komiks nie epatuje tym jednak i wulgarność, chociaż zazwyczaj obecna, nie przysłania tu treści. Sama treść natomiast jest i ma się dobrze, bo widzimy tu parę cięższych tematów czy nawiązań do naszej rzeczywistości zgrabnie wkomponowanych między komediowy klimat, soczyste dialogi i niekontrolowaną akcję.

Notka dotyczy teoretycznie pierwszych dwóch tomów, ale równie dobrze można odnieść ją do całości - "Saga" osiągnęła pewien poziom, którego teraz trzyma się, nie obniżając lotów ani na moment. To naprawdę świetny komiks i genialne źródło rozrywki. Mamy tu interesujących, umiejętnie prowadzonych bohaterów, wciągającą, wielowątkową fabułę i udaną zabawę kliszami i znanymi schematami. Polecam zapoznać się z tym tytułem każdemu: osobom nieczytającym komiksów (idealny sposób, by jednak zacząć), komiksomaniakom, którzy chcą spróbować czegoś innego niż standardowe superbohaterskie klimaty, fanom s-f, fantastyki, romansów czy po prostu porządnych historii.
"Saga" jest wydawana w Polsce przez wydawnictwo Mucha, na razie pojawiły się właśnie te dwa omawiane woluminy. Nie mogę wypowiedzieć się na temat tego jakości wydania, bo moje komiksy trafiły do mnie z zagramanicy, ale opinie słyszałam raczej pozytywne.

Może kogoś to zachęci. 
W najbliższej przyszłości na blogu zawiśnie coś z tego zestawu: starwarsoksiążka, topka pokemonowa, topka disneyowska, starwarsogra, książka Gaimana. Nie mam pojęcia co dokładnie, ale postaram się dokończyć którąś z tych noci. 
W każdym razie, dziękuję za uwagę, zapraszam do zapoznania się z "Sagą", lajkowania, krytyki w komentarzach i tak dalej. Do napisania. 

Thursday, 20 August 2015

Recenzja "Warszawy 2048"

Na łaskę Arceusa, co ja właśnie przeczytałam. 
Cóż, mogłam już kiedyś wspomnieć o moim głupim i nieuzasadnionym zamiłowaniu do wszelkiego rodzaju złych rzeczy: złych seriali, złych filmów, złych książek i tak dalej. Czasami są to przypadki kwalifikujące się jako "tak złe, że aż dobrze", "tak złe, że aż zabawne", a czasami... hm, czasami to "tak złe, że aż masz ochotę wyskrobać sobie mózg łyżeczką, żeby tylko wyprzeć to coś ze swojej świadomości". Nie potrafię wyjaśnić, czemu to robię, ale faktem jest, że mi się to zdarza - najczęściej są to twory podpadające pod dwie pierwsze kategorie. Mam pewien problem z ustaleniem, pod którą podciągnąć dzisiejszy tytuł, celowałabym chyba w miejsce pomiędzy drugim, a trzecim rodzajem. Zaraz wyjaśnię dlaczego. 


"Warszawa 2048" można by opisać jako powieść science-fiction w cyberpunkowych klimatach. Akcja umiejscowiona jest w niezbyt dalekiej przyszłości, jak wskazuje tytuł, w roku 2048. W tej futurystycznej rzeczywistości władzę nad światem przejęły Złe Korporacje™, walkę z którymi podejmuje ugrupowanie zwane Bractwem. O fabule nie mogę powiedzieć zbyt wiele, bo ogranicza się ona w sumie do grupie ludzi uprzykrzających życie korporacjom i innych, uprzykrzające życie tym wcześniejszym. Bardzo to wszystko złożone.

Na początek taka ciekawostka: jeszcze jakiś czas temu na stronie pana pisarza można było znaleźć recenzję jego dzieła, składającą się z samych bezgranicznych zachwytów i opinii wybitnie orgazmicznych. Co szczególnie zabawne, tekst ten został bez jakiegokolwiek skrępowania podpisany nazwiskiem Kołodziejczyka. Po jakimś czasie podpis zniknął, ale tekst wciąż wisi tutaj.
Mamy tu więc do czynienia z dziełem, o którym sam autor wypowiada się na przykład w ten sposób: "Dzięki umiejętnemu lawirowaniu przez autora między akcją a opisem świata powieściowego czytelnik szybko wsiąka w powieść, chłonąc jej kolejne karty z wypiekami na twarzy". Uważam to za niezwykle ujmujące, kiedy zestawi się to z opinią kogoś nieco bardziej neutralnego, Moją, w tym wypadku.

Przyjrzyjmy się najpierw światu przedstawionemu. Zarówno pod względem konstrukcji, jak i tego, w jaki sposób jest opisywany (chociaż "opisywany" to chyba za duże słowo), wypada on fatalnie. Po pierwsze: wizja autora jest tak niesamowicie płaska, nieoryginalna i infantylna, jakby wymyślił ją dziesięciolatek po obejrzeniu któregoś "Matrixa". Mamy Złe Korpo, które zajmują się byciem Złymi i... well, tylko tym. Dla Złych Korpo pracują Źli ludzie, ze Złymi ludźmi walczy dzielne i bohaterskie Bractwo. Ludzkość gnieździ się w gettach, jest uciskana i taka biedna, tyle że nie, bo absolutnie nic tu na to nie wskazuje, wszyscy wydają się być zupełnie szczęśliwi z tego, co się wokół dzieje. Nikomu nie dzieje się tu w sumie żadna krzywda, bohaterowie nie zostają ranni, a jeśli już coś się któremuś stanie, to może liczyć na szybkie uleczenie. Nie ma tu w sumie nic poza ciągłym bieganiem i efekciarskimi walkami pełnymi widowiskowych (i niepraktycznych) skoków, obrotów, wyrzutów, wymachiwania katanami i używania magicznych cudów techniki. Skąd te wszystkie cuda techniki? Ha, dodajcie to do listy dziur fabularnych.
Opisy właściwie nie istnieją, pojawiają się czasami, ale nie skupiają się na niczym istotnym - w końcu po co pisać o takich nieciekawych rzeczach jak życie ludzi pod rządami Złych Korpo, atmosferze panującej w getcie, wyglądzie miasta czy czymkolwiek. Na dobrą sprawę wszystko, co wiemy o tym świecie bierze się z wygłaszanych tu i ówdzie ekspozycji. "Umiejętne lawirowanie" my ass.

Jeszcze ciekawiej przedstawiają się bohaterowie. Jest ich całkiem sporo, ale to zdecydowanie nie działa tu na korzyść książki. Większość postaci jest zupełnie identyczna, bez jakichkolwiek cech indywidualnych, a odróżnić ich można tylko po imionach. Imiona to zresztą osobny problem - nikt nie ma tu nazwisk, nikt nie ma pseudonimów, w użyciu są jedynie imiona. I może to tylko ja, ale jakoś trudno mi wyobrazić sobie cyberpunkowych bojowników walczących z Systemem, którzy nie wymyślili sobie żadnych przezwisk, kodów, niczego, i zamiast tego zwracają się do siebie per Przemku czy Bartku. Dziwna rzecz, zdecydowanie niepomagająca budować klimatu.
Ale imiona to taka pierdółka, przejdźmy do czegoś ciekawszego: do języka naszych postaci. Wszyscy bohaterowie wypowiadają się w ten sam sposób - rozwlekły, sztywny, absolutnie nieużywalny w prawdziwym życiu, a już szczególnie w okolicznościach, w jakich ci ludzie (teoretycznie) się znajdują.
Najgorszy jest jednak fakt, że nasi "wojownicy o wolność", członkowie Bractwa - czyli osoby, z którymi najwyraźniej mamy sympatyzować - to banda strasznych mend o mentalności nastolatków. Bohaterowie próbują obalić Złe Korporacje, żeby świat stał się lepszym miejscem dla żyjących w nim ludzi, jednocześnie jednak mają tych ludzi głęboko w rzyciach. Podczas ich akcji cywile padają jak liście na jesień, niekiedy nawet z bezpośredniej winy członków Bractwa - ci jednak nie wydają się tym w ogóle przejmować, kwitują to radosnym śmiechem i odjeżdżają w siną dal. Jak mamy z kimś takim sympatyzować? Złe Korpo jest tu przypadkowo przedstawiane w jaśniejszym świetle, niż ci narwańcy, gdyby był to zabieg celowy, to byłby wcale interesujący. Tu jednak, cóż, nie jest.

 Z takich bardziej przypadkowych uwag: urzekające jest, że nawet sam autor zdaje się nie ogarniać tego, co tu stworzył. Dziury, błędy logiczne i inne takie zdarzają się dość często. Dzięki temu jedna postać może być szefem jednej korporacji, żeby na kolejnej stronie przewodzić już innej.

Ogólnie mówiąc, "Warszawa 2048" to bardzo zła powieść jest. Sam pomysł jest niesamowicie słaby, ciężko byłoby przerobić go na coś porządnego i niewypełnionego kliszami - autorowi się to nie udało. Książka powstała w ciągu jednego roku, i choć nie przeczę, że w takim czasie można napisać arcydzieło, to w tym wypadku parę dodatkowych lat szlifowania mogłoby przynieść całkiem niezły efekt.
Ale cóż. Pan Kołodziejczyk jest najwyraźniej zachwycony swoim literackim debiutem, a ostatnio wydał nawet kolejną książkę - równie słabą, może nawet gorszą (opinia wystawiana po pierwszych kilkudziesięciu stronach), mało subtelną zrzynkę z "Wiedźmina" zatytułowaną "Skorpion",
Pozycji oczywiście nie polecam nikomu, poza osobami cechującymi się czytelniczym masochizmem. W razie gdyby ktoś zastanawiał się, jaki jest sens pisania całej notki tylko o tym, jak bardzo jakaś powieść jest słaba, i jak bardzo nie warto jej czytać - nie mam pojęcia, tak jakoś mi się napisała.

"Skorpion" chyba nie doczeka się tu recki, nie chce zasypać całego Muzeum słabymi rzeczami. Dlatego też możecie spodziewać się jakiejś pochwalnej notki już niedługo. 
A poza tym to mam ogromną ochotę napisać jakąś topkę, ale nie jestem pewna, o czym. Znaczy, pomysły mam, i to całkiem sporo, nie jestem jednak pewna, czy ktokolwiek miałby ochotę czytać o moich ulubionych Pokemonach czy piosenkach Disneya, wiecie. 
A teraz wracam do smutania, że nie załapałam się na Polcon. Ech, ech. Zapraszam do komciania i tak dalej. 

Thursday, 13 August 2015

Recenzja "Planety wygnania"

Miała być recenzja jednego Gaimana, ale nie ma. 
Zamiast tego będzie wybitnie krótko o innej książce. Książkę tę kupiłam skuszona bardzo okazjonalną ceną i nazwiskiem autorki, nie zawracając sobie głowy takimi szczegółami jak sprawdzenie, czy jest to pozycja samodzielna, czy może enty tom jakiegoś cyklu. Oczywiście zgodna z rzeczywistością okazała się opcja druga, przez co "Planeta wygnania" wylądowała na półce, niecierpliwie czekając, aż zapoznam się z poprzednimi częściami serii. W międzyczasie dowiedziałam się jednak, że do czytania jej nie jest wymagana znajomość poprzedniczek, postanowiłam więc to sprawdzić. 


"Planeta wygnania" należy do dziewięciotomowego cyklu "Ekumena", science-fiction opowiadającego o zasiedlaniu kosmosu i tworzenia ligi zrzeszającej zamieszkałe planety. Osoby oczekujące typowej space opery, ze statkami toczącymi batalie w przestrzeni kosmicznej czy odkrywaniem niesamowitych światów będą jednak ogromnie zawiedzione - w "Planecie..." takich rzeczy nie uświadczycie, cała "sci-fi-ness" ogranicza się tu do wzmianek i opowieści, sama akcja, mimo osadzenia w jakimś odległym kawałku wszechświata, rozgrywa się w otoczeniu przypominające raczej typowe fantasy. Widzimy tu dwie żyjące obok siebie rasy, różniące się właściwie wszystkim, żywiące do siebie nawzajem ogromną niechęć i unikające jakichkolwiek kontaktów: rdzennych mieszkańców planety oraz farbornów, przybyszów z daleka, którzy utknęli tu przed laty. Obie te grupy zajmują się właśnie przygotowaniami do nadchodzącej Zimy, czyli takiej kilkudziesięcioletniej, mniej przyjemnej wersji naszej ziemskiej zimy (do nazewnictwa i wielkich liter wrócę zresztą na moment jeszcze później, czujcie się zachęceni do czytania dalej), kiedy na horyzoncie pojawia się zagrożenie w postaci ghalów, dzikich najeźdźców z dalekiej północy. Nienawidzące się społeczności są zmuszone połączyć siły i nauczyć się współpracować, żeby jakoś odeprzeć atak. W tle obowiązkowy wątek miłosny oraz trochę refleksji na tematy społeczne i kulturowe.

Fabuła jest prosta i nieszczególnie odkrywcza: motyw z jednoczeniem się w celu pokonania wspólnego wroga był grany już tysiąc i jeden raz, o Zakazanej Miłości Pokonującej Różnice™ nawet nie wspomnę. Całą historię poznajemy z punktu widzenia dwóch postaci: Rolery, młodej dziewczyny pochodzącej z prymitywnego, tubylczego plemienia oraz Jacoba Agata Alterry, jednego z przywódców farbornów. Para poznaje się na początku książki i szybko zaczyna pałać do siebie uczuciem, które wkrótce ma znacząco wpłynąć na relację między ich rasami. Ich miłostka wydawała mi się co prawda nieco wymuszona, ale została dość zgrabnie wkomponowana w tło, więc nawet nie wadziła. Wątek główny też poprowadzono wyjątkowo sprawnie - akcja jest dynamiczna, zawiązuje się szybko i nie zwalnia właściwie do samego końca, nie pędząc jednak na złamanie karku i idealnie wypełniając ramy powieści. Wciąż jest to historia straszliwie prosta, oczywista, bez żadnych większych zwrotów akcji, jednak bardzo dobrze się w takiej formie sprawdza.

Świat przedstawiony cyklu jest oczywiście znacznie rozleglejszy niż możemy zobaczyć to w tej powieści, mamy jednak okazję dowiedzieć się o nim całkiem sporo, a to dzięki historii wciąż pamiętanej i powtarzanej przez farbornów. Wiedza wyniesiona z tej części wydaje mi się być niezłym punktem wyjścia do sięgnięcia po pozostałe tomy. Efekt jest nieco słabszy, kiedy patrzymy na tę książkę jako na samodzielny twór - planeta, na której rozgrywają się wydarzenia nie należy do najciekawszych, jej konstrukcja mocno przypomina Ziemię i nie oferuje właściwie żadnych oryginalnych pomysłów czy rozwiązań. Niby fauna i flora nieco odróżnia się od naszej, niby czas mierzony jest inaczej, w praktyce nic nie wykracza poza kiepsko rozwinięty świat low fantasy. Mamy za to całkiem sporo przypadkowych słów rozpoczynanych wielkimi literami - jeden z tych, niezrozumiałych dla mnie, nawyków wielu fantastów, którzy najwyraźniej uważają, że duże litery nadają jakiegoś specjalnego, głębszego znaczenia. Jest to jeden z najbardziej niecierpianych przeze mnie pomysłów i zawsze powoduje u mnie zgrzytanie zębów. Tutaj nie jest na szczęście aż tak nagromadzony, mamy jednak Lata, Miasta czy cztery Pory Roku. Piszę o tym raczej w ramach niezbyt interesującej ciekawostki, niż jako o wadzie, bo nie wydaje mi się, żeby mogło to zakłócać czyjś odbiór treści.
Nieco lepiej wypadają postacie. Jest ich tu naprawdę sporo i znaczna część zostaje całkiem przyzwoicie rozwiniętych. Nie mówię tu o jakiejś niesamowitej psychologicznej głębi, ale większość dostaje więcej niż dwie cechy, ma też wyraźnie zarysowany charakter, motywacje czy relacje z innymi. Co prawda nie udało mi się jakoś specjalnie polubić żadnego z nich, wątpię też, żeby zostawali w pamięci na długo, jednak jako jednorazowi bohaterowie sprawdzają się wprost świetnie.

"Planeta wygnania" nie jest jedynie opisem wojny między zwaśnionymi rasami. To także, a może przede wszystkim, historia o pokonywaniu różnic i konieczności otwarcia się na innych ludzi, a także nieco o przemijaniu. Przekaz jest łatwo zauważalny i raczej oczywisty, jednak podany jest w sposób umiejętny, bez nachalnego wciskania go czytelnikom do gardeł.

Podsumowując, "Planeta wygnania" to kawał dobrej książki, który sprawdza się zarówno jako część cyklu, jak i samodzielny tytuł. Całość jest idealnie wyważona, akcja ma odpowiednie tempo, wątki ładnie ze sobą współgrają i nie ma się wrażenia, że czegoś jest tu za dużo czy za mało. Fabuła jest prosta i niewymagająca, ale na tyle zajmująca, żeby nie nudzić. Świat przedstawiony jest naprawdę plastyczny, dopełniają go bohaterowie z krwi i kości, a wszystko to zwieńczone jest prawie subtelnym przekazem. Nie jest to żadne przełomowe dzieło, korzysta z raczej wyświechtanych motywów i nie zaskakuje niczym nowym, ale to wciąż przyjemna lektura. Zwłaszcza, że jest straszliwie cienka i czytanie jej zajmuje jakieś piętnaście minut. Aż żal się nie skusić.

Mam wrażenie, że notka wyszła mi znacznie bardziej pochwalna, niż tego chciałam. Hmm. 
Also, to chyba najbardziej uboga w obrazki notka na blogu. Dość smutno, ale nie mogłam znaleźć niczego sensownego, poza tą ładną okładką. 
W każdym razie, jest, wisi. Miała pojawić się już kilka dni temu, ale zamiast tego ucięłam sobie krótki, parodniowy maraton horrorów. Obejrzałam ich równe dwadzieścia, z czego dobre i godne polecenia było aż zero. Niesamowite. 
Zapraszam do krytykowania w komentarzach, przypominam też, że wcale nie mam nic przeciwko lajkowaniu bloga na fejsbuku. Serio, zupełnie nic. 

Monday, 3 August 2015

Liebster Awards

Nie jestem pewna jak i dlaczego, ale zostałam nominowana do Liebster Awards. Dwukrotnie w dodatku. Dla osób nieszczególnie orientujących się w blogosferze (czyli takich, jak ja): Liebster Blog Awards to taki łańcuszek, polegający na odpowiadaniu na pytania zadane przez innych blogerów i zadawaniu kolejnych jeszcze innym blogerom. Teoretycznie ma to na celu promowanie mniej popularnych blogów, ale wszyscy wiedzą, że w rzeczywistości chodzi po prostu o podręczenie innych i zmuszenie ich do podzielenia się ze światem głęboko skrywanymi sekretami. Całość uważam za uroczy sposób na marnowanie czasu, więc ze swoich nominacji strasznie się cieszę (i dumna jestem, o) i mam zamiar skrupulatnie się wywiązać.

Zaczynam pytaniami od Procelli.

1. Czy i jak często korzystasz z biblioteki? Odpowiedź uzasadnij ;)
Zdarza mi się, ale dosłownie raz na ruski rok. Nie przepadam za wypożyczaniem książek, bo zazwyczaj czytam je strasznie długo, po kilka naraz. Poza tym jakoś nie przepadam za moją osiedlową biblioteką, a do innych nie chce mi się jeździć, bo są daleko, a ja jestem leniwą bułą. 

2. Kiedy ostatnio czytałaś książkę wydaną przed rokiem 2000 (chodzi mi o datę wydania związaną z konkretnym egzemplarzem, który miałeś/aś w ręce, nie datę pierwszej publikacji danego dzieła)?
Całkiem niedawno, jakiś miesiąc temu odświeżałam sobie jedną z książek Agathy Christie (bardzo często to robię, szczególnie z tymi, które akurat stoją na półce obok mnie), "Dom przestępców". Wydanie Phantom Press z roku 1992, absolutnie okropne, bo z chamskim spoilerem na okładce. I mam tu na myśli naprawdę chamski, taki krzyczący wniebogłosy "patrzcie, to morderca!". 

3. Jakie były pierwsze w Twoim życiu: ulubiona książka, ulubiona piosenka (czy innego typu utwór muzyczny), ulubiony film (względnie serial/program TV), ulubiony obraz/rzeźba?
Mam pamięć złotej rybki (tak, wiem, że to bullshit, ale brzmi ładnie), więc raczej ciężko będzie mi odpowiedzieć. Książka to najprawdopodobniej "W pustyni i w puszczy" - młodym ciasteczkiem będąc dorwałam się do pozycji zatytułowanej "Lektury piątoklasisty", przeczytałam od deski do deski i byłam z siebie ogromnie dumna, że takie poważne rzeczy czytam. Nieco później strasznie polubiłam też "Harry'ego Pottera" i "Opowieści z Narnii", to takie pierwsze fantastyczne miłostki.
Z piosenek było to pewnie coś Nightwisha albo Evanescence, moje pierwsze spotkanie z muzyką, powiedzmy, ciut cięższą (z mocnym akcentem na "powiedzmy" i "ciut"). Stawiam na "Call me when you're sober", "Good enough" albo "Islandera" ("Islander" do tej pory pozostaje moją najukochańszą piosenką, mimo że Nightwisha nie słucham, taki fun fact), chociaż pewna nie jestem.
Pierwszy ulubiony film akurat pamiętam bardzo dobrze: "Podróż Jednorożca", taka urocza bajeczka w klimacie bardzo high fantasy. Miałam to nagrane na kasecie i oglądałam w kółko przez bardzo długi czas. Co do serialu, cóż, zaczynałam dość nerdowsko: "Herosi" i "Doktor Who", a jeśli animowane też się liczą, to oczywiście "Pokemony".
Nie mam natomiast bladego pojęcia, jak było z obrazem czy rzeźbą. Stawiam na jakieś malowidło Dalego, albo może coś Vermeera albo Velázqueza. Rzeźba, hm, może "Veiled Vestal Virgin" - natknęłam się na nią co prawda dopiero niedawno (za to miałam okazję zobaczyć na żywo - wygląda nawet piękniej, niż na zdjęciach), ale chyba jako pierwsza zrobiła na mnie taki wrażenie. 

4. Gdybyś musiał/a zacząć prowadzić bloga o czymś zupełnie innym niż do tej pory, jego głównym tematem byłoby...
Węże! Zdecydowanie węże. Wstawiałabym milijony zdjęć ślicznych węży, wypisywałabym zalety węży oraz rzeczy w stylu "Top 45 powodów, dla którego węże to najlepsze zwierzątka domowe". To byłby bardzo poważny blog, tak, niesamowicie potrzebny światu. 

5. Czy w Twoim realnym (nieinternetowym) otoczeniu jest dużo osób podzielających Twoje zainteresowania?
Parę się znajdzie, głównie jednak korzystam w tej materii z zasobów internetów. 

6. Jakie wg Ciebie są największe zalety i najcięższe "grzechy" szeroko pojętej blogosfery kulturalnej/popkulturalnej (lub tego jej wycinka, który interesuje Cię najbardziej)?
Szczerze mówiąc, pojęcia nie mam. W blogosferze siedzę tak na uboczu, że prawie wcale, przeglądając trzy blogi na krzyż. Ale patrząc tak ogólnie, za sporą zaletę uważam sam fakt, że taka blogosfera istnieje, znaczy, że jest wcale bogata i ciągle się rozrasta - co i rusz natykam się na nowe blogi o książkach, filmach czy innych popkulturach, pisane mniej lub bardziej umiejętnie, ale jednak działające. Miło widzieć tak duże zainteresowanie, łatwo dzięki temu znaleźć jakiś przyjemny kawałek, niszę, która akurat nam podpasuje.
Grzechy, hm, pewnie takie jak w każdej innej społeczności tego typu. Ludzie, którzy uważają, że ich opinia jest jedyną słuszną, ich racje są najmojsze (najichsze?), a jeśli się z nimi nie zgadzasz, to pożegnaj się z komcianiem i powitaj bana. O, i jeszcze ci spamujący swoimi blogaskami wszędzie, gdzie się da. U mnie na szczęście nie widuję tego zbyt dużo, ale u innych często natykam się na komentarze w stylu "Bardzo fajna notka :))) Zapraszam do mnie!", które zresztą zawsze straszliwie mnie urzekają. 

7. Jeżeli akurat masz czas wolny, ale nie czytasz, nie oglądasz, nie słuchasz, ani w żaden inny sposób nie obcujesz z kulturą, to co robisz?
Obawiam się, że nie ma takich momentów. Jeśli akurat nie gram, nie czytam, nie oglądam (najczęściej robię dwie z tych trzech rzeczy jednocześnie, tak swoją drogą), to prawdopodobnie rozmawiam z kimś na temat ściśle z tym związany, przeglądam internety z tym związane lub myślę o czymś, co jest z tym związane. Są jeszcze chwile, kiedy patrzę sobie na rzeczy wężowe/kolczykowe/tatuażowe lub jestem poza domem, na spacerze w parku czy lesie, ale wtedy obowiązkowo słucham muzyki, więc to też odpada.
A, jeszcze czasem śpię. Zdarza się, że bez słuchawek. 

8. Masz jakieś ulubione słowo, którego brzmienie cię zachwyca?
Całe mnóstwo, ale oczywiście wszystkie musiały wypaść mi z głowy, kiedy tylko zobaczyłam to pytanie. Z takich, które akurat pamiętam: uwielbiam "horizon", ostatnio zakochałam się w "musgravite" i "zekzerite". 

9. Jaki element krajobrazu (naturalny lub stworzony przez człowieka) najbardziej pobudza Twoją wyobraźnię?
Taki, o. To co prawda screen z gry, ale idealnie oddaje to, o co mi chodzi. Góry, lasy (liściaste, liściaste są bardziej tró), jakieś ładne rzeczułki, po prostu czysta perfekcja, bardzo dobrze robi mi to na oczy i na wszystko. Uwielbiam takie klimaty i gdybym mogła, to co weekend jeździłabym w góry, żeby siedzieć i na nie patrzeć, ewentualnie spacerować sobie po jakichś mniej wymagających ścieżynkach - do takie faktycznego górołażenia się nie nadaje, jestem zbyt leniwa i pozbawiona kondycji. 

10. Największy kulturalny zachwyt i największe rozczarowanie ostatnich miesięcy.
Sporo miałam ostatnio zachwytów, chociaż większość z nich jest raczej czysto popkulturalna, z akcentem na "pop". Inna sprawa, że mam w zwyczaju zachwycać się całym mnóstwem rzeczy, często zupełnie malutkich i wcale nie tak wspaniałych. Z takich nieco większych, ostatnio było to "Life is Strange", absolutnie urzekająca gra, którą gorąco każdemu polecam, a którą mam zamiar zreckać w nieokreślonej przyszłości. Jeszcze spore wrażenie zrobiła na mnie "Złodziejka książek", książka znacznie lepsza, niż tego oczekiwałam, podejmująca naprawdę ciekawą historię i przedstawiająca ją w ujmujący sposób.
Z rozczarowań: "Age of Ultron". I chyba tylko to, nie przypominam sobie żadnych innych zawodów w ostatnim czasie. 

11. Książka/film/muzyka, które zasługują na znacznie większe uznanie, niż dostają. Poleć coś!
Ech, nie czytam wystarczająco dużo niszowych książek. Może "Trylogia Psiej Ziemi", której część pierwszą recenzowałam tutaj, zdecydowanie zasługuje na większe uznanie. "Odblaski Eterny" też mogłyby zdobyć większą popularność, wbrew pozorom wcale niezła rzecz.
Z filmami jest jeszcze gorzej, większość moich faworytów jest strasznie popularna, a gust filmowy mam tragiczny i popcornowy. Nie wiem, troszkę więcej uznania mogłoby użyć "Siedmioro psychopatów" albo "Grand Budapest Hotel". O, i niech każdy obejrzy sobie "Joyeux Noël", to ładna rzecz jest.
Przynajmniej z muzyką nie będę mieć problemu: Sonata Arctica!!!1!1! Najczystsze złoto, zesłane prawdopodobnie jako dar od bogów, wielkie 11/10, a lajeczków na fejsbuku tylko jeden milijon. Polecam tak bardzo, że bardziej się nie da. Z innych rzeczy, nie tak doskonałych, ale też wartych uwagi: Harley Poe, niesamowicie dziwny zespół z naprawdę (naprawdę-naprawdę) dziwnymi tekstami, słuchany jednak przez trzy osoby na krzyż. O, i jeszcze ładne ruskie folki, ładne ruskie folki też zasługują na większą atencję. Taka Мельница szczególnie.


A teraz te od Vyar

1. Książka, którą poleciłabyś osobie, która nie lubi czytać, aby ją/go zachęcić?
Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia. Wydaje mi się, że jeżeli ktoś nie lubi czytać, to ciężko będzie zachęcić go do tego jedną książką, ale jeśli musiałabym coś wybrać, prawdopodobnie kierowałabym się zainteresowania tej osoby. Konkretnego tytułu nie jestem w stanie podać, bo większość moich najukochańszych książek to rzeczy dość specyficzne, raczej nie rzuciłabym w osobę nieczytającą takim "Paragrafem 22" czy jakimś Pratchettem, bo wiem, że wielu ludziom takie rzeczy nie podchodzą. 

2. Czy miałaś kiedyś wrażenie, że czytaną książkę napisałabyś lepiej? Odpowiedź uzasadnij.
Z moim niesamowitym talentem literackim - oczywiście, zawsze! A tak bardziej serio - tak, zdarza mi się, często przy zupełnych pierdółkach w stylu "ten dialog to bym ciut inaczej" czy "w tym opisie to bym coś innego zaakcentowała". Czasami są też całe wątki, które poprowadziłabym zupełnie inaczej. Oczywiście to tylko wrażenie, nawet nie próbuję udawać, że faktycznie mogłabym napisać cokolwiek lepiej niż ktokolwiek. 

3. Oglądanie ekranizacji książki przed jej przeczytaniem - dobre czy złe?
Osobiście nie lubię, wolę podchodzić do lektury bez żadnych gotowych założeń czy wyobrażeń. Poza tym, nie odkryję Ameryki pisząc, że ekranizacje są często znacznie gorsze niż ich literackie pierwowzory (chociaż znam parę wyjątków, still), oglądanie przed przeczytaniem może więc skutkować zniechęceniem się do danego tytułu. Tak przykładowo, gdybym najpierw obejrzała serialową "Grę o Tron", prawdopodobnie nigdy nie sięgnęłabym po książki Martina, bo za adaptacją nie przepadam.

Ach, tyleż tego tekstu, czas na przerwę na jeże:
Tak.
4. Czy słuchasz muzyki przy czytaniu? Jeśli tak, to jakiej?
Zawsze. Zazwyczaj po prostu tej, czego słucham w momencie sięgania po książkę, co najczęściej oznacza jakiś metal, rzadziej folk albo indie. Te dwa ostatnie sprawdzają się chyba nieco lepiej jako podkład pod czytanie, spokojniejsze i mniej rozpraszają. Mam też taką specjalną playlistę stworzoną pod przywoływanie Wena, czasem używam jej przy czytaniu, bo robi za cudowne tło. Składa się z soundtracków w takim fantasy klimacie (sporo Guild Warsa, Dragon Age, różne TESy, LOTR, Hobbit, takie rzeczy) oraz tzw. muzyki trailerowej, czyli utworów od Audiomachine, Two Steps from Hell, Epic Score, City of the Fallen i im podobnych. Epizm +700.

5. Głośno ostatnio o kwestii przekazywania poglądów autora w jego książkach; czy zniechęciłoby Cię do książki to, że poglądy jej autora są przeciwstawne do Twoich?
To zależy głównie od tego, czy autor manifestuje te poglądy w swoich dziełach w sposób rzucający się w oczy. Jeśli są wciskane wszędzie, gdzie się da, albo wyraźnie ukazywane jako te jedyne słuszne, to prawdopodobnie mocno mnie to zniechęci do lektury. Jeśli nie są akcentowane w ten sposób, prawdopodobnie dam radę oddzielić pisarza od tekstu i czytać bez większych przeszkód. 

6. Książka samodzielna czy seria, a może saga? Co wolisz, i dlaczego?
Książka samodzielna odpada, bo mam w zwyczaju przywiązywać się do dobrych historii i po przeczytaniu takiej jednej, krótkiej rzeczy czuję straszny niedosyt. Dłuższe cykle z kolei mają skłonność do tracenia formy czy gubienia po drodze pomysłów, więc też nie za dobrze. Najbardziej lubię chyba takie kilkutomowe serie, ewentualnie coś w formie dużej ilości luźno powiązanych pozycji, w stylu "Świata Dysku". 

7. Jak wygląda Twoje ulubione miejsce do czytania?
Jakiś duży fotel lub łóżko z dużą ilością poduszek, tak żebym miała możliwość ułożyć się wygodnie i zwinąć w kłębek. Dodatkowe punkty za jakiś stolik, na którym mogę postawić kubek z herbatą, bo bez herbaty to żadne czytanie. 

8. Pożyczanie - tak czy nie? Co robisz, jeśli ktoś nie odda Ci pożyczonej książki?
Pożyczanie - tak, jak najbardziej. To chyba najłatwiejszy sposób na rozpropagowanie danej książki wśród znajomych, więc zawsze chętnie się taką podzielę. Nie dopuszczam nawet do myśli sytuacji, w której ktoś książki mi nie odda, może co najwyżej zwlekać z tym - w takim wypadku przystępuję do dręczenia i męczenia takiej osoby, mającego na celu odzyskanie mojej własności. 

9. Postać z książki, której chciałabyś przyłożyć (z jakiegokolwiek powodu)?
I znowu - jest ich multum, ale o większości nie pamiętam. Z takich niedawnych lektur: Dick Ockdell z "Odblasków Eterny" Kamszy i absolutnie wszyscy bohaterowie występujący w "Księdze jesiennych demonów" Grzędowicza. Ten pierwszy to jedna z najbardziej bezmyślnych postaci, jakie w życiu widziałam, natomiast ci pozostali, cóż. denerwują mnie właściwie każdym swoim ruchem. 

10. Książki "trudne" - zrezygnować, odłożyć na później, przecierpieć do końca?
Na pewno nie zrezygnować, nie lubię porzucać rzeczy, które zaczęłam (dlatego wciąż prowadzę tego bloga). Zazwyczaj odkładam je na jakiś czas, żeby odpocząć, ale w końcu zbieram się w sobie i je kończę, właśnie z tego podanego wyżej powodu. "Jakiś czas" może co prawda okropnie się przedłużyć, nawet do paru lat, ale w końcu przyjdzie czas każdej zaczętej przeze mnie książki. 

11. Czy masz książkę, do której zniechęciłaś się zanim jeszcze ją przeczytałaś?
Mam całkiem sporo, jak chyba każdy. Zazwyczaj to wina niepochlebnych recenzji lub opinii znajomych, których gustom ufam, coś takiego zawsze skutecznie mnie odstręcza. Czasami może być to spowodowane, wspomnianymi wcześniej, poglądami autora ("Feministka i lewak odrzucą moje książki po pierwszych rozdziałach", okay, thanks, bye), ewentualnie takie małe pierdółki z rodzaju wybitnie szpetnej okładki czy tej irytującej maniery marketingowców do robienia z pisarzy "polskich Tolkienów", "następczyń Sapkowskiego" i innych koszmarków. Oczywiście nie zawsze przekreśla to dla mnie daną książkę, ale z pewnością zniechęca mnie do sięgnięcia po nią. 

Udało się, oesu. Było ciężko, ale się udało. Teraz przychodzi ta straszniejsza część, w której muszę wysilić się i wykazać inwencją, wymyślając własne pytania. Część będzie nawet sensowna.
Zarządzam jeszcze jedną, małą przerwę na jeża, i można jechać dalej.
1. Jak odnosisz się do list spod znaku "100 i więcej książek/filmów/czegokolwiek, które znać trzeba/wypada/warto"?
2. Książka/seria/film/cokolwiek, które uwielbiałeś/nienawidziłeś będąc młodszym, a teraz zupełnie zmieniłeś stosunek do niej/niego/nich?
3. Jaka jest Twoja relacja z ogólnie pojętym fandomem? Korzystasz z jego zasobów, tworzysz coś, bierzesz udział w dyskusjach? Czy może uważasz tych ludzi za zgraję dziwnych stworzeń, z którymi nie chcesz mieć zupełnie nic wspólnego?
4. Pytania o wylądowanie na bezludnej wyspie są nudne, więc trochę inaczej: rozpoczyna się apokalipsa zombie, jakie trzy przedmioty koniecznie chcesz mieć przy sobie?
5. Najbardziej zmarnowany potencjał w historii literatury/kina/jakiekolwiek innego medium, które akurat przychodzi Ci na myśl? Jakiś pomysł, który miał szansę wygrać wszechświat, ale autor, Twoim zdaniem, nie podołał zadaniu i zaprzepaścił wszystko? Jak Ty byś to rozwiązał?
6. Sytuacja całkiem prawdopodobna: zostajesz obdarzony supermocami, takim standardowym zestawem siła-szybkość-wyglądanie dobrze w lateksie-wytrzymałość. Co z tym faktem robisz?
7. Jaki jest Twój stosunek do reprezentacji różnych ras, religii, orientacji seksualnych w (pop)kulturze? Uważasz, że jest potrzebna, czy wręcz przeciwnie, przeszkadza Ci skupianie się na czymś takim?
8. Pierwsza obejrzana/przeczytana rzecz, która sprowadziła Cię na drogę nerdostwa? A przynajmniej zapoczątkowała Twoje zainteresowanie tymi wszystkimi dziwnymi rzeczami, którymi się interesujesz?
9. Masz możliwość spotkać się z czterema dowolnie wybranymi postaciami fikcyjnymi, kogo wybierasz? Dlaczego akurat ich?
10. Zbierasz jakieś durnostojki związane ze swoimi popkulturowymi zainteresowaniami? Figurynki, zabawki, kubki, takie rzeczy?
11. Możesz zamieszkać w wybranym przez siebie fikcyjnym świecie, jaki byś wybrał? Z innej strony, jak wymyślony świat uważasz za niezwykle ciekawy, ale nie chciałabyś/chciałbyś znaleźć się tam ani na moment? Dlaczego tak?

Nominacji będzie mniej niż jedenaście. Jak już pisałam, zaglądam na jakieś pięć blogów na krzyż, z czego część jest od dawna nieaktywna, a druga część brała już udział w tym łańcuszku. Postanowiłam zignorować obie te niedogodności i pozapraszać prawie każdego, kto akurat przyszedł mi do głowy. Dla blogów, które są w stanie rozkładu jest to niepowtarzalna szansa na zmartwychwstanie, dla tych, które już mają to za sobą - okazja do ponownego oderwania się od zwykłego pisania i odpowiedzenia na parę bezsensownych pytań. Można skorzystać, nie trzeba, ja do niczego nie zmuszam, ja niczego nie oczekuję.
Moreni
Kfiqu
Madame Missclick
Gryzipiór
Mróz
Kobalamina
Lawinia
Winky

I tak, o. Najdłuższa notka w historii Muzeum, to na pewno. Miałam zamiar ozdobić ją gifami węży, ale uznałam, że nie każdy może chcieć je oglądać - jeże są pod tym względem znacznie bezpieczniejsze, nikt nie boi się jeży. Jeże są dobrem tego świata. 
Dziękuję za uwagę, zapraszam do wytykania błędów i innych takich rzeczy. Do napisania.