Wednesday, 23 March 2016

Bykon 2016

Nie sądziłam, że przed Pyrkonem (w którym mój udział i tak stoi pod ogromnym znakiem zapytania) uda mi się odwiedzić jakikolwiek -kon. Wszystko było daleko, pieniędzy było mało, ogólnie bida z nyndzą i tylko czekanie na kwiecień. Nagle jednak na planie wyskoczył mi Bykon, szumnie nazwany "pierwszym multifandomowym konwentem w Bydgoszczy". Jako mieszkanka (przynajmniej tymczasowa) tego miasta oraz osoba, która jeszcze niedawno miała pracować przy organizacji growego konwentu w tym samym miejscu, musiałam się tam pojawić. Ba, nawet w formie twórcy programu!


Pierwsza edycja Bykonu miała być kameralną, dwudniową imprezą skupiającą w jednym miejscu wiele fandomów. Pierwszym zgrzytem, jaki można było zauważyć, była cena. Wiecie, mówimy tu o czymś zupełnie nowym, bez wyrobionej marki, po którym nie możemy się właściwie niczego spodziewać. Twórcy Bykonu za wejście postanowili kasować dwadzieścia złociszy. Na co poszły te pieniądze? Um, stawiam na kolorowe koszulki orgów, bo na pewno nie na gadżety dla użytkowników - dostawaliśmy jedynie kartkę z programem (bez opisów prelekcji - po te trzeba było biegać pod sale prelekcyjne) oraz kiepskiej jakości identyfikator na krótkiej smyczce.
Przejdźmy do wspomnianego programu. Konwent, przypominam, nazwał się "multifandomowym". Organizatorzy najwyraźniej pomylili słowa, najwyraźniej bowiem chcieli użyć określenia "mangowy z dodatkiem innych rzeczy". Bloków było sześć, plus larpy. Nie znaleźliśmy wśród nich jednak czegoś takiego, jak gry, filmy czy komiksy - zamiast tego dostaliśmy dwa bloki tematycznie związane z fandomem anime ("azjatycki" oraz "manga i anime"), blok o My Little Pony, a także fantastykę, sci-fi i popkulturę. Granice między poszczególnymi tematykami były jednak dość luźne, gdyż w "fantastyce" znalazł się na przykład panel o anime (nie zmieścił się w tych dwóch, duh).
Z planem był jeszcze jeden problem, nawet bardziej rażący. Widzicie, poza prelekcjami Bykon nie oferował właściwie żadnych atrakcji. Jakieś warsztaty? Nope. Trwający cały czas pokaz czegokolwiek? Nah. Konkursy, występy cosplayerów? Niet. Games roomy? Tak, z pięcioma grami na krzyż. Przez większość czasu nie miałam absolutnie nic do roboty.
Dodatkowy fun fact: drukowany, rozdawany ludziom plan (za który, jakby nie patrzeć, płaciliśmy) nie przeszedł żadnej korekty. Każde "ć" jawiło się jako "d", natomiast "ń" zmieniono w "o". Jak? Czemu? Dlaczego nikt tego nie poprawił? Nie mam pojęcia, niemniej jednak zabawnie to wyglądało.

Pierwszą prelekcją, na jakiej wylądowałam, była moja własna. Inaczej - współprowadzona przeze mnie. Razem z Dorotą, którą możecie kojarzyć jako rysowniczkę "Lisa", przygotowałyśmy panel o współczesnym komiksie polskim. Przytachałyśmy na miejsce tysiąc egzemplarzy do oglądania, zrobiłyśmy przegląd najróżniejszych pozycji i planowałyśmy rozpropagować trochę rodzimych autorów. Propagować jednak nie mogłyśmy zbyt wiele, jako że na nasz panel dotarły dwie (!) osoby. Z kilkunastominutowym opóźnieniem. Dlaczego? Ano dlatego, że pierwsze punkty programu ruszyły mniej więcej w tym samym momencie, co wpuszczanie ludzi na konwent. Hasztag organizacja bardzo.Nie wyszło jednak aż tak źle, dwójka naszych słuchaczy była chyba zainteresowana, zapisali sobie nawet parę tytułów - naszą misję uznać więc można za spełnioną.
Następne, po krótkiej przerwie, było "Cosplay dla początkujących" Daevalii. Niezwykle pomocna i ciekawa prelka, dowiedziałam się mnóstwo na temat tworzenia broni czy elementów zbroi, a także pielęgnacji peruk. Przy okazji mogłam pomacać sobie różnego rodzaju materiały oraz gotowe rekwizyty do cosplayu. Prowadząca zaczynała dość nieśmiało, ale poradziła sobie cudnie.
Zaraz po tym trafiłam na "Kącik dyskusyjny o Przebudzeniu Mocy - jak skrajne mogą być reakcje fanów?" Miltena, chociaż prowadziły go dwie osoby - nicka drugiej jednak nie pomnę. Ot, dyskusja, zgrabnie poprowadzona i całkiem przyjemna - no i sporo zachwytów nad Epizodem VII, których mogę słuchać, a słuchać.
Kolejna była dwugodzinna prelekcja "Kinowe uniwersum Marvela" przygotowana przez V. Miałam pomóc w prowadzeniu jej, ale stchórzyłam i ograniczyłam się do rzucania słowem czy dwoma od czasu do czasu. Dokładne omówienie wszystkich filmów i seriali składających się na MCU trochę zajęło, ale wypadło naprawdę interesująco i dało pole do paru krótkich wymian zdań.
Przez godzinę pałętałam się po okolicy bez celu, nie mogą znaleźć zupełnie nic ciekawego do roboty, po czym dotarłam na "Broń a prawo polskie, czyli czy wolno posiadać miecz świetlny", którego autorem był Hari. Nazwa była dość myląca, gdyż zamiast mieczy świetlnych słuchaliśmy o ustawach, przypisach i broni palnej. Mimo braku elementu fantastycznego słuchało się tego bardzo miło, w dodatku dowiedziałam się, że trzymanie w domu miecza nie jest aż tak problematyczne.
Następna była prelekcja "Światy równoległe w DC" prowadzoną przez Pavlaqa. Świetna dla newbie, zdecydowanie mogła zainteresować i zrobić ogromne wrażenie na ludziach, którzy w komiksach nie siedzą. Ja co prawda nie dowiedziałam się absolutnie niczego nowego, jednak forma podania powstrzymała mnie od nudzenia się.
Zaraz po tym zaczęło się "Lesbijki potrafią być bardzo niebezpieczne - czyli fenomen lesbijek w popkulturze" autorstwa Rysianny i Kłamcowego Jerza. Dość głupia i problematyczna rzecz: z jakiegoś nieznanego mi powodu prowadzący postanowili traktować postacie biseksualne jako zdefiniowane lesbijki (pozdrawiam czytających mnie bi - najwyraźniej znowu nie istniejecie, ojej). Poza tym jednak wypadło całkiem ładnie, przygotowano wiele przykładów, polecono mnóstwo tytułów, pożartowano - niezłe zakończenie konwentowego dnia. Z rana planowałam pojawić się na jeszcze jednym punkcie Rysianny, "Post-apokaliptyczne dwugłowe jelonki też mogą być piękne - Wprowadzenie do świata serialu The 100" - dotyczący serialu, o którym pisałam w poprzedniej notce - ale niestety, nie udało mi się wstać tak wcześnie.
Bo widzicie, Bykon to konwent dwudziestoczterogodzinny. Prelekcje ruszyły o trzynastej, zakończyły się o trzynastej dnia drugiego. Trwały przez całą noc, co uważam za pomysł skrajnie bezsensowny - nie wyobrażam sobie spędzenia całej nocy tylko i wyłącznie na prelkach, czy uczestniczenia w wiedzówce o piątej nad ranem. Ja wróciłam rano koło dziewiątej, ale udało mi się znaleźć coś ciekawiącego mnie dopiero po dwóch godzinach wiszenia w niebycie. Było to "O przyszłości kina superbohaterskiego" Grida - nic odkrywczego, ale prowadzone naprawdę świetnie. Ostatnim punktem, na jakie trafiłam, były "Fantastyczne ciekawostki" Agnieszki Trzepacz, które nieco posypały się ze względów organizacyjnych, ale były tak sympatycznie podane, że nawet mi to nie przeszkadzało. Zdecydowanie przyjemny finał konwentu.
Większość odwiedzonych przeze mnie prelekcji stało na wcale wysokim poziomie i zdecydowanie nie żałuję wybrania się na nie. Szkoda tylko, że ilość interesujących mnie paneli została przysypana górą animu i kucyków. Cóż, mam przynajmniej nadzieję, że okoliczni otaku bawili się świetnie.

Wystawcy zajęli korytarze na dwóch piętrach. Było ich dość sporo, w większości oferowali okołomangowe ozdóbki i gadżety ściągane z zagranicznych sklepów internetowych (bardzo lubię tego typu stoiska, zazwyczaj mają sporo ładnych pierdółek w nie-aż-tak-wygórowanych cenach), mangi czy rękodzieło. Było też obecne zawsze i wszędzie Maginarium, które jak zwykle przyciągało loterią - tym razem udało mi się oprzeć.
Uczestnicy mieli więc gdzie wydawać pieniądze. Mieli też stosunkowo łatwy dojazd z dworców oraz różnych części miasta, a także pobliskie miejsce, w którym mogli zaopatrzyć się w prowiant. Na konwencie można też było przenocować - na sleep room przeznaczono cały korytarz i jedną salę na najwyższym piętrze. Całkiem spora powierzchnia, chociaż nie jestem pewna, jak zniosła taką ilość osób. Rano nie widziałam jednak nikogo dosypiającego na parapetach czy krzesłach, zakładam więc, że nie było tak tragicznie. Całą miejscówkę oceniam zdecydowanie na plus.


Już z takich luźniejszych uwag okołokonwentowych, nietyczących się imprezy jako takiej. Bykon był, jak wspominałam, mocno mangowy. Wpłynęło to na demografię imprezy: większą część stanowiły nastoletnie otaku. Niestety, w sporej części był to ten typ otaku, których większość nerdów nie cierpi: głośne, dziwnie zachowujące się indywidua. Miałam okazję podziwiać więc, jak grupa takich osobników wchodzi na panel, siada z tyłu, pod ścianą, po czym zaczyna radośnie gadać, śmiać się i wydawać inne odgłosy, nie zważając na to, że przeszkadzają wszystkim wokół. Inna sytuacja miała miejsce, kiedy stado takich mangoludków wpadło do sali w momencie, kiedy poprzednia prelekcja dopiero się kończyła. Prelegent stał na środku, bezradnie, z pewnym zażenowaniem patrząc, jak grupa ludzi kompletnie go ignoruje i zagłusza, siadając w wolnych ławkach. Na zawołanie koleżanki "ej, może dacie mu dokończyć?" nie zareagował nikt, poza jedną panienką ozdobioną wiankiem i różkami, która zaczęła ją przedrzeźniać - ach, aż przypomniały mi się pierwsze klasy podstawówki. Gratuluję tej pani dojrzałości, a jeśli to czyta - pozdrawiam.

Zdjęć znajdziek i lootu nie będzie. Na konwent weszłam za dyszkę (yay, zniżka dla twórców programu!), w portfelu miałam całe siedem złociszy, z których dwa poszły na drożdżówkę z konwentowego sklepiku (była bardzo dobra i z malinkami, 9/10). Zakupów nie robiłam więc żadnych, jedynie smętnie wpatrywałam się w piękne pluszowe Pokemony, które zalegały na jednym stoisku.

Podsumowując? Nie było tragicznie. Program mocno kulał, brak atrakcji nieco bolał, cena za wejściówkę to jakiś żart, ale poza tym jestem zadowolona. Na plus sporo ciekawych prelekcji, kameralność, którą zapewne wiele osób sobie ceni - ja chyba jednak preferuję wielkie konwentofestiwale - fakt, że w końcu zorganizowano coś takiego w Bydgoszczy, konwentów raczej pozbawionej. O ile w przyszłym roku organizatorzy faktycznie zdecydują się na coś "multifandomowego", to będę ogromnie zadowolona. A wpadnę pewnie i tak.

W następnym odcinku zapowiadana notka o "Hamiltonie". Albo Stosik. Zobaczymy. Tymczasem idę na ulicę, trochę pożebrzę, może będzie mnie stać na dokończenie cosplayu Negasonic przed Pyrkonem. 
Do napisania. 

Wednesday, 16 March 2016

Top 7 seriali science-fiction

Spytałam, czy chcecie więcej toplist. Nikt mi nie odpowiedział, więc wzięłam to za potwierdzenie. Także tego, ta-da, nowa topka. Tak jak obiecałam, serialowa. Od razu chcę ostrzec, że nie oglądałam wszystkich seriali s-f, jakie powstały, mam więc pewnie wielkie braki. Jeśli tak jest i razi Was moja ignorancja - proszę, polećcie coś. Albo skrytykujcie notkę. Cokolwiek. 

7. "The 100". Ciekawa seria, łącząca ze sobą masę oryginalnych, naprawdę ciekawych elementów, z ogromnymi pokładami naiwności, dziur fabularnych i irytującego klimatu produkcji dla nastolatków. Często przyprawia o fejspalmy i ból zębów, ale nadrabia całkiem zgrabną historią, ciekawym połączeniem różnych motywów, a także grupą dających się lubić postaci. W dodatku jest zwyczajnie strasznie przyjemny w oglądaniu, a fabuła czy bohaterowie potrafi zająć na tyle, by móc ignorować większość nudnych dram czy scenariuszowych głupotek. Niewymagającym widzom mogę polecić z czystym sercem.

6. "Dollhouse". Intrygująca produkcja Jossa Whedona, który wcześniej niejednokrotnie pokazał, że potrafi robić seriale. Tytułowe Domki dla lalek to placówki, zajmujące się wynajmowaniem specjalnie zaprogramowanych ludzi do wykonywania różnego rodzaju usług. Ich wspomnienia są regularnie usuwane, a nieświadome niczego "lalki" wiodą spokojne życie w oczekiwaniu na kolejne misje. Historia głównej bohaterki, która stara się zniszczyć stojącą za tym organizację, jest prowadzona powoli, z przerwami na wykonywanie poszczególnych zadań - raz mniej, raz bardziej ciekawych. Sam wątek główny jest jednak naprawdę interesujący, ładnie zaplanowany, zahacza też o genialnego villaina - do tej pory ubolewam, że nie dostało mu się tyle czasu antenowego, ile powinno było. Nieporywająca, ale oryginalna i przyjemna fabuła, w połączeniu z istnym pokazem gry aktorskiej - zdecydowanie warte zobaczenia w wolnej chwili.

5. "Orphan Black". O tym serialu pisałam na blogu już jakiś czas temu, w recce dwóch pierwszych sezonów. Trzeci już przeminął, czwarty zbliża się wielkimi krokami, a ja wyczekuję go z mieszaniną niecierpliwości i niechęci. Ostatni ogromnie mnie zawiódł, dlatego też cała seria ląduje na tak niskim miejscu w rankingu - choć oczywiście wciąż jest to rzecz warta uwagi. Zajmująca fabuła, zgrabnie uwita intryga, cudowni bohaterowie oraz, przede wszystkim, nieziemska aktorka w roli kilku głównych postaci. Oglądanie Tatiany Maslany grającej jednocześnie pięć czy więcej postaci to prawdziwa przyjemność. Zdecydowanie wynagradza to wszelkie minusy serii.

4. "Sense8". Fabuła wychodzi z uroczego konceptu: dostajemy ósemkę ludzi z różnych zakątków świata, innych kultur, żyjących zupełnie odmienne życia, którzy nagle zostają połączeni telepatyczną więzią. Komunikują się ze sobą, poznają siebie nawzajem, wykorzystują swoje własne umiejętności czy cechy do pomagania pozostałym, a w końcu muszą wspólnymi siłami uciec przed ścigającymi ich ludźmi. Historia znajduje się tu jednak na drugim planie, a większość czasu poświęcona jest bohaterom, ich zmaganiom z codziennością oraz relacjami. To zresztą najjaśniejszy punkt całej produkcji - postacie są absolutnie wspaniałe i ujmujące. Sporo codzienności, w kluczowych punktach również garść porządnej akcji, chociaż muszę przyznać, że proporcje są tu mocno zaburzone i co poniektórzy mogą narzekać na nudę. Mimo wszystko serial jest zdecydowanie wart uwagi.

3. "Battlestar Galactica". Wersja z roku 2004, warto dodać, nie ta z lat siedemdziesiątych. Po niepowalającym, miernym filmie wprowadzającym dostajemy serię wspaniałą, przemyślaną, z interesującą i trzymającą przy sobie fabułą oraz genialnym zakończeniem. Wszystko jest tu majestatyczne, żeby nie powiedzieć: epickie. Kosmiczne batalie przerywane są wątkami osobistymi bohaterów oraz odrobiną polityki i intryg. Do postaci mam co prawda mocno ambiwalentny stosunek - miłością pałam do dwóch czy trzech, większości pozostałych nie cierpiałam - ale muszę przyznać, że napisani zostali napisani umiejętnie i ciekawie, a ich losy potrafią zainteresować.

2. "Firefly". Kolejne latanie po kosmosach, w razie gdyby ktoś zdążył zapomnieć, że to lubię. Obecność "Firefly" w jakiejkolwiek topliście serialowej nie powinna nikogo dziwić, niezależnie od twórcy, tematyki czy rozpatrywanego gatunku. Klasyk, legenda, arcydzieło światowej kinematografii, którego kasacja do dziś wzbudza oburzenie. Kameralna historia, wspaniali bohaterowie, do których łatwo się przywiązać i których wspomina się ciepło przez eony od zakończenia oglądania, to wszystko w idealnym połączeniu westernu i space-opery. Jedna z nielicznych serii, w których właściwie wszystko gra, oczywiście poza brakiem nowych odcinków. Doskonała do rewatchowania kilkanaście razy, najlepiej w towarzystwie chlipiącym z rozpaczy na myśl o niewielkiej liczbie epizodów.

Czemu w takim razie umieściłam to cudo dopiero na drugim miejscu? Nie zrozumcie mnie źle, ubóstwiam ten serial, ale postanowiłam, że będę oryginalna i obrazoburcza. Dlatego zamiast największej, nieodżałowanej klasyki, na honorowe miejsce rzucam coś nieznanego i zapomnianego. O.

1. "Utopia". Straszliwie niedoceniona seria, nieotrzymująca nawet połowy uznania, na jakie zasługuje. Brytyjski serial przesiąknięty niezrozumiałymi akcentami, niesamowicie specyficznym, dusznym klimatem, i powalającymi efektami wizualnymi. I mówię poważnie, właściwie każdy screenshot serialu nadawałby się do galerii sztuki. Nie ma w nim co prawda zbyt wiele elementów science-fiction, a przynajmniej nie takiego widowiskowego, typu roboty/kosmos/lasery. To thriller, w którym podążamy za poskręcaną, poplątaną intrygą pełną zdrad, plot twistów i niespodzianek. Grupa przypadkowych postaci zostaje rzucona naprzeciw tajnej organizacji, która może zagrozić całemu światu. Postaci, muszę wspomnieć, absolutnie wspaniałych, wiarygodnych i ludzkich do bólu - dawno nie widziałam takiego kompletu wad oraz ogólnie pojętego wrażenia, że protagoniści zostali zaciągnięci tam prosto z ulicy. Zagadkowa fabuła wciąga, wszystko zostało pięknie wyważone, oderwać się trudno - majstersztyk. Charakterystyczny klimat może nie podejść każdemu, ale naprawdę polecam zapoznanie się chociaż z pierwszym epizodem, coby stwierdzić, czy może jednak należy się do tych, których ta przedziwność urzeknie.

Grafiki autorstwa: jasric, Paul Shipper, Ollie Hoff. Nie udało mi się znaleźć autorów plakatu do "Sense8" i "BSG" - ktoś, coś?
A następna będzie nietopka. O musicalu. 

Tuesday, 8 March 2016

Top 5 postaci kobiecych vol 2

Tego się nie spodziewaliście. Prawdopodobnie. 
Mogliście się tego spodziewać.

Od czasu napisania poprzedniej topki o fikcyjnych pannach zdążyłam obejrzeć i przeczytać tysiąc nowych rzeczy, czas więc zrobić z tego użytek. I to wcale nie jest tak, że nie chciało mi się po prostu wymyślać niczego innego. Wcale nie. Tu wisi pierwsza odsłona.
Okay, bez względnych wstępów. Dużo fajnych kobiet z okazji Dnia Kobiet. Also, wszystkiego najlepszego wszystkim czytelniczkom bloga.


5. Imperator Furiosa z "Mad Max: Fury Road". Wybór oczywisty. Furiosa to świetnie napisana, cudownie zagrana bohaterka, która idealnie równoważy bycie twardą fierce warrior z tragiczną heroiną chcącą nieść innym pomoc - nie tylko tę oznaczającą potrzebę skopania czyjejś dupy. Jest perfekcyjnie wyważona, będąc dokładnie taką postacią kobiecą, jakich potrzeba w popkulturze więcej. Jeśli tak ma wyglądać feministyczna propaganda, jak to ujmują MRA, to ja chcę jej więcej.

4. Tara z "The Wicked + The Divine". Fucking Tara, jak nazywano ją przez dwa tomy komiksu. Nie miałam pojęcia, czego spodziewać się po tej postaci i zdecydowanie nie przewidziałam tego, co w końcu zaserwowali mi twórcy. Pojawiła się ledwie na moment, dostała pojedynczy, skupiony na sobie zeszyt, ale zdołała zrobić piorunujące wrażenie. Skrzywdzona, skomplikowana bohaterka, której historia chwyta za serce, będąc przy tym zaskakująco oryginalną. 

3. Mabel Pines z "Gravity Falls". Kolejna postać udowadniająca, że nie trzeba być badaśną wojowniczką, żeby zdobyć moją sympatię i miłość. Mabel to przesłodkie, niewinne dziewczę, pełne dobrych chęci, optymizmu i wiary w ludzkość. Cudownie oddano jej dziecinną szczerość, lekką samolubność oraz naiwność, nadając jej wystarczająco dużo wad, by stała się niesamowicie wiarygodna. Kochane stworzonko.

2. Garnet ze "Steven Universe". Nie mogę napisać o niej zbyt dużo, bo byłyby to spoilery, ale postaram się, jak mogę. Spośród wielu bohaterów SU, których uwielbiam, Garnet zdobyła moją sympatię najszybciej i nie przestaje dawać mi nowych powodów do bycia jej największą fanką. Na pierwszy rzut oka to nieprzystosowana do społeczeństwa, twarda i bezwzględna wojowniczka, po lepszym poznaniu okazuje się jednak być nieprzystosowaną do społeczeństwa, twardą i sprawiedliwą, kochającą wojowniczką okazującą swoje uczucia w specyficzny, czasami niezręczny sposób. W późniejszych odcinkach poznajemy też inną, bardzo ważną cechę jej natury, z którą wiąże się idealnie zrównoważony dualizm charakteru. W dodatku jej relacje z innymi bohaterami, zwłaszcza matczyna miłość, jaką obdarza tytułowego bohatera, są urzekające i pięknie grzeją w serduszko. 

1. Eliza Schuyler z "Hamiltona". Stałam przed dylematem, którą z dwóch istotnych postaci kobiecych z "Hamiltona" wybrać, ponieważ obie są absolutnie wspaniałe, genialnie napisane i zjawiskowe pod każdym możliwym względem. W końcu zdecydowałam się na Elizę, nie tylko przez charakter, ale przez fakt, że swoim występem w finałowej piosence doprowadza mnie do łez właściwie za każdym razem. To zdecydowanie coś znaczy. Nawet pomijając to, Eliza jest wcielonym dobrem. Padające w pewnym momencie określenie "best of wives and best of women" pasuje do niej idealnie, tak samo jak słowa "you will never find anyone as trusting or as kind". Jej bezinteresowność, altruizm, chęć niesienia pomocy w połączeniu z okropnościami, które musiała przeżyć robią z niej naprawdę cudowną, tragiczną bohaterkę.

Autorzy wykorzystanych artów: RodrigoICOomgdance, Dragons-Roar, Miki Price.

Trochę słabo, że z trzech toplist na blogu aż dwie skupiają się na tym samym. W szkicach wisi parę innych, między innymi Pokemonowa i kreskówkowa. Może je kiedyś skończę. Skończyć je? 
Zrobiłabym konkurs na dwieście lajków, które już się zbliża, ale chcę zrobić dłuższą przerwę po poprzednim. Ale już niedługo możecie się czegoś spodziewać. 
Do napisania. 

Friday, 4 March 2016

Recenzja "Deadpoola"

Okay, czy jest jeszcze w okolicy ktokolwiek, kto nie zrecenzował "Deadpoola"? Nie? Cóż. Będę ostatnia. 


Solowy film "Deadpoola" zaskoczył chyba wszystkich. Nie tylko samym swoim istnieniem, ale przyznaną mu kategorią wiekową - kiedy ostatnio dostaliśmy wielki, głośny superhero movie z kategorią R? Sama produkcja jednak nie pozostawała długo owiana tajemnicą, ponieważ do głosu dopuszczono Ryana Reynolds, odtwórcę tytułowej roli, oraz Speców od marketingu. "Speców", zwróćcie uwagę na wielkie "s" - odwalili oni fenomenalną robotę, pozostawiając prawdopodobnie najtrafniejszą, najbardziej kreatywną kampanię reklamową ostatniego milenium.
Miałam bardzo mieszane odczucia co do filmu. Nigdy nie byłam największą fanką Deadpoola, trailer mnie nie zachwycił, jedynie pozostałe elementy promocji oraz występujące tam postacie podtrzymywały mój entuzjazm. Wznoszone wokół okrzyki zachwytu nad każdym kolejnym zdjęciem mnie nie wzruszały, mój hype był właściwie nieistniejący, a do kina udałam się z kilkudniowym opóźnieniem, naczytawszy się entuzjastycznych recenzji oraz niezrozumiałych żartów o płynach do naczyń. I nie powiem, zostałam mile zaskoczona.

"Deadpool", mimo całego swojego specyficznego podejścia, przedstawia prostą i znaną historię superbohatera, którą widzieliśmy już w kilku- czy kilkunastu innych filmach. Oglądamy Wade'a Wilsona, naszego soon-to-be Najemnika Z Niewyparzoną Gębą, zdobywającego swoje umiejętności i przywdziewającego znany nam czerwony strój, a także wyruszającego na motywowany zemstą pościg. Typowy origin, ale przedstawiony zgrabnie i umiejętnie. Ciekawym zabiegiem było pomieszanie chronologii wydarzeń. Nie było to nic niespotykanego, ale zdecydowanie uczyniło historię ciekawszą i przyjemniejszą w odbiorze.
Sceny z głównym bohaterem w cywilu wypadają naprawdę świetnie. Mocno kontrastują z radosną, krwawą jatką, jaką widzimy przez większość czasu - są wyważone, momentami nawet dramatyczne. A montaż ukazujący rozwój relacji Wade'a i Vanessy to czysty majstersztyk. Kto by pomyślał, że aby otrzymać najpiękniej przedstawiony romans ostatnich lat trzeba jedynie połączyć superbohaterów i seks.

Filmowy Deadpool jest cudowny. Wygląda idealnie, jak wyjęty żywcem z kart komiksu, zarówno w kostiumie, jak i bez. Charakter i zachowanie wydają mi się równie poprawne - nie orientuję się dobrze w deadpoolowych komiksach, nie będę więc rzucać nazwiskami twórców i porównywać do wersji z poszczególnych serii. Największym plusem jest jednak ogromna, dobrze widoczna frajda, jaką z grania go ma Ryan Reynolds. Nie da się nie zauważyć, że straszliwie cieszy go ten casting, co bezsprzecznie wpływa na to, że sprawdza się perfekcyjnie. Jeśli uznamy, że każdy aktor istnieje na świecie tylko dla jednej, szczególnej roli - Reynolds odnalazł już swoje powołanie.
Poza Wilsonem widzimy tu parę innych postaci - niewiele, ale wystarczająco, żeby wypełnić film i obdzielić ich odpowiednią ilością czasu antenowego. Większością jestem zachwycona. Vanessa, wybranka serca Wade'a, jest cudownym przykładem łamania stereotypu damy w opałach, której jedyną rolą jest bycie love interestem. Nie tylko układa sobie życie po zniknięciu ukochanego, zamiast tkwić w apatii czy rozpaczy, ale i nie czeka bezczynnie na śmierć w obliczu zagrożenia. Przesympatyczna postać. Równie elegancko wypada dwójka sidekicków Deadpoola - Colossus i Negasonic Teenage Warhead. Bardzo podoba mi się ten wybór postaci, zwłaszcza wyciągnięcie z komiksowych odmętów zupełnie nieznanej NTW. Zdecydowanie ciekawsze niż setne użycie Wolverine'a czy innego pierwszoligowego X-Mena. Słabiej przedstawiają się villaini, jak to zazwyczaj w filmach opartych na komiksach Marvela - ni chybi jakaś klątwa. Ajax jest wybitnie nieinteresujący, ale doceniam jego brytyjskość i śliczny akcent. Angel Dust nie mogła pochwalić się żadną głębią, ale damn, jak świetnie wyglądała, jak cudownie walczyła! Widać, że aktorka jest profesjonalną zawodniczką.

Co do walk - są absolutnie fantastyczne. Wszystkie sceny akcji robią naprawdę spore wrażenie, szczególnie piękna naparzanka Colossusa i Angel. Ba, nie tylko one robią wrażenie - cały film wygląda raczej przyjemnie, w dodatku ma cudną, idealnie pasującą ścieżkę dźwiękową.
Film wypchany jest różnego rodzaju Easter eggami i nawiązaniami, co było wiadome już po trailerze. Nie jest nimi przeładowany, większość jest zupełnie prosta do zauważenia, ale i dla tych bardziej wymagających, zagorzałych fanów znajdzie się parę mrugnięć okiem.
Inną istotną cechą produkcji jest charakter nadawany jej przez rating R. Z jednej strony mamy tu sporo komedii pełnej niewybrednych żartów, z drugiej - krwawą jatkę, której nie powstydziliby się twórcy "Piły". Co prawda nie wszystkie podśmiechujki mi podeszły, ale pasowały do klimatu, więc nie mam zamiaru się czepiać.

Podsumowując, "Deadpool" to kawał porządnego kina superhero w specyficznym klimacie, z pokładami niezbyt górnolotnego humoru, masą Easter eggów, dostarczający mnóstwo rozrywki. Nie jest to oczywiście nic ambitnego, ale i tak uważam go za jeden z najlepszych filmów z tego gatunku, jaki dane nam było otrzymać w ciągu ostatnich kilku lat. Barwni bohaterowie, szybka akcja, dużo funu - idealny film na seans z grupą znajomych. Idźcie oglądać.

Mam w planach cosplay jednej z postaci z filmu, mogłabym przygotować to na Pyrkon. Mogłabym, ale nie jestem pewna, czy to zrobię - prace manualne nigdy nie były moją mocną stroną. Jeśli coś się w tej materii zmieni, to będę krzyczeć na fanpejdżu. Który czeka na Wasze lajki, tak bajdełej.