Monday, 28 December 2015

Podsumowanie roku 2015

Czy to tylko moje wrażenie, czy czas zaczął ostatnio płynąć jakoś szybciej? Zeszły rok zleciał mi momentalnie, tego nawet nie zauważyłam - przed chwilą się zaczął, dammyt, skąd tu nagle te święta, ten Sylwester? Przedziwne. Sam grudzień też jakoś mnie ominął, miałam w planach napisać tyle tysięcy notek, zrobić konkurs, a wyszło jak zwykle. Ale obiecuję, w styczniu możecie spodziewać się poprawy. Chyba. 
Tymczasem parę słów o wydającym właśnie ostatnie tchnienia roku dwa tysiące piętnastym. Miało być ładnie, w punktach, ale no. 

Rok 2015 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia. "Nadzwyczajne zdarzenia" nie były może aż tak nadzwyczajne, jak bym tego oczekiwała (wciąż nie mam supermocy - c'mon, świecie, czekam), ale udało mi się rozpocząć studia (może przetrwam na nich jeszcze trochę, kto wie), zrobić sobie pierwsze dwa tatuaże (kolejny już wiosną!), poznać zaskakująco dużo ludzi, którzy najwyraźniej tolerują moją obecność, udało mi się nawet zaliczyć parę pozycji z zeszłorocznej listy postanowień noworocznych. Ledwie parę, ale to i tak pewien sukces. O tym jednak za moment, najpierw trochę okołopopkulturowych zachwytów.


Chciałabym móc wypowiedzieć się na temat wychodzących w tym roku gier czy książek, ale - podobnie jak rok temu - nie jestem w stanie, gdyż zwyczajnie żadne nie przychodzą mi do głowy. Nie śledzę nowości i premier, nie wiem więc nawet, co dokładnie wylądowało na rynku w ciągu ostatnich trzystu sześćdziesięciu paru dni. No, poza paroma głośniejszymi tytułami, ale te z kolei nie wpadły mi w łapki, więc niewiele to zmienia.
Lepiej ma się sprawa seriali, komiksów i filmów - nie jest to może szczególnie ambitne, ale cóż, w końcu jestem jedynie żałosnym konsumentem kultury masowej. Zaczynając od tych pierwszych: to był dobry rok dla fanów seriali. W znacznej części odpowiada za to Netflix, który dostarczył nam przesympatyczne "Sense8" oraz dwa genialne tytuły od Marvela: "Daredevil" i "Jessica Jones". Dostaliśmy też inny serial sygnowany znakiem MCU, czyli "Agent Carter", który nie był może arcydziełem, ale uważam go za absolutnie urzekający. DC także dorzuciło coś od siebie, dając nam "iZombie", a później też "Supergirl". Moją opinię o tym pierwszym można przeczytać tutaj, drugi natomiast jest marną, acz przyjemną w odbiorze bajeczką. Na uwagę zasługuje także "Mr. Robot", seria przez wielu uważana za najlepszy tytuł 2015 - jestem co prawda daleka od takich zachwytów, ale przyznaję, że był to kawał porządnego serialu. Na liście tegorocznych produkcji znajdziemy też miłe, acz nieporywające "Blindspot", wybitnie miałkie "Better Call Saul" czy usypiające "Fear the Walking Dead", a także parę seriali, które mam zamiar nadrobić: wysoko oceniane "Narcos" i "Bloodline" czy niesamowicie zapowiadające się "Into the Badlands". W ogólnym rozrachunku: jest dopsz. "Jessica Jones" otrzymuje ode mnie tytuł najlepszej serii minionego roku.
Komiksy DC i Marvela były w tym roku targane wieloma eventami i inszymi pierdołami utrudniającymi czytanie, dało się z nich jednak coś wyciągnąć. Za największą zaletę uważam oczywiście fakt, że sporo czasu "antenowego" dostało się superbohaterkom, czy to występującym samodzielnie, czy w grupach. Dostaliśmy dwie cudowne serie skupione na all-female drużynach: "A-Force" i "DC Bombshells" (o pierwszej wspominałam tutaj, o drugiej - tutaj), a także parę udanych tytułów solo, choćby "Black Canary", "Unbeatable Squirrel Girl", "Silk" czy "Spider-Gwen". Za równie miłe i warte uwagi uważam "Midnightera" czy "Dr Fate'a", a także urocze "Prez". Nie gorzej sprawowało się także Image Comics, moje ukochane wydawnictwo. Poza kontynuacjami wielu wspaniałych serii, mogliśmy przeczytać parę naprawdę genialnie zapowiadających się komiksów, zwłaszcza "Monstress" oraz "Paper Girls". Image odpowiada także za mój absolutnie ulubiony pojedynczy zeszyt tego roku: trzynasty numer "The Wicked + The Divine". Ciężko napisać o nim cokolwiek bez spoilerowania, a moja konstruktywna opinia na jego temat może zostać podsumowana wybuchem gorzkiego płaczu i potokiem wykrzykników - powiem więc tylko, że polecam tę serię. Choćby i tylko ze względu na ten rozdział.
Na brak filmów w odpowiednio nerdowskim klimacie też mogliśmy w tym roku narzekać. Nowy "Park Jurajski", nowe "Gwiezdne Wojny", nowy "Terminator", do tego nieco superhero i innych es-efów. Co prawda spora część z nich okazała się zawodzić oczekiwania, ale wciąż dostaliśmy masę porządnych produkcji dostarczających rozrywkę w ilościach hurtowych. Obok marnego "Avengers: Age of Ultron" i dość przeciętnego, moim zdaniem, "Ant-Mana" mamy bardzo przyjemnego "Marsjanina" czy durne, acz miłe "Jurrasic World". Sporo tytułów muszę jeszcze nadrobić, choćby "Inside Out", "Crimson Peak", "Hateful Eight" oraz "The Man from U.N.C.L.E." - słyszałam o nich wiele i muszę przekonać się, czy wypadły tak, jak się tego spodziewam. Jakkolwiek by się jednak nie prezentowały, mam już swoje top 3 tegorocznych filmów. Na trzecim miejscu ląduje "Kingsman: Secret Service", za swój niezwykły urok, odpowiednio dziwny humor, zgrabną historię i przecudowną postać Gazelle. Pierwsze dwa miejsca zajmują ex aequo "Mad Max: Fury Road" i "Star Wars: The Force Awakens". Jeszcze parę dni temu najwyższa nagroda bezsprzecznie należałaby się pierwszemu z tych filmów (to w końcu czysta doskonałość), ale jeszcze nigdy żaden film nie wzbudził we mnie tak gwałtownej i namiętnej potrzeby odwiedzenia kina jeszcze siedemnaście tysięcy razy, co siódmy epizod "Gwiezdnych Wojen". To chyba coś znaczy.
Ogólnie rzecz biorąc: to był dobry rok na bycie nerdem. Przyszły będzie chyba jeszcze lepszy - przekonamy się niedługo.


Czas przejść do tej bardziej osobistej części. Patrzę sobie na listę ułożoną naprędce w zeszłym roku i widzę, że udało mi się, przynajmniej częściowo, spełnić większość z nich. Fakt, że składały się na nią cele niesamowicie pierdółkowate niczego nie zmienia. Prawda? Hm, tak czy inaczej: odwiedziłam przynajmniej trzy konwenty, nie przygotowałam żadnego panelu, nadrobiłam trochę książek, filmów i komiksów, niczego nie zacosplayowałam i nieszczególnie dobrze szło mi pisanie.
Cóż, w tym roku może wyjdzie z tego coś sensowniejszego.

  • Odwiedzić co najmniej cztery konwenty. Taki wyższy poziom postanowienia z zeszłego roku, o. 
  • Przygotować przynajmniej jedną prelekcję. Mam nawet parę pomysłów, trzeba tylko wybrać jeden czy dwa i coś z nich zrobić. Jakoś. Kiedyś. 
  • Zacosplayować. Cokolwiek, byle by coś. Trzeba w końcu to zrobić, bo zabieram się od paru lat i nic. 
  • Zrobić przynajmniej trzy nowe tatuaże. Najlepiej z trzydzieści, ale trzy na początek starczą. 
  • Uporać się z kolejnym wyzwaniem 52 książek. W tym roku się udało, w 2016 mam zamiar ponownie do niego podejść. 
  • Napisać przynajmniej jeden naprawdę sensowny, dobry tekst, który zostanie opublikowany w miejscu ciekawszym niż Muzeum. Taka profeska, wiecie. Byłoby miło. 
  • Nawiązać współpracę z co najmniej jednym wydawnictwem/autorem/czymś lub kimś, od kogo będę dostawać darmowe rzeczy. Skoro już się sprzedaję, to mogłabym chociaż sprzedawać się efektywniej. Potrzebuję ksiunszków i komiksów do recek, ot. 
  • Pisać często i dużo. A przynajmniej częściej niż te cztery razy w miesiącu. 
  • Nie zawalić studiów. Taka tam pierdółka. 
No i tak. 
Bogowie, jakiż ten rok był krótki. 
Czy Wam też minął tak szybko? Czy macie swoje ulubione popkulturowe momenty i tytuły? Jakieś postanowienia noworoczne? Cokolwiek? 
Możecie podzielić się tym w komciach, wiecie, to wciąż darmowe. 
Ach, no i tak. Udanego Sylwestra i szczęśliwego Nowego Roku. 

Tuesday, 15 December 2015

O zaletach Nowej Trylogii "Star Wars"

Już za moment odbędzie się premiera siódmego epizodu serii "Star Wars", początek trzeciej trylogii. Uznałam to za idealny moment, żeby napisać Kontrowersyjną Notkę, w której przyjrzę się poprzednim trzem filmom - owianym złą sławą częściom I-III. Postanowiłam podjąć się trudnego zadania wymienienia tego, co jest w tych filmach, uwaga, DOBRE. Wiem, to szokujące i niespotykane, ale zaczekajcie, nie obrażajcie mnie w komciach tak od razu. 



Już na wstępie chcę zaznaczyć oczywistości: Nowa Trylogia to nie są dobre filmy. Jar Jar Binks to abominacja, za stworzenie której bogowie powinni byli ukarać ludzkość jakimś końcem świata, co najmniej. Midichloriany to jeden z najgorszych pomysłów w historii tego milenium. Dialogi dają raka, gra aktorska boli, większość wątków jest wybitnie wręcz spaprana - jest źle, bardzo źle, momentami wręcz nieziemsko źle. 
ALE. Ale. Wciąż uważam, że jest parę rzeczy, które nie ssały aż tak bardzo. Parę drobnych elementów, które co prawda nie wpływają znacznie na odbiór całej trylogii, ale jednak wyróżniają się na tle reszty niczym grudka węgla w stosie diamentów. A, no i Epizod II był całkiem przyjemną produkcją. 
Punkty ułożone w kolejności zupełnie przypadkowej i niewartościującej. 
  • Sceny walki
    Chyba nikogo tym nie zaskoczyłam, to w końcu sztandarowy argument osób wykazujących, że Nowa Trylogia nie składa się w stu procentach ze skondensowanego zła. Pojedynki na miecze świetlne w prequelach znacznie różnią się od tych ukazanych w poprzednich częściach: są niezwykle dynamiczne, pełne różnego rodzaju skoków, obrotów, salt i innych akrobacji, często wspomaganych użyciem Mocy. Nastawione jest to raczej na efektowność, niż względy praktyczne, ale hej, kogo interesuje sens, kiedy na ekranie dzieją się takie rzeczy! Starcia widoczne w I-III cieszą oczy, ogląda się je ze sporym zainteresowaniem, no i zapadają w pamięć - trudno zapomnieć widowiskową walkę Obi-Wana i Qui-Gona przeciwko Darth Maulowi czy pojedynki z finału "Zemsty Sithów". 
  • Duże ilości naraz Jedi
    Oryginalne filmy pokazała nam trójkę Jedi, elegancko i odpowiednio mistycznie tłumacząc ich istnienie oraz zawiłości Mocy. W porównaniu z tym, nowsze odkryły przed nami całe zatrzęsienie informacji. Dowiedzieliśmy się o szkoleniu, o padawanach, zobaczyliśmy ogromny przekrój przez Zakon - od młodzików (scena z dzieciakami, Yodą i Obi-Wanem jest przeurocza, strasznie ją lubię) po Radę, a także - co chyba szczególnie wszystkich ucieszyło - rycerzy w akcji, biorących udział w walkach i dowodzących wojskiem. Ukazanie wszystkich tych Jedi w czasie bitwy na Geonosis było bezbłędne i niezwykle nerdgazmogenne. I mówię to jako fanka Imperium. 
  • Ciemna strona konfliktu
    Stara Trylogia mogła pochwalić się stadkiem naprawdę ujmujących antagonistów, ale prequele wcale mocno jej w tym nie ustępują. Co prawda większość nie miała czasu się wykazać, bo pojawiali się ledwie w jednej części (Dooku zahaczył jeszcze o jedną, ale to było parę sekund, ciężko to liczyć), ale wypadli na tyle ładnie, by można było ich zapamiętać i polubić. Darth Maul jest ulubieńcem fanów, mimo że pojawił się na parę sekund i wypowiedział ze trzy słowa; hrabia Dooku był grany przez Christophera Lee, co samo w sobie dodaje mu milijon do charyzmy; Jango Fett nie robił może takiego wrażenia, jak Boba w starszych filmach, ale też był urzekający (i miał świetne sceny z Obi-Wanem). Główny zły serii też prezentuje się nieźle - co prawda pod koniec budzi jedynie pusty śmiech (chyba że jest ktoś, kto nie uważa "ULIMITED POWAHHHH!!111one1!" za najśmieszniejszy moment sagi. Jest?), ale przez większość czasu jest wcale interesująca i dobrze sprawdza się jako makiawelistyczny manipulator. 
  • KLONY
    Punkt bardziej subiektywny niż większość. Absolutnie uwielbiam motyw armii klonów  - co prawda główną zasługę w tym miał nie film, a książki oraz serial, ale mniejsza, pomysł sam w sobie jest cudowny. Począwszy od zaskakująco przyjemnych i klimatycznych scen na Kamino, gdzie po raz pierwszy ujrzeliśmy powstające klony, poprzez wszystkie walki z ich udziałem, aż po scenę egzekwowania Rozkazu 66 (o którym więcej niżej), klony prezentują się genialnie, majestatycznie, epicko, jak przystało na najlepszą armię galaktyki. Co prawda nie poświęcono właściwie ani chwili na pokazanie indywidualnych jednostek, ich charakteru czy czegokolwiek, ale trudno, nie oczekiwałam tego. Grunt, że ujęcia na idealnie zsynchronizowane ruchy wojsk Republiki wyglądają genialnie i robią wrażenie. 
  • Grievous
    To najbardziej subiektywny punkt, ale cóż. Grievous ma prawdopodobnie najlepszy design w całej serii (przynajmniej filmowej), ma przecudny głos, a jego sposób walki jest tak widowiskowy, że aż szkoda, że pojawił się na ekranie na tak krótko. Do tego dochodzi ciekawe backstory i niewielka doza charyzmy, no i jakoś tak wyszło, że jest jednym z moich ulubionych elementów Nowej Trylogii. To tyle. 
  • Padmé
    Z poprzednich seansów tych części zapamiętałam tę postać jedynie przez pryzmat najgorszego wątku romantycznego w historii, oraz tego, jak starała się walczyć z tym tragicznym scenariuszem. Przy ostatnim maratonie postanowiłam jednak dokładniej jej się przyjrzeć i doszłam do wniosku, że jest ona zaskakująco ciekawa i wcale nieźle prowadzona. O ile uda nam się zignorować jej związek z Anakinem, znaczy. Wypada niezwykle sympatycznie zarówno jako młodociana królowa, jak i polityk wierny swoim ideałom, w dodatku świetnie sprawdza się jako agresywna negocjatorka. Szkoda, że jej historia skończyła się tak szybko. 
  • "Execute Order 66"
    Kawał porządnej sceny, ot. Bardzo porządnej. Moment, w którym klony wybijają niczego niespodziewających się Jedi przedstawiony jest po prostu doskonale - fantastyczny plot twist dla osób, które nie oglądają po raz pierwszy. Zaskakująco dramatyczne, ładnie wykonane, pokazujące wielu lubianych bohaterów umierających z rąk tych, którym ufali - coś pięknego. 
  • Odległa galaktyka
    NT poświęca też sporo czasu na rozszerzenie uniwersum, co bardzo się chwali. Od początku odwiedzamy nowe planety, które w dodatku oferują całkiem ładne widoki, nie ograniczające się wyłącznie do gór piasku czy śniegu (nawet Mos Eisley jakoś podejrzanie tętni życiem), widzimy masę nowych ras kosmitów, modeli statków i tak dalej. Do tego dowiadujemy się sporo o Jedi (jak wspominałam wcześniej) i Sithach (o tych dowiadujemy się czegokolwiek w ogóle - w ST ta nazwa nawet nie padała), choćby dzięki całkiem udanej scenie, w której Palpatine opowiada o Darth Plagueisie. Do tego dochodzi oczywiście spojrzenie na przeszłość bohaterów znanych z epizodów IV-VI, które też wypada nieźle, nawet, jeśli czasami ogranicza się tylko do wciśniętego nieco na siłę Easter Egga.  
  • Soundtrack, ofkors
    Ogromny plus. Jeśli ktoś nie trawi prequeli tak bardzo, że aż ma trudności z oglądaniem ich, może przynajmniej wsłuchać się w ścieżkę dźwiękową i udawać, że nic innego nie istnieje. Williams odwalił genialną robotę, co w sumie nikogo nie powinno dziwić. A "Duel of Fates" to prześliczny motyw. 
  • Pomysł
    Punkt bardzo ogólny, w dodatku mogący być jednocześnie zaletą, jak i wadą. Ja naprawdę uważam, że Nowa Trylogia wygląda genialnie na papierze. Genialnie. Historia chłopaka uznanego za Wybrańca, który, przez własny charakter i manipulacje villaina, zawodzi oczekiwania wszystkich i przechodzi na Ciemną Stronę Mocy (w znaczeniu dosłownym i przenośnym), ukazana na tle wojny i politycznych intryg brzmi cudownie. Pomysł na Tego Złego, który dowodzi jednocześnie dwiema stronami konfliktu, pomysł na armię klonów, pomysły, pomysły, pomysły. Gdyby nie zostały tak widowiskowo spierdolone, to wyszłoby z tego coś naprawdę fantastycznego, powiadam. Podeszłoby mi pewnie nawet bardziej niż pierwsze trzy filmy, w których fabuła była taka prosta i baśniowa - niestandardowy i skonfliktowany bohater oraz polityczne zagrywki trafiają do mnie znacznie bardziej. Uważam to za najbardziej zmarnowany potencjał ostatnich dziesięcioleci i naprawdę mi szkoda, że tak to wyszło. 
Mogłabym ciągnąć tę listę jeszcze trochę, rzucając pojedynczymi scenami (a było sporo wcale ładnych momentów - zazwyczaj były to te, w których nikt nic nie mówił), czy postaciami (choćby taki Obi-Wan wypadł bardzo przyjemnie, chyba wszyscy się zgodzą), ale chciałam ograniczyć się do swoich osobistych faworytów. Nie ratują one co prawda filmów, ale pozwalają czerpać z seansu pewną radość. Przynajmniej mi. 

A Wy? Czy jest w epizodach I-III coś, co lubicie? A może przeciwnie, potraficie wymienić milijon powodów, dla których te filmy to całkowita porażka światowej kinematografii? Możecie napisać w komciach, chętnie poczytam, poodpowiadam, podyskutuję. Nie krępujcie się, serio. 
Ja tymczasem uciekam na moment do outternetu (studia wzywają), wrócę już po seansie "The Force Awakens". Będzie notka. 

Wednesday, 9 December 2015

Stosik #5

Powinnam napisać relację z Comics Wars, ale to wymagałoby ode mnie wysiłku. Wysiłek to dokładnie ta rzecz, z którą nie chcę mieć absolutnie nic do czynienia przez najbliższe tygodnie. Ech, byle do premiery "The Force Awakens". 

Panuje u mnie książkowa bida. Nie miałam ostatnio okazji wpaść do mojego ulubionego antykwariatu, a w okolicy, w której aktualnie pomieszkuję nie rozglądałam się jeszcze za innymi. W sumie jedyne, jakie udało mi się zdobyć, to dwa egzemplarze recenzenckie i jeszcze jedna czy dwie rzeczy, ale zabijcie mnie, nie pamiętam jakie. Sprawdzić nie mogę, bo tkwią sobie aktualnie na regale kilkaset kilometrów ode mnie. Wrzucę je do kolejnego stosiku, czy coś.
Znacznie ładniej wypada za to kwestia komiksów. Jest to dość bezsensowne, biorąc pod uwagę fakt, że jestem biedna, a one są zazwyczaj droższe niż książki, noale.

  • "Król Wron" Szymona Krugi - wypatrzony w internetach, absolutnie urzekł mnie okładką. Otrzymany od wydawnictwa MadMoth Publishing. Recenzja tutaj
  • "Przebudzenie" Łukasza Ignatowa - dowód na to, że pazerność nie popłaca. Panteon dostał egzemplarz do recenzji, ja słysząc słowa "darmowa książka" stwierdziłam, że biorę. No i wzięłam. Straconego czasu nikt mi nie zwróci, ale przynajmniej będę mogła bezproblemowo wyznaczyć najgorszy tytuł roku 2015. Recenzja tutaj
  • "JSA: Mixed Signals" - cudem złowione na MFKiG w Łodzi. Cudem, bo cena była znacznie wyższa, niż zawartość mojego portfela, ale sprzedawca zlitował się nad biedną studentką i zszedł z niej nieco. Sympatyczny zbiorek, zwłaszcza jeśli lubi się Justice Society. 
  • "Guardians of the Galaxy: Kosmiczni Avengers" - zakupione w internetowym dyskoncie książkowym. Bo cena, bo Bendis, bo tej serii ze Strażnikami jeszcze nie znałam.
  • "All-New X-Men: Wczorajsi X-Men" - jak wyżej. Tu dochodzi fakt, że słyszałam wiele ciepłych słów i opinię, że to dobry komiks na zapoznanie się z mutantami. Jak mogłam już kiedyś wspominać, nie czytuję zbyt wiele Marvela, więc coś takiego mi się przyda. 
  • "Batman: No Man's Land" vol 5 - wygrana w konkursie na tumblrze, ostateczny dowód na to, że ta strona ma jakieś jasne strony. Konkurs był prosty, zakrawał właściwie o zwykłego give awaya, ale wymagał napisania o swoich okołobatmanowych przemyśleniach i spostrzeżeniach. Najwyraźniej poszło mi nieźle. Inna rzecz, że komiks nieco ucierpiał, zanim się do mnie dostał - podróż z dalekiej Skandynawii poszła bez przeszkód, ale nasz kraj przywitał go dość brutalnie, mianowicie listonoszem-mendą, który rzucił go w krzaki pod moją skrzynką. 
  • "Batman: Earth One" - taka klasyka klasyki, aż głupio nie mieć własnej kopii. Akurat wychodziło u nas polskie wydanie, ale ja jestem hipsterem i postanowiłam zdobyć oryginalne. W dodatku ma bardzo ładną, twardą okładkę i było znacznie tańsze niż tłumaczenie. 
  • "Red Hood: Lost Days" - strasznie lubię ten komiks, więc kiedy tylko zobaczyłam go na jednej z komiksowych grup, wiedziałam, że muszę go zdobyć. Kosztował niemało, więcej niż te dwie nieśmigane śliczności leżące obok, ale co tam. Udany zakup. 
  • "Batman: Cmentarna Szychta" - dowód na to, że jestem okropnym człowiekiem. Jeden z dowodów. Parę dni temu na stronie Egmontu pojawił się błąd, przez co ten właśnie komiks zawisnął na parę godzin z ceną dwunastu złociszy. Zostało to dostrzeżone przez ludzi, którzy natychmiast podali informację dalej, dzięki czemu paskudy takie jak ja, żerujące na błędach innych, mogły się obkupić. No i tak, cóż. Egmont dołączył do zamówienia kartkę z gratulacjami. Uszczypliwymi, ale jednak.
  • "Moon Knight: God & Country" - chyba najlepszy zakup tego roku. Moon Knight to jeden z tych bohaterów Marvela, których absolutnie uwielbiam, mimo tkwienia w uniwersum, za którym nie przepadam. Ten komiks dorwałam na promocji w Multiversum na Comics Wars.
  • "Descender" vol 1 - złowione na komiksowej grupie. Czytałam wcześniej parę zeszytów, teraz mam cały zbiorek i mam zamiar go zreckać. 
  • "Copperhead" vol 1 - takoż. Równie miły zakup, równie reckable. 
Mało, biednie, czas zacząć rozsądniej rozporządzać pieniędzmi i kupować więcej książek. 
...zaraz po tym, jak wydam oszczędności życia na nowy tatuaż. 

Zapraszam do tych wszystkich rzeczy, do których zazwyczaj zapraszam. 

Tuesday, 1 December 2015

Recenzja "Exclamat!on"

Polska ofensywa superbohaterów trwa w najlepsze, co za moment będziemy mogli zobaczyć na organizowanych w Poznaniu Comics Wars. Nie zabraknie na nich reprezentacji Sol Invictus Komiks, którzy zaprezentują nie tylko "Lisa" i "Incognito", ale i zupełnie nowy tytuł - "Exclamat!on". 



"Exclamat!on" to one-shot, przynajmniej na chwilę obecną. Straszliwie krótki, przedstawia wycinek prostej historii zakończonej zgrabnym plot twistem - sprawia to też, że ciężko napisać cokolwiek na temat fabuły, nie zdradzając przy tym zbyt wiele i nie odbierając wątpliwej przyjemności z czytania.

Tytułowy bohater dopiero rozpoczyna karierę zamaskowanego herosa, mamy okazję obserwować jego pierwsze próby. Nie podchodzi do nich jednak nieprzygotowany - od lat wytrwale trenował i ćwiczył walkę, żeby w końcu móc przywdziać maskę i wyruszyć na ulice w celu walki ze złem. Zdeterminowany i wiedziony chęcią pomocy wychodzi w noc, gotów stawić czoła wszystkim przestępcom, dresom i innym niepokojącym elementom miejskiego krajobrazu, rzeczywistość okazuje się być jednak znacznie mniej ekscytująca niż świat znany z komiksów czy filmów - na horyzoncie nie widać żadnych zagrożeń, nikt nie krzyczy, nie wszczyna bójek... nuda. Oczywiście historia nie byłaby szczególnie porywająca, gdyby taki stan rzeczy utrzymałby się zbyt długo, dostajemy więc pewne urozmaicenie - choć nie do końca takie, jakiego można było się spodziewać. No, częściowo, bo do pewnego momentu wyglądało to niezwykle sztampowo. Na szczęście zakończenie ratuje sytuację. Nieco.

Sama postać Exclamat!ona również prezentuje się tragicznie. Nie ma on żadnych supermocy, co samo w sobie jest całkiem miłą odmianą, nie nadrabia sobie jednak tego braku znajomością wszystkich istniejących sztuk walki i opanowaniem każdej wymyślonej przez człowieka broni, co również jest popularne w komiksach superhero - to wszystko in plus. Zamiast tego dostajemy pozbawionego finezji, przyziemnego herosa uzbrojonego wyłącznie we własne pięści i wyćwiczonego, zgaduję, w swoim zakresie. To jedna z dwóch cech, dzięki którym nasz bezimienny bohater zdaje się być całkiem ludzki. Drugą jest język, jakim się posługuje - prosty i wulgarny, ale realistyczny. Ogólnie, patrząc na jego kreację, łatwo można wyobrazić sobie, że istnieje w rzeczywistym, znanym nam świecie. To dość nieszczególnie świeże, ale udane podejście do schematu superbohatera, chociaż nie wydaje mi się, żeby sprawdziło się ono na dłuższą metę, w normalnej serii komiksowej. One-shot wydaje się idealny do przedstawienia zarówno tej postaci, jak i opowieści o niej.

Całość utrzymana jest w czerni i bieli, ze znaczną przewagą tej pierwszej. Nie przepadam za takim stylem i niespecjalnie mnie to ujęło. Kreska nie powala, anatomicznie jest straszliwie wręcz słabo, w dodatku tła ograniczają się w większości kadrów do ciemnej plamy, co ma sens, biorąc pod uwagę czas trwania akcji, jednak nie prezentuje się zbyt interesująco. Przyznaję jednak, że wcale dobrze się to spisuje i pasuje to do klimatu komiksu.

Ogólnie rzecz biorąc, "Exclamat!on" nie jest udaną pozycją - nie powala ani fabułą, ani oprawą graficzną. Nieźle sprawdza się jako kameralna, zamknięta historia w formie one-shota i w pewien sposób urozmaica nasz rodzimy rynek komiksowy. Polecam osobom mającym ochotę na jakiegoś nieszablonowego superbohatera, ale nie wymagają przy tym zbyt wiele.

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego serdecznie dziękuję wydawnictwu.

W sobotę będę kręcić się po Comics Warsach i próbować nie wydać wszystkich pieniędzy. Napiszę pewnie jakąś krótką relację, ale to dopiero w przyszłym tygodniu. Nie obiecuję, że w bieżącym pojawi się coś jeszcze, ale nie wykluczam takiej możliwości. 
Cya.