Tuesday, 23 February 2016

Recenzja "All New Wolverine" #1 i "Mighty Thor" #1

Dzisiejszy tekst pisany jest przez dwie osoby. Ta ładna, rozbudowana i sensowna recka została przygotowana przez Śledzia (mocno polecam jej bloga, świetna lektura); ta druga jest moja. Część z przemyśleniami to nasz wspólny twór. Całość zawisła też na portalu Panteon, dzięki uprzejmości którego dostałyśmy oba komiksy. 


‘Olaboga, Thor będzie kobietą!’ – taki (mniej więcej) krzyk podniósł się w fandomie, gdy w 2014 roku Marvel ogłosił tę zmianę. Kurz już opadł, poznaliśmy też tożsamość tajemniczej bohaterki, która dołączyła właśnie do Avengers (w serii "All New, All Different Avengers") i doczekała się nowego otwarcia własnej serii (po liczącej osiem zeszytów „Thor” przyszedł czas na mającą obecnie dwa numery „The Mighty Thor”). Jak zatem spisuje się Bóg (a właściwie Bogini) Piorunów w nowej odsłonie?
Spieszę z nowiną: jest o niebo lepiej niż w „Thor”. Recenzowana przeze mnie seria to świeże i dynamiczne otwarcie – zarówno dla naszej bohaterki, jak i dla ‘nordyckiej’ części uniwersum Marvela. Zapoznajemy się tu z zupełnie nowym status quo Asgardii (i Dziesięciu Królestw) – Odyn od miesięcy nikomu się nie pokazuje, Odinson zniknął, Frigga została uwięziona przez własnego męża, Svartalfheim i Alfheim są na skraju wojny, a sama Thor jest ścigana listem gończym. A to dopiero początek…
Choć cała ta sytuacja jest niewątpliwie skomplikowana, a każda z postaci stara się coś sobie ugrać, punkt wyjścia zostaje przedstawiony z zaskakującą lekkością i angażuje bardziej, niż afera z Lodowymi Olbrzymami i Roxxonem z „Thor”. Największym sukcesem serii jest jednak sposób, w jaki potraktowana została tytułowa bohaterka. Już od pierwszej strony czujemy, że dr Jane Foster jest pełnokrwistą i interesującą postacią. Właśnie tak – nowa seria nie bawi się już w ukrywanie tożsamości zamaskowanej posiadaczki Mjolnira. I jest to świetny zabieg, który ułatwia pokazanie charakteru bohaterki oraz intrygującego konfliktu wewnętrznego – każda przemiana w Thora bowiem niweluje efekty chemioterapii.
Jeżeli mówimy tu o postaciach, to muszę jednak coś skrytykować. Jason Aaron wydaje się nie mieć pomysłu na Lokiego. Zdaje się, że cały dorobek Kierona Gillena i Ala Ewinga, którzy konsekwentnie rozwijali postać młodego Boga Kłamstw (a potem Boga Opowieści) w „Journey Into Mystery”, „Young Avengers” i „Agent of Asgard”, idzie nieco w odstawkę w celu snucia nowej, epickiej historii. Oczywiście nie możemy jeszcze ze stuprocentową pewnością stwierdzić, na ile moje przypuszczenia są słuszne, ale na razie, jako fanka Lokiego-antybohatera z ww. serii, czuję lekkie rozczarowanie.
Trzeba też pochwalić aspekty, które już w poprzedniej serii stały na wysokim poziomie (i szczęśliwie pozostał) – kreskę Russela Dautermana i kolory Matta Wilsona. Za pomocą cienkich, acz precyzyjnych linii i świetnego cieniowania osiągają oni wrażenie trójwymiarowości i plastyczności. Już samo przejrzenie komiksu sprawia estetyczną przyjemność. Zdecydowanie mają w tym swój udział kolory. Matt Wilson jest jednym z moich ulubionych artystów odpowiedzialnych za nie. I choć „The Mighty Thor” nie jest jego opus magnum (za takie uważam 8 i 14 numer serii „The Wicked + The Divine”), to nadal artysta utrzymuje bardzo wysoki poziom. Jego żywa i jaskrawa paleta barw świetnie spisuje się, gdy trzeba pokazać fantastyczne bogactwo form w Asgardii, ale daje też radę w nieco przygaszonym Midgardzie (w którym różowo-żółty kubraczek Volstagga ślicznie się wyróżnia).
W podsumowaniu nie mogę więc nie pochwalić tej rozkręcającej się dopiero serii. Stanowi ona dobry punkt startu dla wszystkich, którzy chcieliby lepiej poznać nową posiadaczkę tytułu Thora i sytuację Dziesięciu Królestw. Jeżeli po ostatnich filmowych produkcjach Marvela tęsknicie do dawno niewidzianego Asgardu i chcecie zacząć śledzić losy komiksowych Azów, nie mogliście na ten moment lepiej trafić. Polecam zarówno nowicjuszom, jak i wyjadaczom świata komiksów – obojga płci.

Zanim fani Marvela mogli wykrzyknąć „Olaboga, Wolverine też będzie kobietą!” i ponarzekać na „szerzącą się poprawność polityczną”, ich uwagę zajęło coś innego – zabicie tejże postaci, jednego z najukochańszych superbohaterów w historii wydawnictwa, uwielbianego jeszcze bardziej od czasu sportretowania go przez Hugh Jackmana w filmowej serii o X-Menach. Śmierć w komiksie superbohaterskim nie znaczy co prawda zbyt wiele – w końcu każdemu zdarzy się czasem umrzeć i pozostać martwym przez chwilę, aż do widowiskowego zmartwychwstania kilka numerów później. Jedynie garstka wybrańców, takich jak Gwen Stacy czy wujek Ben, wciąż uparcie nie wykazuje żadnych funkcji życiowych. Smutny los Logana był jednak zapowiadany i reklamowany tak namiętnie, że wzbudziło to spory szum wśród fanów. Kiedy okazało się, że oryginalny Rosomak faktycznie może pozostać martwy nieco dłużej, niż przewidywano, na horyzoncie (a właściwie materiałach teasujących uniwersum post-Secret Warsowe) pojawił się następca Jamesa Howletta – znana z wcześniejszych komiksów postać X-23, żeńskiego klona Rosomaka. Jej pierwszy występ w nowej roli mamy okazję oglądać w nowej serii „All New Wolverine”.
Laura dopiero co przybrała nowy pseudonim, a już zdaje się być w samym środku nowej intrygi. Pierwsze zeszyt jej nowej solowej serii zaczyna się jak pierwsza lepsza przypadkowa sprawa, z jaką co tydzień mierzą się różni bohaterowie. Dopiero pod koniec wychodzi na jaw, że to początek czegoś znacznie większego – tajemniczego, osobistego problemu, z którym Wolverine będzie musiała się uporać. Nie jest jednak osamotniona w tym zadaniu: wspiera ją Angel, a także wciąż żywe wspomnienia o jej mentorze, Loganie. Ten pojawia się w komiksie w sporej sekwencji, w której zobaczyć możemy relację tej dwójki – wypada to bardzo zgrabnie i nie sprawia wrażenia wciśniętego na siłę. Wątek główny też prezentuje się nieźle, jest intrygujący i obiecuje ciekawe wydarzenia w kolejnych numerach, zapewniając jednak wystarczająco dużo rozrywki, żeby nie być jedynie pustym teaserem. Nasza bohaterka świetnie odnajduje się w nowej roli (podkreślanej przez jej strój – używa ona klasycznego, żółtego outfitu Wolverine'a, który wszyscy znamy), chociaż widać, że nie czuje się w niej aż tak dobrze, jak sama by chciała.
Pod względem graficznym komiks stoi na wysokim poziomie. Rysunki autorstwa Davida Lopeza i Davida Navarrota, z kolorami Nathana Fairbairna są dynamiczne, dokładne i dopracowane, genialnie sprawdzają się w scenach akcji, których tu nie brakuje.
Podsumowując, pierwszy numer „All New Wolverine” zapowiada przyjemną w odbiorze serię z intrygującą fabułą i ciekawą, dającą się lubić bohaterką, która stara się sprostać zadaniu, które jej przypadło. To godna następczyni Logana i wygląda na to, że jej solowy komiks będzie zajmującą lekturą. Powinien spodobać się zarówno miłośnikom przygód Howletta, jak i komiksowym newbie, którzy dopiero wchodzą w uniwersum.

Jane Foster i Laura Kinney nie są jedynymi kobietami, które przejęły przydomki i role swoich kolegów po fachu. Takie przypadki pojawiały się już od dawna, chociaż ostatnio jest tego nawet nieco więcej, niż dawniej. Tytuł Captain Marvel nie od początku noszony był przez przedstawicielkę płci pięknej, pseudonim Hawkeye używany jest zarówno przez Clinta Bartona, jak i przez nastoletnią Kate Bishop, Star-Lord to obecnie Kitty Pryde i tak dalej, i tak dalej. Oczywiście, malkontenci mogą się zżymać i do znudzenia powtarzać, że chodzi tu tylko o pieniądze i schlebianie (tym razem nie ich) gustom. I choć może być w tym ziarnko prawdy (zwłaszcza gdy spojrzy się na wyniki finansowe - w pewnym momencie komiks z Jane Foster sprzedawał się lepiej od komiksu z Odinsonem), to jednak mimo wszystko najistotniejsze wydaje się to, czy nowopowstałe historie będą po prostu dobre i czy czytelnikom uda się zapałać sympatią do świeżo wprowadzanych postaci. Dodatkowym plusem jest niezaprzeczalnie fakt, że zwiększa to pulę kobiecych bohaterek, których w komiksie superhero jest wciąż niewiele, a jeśli już są, to rzadko kiedy grają ważną rolę. Pojawiają się zazwyczaj jako dodatek do teamów męskich, często też nie dostają tyle uwagi: są wykluczane z materiałów promocyjnych, linii gadżetów, pomija się ich personalne wątki. Ponieważ proporcje są zaburzone w ten sposób, "zabieranie" ról przez heroiny ich starszym, bardziej doświadczonym kolegom nie jest problematyczne, a pozytywnie wpływa na reprezentację kobiet w popkulturze. A recenzowane przez nas komiksy w stu procentach spełniają te warunki - i z pewnością możemy polecić je każdemu, kto interesuje się amerykańskim nurtem superhero. Niezależnie od płci. 

I tak, o. Kooperacja, współpraca, te sprawy. Mam nadzieję, że wyszło zdatnie. Zapraszam do dzielenia się opinią na temat wpisu, komiksów, a także feministycznej propagandy u Marvela. Polecam też zajrzeć na bloga Śledzia, warto. 

Sunday, 21 February 2016

Wyniki konkursu gwiezdnowojennego

Sześć zgłoszeń. Sześć. Z jednej strony to o jakieś sześć więcej, niż oczekiwałam - z drugiej, moje nieśmiałe marzenia o dziesiątkach nowych czytelników troszkę obumarły. Hm, może kolejny konkurs będzie miał lepszą frekwencję, zobaczymy. 
Tymczasem! 

Ogromnie dziękuję wszystkim, którzy wysilili się i napisali te parę zdań. Wszystkie odpowiedzi czytało mi się niezmiernie miło i miałam spory problem z wybraniem zwycięzców - okazuje się, że to znacznie trudniejsze, niż mogłoby się wydawać. Więcej tego nie zrobię, w kolejnym konkursie miejsca rozlosowywać będzie mój kot. 

Coby jednak nie przedłużać. *tu wstawcie fanfary* 

Myśliwiec Anakina Skywalkera trafia do Ore, za czerwone kosmiczne Ferrari: 
Ha, zapominacie o oczywistej oczywistości - czerwone statki latają najszybciej! Dlatego też najchętniej uprowadziłabym Barbarossę (http://img217.imageshack.us/img217/4929/loghepisode15dvdcentral.jpg), okręt flagowy Siegfrieda Kircheisa z Legend of the Galactic Heroes. To czerwone i lekko falliczne kilometrowe kosmiczne Ferrari nie dość, że należy do najnowszej generacji okrętów wojennych w swoim uniwersum, to jeszcze jest praktycznie nieużywane. Inaczej rzecz by się miała, gdyby Kircheis wciąż żył, ale że nie żyje, to biedna Barbarossa skazana jest na wieczność spędzoną w doku w charakterze muzeum (chociaż bez nietoperzy). Decyzję tę podjął lokalny Złotowłosy Cysorz i Pierwszy Bisz Imperium po śmierci Kircheisa, co w pewien sposób da się zrozumieć - w końcu okręt robiony był na zamówienie, z poszyciem w dokładnie tym kolorze, co włosy Kircheisa. W uniwersum rudych admirałów co prawda jest na pęczki, ale żadnego z czupryną w tym konkretnym odcieniu rudości, więc oddanie okrętu w dobre ręce nie wchodziło za bardzo w grę. ;)
Tak czy inaczej, jakoś to nieładnie tak zabraniać czerwonemu okrętowi latać, kiedy całym sobą rwie się do lotu. Uwolnić Barbarossę!!!


TIE Fighter poleci do Powiało Chłodem za najprzytulniejszy statek w 'verse:
Nie, nie, nie. Nie zgadzam się z Wami (no może nie ze wszystkimi). Jedyną słuszną odpowiedzią jest Firefly! Ta cudowna ruinka, z której świetny pilot i jeszcze lepszy mechanik potrafią wycisnąć więcej niż Han i Chewie z Sokoła Milenium. A jak dorzucić do tego te wszystkie skrytki i zakamarki, pozwalające ukryć wszelkiego rodzaju kontrabandę, to Sokół może schować się głęboko w Czarnej Dziurze. Poza tym na żadnym statku nie panuje taki klimat jak na Firefly. Jedyną obłędnie nowoczesną i sterylną częścią (i słusznie) jest pokładowy lazaret, gdzie wszelkie rany leczy się przy użyciu najnowszych zdobyczy techniki. Ale reszta pokładu jest bardziej swojska niż mogłoby się to wydawać. Kajuty poszczególnych członków załogi są tak spersonalizowane i po prostu ciepłe, że pozwalają zapomnieć o chłodzie i przygnębiającej wielkości kosmosu. Jednak to i tak nic w porównaniu z pokładową mesą, która wygląda niczym kuchnia z domku na prerii. Każde krzesło jest inne, naczynia pamiętają różnych właścicieli a centrum stanowi olbrzymi drewniany stół, przy którym zmieści się cała załoga na ich małe, wewnętrzne święta i narady. Tam nawet proteinowa papka będzie smakować lepiej, mimo że akurat zabrakło estragonu.

Gratuluję. Oczekujcie wiadomości ode mnie. 
Wszystkim innym uczestnikom przeogromnie dziękuję za udział. Obyście nie tracili nadziei i brali udział w kolejnych konkursach, które kiedyś zorganizuję. 

Moglam ogłosić to tylko na fejsbuku, ale w ten sposób nabijam sobie liczbę postów na blogu. Idealnie. Na dniach rzucę ładną recenzją pisaną w co-opie z pewną zdolną blogerką, więc stay tuned. Do przeczytania. 

Sunday, 14 February 2016

Recenzja "Sex Criminals" vol 1

Okoliczne sklepy mówią mi, że mamy jakieś święto dla ludzi w związkach, czy coś takiego. Archiwum bloga z kolei powiadomiło mnie, że równo rok temu, z powodu tego samego święta, zawisła tu recenzja pewnego ślicznego, klimatycznego komiksu: Sunstone. Chciałam kontynuować tę nową świecką tradycję i zdecydowałam się napisać o kolejnym miłym, romantycznym tytule od wydawnictwa Image. 


"Sex Criminals" zwracają uwagę paroma elementami, z których najważniejszym jest zdecydowanie pomysł na fabułę. Streścić można go w paru zdaniach i zazwyczaj wystarcza to na zaintrygowanie potencjalnego czytelnika. Suzie to dwudziestoparoletnia bibliotekarka wiodąca niezbyt fascynujące życie, odróżniająca się od innych tylko jednym, małym szczegółem: kiedy dostaje orgazmu, świat staje w miejscu. Dosłownie, czas się zatrzymuje. Na początku historii przedstawionej w komiksie poznaje Jona, faceta o identycznej zdolności. Szybko się do siebie zbliżają i postanawiają okraść bank. 
Punkt wyjściowy jest, jak widzicie, niezwykle oryginalny i niedorzeczny. Po przeczytaniu czegoś takiego można spodziewać się, że treść będzie całkowicie poryta, oderwana od rzeczywistości i przepełniona humorem. Sama byłam zaskoczona faktem, że nie do końca tak jest - jasne, całość jest niesamowicie dziwna, ale jednocześnie jest w jakiś przedziwny sposób poważna i zaskakująco sensownie przedstawiona, przez co nie odczuwa się ciągłego "bogowie, co ja czytam?". Historia, chociaż prosta i niesprawiająca wrażenia angażującej, naprawdę wciąga i zachęca do przewracania kolejnych stron. Dużo w tym zasługi samego prowadzenia fabuły, częstych przeskoków w czasie, retrospekcji, introspekcji i innych trików stosowanych przez autora. Sama opowieść o napadzie na bank poprzedzona jest chociażby scenami z życia głównej bohaterki, jej dzieciństwa i czasów nastoletnich, w których odkrywa swoją przedziwną moc i próbuje sobie z tym radzić. To naprawdę kawał świetnej, ujmującej i zabawnej historii, który w połączeniu z narracją prowadzoną przez dorosłą już Suzie idealnie nastraja do klimatu komiksu. Po tym wprowadzeniu i poznaniu postaci dochodzimy do momentu, w którym para zaczyna korzystać ze swoich umiejętności wspólnie, robiąc wiele rzeczy, które robiłaby pewnie większość z nas, gdybyśmy potrafili zatrzymywać czas.

To zresztą wiąże się z kolejnym plusem "Sex Criminals": szczerymi, ludzkimi bohaterami. Suzie i Jon nie zdobyli może mojej sympatii w stopniu, którego oczekiwałam - zwłaszcza Jon, którego uważam za wybitnie nudnego - ale z czystym sercem przyznaję, że to jedne z najprawdziwszych postaci, jakie widziałam w ostatnim czasie. Mają pełno wad, których nikt nie stara się ukryć, wiele problemów, a także głupich pomysłów. Odstawiając ich magiczne zdolności na bok dostaniemy parkę nieróżniącą się wiele od dziesiątek innych, które mijamy na ulicy. Ich przygody śledzi się naprawdę przyjemnie i chce się czekać na więcej.
Z drugiej strony mamy tu mały problem. Jak widzicie, cały czas piszę tylko o naszych tytułowych kryminalistach, nie wspominając o nikim innym. Ma to prostą i oczywistą przyczynę: właściwie nikogo innego tu nie ma. Nie mam na myśli tego, że postaciom przewijającym się w tle nie poświęca się czasu - tych postaci po prostu nie ma. Gdzieś na piątym planie widzimy współlokatorkę Suzie, która co prawda pojawia się na dłużej, ale niewiele to znaczy, w późniejszych numerach poznajemy też swego rodzaju przeciwniczkę naszych protagonistów, ale to właściwie tyle. Suzie i Jon nie wydają mi się kimś, kto może udźwignąć całą serię na swoich barkach - na szczęście sytuacja zmienia się nieco w kolejnym tomie, tutaj jednak przedstawia się to bardzo ubogo.

Inną rzeczą, która zachęca do sięgnięcia po komiks są nazwiska twórców, a zwłaszcza scenarzysty. Matt Fraction zdobył sympatię wysoko ocenianym "Casanovą" oraz genialnym "Hawkeyem" i jest to sympatia w pełni zasłużona. W "Sex Criminals" odwala świetną robotę: jego język, styl narracji czy dziwaczny humor to najjaśniejsze punkty tej serii. Wydanie zbiorcze pozbawia nas co prawda rozbrajających wstawek na początku i końcu każdego numeru, ale wciąż znajdzie się tu trochę kontentu.
Razem z Fractionem nad komiksem pracuje Chip Zdarsky, zajmujący się oprawą graficzną. W niczym nie ustępuje on swojemu koledze, od strony wizualnej komiks prezentuje się bowiem zjawiskowo. Kreska Zdarsky'ego jest charakterystyczna, idealnie pasująca do historii, ślicznie kolorowana, a wśród rysunków ukrywa się wiele smaczków. Ogromne wrażenie robią sceny, w których Suzie i Jon zatrzymują czas - zmiana w kolorystyce i oświetleniu wygląda naprawdę magicznie. Wspaniale prezentują się też okładki poszczególnych numerów: minimalistyczne zarówno w formie, jak i kolorze. Zdecydowanie intrygują.

Podsumowując? Kupcie "Sex Criminals". Albo chociaż pierwszy numer, żeby sprawdzić, czy ten poziom dziwności do Was przemawia. Jeśli tak - hell yeah, bierzcie i cieszcie się. To naprawdę kawał świetnej, wciągającej historii wychodzącej z całkowicie absurdalnego pomysłu, a jednak wciąż mającej jakiś sens. Niezwykły humor, idealny na poprawę nastroju - zwłaszcza w Walentynki. I guess.

To tak świątecznie. Chyba pozostanę w tym klimacie i rzucę niedługo reckę trzeciego "Sunstone", ale wiecie jak to jest ze mną i obietnicami. 
Tymczasem zapraszam do wzięcia udziału w konkursie, zostawienia komentarzy, lajków i tak dalej. Do usłyszenia. 

Monday, 8 February 2016

Konkurs gwiezdnowojenny

W końcu zdecydowałam się to zrobić. Zapowiadałam to od dłuższego czasu (już w październiku obiecywałam konkurs, chociaż nieco inny - ten też w końcu zorganizuję, spokojnie), ale w końcu się udało. 

Nie, aż tak bogato nie będzie. Ale to wygląda na zdjęciu ładniej, więc wrzucam. Focia stąd.
Naprawdę chciałabym móc obsypać swoich czytelników pięknymi nagrodami w stylu książek i komiksów prosto od wydawnictwa, ale niestety, to jeszcze nie ten poziom. Jak przybędzie mi z pińćset lajków, to może i uda mi się zorganizować coś takiego, na razie jednak musimy zadowolić się pierdółkami, które akurat wpadną mi w ręce.
Tak się składa, że ostatnio udało mi się natknąć na stosik ładnych, niekosztujących milionów modeli statków z Gwiezdnej Sagi. Modeli było pięć na krzyż, ale udało mi się położyć łapki na paru, z których dwa chcę przeznaczyć na nagrody w tym małym konkursie. Nie jest to nic wielkiego, ale oba prezentują się na półce prześlicznie - w dodatku hej, są darmowe! Aż żal nie brać. Szczególnie, że aby jeden otrzymać, wystarczy tylko odpowiedzieć na banalne pytanie konkursowe:

Na pokładzie jakiego statku najchętniej wybralibyście się w przestrzeń kosmiczną?
Odpowiedź oczywiście wypada uzasadnić. Nie daję żadnych dokładnych wytycznych co do długości, ale miejcie na uwadze fakt, że "Latałbym Millenium Falconem, bo jest fajny" ma marne szanse na zwycięstwo. No, chyba że konkurencja nie popisze się niczym lepszym.
Chętnie poczytam rozbudowane, kreatywne odpowiedzi. Nie ma znaczenia uniwersum, z jakiego pochodzi dany spaceship - w sumie jedynym warunkiem, jaki musi spełniać, jest możliwość latania po kosmosie i okolicach.

Nagrody przewiduję dwie, obie to modele z serii Star Wars: Kultowe statki i pojazdy od DeAgostini. Pierwsze miejsce nagrodzone zostanie TIE Fighterem, drugie - myśliwcem Anakina Skywalkera. Co istotne - opakowania modeli wyglądają, jakby przeżyły już niejedną podróż w dalekie rejony galaktyki, ale zawartość jest nienaruszona, w stanie idealnym.

Troszkę formalności, które jednak warto przeczytać:

1. Organizatorem konkursu oraz fundatorem nagrody jest blog Muzeum Nietoperzy, nagroda pochodzi z prywatnych zbiorów autorki.
2. Aby wziąć udział w konkursie, należy:
 - być obserwatorem Muzeum Nietoperzy na facebooku i/lub Blogspocie,
 - udostępnić informację o konkursie (na własnym blogu, stronie, fb czy co tam wymyślicie),
 - odpowiedzieć na pytanie konkursowe w komentarzu pod tym postem, zamieszczając przy okazji swój adres e-mail, nick/nazwisko, pod którym obserwuje się bloga oraz informację o tym, gdzie udostępniliście informację. 
3. Zwycięzcy zostaną wybrani na podstawie mojej subiektywnej opinii. 
4. Konkurs trwa od 08.02.2016 do 20.02.2016, do godziny 23:59. Wyniki zostaną ogłoszone 21.02 na fanpejdżu i blogu.
5. Zwycięzcy poinformowani zostaną drogą mailową i proszeni będą o nadesłanie odpowiedzi zawierającej adres pocztowy w ciągu 48 godzin, w przeciwnym razie wygrana przechodzi na kolejną osobę.
6. Nagrody wysyłam jedynie na terenie Polski.
7. Konkurs nie podlega przepisom ustawy z dnia 29 lipca 1992 roku o grach i zakładach (Dz. U. z 2004 roku Nr 4 poz. 272 z późniejszymi zmianami).
8. Przystępując do rozdania akceptujesz powyższy regulamin.

I to chyba tyle. Byłabym naprawdę wdzięczna, gdyby pod postem pojawiły się chociaż te dwie odpowiedzi, a każda większa ilość prawdopodobnie doprowadzi mnie do łez. Także nie krępujcie się, piszcie, udostępniajcie, lajkujcie. Ja tym czasem wracam do pisania rzeczy sensowniejszych.