Sunday, 27 September 2015

Serialowa Warta: Gotham S02E01 i Blindspot S01E01

Odgrażałam się, że stworzę serialowy cykl, i zrobiłam. Mam bardzo ambitny plan ciągnięcia go przez chwilę, ale nie jestem pewna, czy coś z tego wyjdzie - mój słomiany zapał to jednak mój słomiany zapał. W każdym razie, słowem wstępu: seria ma, w domyśle, pojawiać się co tydzień. Nie będę w niej opisywać wszystkich oglądanych seriali (część z nich to takie zwykłe zabijacze czasu, o których nie umiałabym nawet nic napisać), skupię się tylko na paru: nowych (bo bezsensu zaczynać pisać o jakimś siódmym sezonie tak nagle) lub w miarę nowych, takich superbohaterskich, lub science-fiction, ewentualnie jakichś thrillerach. Zaczynam z "Gotham" i "Blindspot" - mało, wiem, ale postanowiłam ograniczyć seriale w tym sezonie (przez "ograniczyć" rozumiem "nie zaczynać dziesięciu nowych, bo te kilkanaście oglądanych już wystarczy") i tak to wyszło. Niedługo i tak powinno dojść do tego "Arrow" i "Flash", może coś jeszcze.

"Gotham" S02E01
Uhm. Spotkałam się z niesamowicie skrajnymi opiniami na temat tego odcinka: dla jednych jest genialny, dla innych to jasny znak, że tej serii trzeba dać spokój i porzucić ją jak najszybciej. Znacznie bliżej mi do tej drugiej opinii, chociaż nie oceniam tego odcinka aż tak ostro.
Drugi sezon serialu musiał znaleźć sobie nowego głównego villaina i znalazł go w osobie Theo Galavana, polityka z bardzo niecnymi planami, który przybył właśnie do miasta i zaczyna sobie coś knuć. Knucie przynosi efekt w postaci dziwnego, niebieskiego gazu, którego działanie nie wydaje się mieć na razie absolutnie żadnego sensu. Podobnie jak działania samego Galavana, ale jakoś mnie to nie zaskakuje. Na plus liczę fakt, że gra go lubiany przeze mnie aktor, James Zagram-W-Milionie-Seriali-I-Nikt-Mnie-Nie-Powstrzyma Frain.
Oprócz Theo i jego siostry, opartej na komiksowej kryminalistce Tigress, mamy tu stały skład znany z poprzedniej serii. Nie zmieniło się u nich w sumie zbyt wiele: Gordon co prawda wylądował w drogówce, ale pozostaje białym rycerzem na lśniącym koniu (nie odwrotnie); Pingwin robi karierę jako mafiozo, wciąż kradnąc dla siebie właściwie każdą scenę, w jakiej się znajdzie; Selina pałęta się w tle i przypomina, że w przyszłości zostanie Kobietą-Kicią; Bruce już prawie szyje sobie pelerynę z uszami; Riddler cierpi na coś, co wygląda na rozdwojenie jaźni - bo wiecie, to przecież Two-Fa... nie, wait, to akurat zwyczajnie nie ma żadnego sensu. Cóż. Sporą zmianę widać jedynie u Bullocka, który robi obecnie jako barman i cieszy się życiem, co w sumie całkiem mi odpowiada (cieszę się, że w końcu ma okazję odpocząć od tego całego syfu), oraz u Barbary Kean, która przeszła istną metamorfozę (nie będę wchodzić w to, czy jest ona jakkolwiek prawdopodobna psychologicznie, to temat na dłuższy wykład chyba jest) i robi obecnie za królową Arkham, z młodym prawdopodobnie-Jokerem u boku. Tylko przez chwilę oczywiście, bo przecież to Akrham Asylum - czy ktoś kiedykolwiek spędził tam więcej niż tydzień bez wydostania się na wolność?
Jak na odcinek, który miał pokazać obecną sytuację licznych postaci, zawarto tu całkiem sporo wydarzeń. Poziom wciąż jest mocno nierówny, wątków wciąż jest za dużo - teraz chyba nawet więcej, niż w poprzedniej serii i nic nie zapowiada, że ich liczba się zmniejszy. Jeśli komuś przypadł do gustu pierwszy sezon, prawdopodobnie spodoba mu się i początek tego, innych może zainteresować fakt, że kolejne odcinki zapowiadają się nieco bardziej komiksowo. To chyba plus.

Brucey, masz jakieś sześć lat, co ty wyprawiasz.
"Blindspot" S01E01
"Blindspot" zapowiadał się nieszczególnie interesująco, prawdopodobnie zignorowałabym tę premierę, gdyby nie pewien mały, niezwykle płytki powód: Jamie Alexander. Widziałam ją do tej pory jedynie w filmach z MCU, ale strasznie ją tam polubiłam (sympatyczna postać, ładnie zagrana, w ślicznej zbroi, czego chcieć więcej), więc kiedy zobaczyłam na jej facebookowym profilu udostępniane zdjęcia przedstawiające proces malowania na niej milijona tatuaży, cóż, musiałam sprawdzić, co to.
Serial zaczyna się, kiedy na Times Square znaleziona zostaje porzucona torba podróżna z doczepioną karteczką nakazującą znajdującej jej osobie dostarczyć ją FBI. Tajemniczy pakunek zostaje otwarty, a w środku, zamiast spodziewanej bomby, tkwi zdezorientowana kobieta odziana li i jedynie w tatuaże (Jack z Mass Effecta aprobuje). Jak szybko się okazuje, znalezisko cierpi na poważną amnezję i nie ma pojęcia, jak znalazło się w torbie na ulicy, pokryte świeżymi dziarkami. Same dziarki zostają dokładnie zbadane i najwyraźniej robią za swego rodzaju mapę, ukazującą klucz do rozwiązania pewnej sprawy - pierwszym krokiem jest data i miejsce zapisane za uchem bohaterki, w kolejnych odcinkach zapewne będziemy oglądać rozszyfrowywanie kolejnych. Nasza Jane Doe zostaje oczywiście czymś w rodzaju konsultanta i pomaga agentom w pracy, próbując przy okazji dowiedzieć się czegoś o sobie. Pomaganie idzie jej całkiem nieźle, szczególnie kiedy okazuje się, że zna języki (na razie w akcji widzieliśmy tylko jakiś chiński, ale coś podejrzewam, że będzie ich więcej) oraz sztuki walki. Przydatne.
Pilot nie porywa, ale ogląda się do raczej przyjemnie - nie powala szczególną głupotą, co najwyżej kole w oczy kliszami. Bohater z wytatuowanym na ciele kluczem do rozwikłania czegoś nie jest szczytem oryginalności ("Prison Break" anyone?), o amnezji i tajemniczych umiejętnościach walki nie wspomnę. Co najbardziej mnie boli, to oczywista obecność Głównego Bohatera, czyli niesamowicie nijakiego, białego pana o ponoć-przystojnej fizjognomii, który już szykuje się do roli tró loffu Jane. Oczywiście. Z takich istotniejszych idiotyzmów rzucił mi się w oczy zwłaszcza jeden: chcesz ukryć jakiś niewygodny tatuaż na ciele osoby, którą pokrywasz właśnie całą siatką różnorakich dziarek? Walnij na jego miejscu wielki, czarny kwadrat. Tak po prostu, wielki, brzydki, niepasujący do niczego kwadrat. Nikt nie domyśli się, że coś pod nim jest, nikt!
Ogólnie jednak nie wypada to źle, nie jest to może nic oryginalnego i z pewnością nie nazwę tego odkryciem sezonu, ale obejrzeć można. Bez zbyt wysokich oczekiwań, najlepiej.

Aesthetic. 
Dziś krótko, będzie dłużej, kiedy dojdzie więcej seriali. I następnym razem postaram się pisać to wcześniej, nie moment przed wyjściem kolejnych odcinków. 
W międzyczasie powinno pojawić się jakieś coś. Bez żadnych szczegółów, bo pewnie i tak wyszło by co innego, niż obiecuję. 
W każdym razie, zapraszam do dzielenia się opiniami o serialach, krytykowaniu notki, tudzież polecaniu innych tytułów, które mogłabym sprawdzić. 
Do napisania. 

Friday, 18 September 2015

Recenzja "Gotham" S1

Ta notka miała pojawić się zaraz po zakończeniu pierwszego sezonu, noale. Trochę mniej lub bardziej uporządkowanych przemyśleń, do przeczytania przed premierą odcinak S02E01 (czy pisałam kiedyś, że strasznie lubię opisywanie odcinków w ten sposób? Chyba nie, więc piszę teraz - wygląda to osom)

Kiedy w internecie pojawiały się pierwsze plotki na temat powstającego serialu byłam jedną z osób zapatrujących się na ten pomysł niezwykle pozytywnie. Dla wielu serial batmanowski bez Batmana był czymś zupełnie bezsensownym, ale ja zawsze byłam fanką nie tylko postaci Bruce'a Wayne'a, ale i całej tej gothamowskiej otoczki, złoczyńców z Arkham, Batmanich sojuszników i rodzinki - seria skupiająca się na tym wydała mi się więc czymś idealnym. Mojego entuzjazmu nie zdołał zabić wybór stacji (choć żarty o prawdopodobnym cancelu po pierwszym sezonie bawiły), decyzje castingowe, ani dziwne zabiegi na chronologii i wieku bohaterów. Pierwszym, co mnie zaniepokoiło był milijon znaków zapytania, który pojawił się w trailerze przy osobie Edwarda Nygmy, późniejszego Riddlera. Pomyślałam sobie wtedy coś w stylu "Damn, jakie to wybitnie niesubtelne. Mam nadzieję, że cały serial nie będzie tak wyglądał". 
Ha, zgadnijcie co. Dokładnie tak wygląda. 


Fabuła jest co prawda wielowątkowa, ale pozostaje prosta jak budowa dzidy. James z Bullockiem rozwiązują kolejne sprawy w standardowym, proceduralnym stylu; Pingwin i Fish bawią się w intrygi, spiskowanie i ogólnie pojętą walkę o władzę; Bruce zajmuje się byciem Batmanem w wieku lat dziesięciu, rozpoczynając trening i prowadząc długie rozważania na temat niesprawiedliwości i strachu; reszta przyszłych villainów przechadza się w tle z wielkimi transparentami krzyczącymi "Patrzcie na nas, jesteśmy tymi ludźmi z komiksu! SERIO, TO MY!". W odcinkach zazwyczaj naćkane jest dużo, policyjna praca (sama zazwyczaj nieszczególnie porywająca) jest przetykana wątkami w znacznej części nudnymi, za to często czasochłonnymi. Gdzieś na entym planie pojawia się też poszukiwanie mordercy Wayne'ów, ale prowadzone jest ono naprawdę powoli i łatwo o nim zapomnieć. Ale zacznijmy od formalności. Jak już wspomniałam, "Gotham" miało opowiadać o losach miasta zanim pojawił się w nim ludzie w strojach nietoperzy i kolorowe kryminalistów stadko w strojach jeszcze dziwniejszych. Gotham to siedlisko zbrodni, rządzone przez mafiozów i rysujące się w równie mrocznych barwach, co zawsze. Akcja rozpoczyna się w momencie śmierci Marthy i Thomasa Wayne'ów, czyli prawdopodobnie najbardziej wyeksploatowaną scenę w historii superbohaterów. Poszukiwaniem sprawcy ma zajmować się James Gordon, młody idealista zaczynający dopiero pracę w GCPD i jego doświadczony, zmęczony całym tym okolicznym bullshitem partner, Harvey Bullock. Szybko przekonujemy się, że ta dwójka nie jest jedynymi bohaterami - ba, można nawet mieć problem z określeniem ich "głównymi bohaterami", jako że czas antenowy niezwykle brutalnie wydzierają im inni. Naprawdę sporo innych. Na pierwszym planie widzimy między innymi sporo Oswalda Cobblepota, czyli przyszłego Pingwina, który aktualnie robi za popychadło u kolejnej istotnej postaci - Fish Money, stworzonej na potrzeby serialu ambitnej (nieco zbyt ambitnej, jak to zwykle bywa) gangsterki. Często mamy okazję oglądać Bruce'a Wayne'a, około dziesięcioletniego próbującego radzić sobie z żałobą po rodzicach, co chwila pojawia się tu też Selina Kyle, czyli nastoletnia Kobieta-Kicia, na drugim planie zobaczymy też w powracających rolach Riddlera, Two-Face'a czy Poison Ivy, a także znanych z komiksów mafiozów trzęsących Gotham, zanim rozprawił się z nimi Batman. Jeśli dorzucimy do tego "złoczyńców tygodnia" zrobi się z tego całkiem spore stadko, przy którym większości ciężko rozwinąć skrzydła (albo przynajmniej poruszać się swobodnie. Albo być widocznymi. Albo istnieć)

Jedną z największych wad serialu jest wspominany już brak subtelności. Osoby liczące na umiejętne operowanie nawiązaniami, grę z widzem i skrzętnie poukrywane Easter eggi będą zawiedzione, straszliwie zawiedzione. Wszelkie "mrugnięcia okiem" są tu dostosowane do casualowych widzów, którzy postacie z mitologii Batmana kojarzą jedynie z filmów czy widzianej w dzieciństwie kreskówki - co za tym idzie, są toporne, narysowane grubą kreską neonowego zakreślacza, obsypane brokatem i podstawiane ludziom pod oczy. Nie żartuję. Mamy tu Riddlera, który przez jakieś 90% swojego czasu antenowego opowiada zagadki. Bo wiecie, Riddler. Młodą Catwoman poznajemy, kiedy kradnie mleko, żeby napoić bezdomne koty. Bo wiecie, Catwoman. Jeszcze piękniej wypada postać małej Poison Ivy, której rola ogranicza się tylko i wyłącznie do pałętania się na dziesiątym planie i nie robienia absolutnie niczego, poza jedną sceną, w której pielęgnuje kwiaty. BO WIECIE. A, przy okazji zmieniono jej nazwisko na Ivy Pepper, bo jej komiksowe nazwisko nie jest najwyraźniej wystarczające. Najlepiej z całego tego wszystkiego i tak wygląda sprawa dziedzica Wayne'ów. Od samego początku zachowuje się on tak, jakby już jutro miał zamiar wdziać czarny kostium i pelerynę - tu uczy się pokonywać lęk wysokości, tu uczy się walki, tu stara się uodpornić na ból... W każdej scenie, w której się pojawił oczekiwałam ujęcia na trzepiącego się przy oknie nietoperza i padnięcie słów "Yes, father, I shall become a bat" - nie doczekałam się tego, ale podejrzewam, że twórcy ledwo się z tym wstrzymywali. 
Co poza tą ujemną subtelnością? Cóż, przyznaję, że sporo postaci ma swój urok - w większości są potwornie przerysowani i dość płascy, jasne, ale da się ich lubić. Gordon jest absolutnie przeuroczy w tej swojej naiwnej szlachetności, i mimo że często zdaje się to być aż "zbyt", to jego krucjatę ogląda się przyjemnie. Harvey Bullock to jego zupełne przeciwieństwo, w dodatku napisany całkiem po ludzku, z charakterem i wadami, zdecydowanie jedna z bardziej udanych postaci (w sporej części to zasługa aktora - Donal Logue pasuje idealnie i odwala kawał niezłej roboty). Najwięcej zachwytów można usłyszeć jednak nad osobą Oswalda Cobblepota, czemu się nie dziwię - to naprawdę ujmujący, intrygujący i dość niecodzienny bohater ze sporym zapasem charyzmy i granym przez zdolnego aktora - Robin Lord Taylor zdecydowanie zasługuje na więcej uwagi, całkiem zdolna z niego bestia. Jego rola jest też jedną z najbardziej komiksowych i nawet groteskowych, ale wychodzi mu to tylko na plus. Z kart komiksu urwała się też Fish Money - nie dosłownie, bo jak wspominałam, wymyślono ją na potrzeby serialu, ale jednak. Przerysowana jest niesamowicie, zagrana też mocno i z odrobiną overactingu, co w połączeniu z miejscami durnym wątkiem daje postać dość męczącą. To te najgłówniejsze postacie, poza nimi większe rolę gra jeszcze młoda Kobieta-Kicia, miniaturka Batmana, Riddler i dwie panny Jamesa - Barbara i Leslie. Obie panny i Kicia wypadają zadowalająco, ale są dość papierowe i ich obecność nie wnosi zbyt wiele. Mały Bruce natomiast jest jednym z najbardziej niepotrzebnych elementów serii - miałam nadzieję, że Alfred spakuje go i wyśle na drugi koniec świata już w pierwszym odcinki, ale nie, z jakiegoś powodu mamy oglądać tego dzieciaka na drodze do zostania Mrocznym Rycerze już teraz, kiedy ma jakiś metr wzrostu. Genialne. Z postacią Eda Nygmy mam za to spory problem. Zaczynał się całkiem znośnie, jako stereotypowy nerd i comic relief, niezły punkt wyjścia do pokazania jego przemiany w zachwianego złoczyńcę. Co zrobili twórcy? Ano poszli najprostszą możliwą drogą, robiąc coś, czego spodziewał się chyba każdy. Zero suspensu, zero kreatywności, bida.
Ogólnie jednak bohaterów serialu można polubić, zwłaszcza kiedy uzna się, że cała ta rysunkowość postaci jest częścią konwencji i należy po prostu się nią cieszyć.

Jak sam tytuł wskazuje, seria ta ma pokazywać przede wszystkim miasto. To uważam za całkiem udane. "Gothamowskie" Gotham (wyższy level masła maślanego) nie jest gotycką metropolią znaną z filmów Burtona, ale nie wygląda też tak jasno i żywo jak w ekranizacjach Nolana - wstrzeliwuje się mniej więcej w środek. Miasto jest brudne, szare i brzydkie (mogę się utożsamiać z mieszkańcami, jako że jestem z Łodzi *da bum tss*). Niektóre lokacje wypadają zaskakująco klimatycznie - Azyl Arkham wyszedł wcale komiksowo, posiadłość Wayne'ów jest śliczna, a komisariat GCPD to jeden z najjaśniejszych punktów całej produkcji. Cała seria jest dość przyjemna dla oka, czasami trafiają się naprawdę ładne ujęcia - nic szczególnie przeżartego artyzmem, ale miłe estetycznie. 

Jednym z najczęstszych - jeśli nie najczęstszym - zarzutem wobec "Gotham" jest rażąca niezgodność z komiksami, objawiająca się głównie w chronologii, ale i w relacjach między postaciami: ta postać powinna być młodsza niż ta, ta nie powinna znać tamtej, a tamtej to w ogóle nie powinno być w tym czasie w mieście. Przyznam, że na początku miałam z tym pewien problem, ale dość szybko doszłam do wniosku, że hej - co z tego? Serial tworzy swoje własne uniwersum, więc czemu nie mieliby zmieniać pewnych elementów, czy nawet całego statusu quo? Oglądanie wydarzeń, których zakończenie jest z góry wiadome zazwyczaj jest mniej interesujące, może więc wprowadzanie takich zawirowań jest sposobem na uczynienie z tego serialu czegoś lepszego? Naprawdę uważam, że to może być to... ale "może" jest tu słowem-kluczem. Do tej pory twórcy nie korzystali z tego tak, jak można by oczekiwać, a wszystkie wprowadzone przez nich zmiany były raczej drobne i nieistotne dla całokształtu historii - bo bądźmy szczerzy, jaki wpływ na cokolwiek ma fakt, że Leslie Thompkins spotyka się z Gordonem, a nie z Alfredem? Żaden. Pod koniec sezonu, zwłaszcza w finale zadziało się już nieco więcej - i wygląda na to, że w drugiej serii będzie tego więcej. Bardzo się z tego cieszę i mam nadzieję, że zobaczymy więcej mieszania z kanonem - hej, na pewno będzie to ciekawsze niż oglądanie małego Bruce'a szkolącego się na bohatera.

Zbierając to jakoś do kupy - pierwszy sezon "Gotham" ciężko nazwać dobrym. Jest strasznie nierówny, pełen nieinteresujących wątków, próbujący skupić się na zbyt wielu rzeczach naraz. Zamiast zająć się rozwojem postaci ładuje czas i energię w toporne nawiązania do komiksów, które muszą denerwować już nawet niedzielnych widzów. Ma parę dobrych momentów czy wątków (absolutnie uwielbiam przedstawienie gangu Red Hooda, ślicznie im wyszło), ogląda się go nieźle - jest przyjemny dla oka, z nie najgorszym soundtrackiem. Postacie w większości dają się lubić i mogłyby zainteresować, gdyby tylko dano im więcej czasu. 
Kolejny sezon oczywiście będę oglądać, ba, podchodzę do niego całkiem optymistycznie - o ile twórcy przystopują nieco z ilością wątków i dadzą sobie więcej swobody względem komiksów, to może wyjść z tego coś niezłego. Przekonamy się już za parę dni. 

No i tak. 
Tak sobie myślę, czy by nie zacząć cyklu serialowego, w którym pisałabym parę słów o nowych odcinkach paru serii - prawdopodobnie "Gotham", "Arrow" i "Flasha". Ktoś byłby zainteresowany czymś takim? 
Zapraszam do krytyki i dyskusji.