Monday, 26 October 2015

Serialowa Warta: Gotham S02E05, Blindspot S01E05, Flash S02E03, Arrow S04E03, iZombie S02E03

Spóźnione, ale jestem usprawiedliwiona, bo zapowiedziałam spóźnienie wcześniej. Plus miewam ostatnio różnorakie problemy z internetem, także żyję w stanie ciągłego napięcia i niepewności. 
Według internetu dziś ma miejsce premiera pierwszego odcinka "Supergirl", chciałam dołączyć go więc do Warty, ale uświadomiłam sobie, że popsułoby mi to terminarz. Znaczy, ten odcinek przypada na ten tydzień, więc pojawi się w kolejnej odsłonie cyklu, o. A tymczasem, reszta. 

Gotham S02E05
Im więcej czasu antenowego poświęca się Theo Galavanowi oraz jego siostrze, tym zabawniejsi się stają i tym bardziej wyczekuję momentu, w którym oboje upadną. Cóż, przynajmniej dostajemy z tej okazji sporo Pingwina, to zawsze miła rzecz - chociaż liczyłam na skupienie się raczej na jego dochodzeniu do władzy, niż jego gryzieniu się z głównym villainem (znowu), ale okej. Co do złoczyńców, mam pewien problem z pojawiającą się w tym odcinku serialową wersją Firefly'a. Nie ze zmianą płci, I'm always here for female supervillains, ale straszliwie nie podoba mi się, że odebrano jej najbardziej charakterystyczną cechę komiksowego wcielenia tej postaci, jej motywację. W sumie podejrzewam, że nie chcieli powielać "Flasha", który też ma przecież przeciwnika-piromana. I wiem, że tutejsza inkarnacja nie jest kobiecą wersją Garfielda Lynnsa, tylko zupełnie nową postacią, ale wciąż mi to zgrzyta. Za to daję spory plus za jej stroje, były takim miłym nawiązaniem do pierwowzoru.  
Grzebanie w historii Gotham wypadło nawet nieźle, uważam to za całkiem dobry wybór - jeśli dodadzą do tego zapowiadany wątek Trybunału Sów, może zacząć robić się ciekawie. Zapewne wciąż idiotycznie, ale przynajmniej ciekawie. Z takich pozostałych uwag: urzeka mnie Selina znająca najwyraźniej każdego przestępce w mieście, atta girl, u doin good. Obecność Nygmy wciąż nie robi żadnego sensu, ale przynajmniej nie poświęca się mu zbyt dużo czasu. Ach, no i Gordon reagujący na perspektywę spędzenia wieczoru ze znajomymi, piękna rzecz, mogę się z tym utożsamić. 
Dzielny mały świetlik. V pwetty.
Blindspot S01E05
Kiedy będę już sławna i bogata, stworzę serial, w którym będzie absolutnie wszystko: elementy science-fiction, fantasy, horroru, sensacyjniaka, musicalu i każdego innego gatunku, jaki można sobie wyobrazić, z wyjątkiem jednej rzeczy - romansu. Przez milijon odcinków, przez które będzie się to ciągnąć, nie pojawi się ani skrawek wątku romantycznego. To będzie chyba jedyny taki twór w historii telewizji. 
Okej, nie mam takiego planu, ale właśnie zaczynam go rozważać. I tak, powodem jest, między innymi, "Blindspot". Dlaczego Jane musi być tak usilnie parowana z Panem Nudnym (wciąż nie chce mi się zapamiętywać jego nazwiska, wybaczcie)? Uh, to takie męczące, przewidywalne i pozbawione jakiejkolwiek chemii. Okropność. W tym epizodzie jest tego całkiem sporo, szczególnie że nasz majn hiroł usilnie próbuje uświadomić Jane o jej przeszłości. Bo wątek główny wciąż trzyma się mocno, to muszę przyznać, miła rzecz. Część proceduralna też jest, oczywiście, nie wypada w sumie jakoś strasznie, a w dodatku ciągnie za sobą inny powracający motyw - złych, skorumpowanych i knujących Osób U Władzy. Nieszczególnie porywające, ale daje radę. Ponownie, na plus postacie drugoplanowe - Zapata i Reade pałętają się w tle i mają sympatyczne wspólne sceny, ta pierwsza ma też swoje własne pięć minut, co szczególnie mnie cieszy. Jakby więcej czasu poświęcić jej, a mniej głównemu gierojowi, to byłoby naprawdę pięknie.


Flash S02E03
Jak ja lubię odcinki z Rogues, ojej. Jedna z moich ulubionych komiksowych grup, w dodatku nie popsuta w serialu zbyt mocno, chociaż nie podoba mi się okrojenie jej do dwóch-trzech osób. W tym epizodzie pojawia się tylko dwójka z nich, ale wypadają całkiem uroczo - zwłaszcza Lisa, która jest naprawdę przesłodka w swojej roli trochę-złoczyńcy. W sumie wszyscy są tu tacy mili i puchaci, ten Captain Cold rzucający czerstwymi żarcikami, Barry udający przestępcę, Cisco ze swoim crushem na pannę villain, nawet Iris nie irytowała tu tak bardzo. Wciąż boli mnie ten wciśnięty na siłę wątek miłosny między Caitlin a Jayem Garrickiem, ale jasne, to CW, nie oczekujmy zbyt wiele. 
Wątek główny trochę się leni, w sumie znowu ogranicza się do minicliffhangera na końcu, nawet dotyczącego tej samej osoby, co ostatnio. Nic szczególnie pasjonującego, ale sam odcinek był bardzo przyjemny w odbiorze. Poproszę więcej Rogues, każde ich pojawienie jest tak samo urocze i przerysowane, jeśli twórcy zdecydowaliby się powiększyć ich skład o paru innych członków, którzy pojawili się już w serialu, mogłoby wyjść z tego coś ślicznego.

Arrow S04E03
Ten odcinek mógł być pełen idiotyzmów, ale awww, Nyssa! Domagam się spin-offu o Nyssie. Nie musi tam nawet niczego robić, niech po prostu będzie. Stawiam, że byłoby to przynajmniej kilka klas lepsze, niż "Arrow". I z pewnością milsze dla oka, ale tu już odbiegam od tematu. Ale naprawdę, powrót jej i Malcolma Merlyna był sympatyczny, mogą pojawiać się częściej. Gorzej z tym, z czym ten powrót się wiązał - Laurel i jej kretyński plan z ostatniego odcinka wciąż bolą w mózg, serio. Pamiętajcie, dzieci: kiedy macie przed oczami chodzący dowód na to, że robienie pewnej rzeczy nie kończy się dobrze i nie powinno się tego robić, to NIE robicie tego. Tak, panno Lance, patrzę na ciebie. Rozpoczęłaś ten sezon tak dobrze, a teraz coś takiego, uh. Jedynym plusem jest fakt, że cały ten wątek prowadzi do cameo Constantine'a. 
Co do reszty, cóż, poziom ostatnich odcinków jest zachowany. Ollie próbuje być Green Arrowem, ale idzie mu średnio, Felicity stara się być zabawna, Diggle wciąż jest jedną z nielicznych myślących postaci. Za to villain tygodnia jest wybitny, absolutnie mnie urzekł - metahuman z wytatuowanymi na ciele kartami, których może używać jako broni miotanej to dokładnie ten typ contentu, jaki chcę oglądać w serialach. Sens mocno, ale przynajmniej wygląda to zabawnie. Do tego mamy oczywiście parę standardowych dram i poważnych rozmów na poważne tematy, ale szczerze mówiąc, próbuję udawać, że ich nie słyszę. Ach, no i przyszły Mr Terrific wypada tu przesympatycznie. To jakiś plus.
Czyli tak, "Arrow" jak zwykle jest durny, ale wciąż jest lepiej, niż w poprzedniej serii. 
*szybkie spojrzenie na siedzącego obok Flasha w cywilu*
iZombie S02E03
Dziwna rzecz: ten odcinek był całkiem bogaty w znaczące zdarzenia, ogólnie pojęty wątek główny i istotne postacie, ale jakoś w ogóle mnie nie porwał. Znaczy, wciąż miło mi się oglądało, część proceduralna była sympatyczna, postacie ujmujące i tak dalej, ale całość wypadła dość słabo. Może przez wątek Majora, nie wiem. Albo może przez brak Blaine'a, bo w sumie nie pojawił się tu ani na moment. Zamiast niego dostaliśmy sporo głównego antagonisty sezonu, który jest mi tak wybitnie obojętny, jak to tylko możliwe. Ciekawsza zdaje się być jego asystentka, która zaczyna grać tu ostatnio większą rolę, to miłe. Cieszy też powrót Peyton, to w sumie przeurocza postać jest, ogromnie podoba mi się fakt, że jej pojawienie się nie zostało wykorzystane do wprowadzenia jakiejś dramy, a tylko to słodkie zakończenie z uśmiechniętą Liv. Aprobuję takie rozwiązania, aprobuję uśmiechniętą Liv. 

Ten cykl robi się podejrzanie długi. To chyba dobrze, chociaż pisanie takich ilości tekstu trochę boli. Wiecie, bycie leniwą bułką, te sprawy. Nie jestem przystosowana.
Istnieje możliwość, że w tym tygodniu na blogu wyląduje całkowicie niespodziewana, niezapowiadana notka o Czymś. Nie mam jeszcze pojęcia o czym, ale prawdopodobnie będzie mieć Wartość Merytoryczną. Stay tuned! 

I standardowo: zapraszam do komciania, krytykowania i wysyłania mi oszczędności swojego życia. Jakby ktoś miał ochotę. 

Thursday, 22 October 2015

Recenzja "iZombie" S1

Miałam napisać tę notkę milijon lat temu, ale cóż. Mocno chaotyczna (jak zwykle), subiektywna (takoż) opinia o pierwszej serii "iZombie". 
Tu przypominam, że drugi sezon serialu już się rozpoczął, a o kolejnych odcinkach mam zamiar pisywać w Serialowej Warcie. Tymczasem krótko o serii pierwszej. 

"iZombie" zapowiedziane zostało mniej więcej w tym samym momencie, co "Flash", jako kolejny komiksowy serial Warner Bros i stacji CW, tym razem nie oparty jednak na superbohaterskiej sieczce z samego DC, a na serii wydawanej przez ich inprint, Vertigo. Vertigo znane jest z tego, że wypuszcza zazwyczaj serie skierowane raczej do dorosłego czytelnika (a przynajmniej dojrzalszego, niż w przypadku trykociarzowej części DC), które przy okazji zbierają spore uznanie fanów i recenzje pełne zachwytów. Z tego co się zorientowałam, pierwowzór omawianego tu serialu nie odstaje od reszty i może pochwalić się całymi rzeszami fanów - ja niestety tego nie wiem, nie czytałam, ale ostatnio ujrzałam w internetach piękny omnibus i rozważam kolejny napad na bank. Enyłej, znalezione opinie i komentarze powinny były nastroić mnie pozytywnie do tego projektu, ale niestety, każde spojrzenie na plakat czy zdjęcia promocyjne oraz rzucenie okiem na opis fabuły pozostawiały mnie z ogromnym wuteefem. Znaczy, serio, zombie pracujący dla policji i pomagający rozwiązywać sprawy dzięki swoim zombie-mocom? Serio? Spodziewałam się absolutnej tragedii - a jako, ze odpowiadać za nią miało CW - podszytej masą nastoletnich dram i romansów. Słowem: bleh. Sam pilot zaczynałam dwa lub trzy razy, a i tak nie byłam szczególnie przekonana, kiedy się skończył. Dopiero kolejne odcinki zmieniły moje nastawienie do serii w znacznym stopniu.
Nie jestem pewna, czy te grafiki faktycznie zachęcają do obejrzenia serialu. Hm. 
Sama historia ogranicza się właściwie do tego, co napisałam wyżej. Olivia Moore, młoda absolwentka medycyny, bierze udział w imprezie, która przybiera nieoczekiwany obrót - kończy się to ofiarami w ludziach, a sama bohaterka budzi się w worku na ciało jako zombie. Nie mija wiele czasu, kiedy odkrywa u siebie sporo trupich cech oraz ten charakterystyczny pociąg do ludzkich mózgów, który wszyscy (także ona) znamy z filmów, gier i seriali. Liv szybko porzuca pracę w szpitalu i przenosi się do policyjnej kostnicy, gdzie ma stały, łatwy i niewymagający mordowania dostęp do świeżych ciał. Wyjadanie zawartości ludzkich głów, poza walorami smakowymi (well, można chyba założyć, że zombiaki lubią ich smak, tak?) chroni naszą protagonistkę przed zmienieniem się w (nomen omen) bezmózgiego, agresywego potwora, ale jednocześnie nadaje jej cechy charakteru, umiejętności i wspomnienia poprzedniego właściciela rzeczonego mózgu. Przekwalifikowanie się oraz ta mała supermoc to jednak nie jedyne z efektów przemiany, sporo zmienia się też w jej życiu osobistym, relacje z rodziną pogarszają się, a związek z Majorem, jeszcze-niedawno-narzeczonym, rozpada. Liv próbuje jakoś poukładać wszystko w tej nowej sytuacji, a pewien przełom następuje, kiedy jej sekret poznaje współpracownik, co prowadzi do dwóch głównych wątków serialu: wykorzystywaniu nowonabytych skilli do rozwiązywania spraw kryminalnych oraz próby powstrzymania rozpełzającej się po ulicach zombie-zarazy.

Każdy odcinek przedstawia nam historię jednego śledztwa prowadzonego przez detektywa Babineaux i, robiącą za swego rodzaju konsultantkę, Olivię. Korzysta ona ze wspomnień trafiających na jej stół ofiar (ofiar przestępstw, nie jej, oczywiście) do wspomagania pracy policji, jednocześnie radząc sobie z ich cechami, charakterami i spojrzeniami na świat, które przejmuje - raz będzie to paranoik, raz ćpun, innym razem matka, artysta czy kleptomanka. Zmiany osobowości spełniają często rolę elementów komicznych, ale czasami wynikają z nich też jakieś przemyślenia, którymi Liv dzieli się zazwyczaj pod koniec epizodu. Cały ten cyrk wypada zazwyczaj zaskakująco zgrabnie, co prawda niektóre "wcielenia" bohaterki uważam za bardziej udane, inne mniej, ale zazwyczaj ogląda się to bardzo przyjemnie. Poza pracą w policji oglądamy też jej próby naprawienia relacji z rodziną i byłym narzeczonym, a także, nawet częściej, prowadzone ze swoim współpracownikiem próby stworzenia lekarstwa na zombizm. Sporym wątkiem jest też historia Blaine'a DeBeersa, czyli osoby odpowiedzialnej za przemienienie Liv oraz zaopatrywanie miejscowych zombie w świeże mózgi - pobierane w sposób znacznie mniej humanitarny, niż w przypadku naszej protagonistki. Wszystko to przeplata się i łączy, zazwyczaj jest dobrze rozłożone w czasie i rzadko kiedy widzimy odcinek, w którym nie dzieje się nic związanego z główną osią fabularną.

Ogromnym plusem są postacie, z których większość jest absolutnie przesympatyczna, a przynajmniej dająca się lubić - spośród głównych bohaterów nie przepadam w sumie tylko za jedną osobą, ale też nie jest to jakaś szczególna niechęć. Olivia jest urzekająca, niezależnie od tego, czyją osobowość akurat sobie przywłaszcza. Duża w tym zasługa aktorki, Rose McIver, która odwala kawał naprawdę dobrej roboty wcielając się w zupełnie różne wersje swojej bohaterki. Udało jej się stworzyć postać uroczą, zabawną, której przygody ogląda się z zainteresowaniem, ale równocześnie niepozbawioną wad i własnego, stałego charakteru. Reszta nie pozostaje w tyle: Ravi, pracownik kostnicy i przyjaciel Liv robi tu co prawda głównie za comic relief, ale wychodzi mu to tak cudownie, że nie mogę mieć mu tego za złe. Mocno kojarzy mi się z Cisco z "Flasha", co zdecydowanie działa na jego korzyść. Clive Babineaux, policjant, któremu pomaga nasza heroina, nie jest może szczególnie porywającą postacią i zazwyczaj robi raczej za tło dla Liv, ale też da się lubić. No i zasługuje na jakąś nagrodę za bycie najbardziej wyrozumiałym współpracownikiem świata, bo wszelkiego rodzaju zmiany nastroju znosi ze stoickim spokojem. Sporą rolę gra tu też Major, czyli właśnie ta jedna postać, za którą nie przepadam. Nie mam jakiegoś konkretnego powodu, po prostu wypada on przy innych niesamowicie blado i nieciekawie. Jego wątek rozpoczyna się jako dość bezcelowe pałętanie się po okolicy, ale po jakimś czasie rozwija się w coś całkiem interesującego, ale wciąż nie mogę się do niego przekonać. Moim absolutnym faworytem, już od pierwszego chyba odcinka, pozostaje Blaine, czyli główny antagonista serii. To jest tak absolutnie fantastyczna postać, ach. Świetnie zagrany (odtwórcę jego roli, Davida Andersa kojarzyłam już wcześniej z malej roli w "Once Upon a Time" i bardzo od tego czasu lubiłam), równie dobrze napisany, w dodatku z ogromną charyzmą i umiejętnością skradzenia każdej sceny, w jakiej się pojawia. Wypada szczególnie pięknie w porównaniu z innymi komiksowymi villainami, których w ostatnim czasie oglądałam na ekranie (ekhemGothamekhem) - zamiast przerysowania i sztuczności mamy tu taką zabawę rolą i schematami, naprawdę świetna rzecz. Poza tą grupą nie mamy zbyt wielu powracających postaci, gdzieś na trzecim planie kręci się matka, brat i współlokatorka Liv, ale przez większość czasu nie są szczególnie istotni.
Zdecydowanie najlepsza odpowiedź na pytanie "villainie, dlaczego villainisz?"

Od strony technicznej serial prezentuje się ładnie, bez większych zgrzytów. Straszliwie obawiałam się, jak będzie wyglądać to całe jedzenie mózgów i związane z tym umiejki, ale nie jest źle - posiłki przygotowywane przez Liv zazwyczaj nie wyglądają jak żelki, chociaż do animacji związanej z wizjami mogłabym się już doczepić. Podobnie jak do wyglądu zombie, który co prawda zazwyczaj ogranicza się li i jedynie do białych włosów i bladej cery, ale już w momentach, kiedy postać wchodzi w "full zombie mode" wygląda to słabiej. To jednak byłoby na tyle. Na uwagę zasługują zdecydowanie "komiksowe" wstawki, które umieszczane są często przy przejściu do nowej sceny. Ujęcie zostaje wtedy przedstawione w kresce przypominającej komiks, z jakimś żartobliwym podtytułem czy komentarzem. Niewielka rzecz, ale naprawdę sympatyczna i ciekawa.
Na uwagę zasługuje za to soundtrack, który świetnie pasuje do klimatu serii. Nie ma tu może zbyt wielu pamiętnych kawałków, nic nie powala, ale słucha się tego raczej dobrze.

Podsumowując, "iZombie" to przyjemny, zabawny serial, oglądanie którego przynosi sporo frajdy i świetnie umila czas. Nie jest to oczywiście żadne arcydzieło, muszę zaznaczyć - jest dobry, czasem nawet bardzo dobry, ale niepozbawiony pewnych głupot czy irytacji, nie powala też absolutnie niczym. Ale nie wydaje mi się, żeby ktokolwiek tego od niego wymagał. To czysta rozrywka podana w dość oryginalnej formie, traktująca siebie lekko i z dystansem. Fani zombie mogą się nieco zawieść, jako że są ukazane tu one naprawdę niestandardowo, jednak można się do tego przyzwyczaić. Fani komiksu, z tego co mi wiadomo, nie zawiodą się. Fani niezłego humoru, ciekawych postaci i procedurali kryminalnych powinni być zachwyceni.
Ogólnie polecam każdemu, kto nie oczekuje od serialu zbyt wiele. Ze wszystkich oglądanych teraz przeze mnie serii ta jest zdecydowanie jedną z lepszych i przyjemniejszych w odbiorze.

No i tak, o. Miało być nieco wcześniej, jest teraz. Ostatnio życie zaatakowało mnie pewnymi rzeczami, i jakoś pisanie szło wolniej i słabiej, ale jest okej. 
Standardowo już zapraszam do krytykowania i dzielenia się opinią w komciach. Komcie są osom. 

Friday, 16 October 2015

Serialowa Warta: Gotham S02E04, Blindspot S01E04, Flash S02E2, Arrow S04E02, iZombie S02E02

Miało pojawić się tu jeszcze "The Walking Dead", ale obejrzałam sobie pierwszy odcinek szóstego sezonu i uznałam, że absolutnie mi się nie chce. Poprzednie serie strasznie mnie nudziły, z tą poczekam chyba, zanim tak porządnie się za nią wezmę. I tak kiepsko u mnie teraz z czasem, więc tak. Cotygodniowa dawna jojczenia i zachwytów nadchodzi. 

Gotham S02E04
Pingwin w akcji! W końcu ma czas się wykazać,  strasznie mnie to cieszy, bo ostatnio jego wątek był mocno okrojony. Miło, że mamy okazję zobaczyć, jak rządzi u stawia po kątach bandę, emm, najdziwniej wyglądających kryminalistów ostatnich lat. Absolutnie urzekł mnie fakt, że nasz główny villain sezonu myśli, że może sobie zadrzeć z Pingwinem, ot tak, po prostu. Z każdym odcinkiem jawi się on jako coraz większy idiota, wprost nie mogę się doczekać, żeby zobaczyć jego koniec. No, chyba że twórcy zadecydują zaskoczyć czytelników i pozwolą mu wygrać to starcie, ale wtedy prawdopodobnie zabiję się fejspalmem. Zresztą, fejspalmy poleciały i przy tym odcinku - mój fave to osoba u władzy samodzielnie wykonująca swoją brudną robotę, bo tak, po co się kryć. Poza tym mamy ten okropny wątek Eda Nygmy, który robi się coraz głupszy i coraz mniej potrzebny. Brucey natomiast wychodzi ze swojej nietoperzowej jaskini i poznaje swojego nowego love interesta, Silver St. Cloud, która to jawi się na ten moment jako absolutnie przeurocza laleczka. Ujmuje mnie też fakt, że serial nawet już nie udaje, że ma pomysł na postać Barbary: dokładnie jedyną rzeczą, jaką zrobiła w tym odcinku było mizianie się z siostrą Galavana. Niesamowite. Cieszy mnie za to występ Zsasza, jeden z lepszych castingów serialu, mógłby pojawiać się częściej, kosztem takiego, choćby, Riddlera. 
Cóż, brak pewnych postaci obecnych w ostatnich odcinkach podniósł chyba poziom o jakąś jedną piątą, bo nawet dało się to oglądać. Wciąż jest idiotycznie, ale może będzie lepiej. I jest Pingwin, a to automatycznie zwiększa ocenę o dwie gwiazdki. 

Blindspot S01E04
"Blidspot" kontynuuje bycie pozbawionym fajerwerków, sympatycznym serialem, idealnym do obejrzenia przy porannej herbacie (lub kawie, ale po co pić kawę, skoro można herbatę?). Główny wątek wciąż trzyma się nieźle, sprawa tygodnia ładnie się z nim komponuje i nie sprawia wrażenia nudnego zapychacza. Co prawda wciąż nie jest to nic szczególnie pasjonującego, nawet wykorzystanie ogromnego zagrożenia i wyścigu z czasem nie nadało jakiegoś szczególnego dreszczyku, ale oglądało się to przyjemnie. Widzimy zagęszczającą się powoli intrygę, widzimy dalsze znaki zapytania pojawiające się w sprawie tożsamości Jane - co bardzo mi się podoba, bo obawiałam się, że po odkryciu z ostatniego odcinka twórcy osiądą na laurach i porzucą ten wątek. 
Ogromnym plusem tego epizodu jest, ponownie, spory czas antenowy poświęcony bohaterom, zarówno pierwszo-, jak i drugoplanowym. Nie jest go może aż tak dużo, jak bym tego chciała, ale każdy miał okazję się tu wykazać, zobaczyliśmy ich wzajemne relacje, a jedna postać dostała nawet coś na kształt swojego własnego wątku pobocznego. Jane wciąż wypada ciekawie, Pan Agent (Low Budget Liev Schreiber, jak to pięknie określiła Fatalne Skutki Lektur) wciąż jest niesamowicie nudny, reszta wciąż jest sympatyczna. Poziom poprzednich odcinków zachowany, może nawet ma się nieco lepiej. 
Flash S02E02
Nowy odcinek "Flasha" sponsorowany jest przez niepotrzebne i niechciane wątki romantyczne. Ja naprawdę rozumiem, że to CW, a więc coś takiego było do przewidzenia, ale i tak szlag mnie trafia, kiedy to widzę. Szczególnie, kiedy mamy tu coś tak bezczelnie wciskanego na siłę, jak tu: w serialu pojawia się nowa postać? Inna postać jakiś czas temu straciła miłość swojego życia w bolesnych okolicznościach? SPARUJMY TO. Główny bohater jest aktualnie singlem, a w serialu pojawiła się randomowa osoba płci pięknej? YAS. Tego właśnie nam trzeba, więcej romansów. Uchh. 
Ale to główny problem tego odcinka, poza tym nie jest źle. Jay Garrick jest świetny, podoba mi się, jak mentoruje Barry'emu - może zostać takim Wellsem tego sezonu, chociaż szczerze mówiąc wolałabym, gdyby miał swoje moce i mógł aktywnie pomagać Flashowi i reszcie. Druga nowa postać tej serii, Patty Spivot, też wypada całkiem ładnie. Trochę przeraża mnie jej entuzjazm, ale to tyle. Villain tygodnia wyjątkowo nieciekawy, sposób pokonania go dokładnie taki sam jak zawsze (schematy, schematy, po co je porzucać, skoro działają?), ale nowa moc Barry'ego to już spory plus. Ogromna zaletą były też Easter eggi, których było tu naprawdę sporo, a z których każdy wywołał na mojej twarzy uśmiech (hej, "Gotham", spójrz, tak to się robi!) - zwłaszcza scena z dwójką Flashów biegnących na ratunek. Urocze. 
Także tak, "Flash" wciąż jest uroczy, sympatyczny i, na ten moment, niepowalający. 

Arrow S04E02
Odcinek otwiera całkiem sympatyczną sceną akcji. Podoba mi się, jak cały Team (Green) Arrow współpracuje, wypada to dość zgrabnie, jak zresztą większość ich interakcji w tym odcinku. Do pewnego momentu panuje tu zaskakująco miła atmosfera, chociaż oczywiście na horyzoncie już pojawiła się drama. Ale poza tym jest nieźle, serio, nawet Oliver jakoś często się tu uśmiecha, a to zdecydowanie zapowiedź wielkich zmian. Felicity denerwuje mnie znacznie mniej, niż ostatnio - jakiś czas temu twórcy zapowiadali, że w tym sezonie znowu stanie się zabawna, a nie tylko irytująca - istnieje szansa, że dotrzymają słowa, bo jej sceny w firmie wypadły całkiem uroczo. Tu poznajemy też jedną z nowych postaci, serialową wersję Mister Terrifica, który zapowiada się strasznie sympatycznie. Pojawia się Lonnie Machin, czyli komiksowy Anarky, bardzo lubiany przeze mnie batmani villain - jego rola jest radośnie przerysowana, bardziej pasująca do innej osoby używającej tego pseudonimu, ale ujmująca, i w sumie cieszę się, że jeszcze go tu zobaczymy. Zupełnie natomiast nie widzę sensu w wątku kandydatki na burmistrza, której rola tu ograniczała się do podjęcia durnej decyzji i wycofania się z niej, chociaż wydaje mi się, że to tylko taki odpowiednik potwora tygodnia i więcej jej nie spotkamy. Koniec odcinka to taki konkurs na najgłupszą decyzję dnia, specjalna nagroda wędruje do Laurel, gratuluję. A, ten epizod miał też całkiem nieusypiające retrospekcje, niesamowite - przy okazji kojarzą mi się nieco z "Green Arrow: Year One", naprawdę udanym komiksem, więc jest to skojarzenie niezwykle przyjemne.
Odcinek lepszy niż poprzedni, wciąż niepozbawiony idiotyzmów, ale to "Arrow", nie oczekujmy cudów. Jest nieco lżej, postacie mają chwilę dla siebie, całość nie nudzi jakoś specjalnie - słowem, jest nieźle. Jak na standardy tej serii. 
Nie wiem co wrzucić, więc wrzucam Liv ubraną wyłącznie w taśmę policyjną.
iZombie S02E02
Jak dobrze rozpocząć odcinek? Od okropnego puna. Puny to dobro, a ten serial absolutnie je uwielbia (hej, główna bohaterka nazywa się Liv Moore, chyba nie trzeba mówić nic więcej). Tu zaczynamy ze śmiercią obecnego na studenckiej imprezie kostiumowej chłopaka przebranego za Cezara, która skomentowana zostaje słowami "Et tu, Bro-te?". Słówko "bro" w ogóle pojawia się tu wiele razy, bo Liv przejmuje osobowość takiego, um, "wyczilowanego zioma" (pisząc te słowa czułam się tak), co wypada, jak zwykle, pięknie i prowadzi do rozbrajających sytuacji - wszystko ku konsternacji detektywa Babineaux, ofkors. Tak sobie myślę, że to niesamowite, jak dobrze przyjmuje on te wszystkie zmiany charakteru swojej współpracownicy, naprawdę wspaniały człowiek. Cudownie wypadają tu też Ravi i Major, którzy decydują się wypróbować podbijający ulice Seattle narkotyk, w celu badań, oczywiście. Ogólnie więc odcinek jest, przez większość czasu, dość mocno komediowy i lekki. Co prawda wątek pewnego łowcy zombie-amatora wciąż się ciągnie, mamy też większy wgląd w działalność i, co zaskakujące, życie osobiste Blaine'a, co moim zdaniem było największym atutem tego epizodu. 
Piękny odcinek. Jak na razie ten sezon prezentuje się naprawdę ślicznie, jeśli teraz pociągną jeszcze wątek Blaine'a i jego małej wojenki, to już w ogóle będzie pięknie. 

I... jest. Siódma notka października. Dotychczas nie udało mi się opublikować więcej, niż siedem w miesiącu, a i to tylko raz. Mamy dopiero 16, więc wierzę, że pobiję niedługo swój rekord. Wiedziałam, że ten cykl to niegłupi pomysł. Niesamowita motywacja, serio. 
Zapraszam do dzielenia się opiniami w komentarzach. Pamiętajcie, jeśli udało Wam się doczytać ten wpis do końca bez bólu, fejspalmów czy nagłej chęci wyłączenia przeglądarki - możecie polajkować Muzeum na fejsbuku. Czasem wrzucam tam rzeczy. 
Do przeczytania. 

Wednesday, 14 October 2015

Recenzja "Lisa" #3

Wiele czasu minęło od wydania drugiego numeru "Lisa" i zapowiedzenia kolejnego, ale w końcu się doczekałam - premiera trójki miała miejsce na MFKiG, gdzie mogłam w końcu położyć łapki na swoim własnym egzemplarzu. Hajp był tym większy, że publikowane na lisim fanpejdżu informacje zapowiadały zeszyt naprawdę interesujący, w dodatku rysowany przez pannę Dorotę Papierską, której kreska straszliwie mi się podoba. 
Recki poprzednich numerów serii tu i tu. Zapraszam.


Małe przypomnienie: komiks opowiada historię Gabriela Majewskiego, który, jak to często bywa, zyskał supermoce w wyniku wypadku w pewnym laboratorium. Nowo nabyte umiejętności wykorzystuje do spełniania się jako złodziej, aż do momentu, kiedy na jego drodze staje samozwańczy obrońca Warszawy, tajemniczy Strażnik. W trzecim numerze oglądamy wydarzenia mające miejsce zaraz po starciu Lisa ze Strażnikiem. Nasz bohater wyszedł z niego zwycięsko, po tym jak dzięki pomocy Młota Bojowego (#przywróćciemłot2k15) skutecznie usunął swojego przeciwnika z pola widzenia, jest jednak świadomy, że nie znaczy to wiele - jego wróg wciąż czai się gdzieś w okolicy i zapewne nie ma zamiaru mu odpuszczać, do tego dochodzą jeszcze bezpośrednie efekty ostatniej walki. Mamy więc okazję zobaczyć jak Gabryś radzi sobie z konsekwencjami nocnej eskapady, a także zupełnie niespodziewaną sławą jego zamaskowanego wcielenia. Oprócz historii Lisa poznajemy też i śledzimy losy dwóch nowych postaci, pary policjantów, którzy zajmują się sprawą grasującego po Warszawie przestępcy. 
Ogromnie podoba mi się to, jak ukazano głównego bohatera w tym rozdziale. Ja ogólnie jestem fanką takiego pokazywania trykociarzy po godzinach, a przedstawiona tu sytuacja była szczególnie miła jako odmiana po ostatnim, przepełnionym akcją numerze. Właściwie nie widzimy tu Lisa, strój jest w użyciu jedynie przez moment, walki i skakania po dachach prawie nie ma - zamiast tego przez większość czasu możemy obserwować Gabriela, poobijanego, rozpamiętywającego ostatnie wydarzenia i obwiniającego się o przykry los, jaki spotkał jego znajomą. Dramat, dramat, ale jak wiadomo nie od dziś: "bohater sponiewierany ma +100 do zajebistości". No i przyjemniej się o takim czyta. I od razu uspokoję, że nie dostajemy tu kilkudziesięciu stron użalającego się nad sobą gieroja, na szczęście nie idzie to w tę stronę - Lis zamiast rozckliwiać się przystępuje do działania, w dodatku planując kolejny ruch kontaktuje się ze swoją siostrą, Laurą, której częstszych występów już nie mogę się doczekać. Wygląda na to, że Majewscy nie mają w zwyczaju siedzieć i czekać na niebezpieczeństwo.
Jak już wspomniałam, obok przewija się wątek policjantów, Zbyszka Zgrozy i Bogdana. Chyba najlepszym podsumowaniem tej dwójki będzie stwierdzenie, że bez problemu wyobrażam ich sobie na służbie w Gotham, stojących na dachu komisariatu i popijających kawę, czekając na pojawienie się Batmana. Obaj mają nieszczególnie przyjemne charaktery czy przeszłość, ich obecność w policji nie jest właściwie nikomu na rękę, ale jednak trwają i starają się wykonywać robotę. Typ znany z filmów i komiksów, ale w sumie całkiem przyjemny i dający się lubić (widzicie tego pięknego dżentelmena w moim avatarze na bloggerze/fanpejdżu? To też glina z mroczną przeszłością, którego nikt nie lubi.;)). Jak na razie obaj wydają się dość sztampowi, ale sympatyczni. Czekam, aż będą mieli okazję wykazać się w kolejnych numerach.
Scenariusz, jak w poprzednich dwóch zeszytach jest zgrabny, przyjemny i podszyty humorem. Urzekają mnie szczególnie wewnętrzne monologi Lisa, zwłaszcza to, jak zwraca się w nich do siebie per Gabryś, to przeurocze. Zwolnienie akcji nie oznacza, że robi się nudno - jest co prawda spokojniej, niż ostatnio, ale to raczej taka cisza przed burzą. Już pod koniec tego numeru widzimy zapowiedź nadchodzących wydarzeń, które zwiększają chęć natychmiastowego sięgnięcia po kolejnego "Lisa" parokrotnie.

Od strony graficznej "Lis" prezentuje się, jak zwykle, wspaniale. Rysunki wykonała tym razem Dorota Papierska, rola Jakuba Oleksowa ograniczała się do otwierających zeszyt spojrzeń na Warszawę oraz nakładania kolorów. Chociaż styl zaprezentowany w poprzednich odsłonach ogromnie mi się podobał i na początku odrobinę się obawiałam takiej zmiany, to podział okazał się idealny - kreska Doroty ślicznie wpasowuje się w komiks, postacie wychodzą jej cudownie, a Gabriel w jej wersji ma taki ujmująco szpetny pyszczek, że popadłam w zachwyt; pan Oleksów natomiast w dalszym ciągu wyczynia naprawdę niesamowite rzeczy z kolorami (te światła, oesu), nadając komiksowi świetny klimat (a jego ujęcia stolicy to jedyne, na których to miasto mi się podoba, ekhem). Wygląda to wszystko naprawdę pięknie, aż miło się czyta.

Duże ilości naraz Lisów. Zdjęcie mojego autorstwa - widać pełen profesjonalizm.
No i tak. Trzeci "Lis" to bardzo przyjemna i udana odsłona świetnej serii, którą w dalszym ciągu, równie uparcie, polecam wszystkim dookoła (parę osób już nawet udało mi się przekonać!). Tempo w końcu nieco zwalnia, można w spokoju nacieszyć się pięknymi rysunkami i sympatycznymi postaciami, a także poznać parę nowych. Chwila spokoju jeszcze bardziej zaostrza apetyt na kolejny zeszyt, który zresztą zapowiada się na pełen konkretnej akcji. Niezaznajomionych z przygodami Gabriela Majewskiego zachęcam do jak najszybszego sięgnięcia po kolejne numery. Tym, którzy już go znają przypominam tylko, że trójka siedzi i czeka na przeczytanie - zróbcie sobie tę przyjemność i sięgnijcie po nią.

Pierwsza rzecz z notkoplanu odhaczona. W tym tygodniu przewiduję jeszcze "iZombie" i wpis serialowy - tym razem z dodatkiem nowego tytułu, "The Walking Dead". Ktoś zainteresowany? 
Standardowo, zapraszam do komentowania i robienia innych takich rzeczy. Krytykę przyjmują też w prywatnych wiadomościach i listach tradycyjnych, zwłaszcza takich na ładnej papeterii. 
Do przeczytania! 

Tuesday, 13 October 2015

Pierwsze urodziny Muzeum

*tu wstaw swoje ulubione wykonanie "Happy Birthday"* 

Udało się! Muzeum Nietoperzy obchodzi dziś swoje pierwsze urodziny. Zakładając tego bloga spodziewałam się, że odpuszczę sobie jakoś po miesiącu, dwóch w najlepszym wypadku. W życiu nie pomyślałabym, że uda mi się ciągnąć to tak długo, z moim słomianym zapałem wydawało się to właściwie niemożliwe. Chwil zwątpienia miałam przez ten rok jakiś milijon, wielokrotnie myślałam nad rzuceniem tego wszystkiego w diabły, moja zerowa motywacja była zresztą widoczna w długich przerwach międzynotkowych. 
Ale jakoś się udało. Oczywiście nic by z tego nie wyszło, gdyby nie pozytywne przyjęcie, z jakim się spotkałam i chęć zdobycia światowej sławy świadomość, że są te dwie czy trzy osoby, którym faktycznie chce się czytać te bzdury, które wypisuję - strasznie dziękuję za każde wejście, każde przeczytanie notki, każdy komentarz (tu szczególnie, Wena żywi się feedbackiem), każdego lajka, każdy komiks podesłany do recenzji (to ostatnia rzecz, jakiej oczekiwałam tworząc tego bloga) i tak dalej. Oby teraz było tego jeszcze więcej. ;)

Tu rzucę trochę statystyk, bo statystyki zawsze nadają takiego eleganckiego, profesjonalnego klimatu:
  • Przez ten rok bloga wyświetlono 12 tysięcy razy (w tym momencie licznik pokazuje mi 12038), a więc średnio tysiąc razy w miesiącu. Woah.
  • Na facebooku muzealny fanpejdż polajkowały 123 osoby, z czego około jedna piąta zrobiła to w ciągu ostatniego tygodnia. 
  • Na bloggerze nazbierało się 22 obserwatorów (według danych wyświetlonych na blogu, bo na bloggerze pokazuje o jednego więcej). 
  • Opublikowałam przez ten czas 53 notki (nie liczę tej dzisiejszej, urodzinowej), co daje zatrważającą liczbę czterech i pół notek na miesiąc. Powalające, wiem. 
  • Na blogu pojawiło się w sumie 328 komentarzy, z czego mniej więcej połowa jest mojego autorstwa. Wciąż, jakieś 160 komentarzy od czytelników to całkiem ładny wynik. 
Ogólny efekt jest znacznie bardziej imponujący, niż początkowo zakładałam. Jeszcze raz dziękuję. 

No i cóż, teraz tylko przetrwać kolejny rok. Obiecuję, że będzie lepiej, notki będą częstsze i czasem będą nawet miały jakaś wartość merytoryczną, skombinuję nawet jakiś miły dla oka szablon, czy coś.

Z okazji urodzin chciałam też zorganizować mały konkurs, ale potrzebuję na to jeszcze parę chwil. Stay tuned.

Jeszcze raz dzięki za zawracanie sobie głowy moimi wymysłami. Do napisania.  
Tańcząca Batrodzinka by Pentapoda. Dobrze wyraża moje emocje w tym momencie.

Sunday, 11 October 2015

Serialowa Warta: Gotham S02E03, Blindspot S01E03, Flash S02E01, Arrow S04E01, iZombie S02E01

Ten tytuł jest przerażająco długi, będzie brzydko wyglądał w archiwum. Meh. 

Gotham S02E03
Ten odcinek przypadł mi do gustu znacznie bardziej niż dwa poprzednie. Nie znaczy to oczywiście, że był dobry, ale był wybitnie idiotyczny w przyjemny sposób. Momentami miał taką uroczo Burtonowską atmosferę, te wszystkie sceny na bankiecie, nic specjalnego, ale miło się kojarzyło. Poza tym nie zaskoczono niczym nowym: Theo Galavan wciąż próbuje być złowieszczy, jego współpracownica wciąż nie robi absolutnie nic, Jerome i Barbara wciąż są tak przerysowani, jak to tylko możliwe, a Brucey wciąż jest zupełnie niepotrzebny. Jedyną nowością jest pojawienie się Seliny, której do tej pory było w tym sezonie jak na lekarstwo. Nie było jej wiele, ale wypadła całkiem sympatycznie, jak to ona.
Plan głównego villaina wspina się tu na takie wyżyny absurdu i debilizmu, że to aż ujmujące. Galavan oficjalnie zostaje moim ulubionym elementem serialu, serio, jego teatralność i głupota są tak cudownie urzekające. Jerome w roli Jokera wypada tu całkiem zgrabnie, Barbara udająca Harley Quinn wciąż nie przekonuje mnie za grosz, ale ładnie pasuje do całości. Strasznie podobało mi się rozwiązanie jokerowego wątku, twórcy pozytywnie mnie zaskoczyli. Na plus zaskakująco subtelny (jak na standardy "Gotham") Easter egg dotyczący komiksowej relacji Alfreda i Lee Thompkins. Małe cameo Pingwina też wyszło ładnie, szkoda, że tak mało go widać w tym sezonie. 
Odcinek durny jak zwykle, ale całkiem przyjemny w odbiorze, jeśli wcześniej przygotujemy się na przejmującą głupotę scenariusza, bohaterów, realiów i wszystkiego innego. 

Blindspot S01E03
Główny wątku, co ty tu robisz? Pojawił się na samym początku i tkwił na widoku przez cały odcinek, miłą niespodzianka. Oczywiście nie znaczy to, że zarzucono proceduralność - tym razem przyglądamy się całkiem zgrabnej historii napadu na bank, która dodatkowo ściśle wiąże się z problemem Jane. Znacznie ciekawsze niż w poprzednim epizodzie, moim zdaniem. Akcja znowu biegnie naprzód całkiem szybko, sprawnie, bez niepotrzebnych przystanków czy dłużyzn. Jane ma tu więcej do roboty niż ostatnio i nie ogranicza się to tylko do wyglądania ładnie i kopania tyłków - widać, że ma dość trwania w niewiedzy i próbuje coś z tym zrobić. Nie wychodzi jej to zbyt dobrze, bo często działa zamiast myśleć, co oczywiście nie pomaga w budowaniu relacji z pracującymi z nią agentami. Bardzo cieszy mnie jej rozwój w tym kierunku i fakt, że nie siedzi bezczynnie przez cały czas. Sporo czasu ekranowego dostają też sami agenci: Pan Nudny Główny Gieroj wciąż jest mi zupełnie obojętny, ale jego partnerzy zaczynają nabierać kształtu i charakteru. Na końcu dostaliśmy też mały plot twist związany z tożsamością naszej heroiny, który mnie osobiście mocno zawiódł, ale może jeszcze coś z niego będzie. 
Wciąż nie jest może tak pasjonująco, jak miałam nadzieję, a intryga dopiero zaczyna się zagęszczać, ale ten epizod narobił mi ochoty na więcej. Z Jane robi się całkiem interesująca postać z wadami, drugoplanowi bohaterowie też pojawiają się na ekranie na dłużej i nawet mają coś do powiedzenia. Daleko temu od ideału, ale wszystko zdaje się iść w dobrym kierunku. 
Aww. 
Flash S02E01
Tęskniłam za tym serialem, naprawdę. Pierwszy odcinek nowego sezonu dał mi w sumie wszystko to, czego oczekiwałam: jest lekko, uroczo, Barry wciąż jest najsympatyczniejszym superbohaterem telewizji, aktorstwo wciąż nie powala, scenariusz wciąż nie powala, efekty wciąż nie powalają, w sumie nic nie powala, ale jest okej. Twórcy wytłumaczyli finał poprzedniej serii naprawdę szybko, co nieco mnie rozczarowało, bo liczyłam na jakieś ciekawsze rozwiązanie. Grunt, że zaraz po tym pokazali sporo jego efektów - Flash Day mnie urzekł, te koszulki, te balony, aww. Czekam teraz na tylko Muzeum. Rozbicie bohaterów wydało mi się raczej niepotrzebne, ale cieszę się, że tak szybko to poskładali. 
Sam odcinek stał na poziomie większości tych z poprzedniego sezonu, taki średniak. Liczyłam na coś ciekawszego na początek, ale to nie było złe. Co do wybrania Atom Smashera na przeciwnika, mam nieco mieszane odczucia: naprawdę lubię tę postać w komiksie, no i zawsze miło mi widzieć więcej członków JSA na ekranie, ale tu wyszedł dość nijako - ot, taki złol na jeden odcinek, jakich tu wielu. Poza tym było raczej miło. Stein nadający przydomek villainowi, Cisco będący Cisco, Flash-signal, pełno tu takich przyjemnych momentów. Wątek ojca Flasha był przesłodki, jak zwykle, tak jak i cała scena pojednania. Straszliwie mi przykro, że Henry Allen nie będzie pojawiał się zbyt często w serialu, w sumie uważam to za dość bezsensowne rozwiązanie - [SPOILER] serio, kto po wyjściu z więzienia po piętnastu latach nie chce spędzić odzyskanego czasu z synem, bo woli zaszyć się gdzieś w cieniu? Bezsens. [/SPOILER] Za to kolejny ogromny plus za pierwsze spojrzenie na Jaya Garricka, wygląda świetnie, brzmi jeszcze lepiej, 11/10. To zapowiada się jak całkiem emocjonująca seria - choć znowu, tylko jeśli jest się w stanie przymknąć oko na drobne idiotyzmy. 

Arrow S04E01
Wiązałam ogromne nadzieje z tym sezonem: Oliver w końcu nazwany "Green Arrowem", ponoć-lżejszy klimat, Thea i Laurel jako pełnoprawne członkinie Teamu Arrow - wszystko zapowiadało się tak ładnie. Ba, nawet pierwsze minuty najnowszego odcinka bardzo pozytywnie mnie nastawiły: uśmiechający się Ollie, sympatyczna rodzinna scenka z Felicity (ech, nie lubię ich związku, ale to szczegół), bardzo miło. Później było już nieco gorzej. Główny villain sezonu nie jest tragiczny, chociaż brakuje mu charyzmy Merlyna czy Deathstroke'a, to przynajmniej wypada lepiej niż serialowy Ra's al Ghul. Zastępczy zespół superbohaterów przypadł mi do gustu, aż szkoda, że Arrow musiał wrócić do gry - chętnie pooglądałabym więcej Thei i Laurel kopiących dupy. Trochę mierzi mnie hełmomaska Diggle'a, ale to szczegóły. Oliverowe retrospekcje zapowiadają się niezbyt ciekawie, ale już przyzwyczaiłam się, że to tylko takie zapychacze. 
Pełno idiotyzmów, pełno. Moim faworytem jest Laurel, która w pokoju pełnym ludzi radośnie załatwia przez telefon sprawy zamaskowanych bojowników; superwyszkoleni, superuzbrojeni superwojacy, którzy nie strzelają do biegnącej na nich dziewczyny, bo w sumie po co, skoro można powalczyć z nią wręcz; w końcu Green Arrow występujący w telewizji z pięknym ujęciem na jego twarz - ale hej, ma kaptur, więc nikt go nie rozpozna. Wszelkie minusy nadrabiają Diggle i Lyla, prawdopodobnie jedyni normalni ludzie w okolicy - uwielbiam, jak naturalni i ludzcy są. Podoba mi się też nowy strój Arrowa, całkiem komiksowy, choć oczywiście wciąż tęskno mi do czapki z piórkiem. 
Ogólnie jest marnie, ale stabilnie. Amell wciąż robi tę komiczną rzecz z patrzeniem gdzieś w górę, kiedy musi powiedzieć coś istotnego, Diggle wciąż jest etatowym sumieniem drużyny, a Laurel wciąż wygląda ładnie w swoim stroju. Plus parę przyjemnych drobiazgów, wystających spomiędzy gór jojczenia czy dramatyzowania. Otwarcie określiłabym na stojące na poziomie wyższym niż sezon poprzedni, ale wciąż dość mierne. 
Tekst odcinka. <3
iZombie S02E01
Notka o pierwszym sezonie "iZombie" pojawi się na dniach (mam nadzieję), a tymczasem rozpoczęłam oglądanie drugiego z wysokimi oczekiwaniami. Finał poprzedniej serii zostawił mnie z sercem rozdartym na kawałki (ta scena w szpitalu, ach), początek tej rozerwał podgojone rany - wątek rodzinny w tym serialu wciąż jest tak samo cudowny, jak był. Wszystko inne również trzyma poziom, do którego przyzwyczaiły mnie poprzednie epizody: Liv jest bezbłędna, świetnie odegrana, a jej zmiany charakteru przedstawione są naprawdę umiejętnie i oglądanie ich wciąż bawi mnie tak samo, jak w pierwszym odcinku; Ravi to doskonały element komiczny i przesympatyczna postać; Blaine pozostaje najlepszym antagonistą ze wszystkich oglądanych przeze mnie seriali komiksowych - ogólnie wszystko jest piękne i wspaniałe.
Wątek "trupa tygodnia" wypada bardzo zgrabnie, zabawnie i oryginalnie, Liv z charakterem starego zrzędy urzeka, a całość zajmuje przy tym akurat tyle czasu, żeby zmieścił się tu też ciąg dalszy historii Majora, dalsze losy Blaine'a i kolejne próby stworzenia lekarstwa. Przygody początkującego pogromcy zombie co prawda wciąż mnie nie porywają, ale reszta sprawia się świetnie. Nie jestem pewna, co jeszcze mogę napisać po tym jednym odcinku - jedyne, co wiem, to że "iZombie" pozostaje jednym z moich ulubionych seriali komiksowych. Idźcie oglądać, jeśli jeszcze tego nie zrobiliście, serio.

Dużo seriali, dużo pisania, duże opóźnienia. Ale jest. 
Jak zwykle zapraszam do dzielenia się opiniami. Fajna rzecz, serio, polecam. 

Friday, 9 October 2015

Międzynarodowy Festiwal Komiksu i Gier 2015

W ostatni weekend odbyła się dwudziesta szósta edycja Międzynarodowego Festiwalu Komiksu i Gier, imprezy znanej chyba każdemu polskiemu fanowi rysunkowych historii. W sumie taka głupia sprawa, że w Łodzi mieszkałam od urodzenia, a na Festiwal wybrałam się do tej pory tylko raz, zresztą "wybranie się" to dość mocne słowo, bo weszłam tylko na trochę i nawet nie miałam okazji dobrze się rozejrzeć (za to zdobyłam album Dema, a do tego autograf i rysunek jelonka!). W kolejnych latach zbierałam się z pójściem, ale jakoś zawsze coś wypadało (albo też zwyczajnie nie chciało mi się iść, kto by to pamiętał), aż do tegorocznej edycji (na którą, paradoksalnie, nie miałam już tak blisko, bo musiałam dojechać z odległych bydgoskich ostępów). Zmotywowana wizją zdobycia paru autografów, a także darmową prawie-że-tak-jakby-vipowską wejściówką, udało mi się wyłuskać parę złociszy na pociąg i wyruszyłam na dwa dni konwentowania. 
Uprzedzam, że poniższa relacja będzie mocno subiektywna i skupiona na mojej osobie, więc prawdopodobnie zabraknie w niej paru ważnych elementów. Czy coś. 

Pod miejsce imprezy, Atlas Arenę, dotarłam z samego rana, kiedy to kolejki były jeszcze dość krótkie, tłum dopiero zaczynał roić się po okolicy, a wystawcy wytrwale kręcili się w te i wewte, nosząc pudła pełne pięknych, czekających na kupienie komiksów. Pogoda dopisywała, budynek Areny jaśniał w słońcu i wyglądał zaskakująco niebrzydko jak na łódzkie standardy, nawet ta godzina spędzona w przepełnionym autobusie poszła w zapomnienie, ogólnie mówiąc było bardzo pięknie i konwentowo. Przed wejściem spotkałam się z częścią redakcji Panteonu, która również miała w planach pałętanie się po okolicy, i na teren obiektu weszłam już jako "prasa", z oczojebnie różową opaską na ręku. Zanim na dobre zajęłam się bieganiem po stoiskach i prelekcjach, jakiś czas spędziłam na spełnianiu panteońskich obowiązków (hasztag sirius biznez), czyli pakowaniu przypinek oraz ulotek do woreczków i rozdawaniu ich ludziom - razem z Powiało Chłodem udało nam się opróżnić w ten sposób całe pudło w parę minut. Sporo uczestników wyglądała na zdezorientowaną, ale większość była wyraźnie zadowolona z otrzymania dwóch całkowicie darmowych przypinek (kto by nie był), dzięki czemu całą akcję uważam za niezwykle udaną.
Po tym rozpoczęłam bezcelowe kręcenie się po okolicy i oglądanie, co też ciekawego przywieziono na stoiska. Samych stoisk był jakiś milijon i jeszcze parę, ustawionych wokół całej Areny, czyli terenu wcale niemałego. Prawie wszystkie oferowały komiksy (kto by się tego spodziewał, prawda?) w najróżniejszych wydaniach: były polskie, były niepolskie, były tłumaczone, nietłumaczone, nowości, starocie, wydania zbiorcze, zeszyty, słowem: wszystko. Oprócz wydawnictw, księgarni i internetowych sklepów komiksowych można było natknąć się na stoiska z figurkami, koszulkami, durnostojkami, biżuterią i zabawkami, czyli tym wszystkim, na co natknąć się możemy na większości tego typu imprez. Ceny w wielu przypadkach były szczególnie okazyjne, widziałam nawet specjalne promocyje festiwalowe, a na niektórych stoiskach można się było nawet targować - udało mi się zbić ceny paru pluszowych Pokemonów, ale w końcu nie zdecydowałam się na nie (o moich nędznych zakupach zresztą więcej potem). Ogólnie część zakupowa wypadła bardzo bogato, daję dużą okejkę.
Co warto zauważyć, w nazwie obok "Komiksu" pojawiają się i "Gry", i podobnie było na festiwalu. Jak już napisałam, stoiska wyraźnie zdominowane były przez komiksiarzy, jednak sam środek kompleksu zajęty został w znacznej części przez graczy: miała tu miejsce wydzielona część planszówkowa, a także irytujące głośne rozgrywki e-sportu, słyszałam na pewno o LoLu i CSie, ale nie wiem, czy nie gierzono tam w coś jeszcze. Odbywał się też Game Jam, czyli wydarzenie polegające na stworzeniu gry w krótkim czasie oraz jakieś spotkania z branżą grową (coś, na co teoretycznie powinnam była się wybrać w związku z kierunkiem studiów. Ups). Nie wypowiem się na temat jakości i organizacji tej części imprezy, ponieważ zwyczajnie nie poświęcałam jej żadnej uwagi, poza tą wymaganą do wyminięcia pałętających się wszędzie w okolicy graczy i widzów.
Jeszcze tak bardziej ogólnie: ludzi było sporo, chociaż nie na tyle, żeby nie dało się chodzić/oddychać/siadać, miejsce na szczęście było. Mało było za to cosplayerów, co bardzo bolało moje serduszko i zmysł estetyczny. Powodem był prawdopodobnie brak konkursu na strój w programie, mogło to zniechęcić niektórych. Ci, którzy się jednak pojawili byli cudowni i bardzo im dziękuję za wzbogacenie krajobrazu konwentu swoją zajebistością. Szczególnie zapadły mi w pamięć cztery piękne panny przebrane za postacie z DC i Marvela, konkretnie Killer Frost (wersję z "Assault on Arkham", uroczy strój), Shadowcat, Rogue i Zatannę, po okolicy kręciła się też Rey z nowych Star Warsów i przeuroczy mały Klon, któremu nawet wózek inwalidzki nie przeszkadzał w świetnym cosplayu.
Zdjęcie pożyczone z fanpejdża Panteonu.
Oczywiście nie samymi wystawami konwent żyje, wybrałam się więc sprawdzić parę punktów programu. Niewiele, bo udało mi się zaliczyć w sumie tylko pięć, przy okazji opuszczając kilka naprawdę ciekawych, których teraz żałuję. Ogólnie cały blok programowy wypadł raczej marnie. Nie mam na myśli samego programu, który moim zdaniem nie był wcale taki biedny, i sporo interesujących prelekcji udało mi się na nim znaleźć (jedno zastrzeżenie - pozdrawiam osobę, która wrzuciła "Avatara" do działu mangi i anime. So close!). Problemem była organizacja sal, czy może raczej kompletny jej brak. Punkty rozpoczynały się opóźnione, kończyły jeszcze mocniej opóźnione, ogólnie cały rozkład był w lekkiej rozsypce. Brakowało kogoś, kto przypominałby prelegentom o upływającym czasie (woah, zabrzmiało bardzo metaforycznie. Mam wizję gżdacza z wielkim transparentem "Memento mori", najz), podrzuciłby wodę, przypilnował ilości osób wchodzących do sali, pomógł z buntującym się sprzętem elektronicznym i tak dalej. Zamiast tego na większość z odwiedzonych punktów musiałam czekać, bo poprzedni prowadzący gadali sobie w najlepsze dziesięć minut po teoretycznym zakończeniu swojego punktu, na salach panował tłok i powietrza było niewiele. 2/10.
Ale cóż. Miałam w planach wybrać się na "Ilu w końcu było tych Robinów, czyli historia Bat-rodziny" Kelena, bo prelkuje on bardzo ładnie, a temat jest mi bliski - zwłaszcza, że sama miałam ochotę zgłosić na Falkon punkt o podobnej tematyce. Oczywiście nic z tego nie wyszło, tak samo jak z pójścia na ten panel - dziesiąta rano to jednak nieludzka godzina jest. Jako pierwsze odwiedziłam więc dopiero spotkanie z Danielem Grzeszkiewiczem, rysownikiem i autorem wydanego niedawno albumu "Gedeon", czyli jednej z rzeczy, które kupię zaraz po obrabowaniu pierwszego banku. Spotkanie nie cieszyło się niestety dobrą frekwencją, w sumie mniej niż połowa siedzeń była zajęta. Zawsze jest mi strasznie głupio w takiej sytuacji, kiedy pomyślę sobie, jak niemiło musi być prowadzącemu i, przede wszystkim, gościowi, naprawdę tego nie lubię. Do tego doszły jeszcze problemy techniczne, które uniemożliwiły oglądanie prac Daniela (znowu kłania się brak gżdacza, który by to załatwił). Wypadło to dość średnio, chociaż sam twórca opowiedział sporo o swoich ostatnich projektach, głównie o ufundowanym przez fanów albumie - wspomnianym wcześniej "Gedeonie" - oraz o "D'Or du Rhin" francuskim komiksie, którego tom ilustrował. (Panel został nagrany, możecie obejrzeć go tutaj.)
Po tym wróciłam do pałętania się po okolicy. Dość długo nękałam ludzi z Sol Invictus, a więc twórców "Lisa" i, od niedawna, "Incognito". Udało mi się przy tym zdobyć parę autografów i komiksów, a także usłyszeć miłe słowo na temat Muzeum (!!!), a więc było to bardzo owocne nękanie. Udało mi się też wypatrzeć Koko, czyli innego lubianego przeze mnie twórcę i ustawiłam się w ogonku po autografy, ale niestety, po jakiejś godzinie stania mój cel wstał i sobie poszedł, porzuciwszy ogonek. Razem z dwójką innych zawiedzionych czekających udałam się na kolejne prelki.
Najpierw trafiłam na "Prelekcja o DC You, czyli nowej fali nowych serii z DC Comics" prowadzonej przez Uncle Mroowę, Lokusa (na którego prelkę wybieram się od Pyrkonu, w końcu się udało! Plus, tu usłyszałam drugie miłe słowo o Muzeum) i Kelena (same sławy). Panel bardzo sympatyczny, ciekawy, miał lekkie problemy ze zmieszczeniem się w czasie, ale poza tym wypadł bardzo dobrze. Miałam zostać po tym na "Scarecrow: Czego boi się Batman?" Michała Siromskiego i Michała Chudolińskiego, ale zamiast tego naiwnie wróciłam do czekania w kolejce u Koko. Znowu na próżno. Za to w międzyczasie udało mi się namówić jedną z tych nowo poznanych osób na zakup dwóch pierwszych "Lisów", więc byłam z siebie niezwykle dumna. Po kolejnej porcji kręcenia się po wystawcach dotarłam na "Marvel - od Now do Secret Wars i dalej - ostatnie lata w największym wydawnictwie komiksowym na świecie" Oskara Rogowskiego i Kamila Śmiałkowskiego. Sporo informacji w całkiem przystępnej formie, chociaż podanie tego wszystkiego pozostawiało, moim zdaniem, wiele do życzenia. Na koniec dnia byłam jeszcze na "Bale kontra Keaton, kto był lepszym Batmanem? I inne komiksowe potyczki na argumenty" trzech osób z bloga DCManiak, a skupiającym się nie tylko na wspomnianym w tytule sporze, ale i na wielu innych. Na plus bardzo aktywna publiczność, łatwo wdająca się w dyskusję i przekrzykująca samych prowadzących. Ogólnie sympatyczna rzecz, chociaż nie udało się przeprowadzić wszystkich zaplanowanych punktów - to był jedyny punkt programu, na którym ktoś faktycznie przyszedł i kazał kończyć. Było to co prawda związane z zakończeniem dzisiejszego festiwalowania, a nie programem, ale zawsze coś.
Drugiego dnia pojawiłam się w Atlas Arenie tylko na moment. Poszłam na spotkanie z Kiciputkiem, które było niesamowicie sympatyczne, jak to zwykle z nią bywa. Opowiadała o całym mnóstwie projektów, w tym o komiksie "Rag&Bones", książce "Maja z Księżyca" (pożądam tego cudeńka tak mocno, muszę sobie w końcu zakupić), planach związanych z "Shadowshifters", poruszono też temat "Tequili" (ten tytuł będzie chyba ciągnąć się za Katarzyną do końca kariery, meh). Bardzo przyjemne spotkamie, tak poza tym. Przed tym miałam okazję oglądać Kicię podczas rysowania na jednym z tabletów wystawionych na stoisku, niżej focia (miała być focia rysunku, ale jak to, jak obok taka śliczna i fotogeniczna Kiciputek?). 
Oprócz spotkania postanowiłam przejść się po wystawcach. Pierwszy raz natknęłam się wtedy na przepiękne stoisko pełne pluszowych Pokemonów. Ból straszliwy złapał mnie w sercu, patrzyłam na te cudeńka (well, "cudeńka" to nieco umowne pojęcie. Wypatrzyłam Najbardziej Derpnego Vaporeona i Najbardziej Grumpy Espeona evah. Szpetne, ale kochane) i płakałam nad dwiema dychami, które miałam w kieszeni. W końcu przełamałam się i kupiłam tylko jednego, małego, plastikowego Poka za pięć złociszy. Pozostałych piętnastu zdecydowałam się nie wydawać, choćby nie wiem co. Udało mi się przez pięć minut, bo po tym czasie znalazłam komiks z Justice Society of America, jednym z moich najukochańszych teamów w DC. Dwadzieścia złotych z przekreślonych trzydziestu pięciu. Już zaczęłam przeklinać swój poprzedni zakup, ale cudowny Pan Sprzedawca okazał się być łaskawym człowiekiem i oddał mi to za piętnaście złotych polskich. Radość moja była wielka.
Tu w sumie kończy się dla mnie MFKiG, bo musiałam uciekać na pociąg. Pożegnałam się jeszcze z ludźmi i pluszowymi Pokami, dostałam najpiękniejszy prezent od Panteonu i odjechałam w stronę, stojącego całkiem jeszcze wysoko, słońca.

Teraz chciałam zaspamować Was zdjęciami moich łupów, ale niestety, nie ma ich zbyt dużo. Jak już pisałam, moje fundusze były strasznie ograniczone, więc większość rzeczy przedstawionych na zdjęciach jest kradzione otrzymane za darmo za zgodą wcześniejszych posiadaczy. Przy okazji pochwalę się autografami, bo wielce przystojne wyszły.
Chciałam dać też zdjęcie smyczki z plakietką, ale pojawił się istotny problem - nie dostałam jej. Bardzo mi z tego powodu przykro, moja kolekcja konwentowych identyfikatorów taka niepełna, taka smutna.
Autograf dwóch Lisotwórców - widać Dorotę z Papierków, a ten mały pypeć po lewo to podobno podpis Pana Scenarzysty.
Incognito.
Pół-łysa panna Alicja, którą mam ogromną ochotę zakosplajować. Hmhm. 
Przypinka z Giratiną wygrana w loterii, reszta panteońska. Te z Kobietą-Kicią i Agent Carter to moje ultimate fave'y.
Bardzo pijękny jak na te pięć złociszy. 
Kubek z dwiema komiksowymi pannami! Pannami trzymającymi się za rękę w pojednawczym geście! Kobieca solidarność i girl power tak bardzo, ach. 

No i cóż, tak to wygląda. Nie przywiozłam zbyt wiele, ale na samym festiwalu bawiłam się bardzo dobrze, choć krótko. Atmosfera była całkiem konwentowa, ludzi dość dużo, organizacja może miała pewne braki, ale ogólnie wszystko stało na wysokim poziomie. Udało mi się spotkać (na krótko, bo na krótko, ja ogólnie nie jestem zbyt dobra w spotykaniu) sporo świetnych osób, które, z jakiegoś powodu, nawet zamieniły ze mną parę słów. Ogólnie było mi bardzo miło, za rok na pewno znowu się pojawię, a tymczasem odkładam pieniądze na kolejny kon - w planach mam Falkon, oby wypaliło.

Serialowa notka będzie spóźniona, notka o nowym "Lisie" już się pisze. W ogóle postanowiłam zrobić jakiś wpisowy plan i ściśle się go trzymać, tym razem tak naprawdę. Jak na razie kolejne tygodnie widzę tak: "Lis", "iZombie", "Incognito", coś o kreskówkach i "Endgame" w końcu, bo obiecałam już milijon lat temu. Plus, w międzyczasie notki serialowe, a do tego biorę udział w wyzwaniu czytelniczym polegającym na wybieraniu lektur skupiających się na postaciach LGTB+, więc pewnie wpadnie coś z tego - na pierwszy ogień chyba "Batwoman: Elegy", bo stoi na półce i czeka na reckę od dawna już. 
Trzymajcie kciuki, żeby coś z tego wyszło. 
Do napisania. 

Tuesday, 6 October 2015

Serialowa Warta: Gotham S02E02, Blindspot S01E02

Poprzednia, pierwsza odsłona cyklu była nieco spóźniona - teraz kontynuuję tę, well, nową świecką tradycję i spóźniam się z kolejną notką. (To wszystko przez brak deadline'u, deadline dodawałby mi motywacji, czy coś.) Miałam napisać ją w weekend, ale niestety, cały swój czas rozłożyłam między MFKiG, jeżdżenie pociągami i spanie, na notkanie nie zostało już ani chwili. Ale hej, chyba nikt szczególnie nie tęsknił.

Gotham S02E02
Drugi odcinek drugiego sezonu potwierdza to, czego się spodziewałam: ta seria będzie... naprawdę specyficzna. Resztki sensu poszły zabawiać się w krzakach, wszystko jest jeszcze bardziej komiksowe i odrealnione, a do tego podszyte jakimś dziwnym, absurdalnym humorem - dało się to wyczuć w poprzednim epizodzie, tutaj wszelkie pozostałości normalności dały sobie spokój i nawet nie udają, że istnieją. No i cóż. Dla jednym to plus, dla innych nie, ja osobiście uważam, że to najlepsze, co można było zrobić po pierwszym sezonie - wywrócić całość do góry nogami, pozwolić sobie na wszystko, a potem udawać, że tak miało być. Jeśli nie przeszkadza Wam całkowity brak logiki, to możliwe, że to polubicie. Chyba.
Stadko pacjentów Arkham, które pałęta się aktualnie po mieście radośnie ignoruje prawa fizyki i zachowuje się w najbardziej przerysowany sposób, jaki można sobie wyobrazić. W sumie nic dziwnego, skoro pracują dla parki, której charaktery ograniczają się właściwie jedynie do bycia sadystami, zwłaszcza postać Tigress, rola tej panny ogranicza się tylko i wyłącznie do krzywdzenia ludzi z wyraźną satysfakcją (i wyglądania przy tym całkiem ładnie). Nie ma to jak villain z jasno określonym brakiem jakiegokolwiek konkretnego motywu, prawda? Pierwsze skrzypce gra tu Jerome, który jokerzy tak bardzo, jak tylko można jokerzyć bez białej farby na twarzy. Nie przekonuje mnie, ale w sumie nie robi tego nikt z tej grupy, więc zdążyłam się przyzwyczaić. Ich działania w tym odcinku doprowadziły mnie do licznych fejspalmów, szczególnie pod koniec, kiedy doprowadziły do śmierci postaci, którą uważałam za jedną z najsympatyczniejszych w całym serialu. Ale na szczęście było nie tylko o nich, mieliśmy też okazję zobaczyć kolejny epizod z serii "Jak zostać Batmanem. Poradnik dla opornych" - tym razem odhaczono aż dwa podpunkty z listy: "fochaj się jak primadonna" i "znajdź własnego Luciusa Foxa". Przynajmniej serialowy Lucius zapowiada się na dającą się lubić postać, yay. Eddie Nygma kontynuuje podbieranie fuchy Two-Face'owi, a Bullock wciąż ma tego wszystkiego dość. W sumie nic nowego.
Tak ogólnie: dziwne rzeczy dzieją się w tym serialu, dziwne. Wiem, że niektórym się to podoba, ja osobiście nie wiem, co o tym sądzić. Nadal jest bezsensownie, ale przynajmniej można się pośmiać, więc chyba zmierzamy w dobrym kierunku.
Bo wy jesteście zajęte byciem eye-candy? 
Blindspot S01E02
Jestem trochę zawiedziona, nawet nie tyle tym odcinkiem, co kierunkiem, który obrał serial. Przed obejrzeniem pilota miałam nadzieję, że nacisk zostanie położony na główny wątek, a kolejne odcinki skupią się na historii Jane Doe, oraz, w mniejszym stopniu, innych bohaterów. Pierwszy epizod zadźgał tę nadzieję tępym nożem, ale gdzieś w głębi mojej duszy wciąż tliła się nieśmiała propozycja: "A może jednak nie zrobicie z tego proceduralu?". Zrobili, oczywiście. Tatuaże na ciele głównej bohaterki są jedynie pretekstem do rzucania co tydzień nową historią, co prawda niezupełnie oderwaną od reszty fabuły, ale jednak znacznie od niej odstającą. I cóż, to nie jest tak, że ja nie lubię procedurali (paru udało się całkowicie mnie kupić i przemęczyłam każdy, najnudniejszy nawet odcinek), po prostu ten pomysł miał potencjał na zgrabną, niezbyt długą serię o jasno określonej problematyce i szkoda mi, że będzie się ją w ten sposób rozciągać. 
Co do samego odcinka: był niezły, trzymał poziom poprzedniego. Jane już chyba oficjalnie robi za jakiegoś konsultanta (których ostatnio w serialach pełno, ekhem) i pozwala policyjnej aparaturze doszukiwać się sensu w plątaninie swoich dziarek. Jak się okazuje, odkryta ostatnio wskazówka pozwoliła teraz rozwikłać kolejną, więc bohaterowie w liczbie trzech - główny gieroj, Jane i Ta Trzecia, która pałęta się po drugim planie bez żadnego widocznego celu i prawdopodobnie ma jakieś imię, ale w ogóle go nie kojarzę - ruszają jej tropem. Ten prowadzi ich w niebezpiecznie wojskowo-polityczne rejony i szybko skutkuje licznymi ofiarami w ludziach, co prawda nie tworząc w ten sposób jakiegoś specjalnego dramatyzmu, ale przynajmniej zwiększając tempo odcinka do takiego, przy którym ciężko się nudzić (i zastanawiać nad nieścisłościami, noale). Zaskakująco małą rolę pełni tu nasza główna heroina, widzimy za to więcej Kurta, który kontynuuje bycie typowym, nudnym bohaterem serialu kryminalnego. Widzimy jakąś dramę z przeszłości, jakąś traumę, ale szczerze mówiąc, ta postać już od pierwszego odcinka obchodzi mnie tak mało, że twórcy mogliby robić z niego podróżującego w czasie zmiennokształtnego chomika bojowego, a i tak więcej uwagi poświęcałabym ułożeniu włosów Jane w kolejnych ujęciach, niż jemu. Na szczęście oprócz tej dwójki na ekranie widzimy też drugoplanowe postacie pracujące w policji, pojawiające się co jakiś czas, żeby rzucić paroma kwestiami - ci wypadają jak na razie naprawdę sympatycznie, zwłaszcza Patterson, pogodne usposobienie której ładnie kontrastuje z resztą bohaterów.
Historia przedstawiona w tym odcinku nie była zbyt porywająca, ale wciąż oglądało się to szybko i dość przyjemnie. Główny wątek został poruszony parokrotnie (ba, prawdopodobnie odkryto już tożsamość Jane. Szkoda, że tak na boku, w ciągu minuty), więc twórcy nie ignorują go tak mocno, jak się obawiałam. Ogólnie nie jest źle.

A nowe odcinki już wiszą. Kolejna odsłona zostanie wzbogacona dodatkowo o "iZombie", "Arrow" i "Flasha", więc pojawi się ciut później. 
Zapraszam, jak zawsze, do komentowania. Może tym razem skusi się na to więcej niż jedna czy dwie osoby? Będę wdzięczna, wiecie. Tymczasem biegnę pisać relację z MFKiG, do napisania!

Sunday, 4 October 2015

Recenzja "Silverwinga"

Nazwa bloga dość wyraźnie sugeruje, że powinny pojawiać się tu od czasu do czasu jakieś nietoperze. Wiem, że większość spodziewałaby się raczej nietoperzy w znaczeniu "ludzie z przebierający się w lateksowe stroje, biegający nocami po ulicach i kopiący dupy ludziom", ale jestem pewna, że znajdą się tu też fani nietoperzy-nietoperzy, ssaków takich. Nie zrozumcie mnie źle, ja sama byłam pewna, że Muzeum będzie zawierać nieco większe stężenie Batmana, dzisiejsza notka jest zaskoczeniem i dla mnie, ale nie mogłam się powstrzymać. 
Fun fact: na omawianą dziś książkę trafiłam z powodu tego challenge'a, w którym biorę udział - znajduje się w nim pozycja "Autor ma takie same inicjały jak ty", która to zmusiła mnie do rozpoczęcia ciężkich poszukiwań. Udało mi się znaleźć paru, swój wybór zawęziłam w końcu do  wywodów japońskiego filozofa i przygodówki dla dzieci. Wybór był oczywisty. 


Gdzieś w internecie wpadła mi w oko opinia mówiąca, że "Silverwing" to takie "Wodnikowe Wzgórze", tylko że opowiadające o nietoperzach. Jak mogłam kiedyś wspominać, jestem uczulona na tego typu teksty i zazwyczaj skutecznie odpychają mnie od potencjalnej lektury. W tym przypadku byłam jednak zdeterminowana i zdecydowałam się przeczytać ją mimo wszystko, chociaż użyte porównanie mocno mnie niepokoiło. Zupełnie niepotrzebnie, jak się okazało. 

"Silverwing" to pierwszy tom serii o tym samym tytule, opowiadającej, jak już wspominałam, o nietoperzach. Wzorem "Wodnikowego Wzgórza" (nie obejdzie się bez wspominania o tej książce) bohaterowie są tu upersonifikowani tylko do pewnego stopnia, a więc mimo wielu cech ludzkich - występujące tu toperze (jak i parę innych gatunków, w stopniu większym lub mniejszym) mogą pochwalić się znaczną inteligencją, mają też własny kodeks moralny, hierarchię, legendy, przesądy czy nawet religie - wciąż pozostają jednak tylko zwierzętami, ze swoimi zwyczajami, potrzebami i specyficznym, dość naiwnym spojrzeniem na świat. Książce udaje się ukazać to w zgrabny, niewymuszony sposób. 
Nietoperzowy świat poznajemy, śledząc Shade'a, młodego toperka z kolonii Silverwingów (gatunki przedstawiane w serii faktycznie istnieją, tu dostają tylko ładniejsze, bardziej klimatyczne nazwy), niewielkich owadożernych stworynków. Nasz protagonista jest takim typowym przedstawicielem gatunku (protagonistów, nie nietoperzy), ma więc sporą paletę cech, dzięki którym czytelnikowi (w domyśle równie niewielkiemu) łatwo się z nim utożsamić. Nie oznacza to jednak, że nie jest bohaterem z krwi i kości, bo obdarzono go wcale sporą ilością charakteru, ładnie oddając osobowość poznającego świat, ciekawskiego małolata. Shade pakuje się w kłopoty niemalże już na pierwszej stronie książki, przez co cała jego kolonia jest zmuszona migrować do zimowego legowiska wcześniej, niż to planowano. Podróż nie mija jednak bezproblemowo, bo główny bohater odłącza się od grupy i, po parokrotnym uniknięciu śmierci, próbuje dotrzeć na miejsce sam. 
Fabuła jest nieskomplikowana, dość liniowa, praktycznie bez żadnych plot twistów. Mogłaby nudzić, ale na szczęście ratuje ją przed tym duże nagromadzenie akcji, postaci tła i wydarzeń, przez które historia wcześnie przyśpiesza i utrzymuje tempo aż do końca. 

Jednym spośród największych plusów tej serii są bohaterowie, co uważam za niezwykle istotne w lekturze przeznaczonej dla młodszych czytelników - akcja akcją, fabuła fabułą, ale o ciekawych postaciach zawsze czyta się chętniej, niż o jakichś Skrzetuskich. Pojawiające się na kartach powieści zwierzęta to ciekawe i barwne postacie (oczywiście jak na standardy książki młodzieżowej, nikt chyba nie spodziewa się po nich głębi psychologicznej Raskolnikowa), z mocno zarysowanymi charakterami. Najwięcej mamy okazję przejrzeć się Shade'owi, poznanej na początku samodzielnej migracji Marinie, strasznej i znacznie bardziej doświadczonej niż nasz gieroj samicy Brightwinga, oraz Gothowi, głównemu antagoniście serii, wielkiemu mięsożernemu nietoperzowi pochodzącemu z tropikalnej dżungli, który do miejsca akcji ściągnięty został przez ludzkich badaczy. Ten ostatni to mój osobisty ulubieniec - w sumie, jeśli nie wiecie, czy warto przeczytać te książkę, opowiedzcie sobie na jedno pytanie: czy istnieje inny tytuł, w którym będziecie mogli poznać postać socjopatycznego nietoperza-kanibala-fanatyka religijnego? Idę o zakład, że nie istnieje. 

Najmocniejszą stroną "Silverwinga" jest jednak, moim zdaniem, świat, który przychodzi nam obserwować. Jest on bogaty i tętniący życiem, a przedstawienie go z perspektywy nietoperzy wypada naprawdę ujmująco. Podobnie jak w przypadku przytoczonej już przeze mnie powieści Adamsa, jest to świat dość brutalny - widać to choćby po wspomnianym wcześniej zjawisku kanibalizmu - ale jest to brutalność, której można się spodziewać po opowieści osadzonej w takich klimatach. Przede wszystkim jest to jednak świat przepięknie opisany. Pełno tu opisów przyrodu, niezwykle malowniczych, niewymuszonych i umiejętnie wpasowanych w akcję. Co ciekawe, w jednej ze znalezionych w internetach recenzji wyczytałam, że w całej książce autor używał jedynie trzech określeń kolorów: czarnego, białego i srebrnego - nie sądziłam, że można w ten sposób stworzyć tak barwny krajobraz, ale tu się udało.

Powieść ta nie jest oczywiście wolna od wad. Większość z nich to częste błędy popełniane przy tworzeniu historii przeznaczonych dla młodszego odbiorcy: powielanie zużytych już klisz i schematów, przerysowanie niektórych postaci (tak, toperzowy Hannibalu, patrzę na ciebie)  czy prosta i nieangażująca fabuła. Nie jest to może coś, co w znacznym stopniu uprzykrza lekturę, ale może denerwować, zwłaszcza czytelnika z nieco wyższymi oczekiwaniami. 

Podsumowując, "Silverwing" to naprawdę urocza, przyjemna i dość lekka książka. Świat przedstawiony jest ujmujący i prześlicznie opisany, bohaterowie sympatyczni, a całość czyta się szybko, łatwo i przyjemnie. Nie jest to nic ambitnego, ale na zabicie czasu to sposób równie dobry, co jakakolwiek młodzieżówka - nawet lepszy, bo zamiast papierowych nastolatek ratujących dzień mamy tu puchate nietoperze. 

Notka w stanie bardzo surowym, bo pisana z telefonu. W weekend dodam obrazki i pousuwam błędy (mam tu genialną autokorektę, już boję się efektów). Wtedy też pojawi się druga odsłona Serialowej Warty - jeśli kogoś to interesuje. 
Also: w sobotę i niedzielę będę pałętać się po MFKiG. Będzie relacja, tylko nie wiem, kiedy.