Monday, 14 November 2016

Relacja z PGA 2016

Na PGA bawiłam się jako prasa, reprezentując GamesGuru. Jeszcze parę lat, a będę pojawiać się jako słynna blogerka od Muzeum Nietoperzy. Zobaczycie.
A tymczasem.


W dniach 23-25 października miała miejsce jedenasta edycja Poznań Game Arena, największych targów growych w Polsce. Tegoroczna odsłona odniosła ogromny sukces, zbierając na terenie Międzynarodowych Targów Poznańskich ponad 71 tysięcy ludzi. To zatrważająca liczba, którą dało się odczuć, kiedy tylko weszło się na hale targów. 

Miałam okazję pojawić się wśród uczestników jako jedna z 800 osób z akredytacją prasową, dzięki czemu mogłam spędzić te trzy dni oglądając stoiska, grając w gry i słuchając prelekcji. W takim jednoosobowym teamie ciężko oczywiście zwiedzić każdy zakątek targów, zwłaszcza kiedy pokrywają one tak różnorodną tematykę, jaką są gry komputerowe – dlatego też nie rozpiszę się jednakowo o każdej atrakcji, a skupię głównie na produkcjach niezależnych, które zobaczyć można było na targach.

Pawilony PGA pełne były tego, co uwielbia większość graczy – stanowisk do gry, wystawców ze sprzętem komputerowym i innymi gadżetami, a także miejsc na turnieje. 

Obejrzeć i wypróbować można było produkty między innymi takich firm jak RAVCORE czy Hyperbook. Spora przestrzeń zajęta była przez Alienware i Komputronik, które hostowały turnieje Hearthstone i League of Legends, w których wygrać można było poważne tysiące złotych. Zbierały one ogromne rzesze zainteresowanych – co jest oczywiście normą na takich eventach. 

Xbox udostępnił odwiedzającym szereg komputerów i konsol, na których grać można było w liczne gry ekskluzywne. Gracze mogli wziąć też udział w turniejach Fify 16, Counter-Strike: Global Offensive oraz Tekkena.
CPD.PL zorganizowało też turniej Overwatcha, chociaż ich główną atrakcją był Wielki Giermasz – znaleźć na nim można było ponad 300 gier na PC, konsole, gier planszowych oraz wiedźmińskich gadżetów. 

A PGA odbywał się też konkurs cosplayu, w którym nagrodami był sprzęt firmy MODECOM. Uczestnicy zaprezentowali olśniewające prace, które przykłuwały uwagę uczestników na każdym kroku. 

Miło wspominam stoisko Sprite'a – podziwiam hostessy, które przez trzy dni stały tam i otwierały puszki dla przechodzących uczestników. 
Znalazło się także miejsca na strefę Stars4Fans. Nie odwiedzałam jej, mając w pamięci to, jak słabo wypadła na Good Game Expo. Kiedy raz przez nią przechodziłam, widziałam sporo ludzi, prawdopodobnie biegających za autografami. Nic szczególnie zachęcającego.

Niesamowicie prezentował się pawilon przeznaczony dla twórców gier niezależnych. W tym roku rozstawiło się na nim ponad pięćdziesiąt stanowisk. Znalazły się wśród nich zarówno zupełnie nowe, niedoświadczone studia, które prezentowały zaczątki swojej pierwszej gry, jak i twórcy pracujący nad indykami już od lat. 

Moją uwagę zwróciło wiele stoisk. Najbardziej wyróżniającym się spośród innych było zdecydowanie to należące do Artifex Mundi, prezentujące ich nową grę, BladeBound. Było ono ucharakteryzowane na budynek w fantastycznym klimacie z gry, robiło spore wrażenie. Sama gra prezentuje się równie ciekawie, ale o tym napiszę więcej w innym tekście – tutaj ograniczę się do tego, że odwiedzenie ich stanowiska wspominam przemiło. 

Ogromnie cieszę się z okazji wypróbowania gry Archaica: The Path of Light od TwoMammoths. Słyszałam o niej już wcześniej, ale dopiero tutaj miałam okazję zobaczyć ją na własne oczy i zagrać. Zostałam niesamowicie pozytywnie zaskoczona – produkcja TwoMammoths prezentuje się fenomenalnie. Jest powalająca wizualnie, patrzenie na nią to czysta przyjemność. Gameplayowo sprawdza się doskonale i rozwiązywanie logicznych zagwozdek, w których obraca się zwierciadła, by odbijać promienie światła w odpowiednim kierunku, sprawia wielką frajdę. Gra ma dodatkowo subtelnie wplecioną warstwę fabularną, która pasuje do ogólnego spokojnego, relaksującego klimatu. Coś pięknego.

Za jedno z najciekawszych odkryć uważam Lost Ember, grę od Mooneye Studios. Dostępny do ogrania na PGA fragment gry pochodził z pre-alphy, a już prezentował się lepiej, niż niektóre gotowe produkty. Gameplay nie był jeszcze idealnie płynny, ale warstwa audiowizualna powalała, wspomagana dodatkowo przez nieco mistyczny klimat świata natury i starożytnej magii. 

Wśród stoisk znalazło się też Toucan Systems ze swoją grą Selma and the Whisp, którą ogrywałam już na Good Game Expo (wspominaliśmy o tym tytule w relacji). Ich produkcja zdobyła zresztą specjalną nagrodę dla największego odkrycia targów – myślę, że na nią zasłużyła, chociaż konkurencja była mocna.

Wiele ciekawskich spojrzeń przyciągało stoisko Evil Indie Games, na którym można było zagrać za pomocą kontrolera zbudowanego z… bananów. NO THING, mała, prosta zręcznościówka utrzymana w surrealistycznej stylistyce idealnie nadawała się do sterowania w ten sposób, samodzielnie lub w duecie. Za zdobycie najwyższego wyniku punktowego otrzymać można było nagrodę, co dodatkowo zachęcało uczestników. Chociaż wydaje mi się, że możliwość zagrania na bananach była głównym powodem, dla którego tu zaglądano.

Zespół Handmade Depression prezentował swój projekt pod tytułem Indygo. To logiczny point'n'click, w którym gracze mają możliwość wcielić się w bohatera cierpiącego na depresję. Rozwiązywanie zagadek przyczynia się do poprawiania stanu psychicznego postaci, gra oferuje także zakładkę opisującą problem depresji, tłumaczącą jak radzić sobie zarówno z samą chorobą, jak i sytuacją, w której cierpi na nią ktoś inny. Gra wymaga jeszcze pracy, ale z pewnością wyróżniała się pomysłem.

Innym ciekawym tytułem, na który można było natknąć się w strefie indie, było Coffee Noir. Gra odróżniała się od reszty gatunkiem i tematyką. To gra ekonomiczna, która ma za zadanie uczyć graczy o biznesie, ukrywając warstwę stricte edukacyjną pod atrakcyjną estetyką noir i fabułą, w której wcielają się w postać prywatnego detektywa. Twórcy, DOJI - Educational Innovations, postarali się, aby ich produkt zapoznał ludzi z prowadzeniem negocjacji finansowych, planowaniem sprzedaży czy innymi elementami, który mogłyby nie wydawać się wielu tak zachęcające, gdyby zostały podane w innej formie. O Coffee Noir usłyszycie jeszcze, śledząc GamesGuru.

Pod skrzydłami PGA ma miejsce inne wydarzenie – GIC, Game Industry Conference. W poprzednim roku było właściwie osobną imprezą, na którą trzeba było mieć oddzielną wejściówkę, ale w tym roku zmieniono podejście. Wszyscy uczestnicy Poznań Game Areny mogli bez przeszkód wchodzić też na teren konferencji. To świetny ruch ze strony organizatorów. Sama osobiście namiętnie z tej możliwości korzystałam i na GICu spędziłam większość trzydniowego eventu.

Muszę tu wspomnieć o porażającej różnicy, którą zauważyć można było między budynkami stricte PGA, a pawilonem konferencji. Kiedy hale z gamerskim sprzętem i stanowiskami do gry przepełnione były ludźmi, zwłaszcza młodymi, głośnymi i chcącymi ograć jak najwięcej znanych produkcji póki mają okazję. Teren, na którym odbywał się GIC był w porównaniu z tym niemalże pusty, a na pewno znacznie spokojniejszy – większość uczestników stanowiła branża gamedevu lub ludzie aspirujący do niej, którzy wyraźnie przybyli, żeby posłuchać osób obeznanych w temacie i podłapać znajomości. Do tego znaleźć tam można było wiele ofert pracy przy tworzeniu gier – na korytarzu swoje stoisko miał choćby Sperasoft, poszukujący grafików i innych twórców. Świetna okazja dla zainteresowanych. Moim zdaniem zdecydowanie najciekawsza część Poznań Game Areny.

Miałam okazję posłuchać wielu ciekawych prezentacji, zarówno zagranicznych gości, jak i polskich twórców. Większość dotyczyła tworzenia i wydawania gier niezależnych, ale fani innych tematów również mogli znaleźć coś dla siebie. 

Większość z wysłuchanych prelekcji ogromnie mi się podobało, ale jest parę takich, które wspominam szczególnie miło. Jedna z nich to „3, 2, 1… Liftoff! How to sucessfully launch a game?” Natalii Dołżyckiej – już niejednokrotnie miałam okazję słuchać (a jeszcze więcej razy – czytać) Nadię, wiedziałam więc, że mogę spodziewać się czegoś na wysokim poziomie. Nie zawiodłam się.

„Using games to teach children about peace & tolerance” Thasiego Libermana było ujmującą opowieścią o izraelskim gamedevie, serious games i tym, jak gry mogą przekazywać istotne wartości poprzez rozrywkę. Thasi sam zajmuje się tworzeniem gier, a jego studio prowadziło stoisko w strefie indie. Niestety, nie miałam okazji sprawdzić, co mają do zaoferowania w tej kwestii.

Z „Setting the right goals for your PR & marketing” Piotra Bombola wyniosłam chyba najwięcej informacji, które chciałabym wykorzystać w przyszłości. Prowadzący bardzo zgrabnie połączył przegląd interesujących kampanii marketingowych znanych tytułów AAA z zestawem rad dla twórców indyków. 

Bardzo przyjemnie wspominam „Love/Hate Triangle – developer, journalist, gamer” Martyny Zych. Prelegentka zalicza się do wszystkich trzech grup wymienionych w tytule, mogła więc wykorzystać znajomość każdej do wytknięcia tego, co najważniejsze. Wskazała wiele problemów komunikacyjnych, których można nie zauważać, patrząc na sytuację tylko z jednej perspektywy.

Poznań Game Arena to wielka impreza, powalająca rozmachem, świetnie zorganizowana, zapewniająca wiele godzin cudownej rozrywki dla każdego, kto interesuje się grami komputerowymi. Chociaż sama osobiście skupiłam się tylko na niewielkim ułamku wszystkiego, co było na niej dostępne, całe wydarzenie oceniam bardzo wysoko. Nieważne, czy uwielbiasz e-sport, testowanie gamerskich klawiatur czy może wykłady o ekonomicznym podejściu do wydawania gier – na pewno znajdziesz tu coś dla siebie. 

Tegoroczne PGA było moim pierwszym, ale na pewno nie ostatnim. Zdecydowanie polecam odwiedzenie Międzynarodowych Targów Poznańskich w przyszłym roku.

Postaram się pisać więcej. Znowu.

Friday, 2 September 2016

Pokemonowy dream-team

Dzień dobry wieczór, notka na zachętę. Czytajcie, czekajcie, będzie lepiej. 

Wyszły jakieś Pokemon GO! i słyszałam, że zyskały nieco popularności. 
Nieco. Calutki facebook w tym miałam. Calutki Twitter. Calutkie wszystko. Wszystko. Mój początkowy hajp na grę nieco opadł jeszcze przed premierą, a po niej praktycznie umarł - odpychał mnie choćby fakt, że szujstwo wysysa baterię niczym wygłodniały wąpierz. Ostatnio cały świat nieco się uspokoił i skupił na fanowaniu innych rzeczy, gracze się wykruszyli, nastały czasy względnego opanowania sytuacji.
Cóż, nie chcę tu jednak opowiadać o tej konkretnej apce, a o Pokemonach w ogóle. Korzystając z okazji, chcę wypisać, jakie Pokemony chciałbym trzymać przy sobie w czasie Epickiej Podróży Trenera Pokemon. Wiecie, tej, na której połowa dzieciaków chciała kiedyś wyruszyć. I o której marzy połowa tej połowy nawet po dorośnięciu.

Najpierw trochę formalności. Czuję się w obowiązku ostrzec, że to, co za chwilę zobaczycie, będzie wykazem niezwykle i obrzydliwie wręcz nieprofesjonalnym. Widzicie, marnuję czas na granie w Poki bardzo często i niezwykle namiętnie, niestety, robiąc to tylko i wyłącznie dla czystego funu (brzydko to wygląda takie odmienione, nie wiedziałam nawet). Oznacza to, że w pogardzie mam wszelkiego rodzaju statystyki, taktyki i inne rzeczy mniej lub bardziej przydatne. Jest to podejście wybitnie każualowe i, z tego co widziałam, wcale popularne wśród graczy, chociaż czasem widziane jako "pozerskie" i mało tró.
Piszę o tym, żeby nikogo nie zdziwiło, że umieszczone na liście Pokemony nie będą wybrane za swoje niesamowite umiejętności, wartość Special Defense czy potencjał do krzyżowania go.

Kolejność losowa.
  • Noivern. Mogłam kiedyś wspominać, że lubię nietoperze. Ten Pokemon łączy w sobie miłą aparycję topesza z ogromnym rozmiarem, możliwością latania na nim na spore dystanse, skrycia się przed deszczem pod skrzydłami, wtulenia w puchate futerko, a także umiejętnością niszczenia wrogów potężnymi falami dźwiękowymi (zdolnymi niszczyć skały, woah). Doskonałość. Idealny Pok do przemierzania świata. I głaskania. 
  • Swampert. Ostatnia ewolucja mojego najukochańszego Poka, Mudkipa - chodzącej cukrzycy i uroku. Mimo nieziemskiego poziomu słodkości jest jednak mało użyteczny w Epickiej Podróży, przynajmniej w porównaniu do Swamperta. Jest równie wielki co Noivern i doskonale sprawdzi się w roli wierzchowca czy żywej, milusiej łódki. Jest przy tym przerażająco silny, potrafi unosić skały ważące ponad tonę (ewentualnie Pokedex zaszalał i nieco podkoloryzował opis... ale hej, chcę mu wierzyć), sprawnie i szybko pływa, ma też przydatną umiejętność wyczuwania nadchodzących burz. Przemierzanie świata u jego boku - lub na jego grzbiecie - wydaje się przemiłym doświadczeniem.
  • Sableye. Małe, urocze, fioletowe, z kryształami zamiast oczu, które podobno pożerają ludzkie dusze. Ale to tylko pomówienia, więc mam zamiar to zignorować. Je kamienie i kryształy, w zamian wydala przez skórę szlachetne kamyki, które można by opchnąć i zarobić na cukierki dla Poków... tak? Czy coś, co są w stanie wytwarzać nieszczególnie rzadkie, chociaż spotykane w niekoniecznie przystępnych miejscach, Pokemony, może mieć dużą wartość w tym świecie? Jak działa Poke-ekonomia? We may never know, ale cóż, nie wybrałabym Sableye'a ze względu na korzyści materialne. To śliczne i milutkie stworzenie, odpowiednio zabójcze i ujmująco creepy, żeby przydać się w podróży. Nosiłabym go na plecach.
  • Salandit. Intrygujące stworzenie. Pokemon zupełnie świeży, jeszcze nie do końca znany - pojawi się dopiero w najnowszej generacji. Z tego, co na razie wiadomo, wyłania się obraz dość niepokojący. Salamandra łącząca typ Trujący i Ognisty, potrafiąca wydzielać płomienie, toksyczny gaz, a także - w przypadku samic - feromony pozwalające kontrolować męskich przedstawicieli różnych gatunków. W tym ludzi. To cholernie dziwne i przerażające (i heteronormatywne!), ale cóż, można grzecznie poprosić swojego zwierzęcego przyjaciela o nierobienie z innych osób swoich sex slaves. Prawda...? No i to typ Ognisty, jeden z najbardziej przydatnych Poków do radosnego zwiedzania świata. Potrzeba rozpalić ognisko? Done. Chcesz się ogrzać? Done. Podgrzać herbatkę w butelce? Done. Urocze, gadzie stworzonko, do miziania i wspólnych przygód.
  • Jolteon. Czym jest Poke-team bez przynajmniej jednej ewolucji Eevee? Well, prawdopodobnie wciąż Poke-teamem, ale zdecydowanie mniej uroczym. Koniecznie chciałam mieć jedną z nich i wahałam się między Espeonem, Umbreonem a właśnie Joltonem. Do tego ostatniego mam ogromny sentyment od czasów oglądania kreskówkowych Poków w dzieciństwie, a poza tym przydałoby mi się lekkie urozmaicenie typów. No i hej, jest przepiękny i puchaty.
  • Mismagius. Od zawsze uwielbiałam Pokemony-duchy, miłość tę zaszczepił we mnie odcinek pierwszej serii kreskówki, w którym pojawiły się Ghastly, Haunter i Gengar. Coś pięknego. Zastanawiałam się nad wybraniem któregoś z nich, ale w końcu wygrał Mismagius. Ten Pok jest tak niesamowicie piękny, o bogowie. Pomijając już ogromny plus, jakim jest kolor, jest on niematerialny, prawdopodobnie nie wymaga zbyt wiele opieki czy, nie wiem, karmienia go. Będzie unosił się gdzieś w pobliżu, wyglądając wspaniale i czuwając nad moim pięknym teamem. Pominę fragment o jego wołaniu, które przynosi bóle głowy czy halucynacje i uznam, że - dzięki imperatywowi i Poke-magii - działają one tylko na jego wrogów. 


I tyle. Wybór był niesamowicie ciężki, pewna byłam jedynie pierwszych trzech. Wybór pozostałych był morderczą konkurencją, w której odrzucić musiałam wiele ślicznych, puchatych i zjawiskowych Pokemonów. Największym poświęceniem było nie zabranie na Epicką Przygodę żadnego węża, ale ech, jakoś żaden Poke-wunsza nie urzeka mnie aż tak bardzo. Zabrakło mi też kilku typów stworynków, szczególnie bolał mnie brak Psychicznych, Stalowych oraz Lodowych, ale doszłam do wniosku, że umiejętności Salandita i Mismagiusa starczą za to pierwsze, szpony Sableye'a za drugie, a trzecie nie jest aż tak niezbędne.

Autorzy użytych fanartów: alachatte, picopepin, daftlynx, storywood, fydraws @ tumblr.com, Gscreen2 @ devianart.com.

To notka z serii "ugh, czym jest pisanie, klawiatura mnie boli". Kiedyś nadejdą notki z ciekawymi uwagami, researchem, sensem i takie woah.
Jeśli ktoś by chciał, można z tego zrobić taki łańcuszek, czy coś. Jeśli jakieś inne blogerki lub blogerzy chcieliby napisać notki o swoim dream-teamie, feel free to do that.
Pls do dat.

Tuesday, 30 August 2016

Władca Warcraftów

Pamiętam premierę, jakby to było wczoraj.
To zdecydowanie nie było wczoraj.



Moje oczekiwania względem "Warcraft. Początek" nie były wygórowane. Zaczynały się na "da się oglądać", a kończyły na "da się oglądać i czerpać z tego chociaż krztynę przyjemności". To nadzieje, które ciężko zawieść, a zaskoczyć się można jedynie pozytywnie. Prawda?

Nie jestem pewna, czy wstęp do notki nie będzie tutaj wyłącznie formalnością. W końcu każdy, kto ma coś wspólnego z popkulturą, kojarzy "Warcraft" - czy to jako serię, czy tylko "World of Warcraft" - prawda? Zwłaszcza to drugie jest na tyle rozsławione, że nawet zupełnie każualowym jednostkom obiło się o uszy i zapadło w pamięć jako to, w co grają te wszystkie nerdy w swoich piwnicach. Najpopularniejsze MMORPG na świecie stało się kultowe już wieki temu, ma hordy (*pistol fingers*) wiernych fanów, równie wielkie grono antyfanów, a także szczególnie dużą liczbę neutralnie ustosunkowanych geeków, którym przed oczami majaczy jedynie, że warcraftowskie elfy mają śmieszne brwi.

Powstanie filmu na podstawie marki było tylko kwestią czasu. 

Tu muszę nawiązać do swoich wcześniejszych słów. Widzicie, przed podejściem do filmu (a także po jego obejrzeniu - nie zmieniło się to bowiem w żaden sposób) moja znajomość warcraftowego świata ograniczała się do tego, że elfy mają śmieszne brwi. I świecące oczy. I tego, że murloki - czymkolwiek by one nie były - wydają taki zabawny odgłos. To byłoby na tyle. Nigdy nie grałam w żadną część serii, od "WoWa" stroniłam. Na odległość paru kilometrów odrzucała mnie ta dziwaczna estetyka, która zresztą, jak słyszałam, przeszkadza nie tylko mi. Nieznajomość lore i brak emocjonalnego związku z tytułem były oczywiście główną przyczyną tego, że nie wymagałam od seansu zbyt wiele.

Nie jestem do końca pewna, czy film starał się celować w widzów takich jak ja, czy jednak chciał zrobić dobrze zatwardziałym fanom gier - nie wydaje mi się, aby którekolwiek im wyszło. Z jednej strony, spora część czasu antenowego poświęcona była ekspresowemu przedstawieniu jak największych ilości świata. Klik, spójrzcie, to jedno miasto z gry! Klik, już go nie ma, jest inne! Klik, pokazaliśmy je tylko na dwie sekundy, tu macie kolejne! Każde zostało opatrzone ogromną nazwą, coby podkreślić, że to właśnie ono - Rzecz Z Gry. To oczywiście nie jedyne smaczki, jakie się pokazały, z relacji bardziej ogarniających serię znajomych wiem, że było ich sporo. Z drugiej strony jednak przedstawione wydarzenia są dostosowane do każualowych odbiorców w taki sposób, żeby nikt - nawet osoby, które znalazły się na sali kinowej przypadkiem, bo akurat przechodziły obok i znalazły bilet na chodniku - nie miał żadnych problemów ze zrozumieniem ich. Brzmi jak zaleta? Cóż...

Jeśli miałabym przedstawić fabułę w sposób graficzny, narysowałabym krótką, cienką kreskę, biegnącą z punktu A do punktu B, bez żadnych zakrętów, przystanków czy zmian trasy. Istnieje jednak prawdopodobieństwo, że w połowie trasy znudziłabym się i urwała linię w przypadkowym miejscu, licząc na to, że kiedyś dokończę jej bieg. To byłoby najdoskonalsze ukazanie filmowej historii ever. Określenie jej "prostą" byłoby najstraszniejszym niedopowiedzeniem w historii ludzkości.
Orkowie wdarli się do ślicznej krainy ludzi, co oczywiście generuje masę problemów, zwłaszcza przez fakt, że przewodzi im Ten Zły. Bohaterski Lothar, Główny Bohater, łączy siły z paroma przypadkowymi postaciami, żeby pomóc zaprowadzić porządek. Ot, tyle. Scenariusz radzi sobie przez większość czasu z utrzymaniem tej skomplikowanej historii, aż do końcówki, w którym stwierdza, że starczy, czas do domu. Spoiler alert, bo muszę to z siebie wyrzucić: fabuła dochodzi do momentu, w którym jednym, całkiem logicznym ruchem, można zakończyć konflikt i uczynić wszystkich szczęśliwymi... po czym się kończy. Ruch nie zostaje wykonany, nie dzieje się nic, poza przypomnieniem, że ten film ma mieć sequel. Ugh. Proste, nijakie, ale hej, może chociaż postacie ratują tę opowieść?
Ech. Protagonista jest najbardziej pustym, nudnym i wyjątkowo sztywno zagranym herosem od tysiącleci. Jego sidekick, Khadgar, wypada znacznie lepiej, ma sporo charakteru, jest tym urokliwym, niezręcznym, niedoświadczonym adeptem magii, który jako jedyny dostaje jakiś character development - musi przecież zdobyć expa w czasie trwania fabuły. Główny bohater po drugiej stronie barykady, Durotan, to kawał postaci z krwi i kości - co jest zabawne, bo on akurat jest tworem CGI - który nie tylko ma jakieś motywacje, przemyślenia czy racje, to jeszcze daje się polubić. Inaczej sprawa się ma z drugim z najważniejszych bohaterów ze strony orków, czyli Token Female Character, Garoną. Och, bogowie, czemu ona istnieje. To postać tak płytka, tak źle napisana, tak kliszowata, że aż brakuje mi słów. Nie skomentuję jej wyglądu, bo o dymorfizmie płciowym w fantasy pisano już całe książki, co ja mogę dodać. Kogo my tam jeszcze mamy... król i królowa, występujący tylko po to, żeby ładnie wyglądać (udaje im się to), główny orczy villain, który równie dobrze mógłby być stertą kamieni, miałby podobną głębię charakteru... Ach, i Medivh. Mogę mieć mu za złe jedynie fakt, że nie pozwala mi na siebie zbyt długo narzekać. To actually całkiem ciekawa, złożona postać, co prawda momentami pokazująca dozę papieru w swojej osobie, ale wciąż pozostającej intrygującym i ładnie poprowadzonym bohaterem. Niestety, jeden Medivh wiosny nie czyni, a jako że większość osób, które mamy okazję śledzić na ekranie, jest płaska i nijaka - na pytanie "czy bohaterowie ratują film?" odpowiadam smutnym "ech, próbują". 

Za największą wadę produkcji uważam jednak nie fakt, że jest ona wybitnie wręcza papierowa, a cechę całkiem techniczną: montaż. O bogowie, "Batman v Superman" to przy tym arcydzieło sklejania scen do kupy. "Warcraft" wygląda, jakby chwilę przed kręceniem scenariusz wpadł do niszczarki, po czym został na szybko poskładany przez dziecko jednego z twórców, które chciało uniknąć kary za bawienie się ważnymi papierami. Sceny trwają milisekundy, niekiedy urywają się w tym samym momencie, kiedy postać wypowie swoją kwestię, wiele nie wnosi nic, poza suchym przekazaniem ekspozycji. Co najzabawniejsze, w obrazie jednego z takich skrawków brakuje, jakby osoba odpowiedzialna za montaż zgubiła nagle parę klatek. Efekt tego wszystkiego był naprawdę bolesny dla oczu i mózgu. Rozumiem, oczywiście, że film nie mógł trwać pięciu godzin, nie w odsłonie kinowej - cięcie jest naturalną koleją rzeczy. Ale. Wiecie, co ale.

Dla odmiany skupmy się teraz na zaletach produkcji - nielicznych, ale znaczących. Pierwszą, najłatwiej i chyba najwcześniej dostrzeganą, jest warstwa wizualna. Bogowie, jakiż ten film jest przepiękny. Krajobrazy i wszelkie odwiedzane lokacje są prawdziwą ucztą dla oczu, która zapewne na długo zostałaby w pamięci, gdyby nie fakt, że ujęcia trwały pół sekundy i nie można było się na nic napatrzeć. Równie śliczny są wszystkie fantastyczne elementy świata przedstawionego, które dla odmiany dostają sporo czasu antenowego i można się nimi nacieszyć. Orkowie wyglądają powalająco, tak samo jako wszystkie inne rasy i stworzenia. Nieco zabawnie prezentują się jedynie zbroje, w których hasają wojownicy. Są bardzo ładne, w stylu gry - niestety, warcraftowe armory z naramiennikami wielkości małych hipopotamów nie komponują się zbyt dobrze z niewielkich gabarytów hycerzykami.

Zachwycił mnie też soundtrack. Zajmował się nim Ramin Djawadi, odpowiedzialny też za muzykę w "Grze o Tron". Nie miałam o tym pojęcia, dopóki nie zobaczyłam jego nazwiska w napisach po filmie, ciężko mi też porównać tę ścieżkę do tej GoTowej (feelin' punny), ale z całą pewnością mogę powiedzieć, że odwalił tu kawał dobrej roboty. Utwory były przepełnione patosem, epizmem, magią, nie zapadały w pamięć, ale idealnie sprawdzały się jako tło do przedstawionych na ekranie wydarzeń. Przesłuchałam OST parę razy od czasu obejrzenia produkcji i stwierdzam, że brzmią przyjemnie i elegancko również bez dekorowania ich orkami biegającymi po wzgórzach.

Well then, czy w związku z tym wszystkim żałuję, że wydałam pieniądze na bilet do kina i spędziłam parę godzin na oglądaniu go?  Absolutnie, ani trochę. zdecydowanie nie. Bawiłam się fan-tas-tycz-nie, jak na żadnym kinowym seansie ostatnich miesięcy. Może nawet lat. Powód? Cóż... magiczne krainy. Zamki. Gryfy. Czary. Czaaaaaryyyyy. Ogromne, świecące jak choinka, w dodatku w zatrważających ilościach. Jak w starych koreańskich MMORPGach, hah, wspomnienia. Magiczne portale. Teleportacja. Elfy ze śmiesznymi brwiami. Niczym niespętane, nieograniczone fantasy. Do pełni dziecięcego szczęścia i nerdgazmu brakowało jedynie smoków, ale inne rzeczy nadrabiały. Dawno nie widziałam tak radosnego przepełnionego magią świata na wielkim ekranie. Coś pięknego.

Jeszcze słowem zakończenia. Parę dni przed seansem przeczytałam, że twórcy film mają nadzieję, że ich dzieło osiągnie podobny status, jak "Władca Pierścieni". To brzmiało jednocześnie śmiesznie i smutno. Po dokładniejszym doczytaniu okazało się, że reżyser zauważył, że gatunek fantasy trzyma się w kinie nie za dobrze, ostatnim największym sukcesem była lotrowa trylogia, a on chciałby swoją produkcją dać fanom coś podobnego. Tak czy inaczej, okołotolkienowa myśl pozostała przy mnie w momencie, kiedy rozsiadałam się w kinowym fotelu. Może to przez to, może nie - grunt, że widziałam, jak film stara się być oscarowym arcydziełem Jacksona. Przez klimat, patos, przez wątki, nawet przez pojedyncze sceny - zabawna gra w Spot the Lotr.
Próby próbami, wyszło jak wyszło. Box office nie był łaskawy, "Warcraft" wisi na 204 miejscu w rankingu światowym, zarobił ledwie 433 milionów dolarów. Stał się najlepiej zarabiającą ekranizacją gry w historii, ale powodowany tym entuzjazm został pewnie przygaszony przez fakt, że produkcja nie zdołała nawet wyjść na zero. Finansowa klapa nie nastraja raczej pozytywnie co do tworzenia kolejnych filmów, mimo że zakończenie wprost mówi, że czeka nas więcej. Powinno czekać nas więcej.
Krytycy i widzowie na całym świecie wyrażali wybitnie sprzeczne opinie, w ogólnym rozrachunku produkcja została jednak przyjęta dość chłodno. Biorąc pod uwagę oczekiwania, fanbazę gry i miejsce, jakie marka Warcrafta zajmuje w kulturze popularnej, "chłodno" to eufemizm. 

I wiecie, jest mi strasznie przykro. Chciałabym nowego "Władcę Pierścieni". "Warcraft" nim nie zostanie, mimo ambicji jest tylko tym radosnym, beztroskim i głupiutkim młodszym bratem, który co prawda zawsze jest chętny do zabawy, ale wiele brakuje mu do bycia towarzyszem w epickiej wyprawie na koniec podmiejskiego lasu.
To miałka historia w powalającej otoczce. Zdecydowanie najbardziej fantastyczny przerost formy nad treścią, jaki widziałam.

Skończyłam. O bogowie, nie wierzę.
Skomciajcie mi to chociaż, błagam.

Wednesday, 24 August 2016

Recenzja "Tequila: Liczba bestii"

Kolejny filler. Recenzja napisana dla portalu Panteon, któremu przy okazji dziękuję za egzemplarz recenzencki książki.


Zdarzają się takie tytuły, do których ciężko podejść bez żadnych oczekiwań, nadziei czy uprzedzeń. Rzadko kiedy kończy się to dobrze – zbyt optymistyczna wizja może doprowadzić do zawodu i gorszej oceny treści, która normalnie zrobiłaby większe wrażenie; tak samo przedwczesne przekonanie, że dana produkcja będzie słaba, potrafi zaburzyć odbiór. Oczywiście często bywają sytuacje, w których pesymistyczne oczekiwania przechodzą w radosne zaskoczenie, jednakże ogólnie rzecz mówiąc, lepiej podchodzić do nowych tytułów ze świeżą głową.

Czasami jednak jest to niezwykle trudne, jak – przynajmniej dla mnie – było z przypadkiem omawianego tu tytułu. Ludzie, którzy w 2013 roku śledzili, lub chociaż przebywali w pobliżu, polskiej sceny komiksowej, z pewnością pamiętają pierwsze wzmianki o Tequili i crowdfundingową akcję mającą na celu jej wydanie. Projekt zapowiadał się jak coś naprawdę ogromnego: miał wyjść poza ramy komiksu, uzupełniając historię serią powieści, w dodatku był umiejętnie rozreklamowany fanartami, trailerami i ogólnym rozentuzjazmowaniem wszystkich zaangażowanych. Pieniądze zostały zebrane, komiksy i gadżety miały zostać rozesłane wspierającym, powieść planowano wydać już za chwilę, już za moment… Zamiast miłego rozwiązania dostaliśmy jednak przykrą sytuację, która zostawiła po sobie spory niesmak. Po paru latach czekania większość osób porzuciła myśl, że kiedyś trafią do nich obiecywane przedmioty, a już pierwsze miesiące wystarczyły, żeby przekonać się, że świetnie zapowiadający się komiks jest w rzeczywistości co najwyżej mierny. Słaby scenariusz, nudny koncept i przygotowane na szybko rysunki – choć zdolnej artystki – raczej nie przekonały do uniwersum Tequili.
W tym roku tytuł serii wypłynął przy okazji premiery zapowiadanej książki: "Tequila: Liczba bestii". Mimo nieprzyjemnych wspomnień byłam strasznie ciekawa, jak powieść wypadła, i czy zaprezentuje wyższy poziom, niż komiks.

Powieść jest prequelem do wydanego komiksu. Śledzimy w nich poczynania Tequili, “jedynej w swoim rodzaju, kobiecej heroiny”, jak objaśnia nam opis na okładce. Kobietą faktycznie jest, jednakże “jedyną w swoim rodzaju” mogą nazwać ją tylko ci, którzy nigdy nie widzieli na oczy azjatyckiego MMORPGa czy komiksu z lat ‘90. Rozebrana Mary Sue z niespotykanymi, nieznanego pochodzenia umiejętnościami i talentami oraz wybitnie ciętym językiem, biega po okolicy, olśniewa pięknem i morduje ludzi. Jej towarzyszem jest wielki, kolorowy tygrys, z którym porozumiewa się telepatycznie. Ciężko określić jej charakter, jako że zazwyczaj zajęta jest byciem typową action girl, nie pokazując nic ponad to.

Książka nie jest na szczęście jedynie zapisem działań Tequili. Reszta bohaterów często wychodzi z tła i dostaje nieco czasu dla siebie, wypada przy tym całkiem nieźle. Większości brakuje trójwymiaru, ale są sympatyczni i całkiem zgrabnie prowadzeni.

Jeden z największych minusów "Liczby bestii" może być też liczony jako jej zaleta – jest to tempo. Napisanie, że akcja pędzi tu na łeb, na szyję, byłoby paskudnym niedopowiedzeniem. Wydarzenia następują po sobie z prędkością, która nie pozwala bohaterom – ani czytelnikom – zatrzymać się, zaczerpnąć oddechu, rozejrzeć po okolicy i zastanowić, co właściwie się tu dzieje. Właściwie nie ma tu takich momentów, przez co nie tylko nie mamy okazji poznać lepiej bohaterów, ani przyjrzeć się mijającemu nas krajobrazowi - zarysowanemu zresztą całkiem zgrabnie w tych nielicznych chwilach, w których mu się na to pozwala. Oczywiście pasje to do pulpowego akcyjniaka, nie pozwala też nudzić się w trakcie lektury, ale jednocześnie sprawia, że to pozycja na jakąś jedną, wolną godzinę, nic więcej.

Świat przedstawiony w książce uważam, paradoksalnie, za jeden z najjaśniejszych plusów. Paradoksalnie, bo jest to przecież jeden z najbardziej generycznych, wyświechtanych i nieoryginalnych settingów. Postapo, wielkie pustkowie istniejące na ruinach dawnej cywilizacji, prymitywne społeczności oraz dziwaczne, mordercze potwory. Klasyka. Ostatnio widzieliśmy wykorzystanie czegoś podobnego, pozbawionego jedynie monstrów, w "Mad Max: Fury Road" - swoją drogą, klasyczny madmaksowy klimat utrzymuje się w książce przez właściwie cały czas - gdzie sprawdził się doskonale. Tutaj też wypada ładnie, pasuje do historii, w dodatku pokazuje parę barwnych, ciekawie zarysowanych konceptów plemion i działania świata po apokalipsie.

Podsumujmy. "Liczba bestii" pozytywnie mnie zaskoczyła - nie oznacza to jednak, że jest pozycją dobrą. Fabuła nie tylko nie porywa, ona ledwo stara się zainteresować czytelnika. Postacie są miałkie, a świat żywy, ale nie oryginalny. Do tego dochodzi styl i język, które zdecydowanie nie powalają, parę błędów i zagmatwań. Czyta się niezwykle łatwo i szybko, co jest pewnym plusem, ale ciężko zneutralizować tym wszystkie wady powieści.

Miałabym problem z poleceniem tej książki. Fanom postapo może spodobać się świat, ale nie jestem pewna, czy to wystarczy. Miłośnicy pulpy będą usatysfakcjonowani tylko, jeśli odpowiada im całkowity brak świeżości i polotu. Osoby lubiące szybką, bezpardonową akcję powinny bawić się dobrze, więc może do nich ta książka trafi.

Piszę rzeczy. Soon.

Sunday, 31 July 2016

Wrażenia po San Diego Comic Con 2016

W pierwszej chwili zatytułowałam notkę "Relacja z San Diego Comic Conu 2016". Kiedy uświadomiłam sobie, co zrobiłam, zapłakałam rzewnie nad faktem, że jedynym sposobem, w jaki mogłabym się kiedykolwiek znaleźć na SDCC, jest rozsypanie na terenie moich prochów, jak już umrę z żalu i rozpaczy (parafraza postu z tumblra).
Enyłej. To nie relacja, oczywiście. To tylko luźne wrażenia, odczucia i tak dalej. Jak w przypadku E3.


Coby zachować nieco porządku, zacznę od ogólnie pojętego DC, następnie ogólnie pojętych Marveli, po czym przejdę do rzeczy dobrych nie zawodzących fanów na każdym kroku innych.

DC zaczęło źle. Bardzo źle. Okropnie, potwornie, gdzie-jest-jakieś-wiadro-bo-nie-chcę-wymiotować-na-laptopa źle. (Zastrzegam sobie prawo do przejaskrawiania rzeczy. Jak zwykle zresztą.) Long story short, na SDCC miała miejsce premiera animowanego "The Killing Joke" (o którym to komiksie bardzo ładną notkę napisała Rusty). Nie chcę się tu rozpisywać na temat całego tytułu, bo to temat na osobny wpis, więc zaznaczę tylko główny problem, który przyniosła ze sobą premiera: ktoś doszedł do wniosku, że scena seksu Batmana i córki jego najlepszego przyjaciela, a przy okazji jego podopiecznej (okazjonalnie też dziewczyny jego przybranego syna), to dobry pomysł. Guess what. Nie był to dobry pomysł. Oburzeni fani są oburzeni, a ja burzę się z nimi. 
Ale-ale. Spuśćmy na to zasłonę milczenia, nie myślmy o tym - patrzmy z nadzieją w przyszłość. Ta jawi się bowiem całkiem kolorowo. Po pierwsze: plakat i trailer "Wonder Woman". W moim niewielkim gabarytowo ciele mieszczą się nieskończone pokłady miłości do Diany, teraz wspomagane jeszcze przez sympatię do odgrywającej ją Gal Gadot. Plakat jej filmu jest prze-pię-kny (zwróćcie uwagę, że podzieliłam to słowo na sylaby, żeby je podkreślić), głównie przez kolory. Jego cudowność dopełnił zwiastun filmu. Wondy jest w nim zjawiskowa, sceny walki zapowiadają się świetnie, Amazonki są fenomenalne - daję ogromną okejkę.
Trailer "Justice League" też nie wyszedł źle. Wciąż nie przekonuje mnie tutejszy Aquaman, ale poza tym jest ślicznie: Batffleck wypada nawet lepiej niż w "Batman v Superman" (to nie brzmi jak osiągnięcie, ale przyznaję, że on akurat był jednym z nielicznych plusów tego filmidła). Flash Ezry Millera jest przesłodki, trochę spider-manowy, ale ujmujący. Do Cyborga nie mam żadnych zastrzeżeń, imo wygląda ładnie, chociaż widziałam sporo narzekania na duże ilości naraz CGI, które w niego włożono. Mam chyba wysoką tolerancję, bo mi nie przeszkadza. No i hej, tam padają żarty! Takie prawdziwe żarty. Wygląda na to, że przynajmniej w humorze będzie miało przewagę nad "Dawn of Justice".
Czterdziesty z kolei zwiastun "Suicide Squad" nie pokazał niczego szczególnie interesującego, czego nie widziałam wcześniej. Wciąż czekam na film, ale żadnych pociągów hype'u nie widzę.
"Justice League Action" wygląda nieźle. Urzekająca scena z Wonder Woman i jej sidekickami, ale poza tym raczej nijako. Zobaczę chyba tylko z ciekawości, bo nie zapowiada się na nic szczególnie porywającego.
"Lego Batman" to złoto.

DC wygrało dla mnie ten konwent nie trailerami jednak, a figurkami. Pisałam kiedyś notkę o "DC Bombshells", pierwszym numerze dokładniej, wspominałam tam też o statuetkach z te linii, które dostępne są na rynku. Moja miłość do tej komiksowej serii wzrasta właściwie z zeszytu na zeszyt, to obecnie jeden z moich najukochańszych tytułów. Możecie sobie wyobrazić, jak głośnym piskiem powitałam nowe action figures z tej serii. Ichniejsza Batwoman to mój top priority, muszę ją zdobyć, choćbym miała sprzedać nerkę. Albo dwie.
Spośród zapowiedzianych zabawek podobają mi się zresztą nie tylko Bombshellki. Arrow TV Series dodało fantastycznego Constantine'a z twarzą mniej lub bardziej przypominającą Matta Ryana, a także cudnej urody Vixen. Obie chętnie bym przygarnęła. Jak i parę innych - klasyczna Kobieta-Kicia prezentuje się wspaniale, podobnie old-schoolowy  Deadshot.

Sporym zaskoczeniem był dla mnie trailer serialu "Legion". Mutanci to chyba moja ulubiona część uniwersum Marvela i już dawno chciałam zobaczyć jakąś miłą serię o nich. Zapowiadany tytuł nie zdobył wcześniej mojej uwagi, ale wyświetlony na SDCC zwiastun prezentuje się naprawdę intrygująco. 
"Doctor Strange" wciąż powoduje u mnie ujemne ilości zainteresowania, więc nie wiem, co mogłabym o nim napisać.
"Luke Cage", z drugiej strony, wygląda świetnie. Jego postać w "Jessice Jones" wypadła przemiło, chociaż nieco się nią zmęczyłam - w końcu przyszłam oglądać cudowną Jess, nie kogokolwiek innego. Trailer jego solowej serii robi wrażenie - jak w sumie każdej produkcji Netflixa. Podoba mi się kolorystyka, sceny akcji wydają się całkiem zgrabnie. Muzyka co prawda nie trafia w moje gusta, ale jest dobrze dopasowana do całego obrazu. W dodatku showrunner zapowiedział, że do serialu zgarnięto spore stadko raperów i możemy spodziewać się ich występów - brzmi jak kolejne plusy do klimatu.
Półsekundowe spojrzenia na "Iron Fista" i "The Defenders" nie pozwala zbyt wiele o sobie powiedzieć. Ten pierwszy nie zrobił na mnie żadnego wrażenia, ten drugi był ciekawie zrobiony.
Nowe logo Marvela ani mnie ziębi, ani grzeje, za to ich intro podoba mi się znacznie mniej, niż poprzednie. 

Dwie miłe rzeczy ze świata kreskówek. Pierwsza nie jest stricte powiązana z animacją, to bardziej osobista rzecz, która jednakże ogromnie ogrzała moje serduszko. Rebecca Sugar - jeden z najcudowniejszych bytów na tej planecie, autorka "Steven Universe", wcześniej pracująca przy "Adventure Time" - wyoutowała się jako biseksualistka. Była to odpowiedź na pytanie, co inspiruje ją do przemycania w swojej kreskówce girl power i chamskiej homopropagandy, a towarzyszyła jej krótka przemowa na temat reprezentacji w mediach. Przesympatyczna rzecz.

Druga już zupełnie bajkowa: zaprezentowano trailer drugiego sezonu "Voltron: Legendary Defender". Obejrzałam niedawno pierwszy i, mimo braku jakichś szczególnych zachwytów, wrażenia miałam pozytywne (będzie notka. Prawdopodobnie. Może. Kiedyś. Miejmy nadzieję). Nowa seria zapowiada się równie ładnie, może nawet bardziej obiecująco niż poprzednia.

Panel "Overwatcha" był pełen informacji, głównie średnio istotnych faktów na temat poszczególnych bohaterów i ich historii. Oficjalnie potwierdzono, że wydarzenia z gry nie są kanoniczne, nikogo więc nie powinno dziwić, że możliwe jest granie w teamie, w którego skład wchodzą postacie z przeciwnych stron konfliktu. To spory plus. Poza tym masa miłych pierdółek, jak choćby szokująca informacja dotycząca nóg jednego z herosów - fani radośnie uznawali je za protezy, a okazało się, że to prawdziwe, po prostu bardzo chude, nóżki. Jeśli to nie jest idealnym zobrazowaniem overwatchowego fandomu, to ja nie wiem, co nim jest.

Ech, co tam jeszcze. Pewnie tysiąc rzeczy, jak to na SDCC. Zapomniałam o większości, jak zwykle.
Chcę napisać o tylu rzeczach, ale brakuje mi motywacji i samozaparcia.
Send help.
I motywację.

Tuesday, 5 July 2016

Recenzja "Nie przebaczaj II"

Znacie „Nie przebaczaj”? Przepięknie ilustrowany, oryginalny komiks ze świetnie zapowiadającą się fabułą? Jeśli nie, powinniście szybko nadrobić zaległości. Jakiś czas temu światło dzienne ujrzała sfinansowana przez crowdfunding druga część historii. Dzięki uprzejmości autora (dziękuję i kłaniam się nisko) mogłam zapoznać się z nią i zobaczyć, czy wypadła równie dobrze, jak jej poprzedniczka. 


Jak ostatnio, tarantinowski western Kuby Ryszkiewicza już od pierwszych zapiera dech niezwykłym klimatem. Ujawnia się on w dwóch kwestiach: języku i świecie przedstawionym. Umiejętna rusyfikacja wypowiedzi bohaterów może być na początku niezrozumiała, ale wyłapywanie znaczeń z kontekstu nie jest szczególnie trudne. Za to jak pomaga to poczuć atmosferę Kresów! Świetny zabieg. Świat, w którym żyją bohaterowie, doskonale komponuje się tytułem – on również nie przebacza. Brutalność jest wyważona, nie przesadna, całość sprawia wrażenie surowej, oschłej i realnej. To bez wątpienia jedna z największych zalet „Nie przebaczaj”.

Historia zaczyna się tam, gdzie zostawiliśmy ją ostatnio, jednakże w zupełnie innych okolicznościach. Tym razem od początku śledzimy poczynania bandy Łazara, złoczyńcy, który w poprzednim tomie odpowiedzialny był właściwie za wszystkie nieszczęścia, jakie spotkały Tadeusza – naszego głównego bohatera. 
Mamy więc obserwować grupę zabijaków dowodzoną przez znanego nam szwarccharaktera. To ciekawy zabieg, takie spojrzenie na świat oczami antagonistów często pozwala ujrzeć ich w innym świetle, dostrzec ich ludzką stronę, poznać motywacje czy cele. Tutaj… cóż, ludzie Łazara nie są raczej tym typem antagonistów. Mamy okazję oglądać ich beztroskie, radosne mordowanie i gwałcenie okolicznej ludności, które pozbawione jest jakichkolwiek rozmyślań, wewnętrznych rozterek czy dookreślonych motywów. Banda przypomina nieco stado zwierząt, które dostają, czego chcą – ale tylko, jeśli są wystarczająco silni, żeby to zdobyć i utrzymać. Tak jest z jednym z bohaterów, który na początku komiksu przygarnia małą dziewczynkę i stara się trzymać swoich kompanów z dala od niej. To ładnie przedstawiony wątek, który perfekcyjnie pasuje do klimatu, świata przedstawionego i postaci: nie jest w żaden sposób ugrzeczniony, wygładzony czy bezsensownie osłodzony. Można było to łatwo zepsuć, a wyszło naprawdę elegancko. Kiedy opowieść o zbóju i dziecku ma się ku końcowi, wracamy do znanego nam młodzieńca, Tadeusza. Niewiele zmienił się od czasu „jedynki” - jest tak samo małomówny, wciąż gra na skrzypcach, nie zmalała też jego determinacja i chęć zemsty na Łazarze. Co istotne, w końcu postanowił on wprowadzić swoje plany w życie, a jego konfrontacja z oprawcą staje się coraz bliższa.

Mimo sporej liczby stron i ukazanych na nich wydarzeń, „Nie przebaczaj II” jest niestety potwornie krótkie – wydaje mi się to nawet bardziej dojmujące, niż przy okazji pierwszej części. Fabuła rusza do przodu i widzimy, że coś zaczyna się dziać – niestety, tylko przez moment, bo sekundę później komiks się kończy. Nie tylko powoduje to odczucie niedosytu, ale i sprawia, że „dwójka” zdaje się być niewłaściwie wyważona: początek, to jest cała historia zbójów Łazara, ma świetne tempo, nie nudzi, nie śpieszy się. To, co następuje później jest w porównaniu z tym straszliwie skrótowe, zwięzłe i wygląda nieco na teaser kolejnego tomu. Teaser sprawny i działający – po kontynuację chce się sięgnąć już teraz, od razu – jednakże odrobinę zawodzący. 

Czas wspomnieć o stronie graficznej. Marianna Strychowska ponownie zajęła się rysunkami, tym razem naprawdę przechodząc samą siebie. Już przy pierwszym tomie jej prace były powalające, dodatkowo doskonale wpasowujące się w klimat historii i idealnie uzupełniające, miałam jednak pewne zastrzeżenia do poszczególnych kadrów, które bywały rysowane dość niedbale. Tutaj nie odnoszę takiego wrażenia w najmniejszym stopniu. Nie wiem, co na to wpłynęło, ale ta część „Nie przebaczaj” wydaje mi się bardziej dopieszczona pod względem graficznym. Tym razem znacznie częściej zatrzymywałam się na pojedynczych kadrach i chłonęłam ich piękno, a po lekturze niejednokrotnie przeglądałam komiks, żeby tylko nacieszyć oczy cudowną kreską Marianny, niesamowitym użyciem szarości i umiejętnym kadrowaniem. Prawdziwa wizualna uczta. 

Słowem podsumowania, „Nie przebaczaj II” to godny następca poprzedniego tomu. Komiks zachował surowy, duszny klimat i realistyczną brutalność, konsekwentnie prowadzi też zarysowaną na początku historię osobistej wendetty protagonisty. Niestety, w znacznym stopniu powtarza także swoje własne błędy: historia znowu zaserwowana została jedynie w malutkim kawałku, który zamiast zaspokoić apetyt, jedynie go zaostrza, obiecując więcej. Niewiele polepszyła się także kwestia postaci, jako że wciąż są słabo zarywane i nie pozwalają się poznać, polubić i zżyć z nimi. Na plus należy jednak policzyć fakt, że historia skupiła się tym razem na mniejszej liczbie bohaterów, dzięki czemu dostali oni więcej czasu, a wskazanie głównego bohatera komiksu stało się łatwiejszym zadaniem. Do tego warto wspomnieć o genialnej oprawie graficznej, moim zdaniem lepszej nawet niż w „jedynce”. 

Mimo paru wad drugi tom „Nie przebaczaj” wciąż jest oryginalną, dojrzałą, niecodzienną lekturą, zdecydowanie wartą uwagi i wyczekiwania na ciąg dalszy. Niezwykle niecierpliwego wyczekiwania – bo co jak co, ale ten komiks naprawdę nieziemsko wciąga.

Komiks możecie zakupić za pośrednictwem allegro, na przykład tutaj. Ogromnie do tego zachęcam.
Wkrótce jakieś "Warcrafty", czy coś.
Stay tuned. 

Monday, 20 June 2016

Relacja z E3 2016

Ach, E3. Parę dni nieprzerwanego fangazmu, podsycanego co pięć sekund kolejnymi wieściami i zapowiedziami, sporo zachwytów, zawodów, sporo niespodzianek. U co poniektórych, w tym u mnie, dochodzą do tego ciche marzenia, że kiedyś stanie się pośród wystawiających tam twórców. 
W każdym razie: oto relacyjka. Krótka, powierzchowna, chaotyczna - tak jak lubię.


Zacznę od smutków, przejdę do radości.

Moim największym zawodem była niestety rzecz, na którą liczyłam najmocniej. "Mass Effect Andromeda pojawiło się na zeszłorocznym E3 na trzy sekundy, pokazało niewiele i wyszło. W tym roku oczekiwałam czegoś wielkiego, gameplayu, zaczątku fabuły, jakichś postaci. Dostałam kolejne nic, z niewielkim tylko dodatkiem paru ładnych miejsc, twarzy protagonistki oraz ujęciem jednej twarzy, należącej - być może - do postaci. Bardzo biednie, chociaż hajpię i tak, a pokazane rzeczy mi się podobały. Still, nie jest to co, czego chciałam.

Z ogromnym zniecierpliwieniem wyczekiwałam pojawienia się Nintendo i przedstawienia nowych części Pokemonów, Sun and Moon. Spodziewałam się gameplayu, masy nowych informacji, ujawnienia tysiąca niepokazywanych wcześniej Poków oraz ewolucji ujawnionych już starterów. Odrobinę się zawiodłam, jako że dostałam właściwie tylko to pierwsze - chociaż muszę przyznać, że rozgrywka wygląda naprawdę prześlicznie, ach. Oczywiście wygląda to dokładnie tak samo, jak wszystkie poprzednie części, ale przyznaję, nowa szata graficzna robi ogromne wrażenie, straszliwie podobała mi się też walka. Parę ujawnionych Pokemonów wypadło naprawdę uroczo, choć wyglądają moim zdaniem nieco za mało Pokemonowo - to takie zwykłe zwierzątka, tylko bardziej derpne.

Zaraz po pięciu minutach Pokemonów, ludzie z Nintendo przeszli do opowiadania o innej zupełnie nowej i świeżej grze: "Legend of Zelda: Breath of the Wild" - czy też, co bardziej pasuje: "Shadow of Zelda: Breath of the Skyrim". Pokazywali rozgrywkę przez jakiś tysiąc lat, nie zostawiając miejsca i czasu na nic innego. W grze Link biega, skacze, wspina się, eksploruje ogromne krainy, zbierając loot, powalając drzewa i podpalając trawy. Wszystko to jest całkiem miłe, jasne, ale przewrotnie uważam, że jeszcze milej byłoby zobaczyć w końcu coś oryginalnego i nieopartego na tym samym schemacie, co trzydzieści poprzednich gier. Oglądanie tych przygód było przyjemne, fakt, ale ile można.

Zostając w temacie tych głośniejszych momentów targów: wejście Hideo Kojimy było cudowne. Muzyka z "Mad Max", światła, sam Kojima - w pełni rozumiem entuzjazm obecnych na widowni widzów. Trailer jego nowej gry podszedł mi jednak nieco mniej. Jest bardzo przyjemny wizualnie, porządny, ale ech, to zbyt duży poziom artystycznego wtf jak na mnie. Czemu nagi Norman Reedus, czemu dziecko, czemu seppuku, czemu ludzie na niebie, czemu ślady łapek - nie wiem, ale jakoś nie czuję się zaintrygowana na tyle, żeby to sprawdzić.

Przechodząc do rzeczy miłych. Jednym z najbardziej wyczekiwanych przez świat tytułów był zdecydowanie "God of War". Ja osobiście nie byłam nim zbyt mocno zainteresowana, jako że nie miałam okazji grać w poprzednie części. Trailerogameplay zbierał jednak dobre opinie, i cóż, teraz mogę całkowicie się z nimi zgodzić. Grafika jest śliczna, muzyka jest śliczna, cele do mordowania są śliczne, a przedstawiony kawałek historii i relacja główny bohater-pałętający się obok dzieciak jest ujmująca i zgrabnie przedstawiona. Kawałek przyjemnej opowiastki, polecam obejrzeć nawet osobom niezainteresowanym samą grą.

Obok tego są dwa indyki. Pierwszy to dzieło studia z mojego rodzinnego miasta (nieistotne, ale miło widzieć, że w tej postapokaliptycznej ruinie da się robić fajne rzeczy), "Bound". Na bogów, jakie to przepiękne. Gra o tańcu i majtaniu szarfami, całość w absolutnie powalającej wizualnie, onirycznej scenerii. Do tego śliczna muzyka. Bezsprzecznie najbardziej satysfakcjonujący estetycznie tytuł E3. Polecam obejrzeć trailer, to uczta dla oczu i wszelkich innych zmysłów.

Drugi, poruszający w nieco mniejszym stopniu, to "Fe" - niesamowicie urocze, śliczne kolorystycznie cudeńko, tworzone przy okazji wspierającej gry indie inicjatywy EA Originals. Ujmujące, opowiadające o harmonii w przyrodzie, pozwala wcielić się w rolę małego zwierzątka podróżującego po świecie - sprawia przesłodkie wrażenie. 

Za całkiem intrygujące uważam też "Detroit: Become Human". Trailer wygląda obiecująco, chociaż nie mówi wiele o samej rozgrywce. Lubię wybory moralne, a ta gra wydaje się mieć ich całe zatrzęsienie. Jestem ciekawa, jak wyjdzie to w praktyce - może okazać się naprawdę poruszającą grą. Motyw sztucznej inteligencji i konfliktu między AI a ludźmi jest co prawda stary jak świat (ewentualnie stary jak koncept sztucznej inteligencji, ale tu nie jestem pewna) i nieco wyświechtany, "Detroit" też nie wydaje się ukazywać go w żadnym oryginalnym świetle, ale hej, kto wie, co z tego zrobią.

Jestem absolutnie urzeczona "Horizon: Zero Dawn" - zakochałam się w pomyśle, klimacie, głównej bohaterce i wszystkiemu, co widzieliśmy na trailerze i gameplayu. Female-lead RPG, w którym strzelamy z łuku do robo-dinozaurów! Czekałam na to całe życie. Wygląda powalająco, ogromnie podoba mi się połączenie technologii i prymitywnego designu ludzi. A rozwalane przez bohaterkę mechaniczne stwory są najpiękniejszymi growymi mobami evah. Dodatkowo podoba mi się obecność opcji dialogowych - jeśli dorzucą mi do tego jeszcze jakieś ładne relacje z bohaterami, to już w ogóle będę płakać z radości.

W największych zachwytach rozpływam się jednak nad nieco mniejszymi tytułami. Po pierwsze: "Prey". Bogowie, bogowie, toż to najlepszy trailer ostatnich eonów. To napięcie, to tempo, ten niepokój, ta duszna atmosfera! Przy tym wszystko tak przyjemne estetycznie - krzyczę wewnętrznie, naprawdę. Wyczuwam odrobinę Half-Life'owo-Portalowe klimaty, oby uzupełnili to jeszcze wciągającą, niegłupią intrygą, to już w ogóle będzie pięknie. Zapowiada się coś naprawdę ciekawego. Będę naprawdę zawiedziona, jeśli to spaprzą.

Jest jeszcze wiele innych tytułów, o których warto by coś powiedzieć, ale nic z nich nie porwało mnie na tyle, żeby się rozpisywać czy pałać entuzjazmem/pluć żółcią. "Last Guardian" jest przesłodki, ale nie pokazał niczego ciekawego, czego jeszcze nie widzieliśmy. "Gwint", "Mafia 3" czy "Watch_Dogs 2" to rzeczy miłe, ale nie robiące mi za bardzo. Podobnie jak tryliard innych gier. Jak co roku.

No i tyle. Dzielcie się opiniami i wrażeniami w komciach, czy coś.
Będzie notka o "Warcrafcie".
Pa.

Tuesday, 26 April 2016

Recenzja "Pobitych garów" #1 i #2

Bogowie, jak ja się z tym spóźniałam - mam ochotę sama się za to pobić. Potrzebuję deadline'ów i kata nad głową, inaczej nie umiem pracować. Cóż. 
Tymczasem zapraszam do czytania. 


„Pobite Gary” składa się obecnie z dwóch numerów, siedemdziesiąt dwie strony każdy. To całkiem spory kawałek komiksu, w całości stworzony przez Małgorzatę "Slo" Szymańską, którą szersza widownia kojarzyć może z powstającego obecnie "Witchpubu". Pierwszy zeszyt wydano eony temu, drugi już całkiem niedawno, bo w zeszłym roku - seria obeszła się raczej bez większego echa, nie widziałam niemalże żadnych recenzji, uwag, niczego. Nie rozumiem czemu, skoro o komiksie zdecydowanie warto powiedzieć co nieco.

Fabuła śledzi losy Gary'ego, młodego chłopaka, który po rzuceniu studiów rozdziela swój czas między picie, granie na komputerze, picie, nicnierobienie i picie. Ma on opinię czarnej owcy rodziny, zwłaszcza kiedy porównuje się go z jego bratem bliźniakiem, Samse - młodym geniuszem, przykładnym i ułożonym młodzieńcem. To jego samobójcza śmierć rozpoczyna komiks, pozwala nam przyjrzeć się pogrążonemu w żałobie Gary'emu, który musi uporać się nie tylko z własnym bólem, ale i problemami, które zostawił na jego głowie eksżyjący: tajemniczym urządzeniem niewiadomego przeznaczenia, szukającymi wyjaśnień znajomymi, a także niebezpiecznym osobnikiem podążającym tropem wynalazku.
Zdecydowanie jest to intrygująca historia... a właściwie tylko jej początek. Fabuła rozwija się powoli, urywając się po chwili, przez co nie do końca pozwala czytelnikom dostatecznie zżyć się z bohaterami czy wciągnąć w opowieść. Mimo że przeczytałam aż sto czterdzieści stron, na których przecież działo się wcale sporo, mam wrażenie, że zobaczyłam dopiero prolog, może pierwszy rozdział. Dość ciężko oceniać po tym całą fabułę, ale można dostrzec w niej potencjał i, tak jak ja, czekać na więcej.

Graficznie komiks prezentuje się zjawiskowo. Ostre linie, charakterystyczna kreska łącząca realizm proporcji z bajkowym, przerysowanym, pełnym przykuwających uwagę elementów designu świata oraz postaci, idealnie pasująca czerń i biel - mało nie napisałam w tejże recenzji o wspaniałym użyciu kolorów, tak sugestywnie to wszystko wypada i tak podziałało na moją wyobraźnię. Byłoby mi głupio, ale to w sumie świadczy o talencie autorki, więc się tu tym chwalę.
Okładki są równie urokliwe, choć może nieco za wiele tam nawrzucano – ale ja jestem fanką minimalizmu, może to przez to. Niemniej jednak, uwielbiam cover pierwszego numeru – przedstawienie bliźniaków wyszło tam naprawdę świetnie. 

Najbardziej charakterystyczną cechą „Pobitych Garów” jest niezwykła, rzucająca się w oczy kreskówkowość – styl do złudzenia przypomina współczesne lub te nieco starsze, oglądane przez wielu za dzieciaka, animacje. Nie mam na myśli tylko kreski - chociaż ta też ogromnie na to wpływa - ale i sposób narracji, specyficzną atmosferę, nierealność i przejaskrawienie całości. Wszystkie dziwaczne elementy zdają się być tu na miejscu, perfekcyjnie pasując do reszty i nie wywołując żadnego zdziwienia. Jedną z cech, która szczególnie przywodzi na myśl seriale animowane, są projekty postaci. Nie tylko wyglądają niezwykle charakterystycznie, z różnego rodzaju czapkami, okularami i innymi dodatkami, ale i mają wymyślne nazwiska, jak choćby Gary Umyj, Winona Deser czy Ten Mamazaki - zdecydowanie dodają komiksowi tego radosnego, niezważającego na logikę klimatu. A biorąc to wszystko do kupy, stwierdzam jedno: Slo powinna stworzyć kreskówkę. Już, teraz, zaraz, Cartoon Network i inne stacje prawdopodobnie by się o nią biły. A ja oglądałabym, oglądałabym bardzo.

Podsumowując, "Pobite Gary" to sympatyczny, bezpretensjonalny komiks - taka lekka, zabawna, niewymagająca historyjka, którą podczytuje się w przerwie między jedną poważniejszą lekturą, a drugą. Minusem jest fakt, że, mimo obiecującego początku, fabuła nie ma okazji się rozwinąć, przez co nie wciąga i nie zatrzymuje na dłużej. To szczególnie bolesne, jako że nie wiemy, czy można spodziewać się jakiejkolwiek kontynuacji w przyszłości, co pozostawia bohaterów (i czytelników!) zawieszonych w niebycie. Mimo wszystko, komiks jest godny uwagi - urzeka zwłaszcza niezwykłym, ujmującym klimatem kreskówki, a także śliczną oprawą graficzną. Debiut Slo to kawał porządnej, przyjemnej w odbiorze, komiksowej roboty - zdecydowanie wart sprawdzenia.

Był taki jeden, co mówił, że kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą - kojarzę, mam jakieś jego książki na półce. Myślę, że w tej kwestii miał rację, a co za tym idzie, jeśli jeszcze paręset razy napiszę tu, że kolejne notki nie będą spóźnione, a w ogóle to systematyczność, jakość i komentarze, to na pewno w końcu się to ziści. 
Prawda?

Sunday, 24 April 2016

Pyrkon 2016

Dwa tygodnie po Pyrkonie, yaaay. Na swoje usprawiedliwienie nie mam nic, jak zwykle mam to, że na ten temat pisałam już gdzie indziej: znajdziecie mnie wśród autorów relacji na Panteonie (któremu przy okazji ogromnie dziękuję za akredytację prasową - bez niej raczej bym sobie nie popyrkonowała w tym roku) i Planecie Marvel. Także widzicie, to nie jest tak, że całkowicie się opierdzielałam przez cały ten czas. Nie przez cały.

Nie jestem pewna kiedy to się stało, ale w pewnym momencie konwenty przestały być dla mnie trzema dniami obcowania z fantastyką, a zmieniły się w trzy dni spotykania się z ludźmi, których znam jedynie z internetów i widuję raz na ruski rok. Tegoroczny Pyrkon nie różnił się pod tym względem od poprzednich imprez, ba, był jeszcze mniej konwentowy. Udało mi się wpaść jedynie na sześć prelekcji, za to halę wystawców przebyłam wzdłuż i wszerz jakieś siedemset razy. No i cóż. Całe czas spędziłam na pałętaniu się ze znajomymi, dewirtualizowaniu się z niektórymi, pałętaniu się dalej i więcej, patrzeniu na rzeczy i dalszym pałętaniu. Jakkolwiek cudowne i miłe by to nie było, na papierze nie wygląda zbyt dobrze, dlatego też po prostu przejdę do opowiadania o prelkach.

Pierwszy dzień w sali komiksowej zdominowany był przez Marvela, nie byłam więc zbytnio zainteresowana. Dopiero wieczorem wybrałam się na prelekcję pod lakonicznym, wiele mówiącym tytułem „Punisher”, zachęcona jego udanym występem w niedawnym drugim sezonie „Daredevila”. Punkt prowadzony był przez Tomasza „Orka” Rudnickiego, który dokładnie przedstawił origin antybohatera, jego historię (zarówno tę pokazywaną na kartach komiksu, jak i różne pomysły czy problemy twórców), opisał używane przez niego wyposażenie oraz solowe i cross-overowe występy. Poznałam kilka wartych uwagi komiksów, z których spora część została wydana w Polsce, mieliśmy też okazję posłuchać o filmach z udziałem Punishera, a nawet różnych tłumaczeniach i wersjach jego przydomku – najbardziej urokliwą wersją był używany przez prelegenta „Punio”. Całość prowadzona była bardzo zajmująco i ciekawie, jednak za pewien minus uważam straszliwie wymuszone żarty, którymi twórca chciał ubarwić prelekcję. Były one często niepotrzebne, zwłaszcza że niekiedy sam materiał źródłowy wystarczył, aby przyprawić słuchaczy o rozbawienie – jak choćby przy okazji kreskówkowej wersji Punishera, która walczyła ze Spider-Manem za pomocą śmiercionośnych pistoletów na klej. 

Kolejną okołokomiksową prelekcją, na jaką się dostałam, było „Ultimate Marvel – sukces czy porażka?” Michała „Miśka” Wolskiego. Nie siedzę w Marvelu zbyt głęboko, a uniwersum Ultimate kojarzyłam tyle o ile, głównie ze względu na Milesa Moralesa, czyli tamtejszego Spider-Mana. Jeśli jesteście w podobnej sytuacji – żałujcie, że nie byliście na tym panelu. Prelegent opowiedział o powodach powstania tej linii, przedstawił całą jego historię, mnóstwo poszczególnych serii, różnice między Earth-616, a światem Ultimate – słowem, wszystko, co chciałoby się wiedzieć, zanim zabierze się za te komiksy. Naprawdę ogromna dawka informacji, podana jednak w ładnej, zrozumiałej formie. Nie tylko dowiedziałam się mnóstwo o samym uniwersum, ale i poznałam wiele tytułów, które warto przeczytać – a także parę tych, których lepiej nie ruszać. Autor dobrze wiedział, jak zachęcić potencjalnych czytelników. 

W sobotę przypałętałam się do sali gier elektronicznych. Na prelekcję "O jakości gier" zdecydowałam się, bo akurat nie znalazłam w programie nic bardziej porywającego, a znajomi byli tym zainteresowani. Nie żałowałam, że tam poszłam, chociaż dostałam coś zupełnie innego, niż oczekiwałam. Prowadzący, Borys "Shuck" Zajączkowski, przedstawił swoje "dziesięć przykazań twórcy", czyli zbiór zasad, którymi powinien kierować się każdy, kto coś tworzy. Cóż, w założeniu chodziło o gry, ale odnosiło się to też do dowolnej innej dziedziny - ja, jako wannabe pisarka, też wyciągnęłam z tego co nieco. Niewiele miało to do czynienia z tematem, ale było ciekawe, przydatne i prowadzone w niezwykle sympatyczny sposób.

Niedługo potem "Sztuka przetrwania w czasach indiepokalipsy", czyli panel dyskusyjny z udziałem Jacka "Shala" Głowackiego, Natalii "Nadyi" (Nadii? Nie jestem pewna, ale wiadomo, o kogo chodzi) Dołżyckiej, Wojtka "Mruqe" Mroczka, Alberta Pałki. Dotyczył wydawania, a także promowania gier niezależnych w Polsce. Nie jest to może coś, co zamierzam robić w najbliższym czasie, ale jeśli jednak bym się na to decydowała, to mam niezłe podstawy - goście panelu wiedzieli o czym mówią, przekazali to w jasny i klarowny sposób, rzucając konkretnymi przykładami. Świetna sprawa - jeśli kiedyś pochwalę się wydaną grą, to wiecie, czemu to zawdzięczam.

Już rano postawiłam sobie za punkt honoru dostanie się na prelekcję "Sprawa Barbary Gordon", prowadzoną przez Sarę Górną. Plan stał pod znakiem zapytania, jako że miała ona miejsce zaraz po "Indiepokalipsie". Jakoś przebiegłam trasę między dwoma budynkami Targów, dopadłam sali komiksowej i wylądowałam w kolejce tak długiej, że cała moja nadzieja zaczęła szybko obumierać. Okazało się, że nie doceniłam wielkości pomieszczenia, w którym odbywała się prelekcja – czekający nie tylko zmieścili się, ale i zostawili sporo wolnego miejsca. Duży plus dla organizatorów za zapewnienie takiej przestrzeni, przynajmniej w przypadku sali komiksowej.
Sama prelekcja ogromnie mi się spodobała. Autorka co prawda sprawiała wrażenie nieco zestresowanej, ale szybko nabrała odwagi i wyraźnie cieszyła się z możliwości opowiadania o lubianej bohaterce. Prowadziła z wielkim zaangażowaniem oraz widocznym obeznaniem w temacie, przedstawiając historię Barbary Gordon, a także wszelkie problemy i kontrowersje, jakie jej dotyczą, poleciła też godne uwagi serie o Babs, zachęcając do samodzielnego zapoznania się z tą postacią. 

W niedzielę zaliczyłam jeden punkt programu - jedyny, na który naprawdę straszliwie chciałam iść, taki absolutny must-go. "Baśniowe tradycje "Opowieści sieroty" C.M. Valente", czyli prelekcja o genialnej dylogii, o której wspominałam w poprzedniej notce (w moim stosiku pojawił się pierwszy tom "Opowieści..."), temat jednego z przyszłych wpisów ("przyszłych" w praktyce oznacza najbliższe siedem lat). Spodziewałam się krótkiego omówienia świata przedstawionego i wskazania tradycyjnych baśniowych elementów, dostałam... cóż, w sumie właśnie to. Ale na jakim poziomie, jak podane! Coś niesamowitego, naprawdę. Magdalena "magbed" Bednarek nie tylko dokładnie przeanalizowała znane motywy użyte przez pisarkę, ale i wskazała wiele inspiracji czy wariacji, zasypując słuchaczy taką ilością wiedzy o baśniach, o jaką nie podejrzewałabym żadnej żyjącej istoty. Jakby tego było mało, przedstawiła to wszystko w absolutnie powalający sposób, z ogromnym entuzjazmem i uczuciem. Coś wspaniałego, zdecydowanie jedna z najlepszych prelekcji, na jakich w życiu byłam.

Sporym minusem całego wydarzenia był fakt, że pojechałam na nie absolutnie bez pieniędzy. No, prawie żadnych, musiałam w końcu mieć jakieś drobne na jedzonko, ale na tym właściwie moje fundusze się kończyły. Jestem w trakcie zbierania ogromnej sumy na pewne Niecne Cele, dlatego też nie mogłam pozwolić sobie na wydawanie ani grosza na okołonerdowskie pierdoły (z tego samego powodu od dłuższego czasu żyję bez nowych książek czy komiksów. Chlip). Udało mi się jednak zdobyć co nieco lootu - niewiele, ale zawsze.

Kostki! Fioletowa k20 dorzucona była do wejściówki na Pyrkon, resztę (dwie kostki do Fate'a/Fudge'a i dwie pokazujące dostępne wzory) dostałam za zagranie dwóch krótkich sesji na stoisku Q-Workshopu.

Trzy komiksy od wydawnictwa Sol Invictus. Recka czwartego "Lisa" już wisi, dwa pozostałe doczekają się swoich już niebawem.

Dwa uroczo monotematyczne prezenty. Pluszowy Umbreon to jeden z tych pięknie derpnych Poków, nad którymi przepłakałam kilka ostatnich konwentów. Poduszka (właściwie "poduszeczka", to coś ma jakiś centymetr kwadratowy wielkości) z Mudkipem to poduszka z Mudkipem - obok czegoś takiego nie przechodzi się obojętnie.

Dwie przypinki z "Witchpub" - cudownego komiksu internetowego, który wydał się ostatnio na papierze. Sprezentowane mi przez jedną hojną, puchatą duszę.

Nóż Riddicka! Na cosplay, który zrobię... kiedyś. Jak tylko skończę te wszystkie inne, które też mam w planach. Negasonic Teenage Warhead, Ripley, Aang, Lex Luthor - tyle łysych postaci, tyle pomysłów. Tylko pieniędzy i umiejętności brak. Ten nożyk wycraftował mi utalentowany w łapkach znajomy

Moje pierwsze karty do MTG, awww. Darmowy starter, sześćdziesiąt kart, białe-czerwone. Do mojej obecnej, złożonej zaraz po Pyrkonie, talii trafiło stąd tylko kilka czerwonych landów - reszta pochodzi z wielkiego pudełka pełnego kart, które postanowił oddać znajomy znajomego. Ja sama mam zamiar niedługo zainwestować w ten biznes nawet jakieś pieniądze, ale to w czerwcu, jak już będę jakieś miała.

Konwent to jednak nie same prelekcje i sklepiki (well, teoretycznie). Pod względem organizacji oceniam ten Pyrkon nieco gorzej, niż poprzednie. Szczególnie sprawa preakredytacji wypadła dość słabo, zamiast usprawnić wejście – przedłużyła je o kilka godzin stania w kolejce, w dodatku nie oferowała niczego poza darmową pyrkonową kostką. Znacznie lepszym wyborem byłby porządny program w formie książeczki, nie świstka papieru, zawierający opis punktu, czy chociażby jego autora.

Doceniam za to rozbicie atrakcji na tyle budynków, co skutkowała mniejszym ściskiem na korytarzach. Za ogromny plus liczę też atrakcje poza programowe – liczne wioski, gry elektroniczne, Obwoźna Czytelnia Komiksów czy dobrze zaopatrzony, przestronny gamesroom (a zwłaszcza prosty, ale genialny, system baloników, którymi oznaczano chęć znalezienia graczy - sama nie korzystałam, ale widziałam je w akcji). Ogólnie mówiąc, Pyrkon trzymał wysoki poziom i urzekał swoją charakterystyczną, konwentową atmosferą. Wszystkim, którzy nie dotarli do Poznania w tym roku, polecam zacząć odkładać pieniądze na kolejną edycję.

Mam milijon zaległości i muszę je ponadrabiać. Ech. Życzcie mi powodzenia, postaram się zrespić bloga na tyle, na ile się da. 

Friday, 8 April 2016

Stosik #6

Mało ksiunszków. A będzie jeszcze mniej, bo jestem bez grosza, a tu zaraz Pyrkony. Ech. 


  • "Guild Wars 2: Heart of Thorns" - gra, ale dorzuciłam do stosiku, bo taka pudełkowa i śliczna. Dodatek do jednej z moich najukochańszych serii, sprezentowany mi przez znajomego. Zdecydowanie wart uwagi.
  • "Star Wars. Lordowie Sithów" Paula S. Kempa - prezent świąteczny. Marzyło mi się ta powieść lub wydany w tym samym czasie "Tarkin", padło na to, nie narzekam. Całkiem miła rzecz, jak większość tych nowych powiastek starwarsowych. Muszę napisać o nich jakąś notkę, hmm.
  • "Księżniczka po przejściach. Nie tylko o Gwiezdnych Wojnach" Carrie Fisher - efekt wejścia do Empiku i łowienia wzrokiem wszystkiego, co miało na sobie logo Star Warsów. Idealnie trafiony, bo nie dość, że tani, to jeszcze opowiadający o Carrie Fisher, czyli jednej z moich ulubionych osób we wszechświecie. To biografia, skupiona na jej relacjach z rodziną, kolejnymi partnerami, a także na życiu z chorobą afektywną dwubiegunową. Bardzo przyjemna lektura.
  • "Fangirl" Rainbow Rowell - prezent od Rusty za udział w jej wyzwaniu czytelniczym LGBT. Przemiły gest. Książkę miałam zamiar przeczytać już wcześniej, a teraz mam okazję zrobić to w oryginale, więc tym lepiej. Wydanie jest prześliczne, mam nadzieję, że czytać będzie się równie dobrze, co patrzeć na wzbogaconą o nią półkę. 
  • "Spalić wiedźmę" Magdaleny Kubasiewicz - nagroda w konkursie u Powiało Chłodem. Pierwsza książka wydawnictwa Genius Creations, na której położyłam łapki. Mam nadzieję, że nie ostatnia. Szczególnie, że mam pewne niecne plany z nimi związane. Na razie nic nie powiem, coby nie zapeszyć, ale stay tuned. 
  • "Opowieści sieroty, tom I" Catherynne M. Valente - najlepszy zakup ostatnich lat. Jedna z najcudowniejszych książek, jakie ostatnio czytałam, wypatrzona na stronie Empiku za ledwie dziesięć złociszy, w jakiejś niesamowitej promocji. Dziesięć złociszy. Dziesięć. Piękne wydanie w twardej oprawie, w dodatku wspaniałego dzieła, przecenione z czterech dych na jedną. Wygrane życie. Swoją drogą, muszę w końcu zreckać.
  • "Waffen-SS" Chrisa Bishopa - tanie książki historyczne w Biedrze, woah. To w sumie tyle.
  • "Justice" - zakupione na którejś z komiksowych grup. W Polszy pojawiło się co prawda eleganckie, duże wydanie, ale preferuję wersję angielską, więc zdecydowałam się na coś takiego. Prezentuje się ładnie, chociaż pierwszy tom ma drobny błąd w druku. Sam komiks jest cudownie ilustrowany, z całkiem niezłą historią, więc cieszę się, że dodałam go do swojej kolekcji. 
  • "Bler - Lepsza wersja życia" Rafała Szłapy - komiks, który powinnam była przeczytać już milijony lat temu. Jeden z lepszych polskich komiksów superbohaterskich, pięknie ilustrowany i z zajmującą historią. Będę reckać, jak znajdę wolną chwilę.

  • "Baśnie Braci Grimm dla dorosłych i młodzieży. Bez cenzury" Philipa Pullmana - znalezione na jakiejś książkowej grupie fejsbukowej. Bardzo korzysta cena, to i głupio było nie brać. Zwłaszcza, że Pullmana lubię, a sam tytuł chciałam sprawdzić już dawno. Reckę zaczęłam pisać jakiś czas temu, w końce pewnie się pojawi.

Do tego dochodzą dwie książki, które nie załapały się na zdjęcie, ponieważ mieszkają sobie u moich rodziców, jako że tamtejszy regał jest bardziej pojemny. Są to wygrzebane w antykwariacie "Wojny Klonów" i "Star Wars. Dziedzictwo Mocy. Objawienie" Karen Traviss. Kolejne dodatki do mojej kolekcji gwiezdnowojennych książek, obie wzięte ze względu na autorkę.

A teraz turlam się na Pyrkon. Jak zobaczycie takie łyse, w okularach, kręcące się w okolicach sali komiksowej, to pewnie będę ja. Na jakieś 99%, bo nie wiem, może w fandomie komiksowym jest więcej łysych panien w okularach. Enyłej, zakładając, że będę to ja: pomachajcie, powiedzcie "hej, Sidu, całkiem 4/10 ten twój blog, oby tak dalej", coś takiego. 
Cya.

Sunday, 3 April 2016

Recenzja "Lisa" #4

Nikt nie spodziewał się recenzji przedpremierowej! No, poza tymi, którzy czytają mojego fanpejdża. Idźcie na fanpejdża, lajkowanie nic nie kosztuje, a mnie już nudzi to chamskie żebranie o to co notkę.
Tymczasem, "Lis". Zadebiutuje na Pyrkonie, będzie dostępny na stoisku Sol Invictus, a także w internetach.


Czwarty numer "Lisa" rozpoczyna się w momencie, w którym zostawiliśmy Gabriela ostatnim razem. Z jednej strony to spora zaleta, nadaje to ciągłość całej historii. Niestety, poprzedni numer wyszedł tak dawno temu (październik zeszłego roku), że można było zapomnieć, gdzie dokładnie się zatrzymaliśmy. Przed podejściem do "Obławy" warto powtórzyć sobie trójkę. W każdym razie, nasz bohater z przypadku zdołał właśnie zdobyć środki usypiające, które ma zamiar wykorzystać w walce ze Strażnikiem. Nie jest jeszcze pewien, czy powinien pakować się w cały ten heroiczny biznes, dlatego bez większych sentymentów zostawia załatwienie problemu władzom - przynajmniej na początku. W tym czasie Zgroza i Bogdan, policjanci poznani w poprzednim zeszycie, jadą stawić czoła poszukiwanemu przestępcy. W międzyczasie dwie postacie, które do tej pory nie pojawiały się  w komiksie zbyt często, dostają chwilę dla siebie. 

Po spokojnym, skupionym na postaciach numerze trzecim, wracamy do czystej, właściwie nieprzerwanej akcji i naparzanki. Od pierwszych stron akcja pędzi przed siebie, nie zwalniając ani na moment. Mamy tu stosunkowo mało dialogów, trochę wewnętrznych monologów, ale ogólnie mówiąc, nie uświadczymy tu zbyt wiele słów - nawet Lis jakoś rzadziej rzuca sucharami.
Pod względem historii "Obława" wypada dość miałko, ale to raczej nie miał być najmocniejszy punkt tego zeszytu. Większość czasu poświęcono bezmyślnej nawalance, przez co bohaterowie nie dostali dla siebie zbyt wiele czasu i nijak się nie rozwinęli. Strażnik rzucił kilkoma groźnymi tekstami, Gabriel wykazał się swoim typowym humorem oraz niezamierzonym heroizmem, Bogdan i Zgroza nie pełnili właściwie żadnej znaczącej roli, Laura zaznaczyła jedynie swoją obecność (ach, jak ja uwielbiam jej design!), na koniec pokazała się też inna postać, która jednak robiła raczej za zapowiedź kolejnego numeru, niż pełnoprawny występ.

Od strony graficznej mamy powtórkę trójki: rysunki wykonała Dorota Papierska, a kolory nałożył Jakub Oleksów. Całość robi świetne wrażenie, tak jak ostatnio, w końcu kreska Dorci jest prześliczna, a Oleksów koloruje genialnie - jego praca to bez wątpienia jeden z największych plusów serii. Wspaniale wypadają też sceny akcji, których w "Obławie" jest mnóstwo, są niezwykle dynamiczne i momentami wyglądają naprawdę fenomenalnie. Nieco wynagradzają długi okres czekania na ten zeszyt.

Podsumowując, czwarty numer "Lisa" wypada nieco bladziej niż poprzednie, głównie przez skupienie się wyłącznie na akcji i nieprzedstawieniu niczego poza nią. Wszystko dzieje się bardzo szybko, przez co komiks zdaje się być krótki i nie zawierać zbyt wiele treści. Oprawa graficzna robi wrażenie, jest śliczna i pasuje do historii - właściwie to ona ciągnie cały zeszyt. Osobiście preferuję większe skupienie się na postaciach, niż na czystej naparzance, ale domyślam się, że miała to być odskocznia po ostatnim numerze.

Arceusie, ile rzeczy do napisania. Recka "Batman v Superman", recka jeszcze dwóch komiksów, notka o "Hamiltonie" i stosik. Ach, ach. Pierwsze poleci pewnie to ostatnie, jeszcze przed Pyrkonem. A potem trzy dni konwentowania, yay!
Do napisania, adieu.

Wednesday, 23 March 2016

Bykon 2016

Nie sądziłam, że przed Pyrkonem (w którym mój udział i tak stoi pod ogromnym znakiem zapytania) uda mi się odwiedzić jakikolwiek -kon. Wszystko było daleko, pieniędzy było mało, ogólnie bida z nyndzą i tylko czekanie na kwiecień. Nagle jednak na planie wyskoczył mi Bykon, szumnie nazwany "pierwszym multifandomowym konwentem w Bydgoszczy". Jako mieszkanka (przynajmniej tymczasowa) tego miasta oraz osoba, która jeszcze niedawno miała pracować przy organizacji growego konwentu w tym samym miejscu, musiałam się tam pojawić. Ba, nawet w formie twórcy programu!


Pierwsza edycja Bykonu miała być kameralną, dwudniową imprezą skupiającą w jednym miejscu wiele fandomów. Pierwszym zgrzytem, jaki można było zauważyć, była cena. Wiecie, mówimy tu o czymś zupełnie nowym, bez wyrobionej marki, po którym nie możemy się właściwie niczego spodziewać. Twórcy Bykonu za wejście postanowili kasować dwadzieścia złociszy. Na co poszły te pieniądze? Um, stawiam na kolorowe koszulki orgów, bo na pewno nie na gadżety dla użytkowników - dostawaliśmy jedynie kartkę z programem (bez opisów prelekcji - po te trzeba było biegać pod sale prelekcyjne) oraz kiepskiej jakości identyfikator na krótkiej smyczce.
Przejdźmy do wspomnianego programu. Konwent, przypominam, nazwał się "multifandomowym". Organizatorzy najwyraźniej pomylili słowa, najwyraźniej bowiem chcieli użyć określenia "mangowy z dodatkiem innych rzeczy". Bloków było sześć, plus larpy. Nie znaleźliśmy wśród nich jednak czegoś takiego, jak gry, filmy czy komiksy - zamiast tego dostaliśmy dwa bloki tematycznie związane z fandomem anime ("azjatycki" oraz "manga i anime"), blok o My Little Pony, a także fantastykę, sci-fi i popkulturę. Granice między poszczególnymi tematykami były jednak dość luźne, gdyż w "fantastyce" znalazł się na przykład panel o anime (nie zmieścił się w tych dwóch, duh).
Z planem był jeszcze jeden problem, nawet bardziej rażący. Widzicie, poza prelekcjami Bykon nie oferował właściwie żadnych atrakcji. Jakieś warsztaty? Nope. Trwający cały czas pokaz czegokolwiek? Nah. Konkursy, występy cosplayerów? Niet. Games roomy? Tak, z pięcioma grami na krzyż. Przez większość czasu nie miałam absolutnie nic do roboty.
Dodatkowy fun fact: drukowany, rozdawany ludziom plan (za który, jakby nie patrzeć, płaciliśmy) nie przeszedł żadnej korekty. Każde "ć" jawiło się jako "d", natomiast "ń" zmieniono w "o". Jak? Czemu? Dlaczego nikt tego nie poprawił? Nie mam pojęcia, niemniej jednak zabawnie to wyglądało.

Pierwszą prelekcją, na jakiej wylądowałam, była moja własna. Inaczej - współprowadzona przeze mnie. Razem z Dorotą, którą możecie kojarzyć jako rysowniczkę "Lisa", przygotowałyśmy panel o współczesnym komiksie polskim. Przytachałyśmy na miejsce tysiąc egzemplarzy do oglądania, zrobiłyśmy przegląd najróżniejszych pozycji i planowałyśmy rozpropagować trochę rodzimych autorów. Propagować jednak nie mogłyśmy zbyt wiele, jako że na nasz panel dotarły dwie (!) osoby. Z kilkunastominutowym opóźnieniem. Dlaczego? Ano dlatego, że pierwsze punkty programu ruszyły mniej więcej w tym samym momencie, co wpuszczanie ludzi na konwent. Hasztag organizacja bardzo.Nie wyszło jednak aż tak źle, dwójka naszych słuchaczy była chyba zainteresowana, zapisali sobie nawet parę tytułów - naszą misję uznać więc można za spełnioną.
Następne, po krótkiej przerwie, było "Cosplay dla początkujących" Daevalii. Niezwykle pomocna i ciekawa prelka, dowiedziałam się mnóstwo na temat tworzenia broni czy elementów zbroi, a także pielęgnacji peruk. Przy okazji mogłam pomacać sobie różnego rodzaju materiały oraz gotowe rekwizyty do cosplayu. Prowadząca zaczynała dość nieśmiało, ale poradziła sobie cudnie.
Zaraz po tym trafiłam na "Kącik dyskusyjny o Przebudzeniu Mocy - jak skrajne mogą być reakcje fanów?" Miltena, chociaż prowadziły go dwie osoby - nicka drugiej jednak nie pomnę. Ot, dyskusja, zgrabnie poprowadzona i całkiem przyjemna - no i sporo zachwytów nad Epizodem VII, których mogę słuchać, a słuchać.
Kolejna była dwugodzinna prelekcja "Kinowe uniwersum Marvela" przygotowana przez V. Miałam pomóc w prowadzeniu jej, ale stchórzyłam i ograniczyłam się do rzucania słowem czy dwoma od czasu do czasu. Dokładne omówienie wszystkich filmów i seriali składających się na MCU trochę zajęło, ale wypadło naprawdę interesująco i dało pole do paru krótkich wymian zdań.
Przez godzinę pałętałam się po okolicy bez celu, nie mogą znaleźć zupełnie nic ciekawego do roboty, po czym dotarłam na "Broń a prawo polskie, czyli czy wolno posiadać miecz świetlny", którego autorem był Hari. Nazwa była dość myląca, gdyż zamiast mieczy świetlnych słuchaliśmy o ustawach, przypisach i broni palnej. Mimo braku elementu fantastycznego słuchało się tego bardzo miło, w dodatku dowiedziałam się, że trzymanie w domu miecza nie jest aż tak problematyczne.
Następna była prelekcja "Światy równoległe w DC" prowadzoną przez Pavlaqa. Świetna dla newbie, zdecydowanie mogła zainteresować i zrobić ogromne wrażenie na ludziach, którzy w komiksach nie siedzą. Ja co prawda nie dowiedziałam się absolutnie niczego nowego, jednak forma podania powstrzymała mnie od nudzenia się.
Zaraz po tym zaczęło się "Lesbijki potrafią być bardzo niebezpieczne - czyli fenomen lesbijek w popkulturze" autorstwa Rysianny i Kłamcowego Jerza. Dość głupia i problematyczna rzecz: z jakiegoś nieznanego mi powodu prowadzący postanowili traktować postacie biseksualne jako zdefiniowane lesbijki (pozdrawiam czytających mnie bi - najwyraźniej znowu nie istniejecie, ojej). Poza tym jednak wypadło całkiem ładnie, przygotowano wiele przykładów, polecono mnóstwo tytułów, pożartowano - niezłe zakończenie konwentowego dnia. Z rana planowałam pojawić się na jeszcze jednym punkcie Rysianny, "Post-apokaliptyczne dwugłowe jelonki też mogą być piękne - Wprowadzenie do świata serialu The 100" - dotyczący serialu, o którym pisałam w poprzedniej notce - ale niestety, nie udało mi się wstać tak wcześnie.
Bo widzicie, Bykon to konwent dwudziestoczterogodzinny. Prelekcje ruszyły o trzynastej, zakończyły się o trzynastej dnia drugiego. Trwały przez całą noc, co uważam za pomysł skrajnie bezsensowny - nie wyobrażam sobie spędzenia całej nocy tylko i wyłącznie na prelkach, czy uczestniczenia w wiedzówce o piątej nad ranem. Ja wróciłam rano koło dziewiątej, ale udało mi się znaleźć coś ciekawiącego mnie dopiero po dwóch godzinach wiszenia w niebycie. Było to "O przyszłości kina superbohaterskiego" Grida - nic odkrywczego, ale prowadzone naprawdę świetnie. Ostatnim punktem, na jakie trafiłam, były "Fantastyczne ciekawostki" Agnieszki Trzepacz, które nieco posypały się ze względów organizacyjnych, ale były tak sympatycznie podane, że nawet mi to nie przeszkadzało. Zdecydowanie przyjemny finał konwentu.
Większość odwiedzonych przeze mnie prelekcji stało na wcale wysokim poziomie i zdecydowanie nie żałuję wybrania się na nie. Szkoda tylko, że ilość interesujących mnie paneli została przysypana górą animu i kucyków. Cóż, mam przynajmniej nadzieję, że okoliczni otaku bawili się świetnie.

Wystawcy zajęli korytarze na dwóch piętrach. Było ich dość sporo, w większości oferowali okołomangowe ozdóbki i gadżety ściągane z zagranicznych sklepów internetowych (bardzo lubię tego typu stoiska, zazwyczaj mają sporo ładnych pierdółek w nie-aż-tak-wygórowanych cenach), mangi czy rękodzieło. Było też obecne zawsze i wszędzie Maginarium, które jak zwykle przyciągało loterią - tym razem udało mi się oprzeć.
Uczestnicy mieli więc gdzie wydawać pieniądze. Mieli też stosunkowo łatwy dojazd z dworców oraz różnych części miasta, a także pobliskie miejsce, w którym mogli zaopatrzyć się w prowiant. Na konwencie można też było przenocować - na sleep room przeznaczono cały korytarz i jedną salę na najwyższym piętrze. Całkiem spora powierzchnia, chociaż nie jestem pewna, jak zniosła taką ilość osób. Rano nie widziałam jednak nikogo dosypiającego na parapetach czy krzesłach, zakładam więc, że nie było tak tragicznie. Całą miejscówkę oceniam zdecydowanie na plus.


Już z takich luźniejszych uwag okołokonwentowych, nietyczących się imprezy jako takiej. Bykon był, jak wspominałam, mocno mangowy. Wpłynęło to na demografię imprezy: większą część stanowiły nastoletnie otaku. Niestety, w sporej części był to ten typ otaku, których większość nerdów nie cierpi: głośne, dziwnie zachowujące się indywidua. Miałam okazję podziwiać więc, jak grupa takich osobników wchodzi na panel, siada z tyłu, pod ścianą, po czym zaczyna radośnie gadać, śmiać się i wydawać inne odgłosy, nie zważając na to, że przeszkadzają wszystkim wokół. Inna sytuacja miała miejsce, kiedy stado takich mangoludków wpadło do sali w momencie, kiedy poprzednia prelekcja dopiero się kończyła. Prelegent stał na środku, bezradnie, z pewnym zażenowaniem patrząc, jak grupa ludzi kompletnie go ignoruje i zagłusza, siadając w wolnych ławkach. Na zawołanie koleżanki "ej, może dacie mu dokończyć?" nie zareagował nikt, poza jedną panienką ozdobioną wiankiem i różkami, która zaczęła ją przedrzeźniać - ach, aż przypomniały mi się pierwsze klasy podstawówki. Gratuluję tej pani dojrzałości, a jeśli to czyta - pozdrawiam.

Zdjęć znajdziek i lootu nie będzie. Na konwent weszłam za dyszkę (yay, zniżka dla twórców programu!), w portfelu miałam całe siedem złociszy, z których dwa poszły na drożdżówkę z konwentowego sklepiku (była bardzo dobra i z malinkami, 9/10). Zakupów nie robiłam więc żadnych, jedynie smętnie wpatrywałam się w piękne pluszowe Pokemony, które zalegały na jednym stoisku.

Podsumowując? Nie było tragicznie. Program mocno kulał, brak atrakcji nieco bolał, cena za wejściówkę to jakiś żart, ale poza tym jestem zadowolona. Na plus sporo ciekawych prelekcji, kameralność, którą zapewne wiele osób sobie ceni - ja chyba jednak preferuję wielkie konwentofestiwale - fakt, że w końcu zorganizowano coś takiego w Bydgoszczy, konwentów raczej pozbawionej. O ile w przyszłym roku organizatorzy faktycznie zdecydują się na coś "multifandomowego", to będę ogromnie zadowolona. A wpadnę pewnie i tak.

W następnym odcinku zapowiadana notka o "Hamiltonie". Albo Stosik. Zobaczymy. Tymczasem idę na ulicę, trochę pożebrzę, może będzie mnie stać na dokończenie cosplayu Negasonic przed Pyrkonem. 
Do napisania.