Tuesday, 10 May 2016

Recenzja "Spider-Gwen" vol 1

Ostatnio na blogu był mały zastój (z powodu mojego zabiegania i szkolenia piercerskiego, na którym byłam), dlatego zanim wrzucę jakąś nową, ładną notkę, podzielę się czymś parotygodniowym. Recenzja napisana dla portalu Planeta Marvel.


Wszyscy fani komiksów o Spider-Manie z pewnością pamiętają postać Gwen Stacy – ukochanej głównego bohatera, która zginęła tragicznie (podczas jego próby uratowania jej). Miłośnicy kina superbohaterskiego również mieli okazję ją poznać, ponieważ wystąpiła w dwóch częściach "The Amazing Spider-Man". Przez wiele lat jej status w uniwersum nie zmieniał się, aż do niedawnego eventu "Edge of the Spider-Verse", w którym Pająki z różnych światów połączyły siły, aby pokonać wspólnego wroga. W pewnym momencie pojawiła się tam Spider-Woman z Earth-65, którą okazała się być tamtejsza Gwen Stacy – obdarzona pajęczymi mocami, załamana po śmierci swojego Petera Parkera. Postać, nazywana potocznie Spider-Gwen, zdobyła taką popularność, że Marvel szybko uczynił ją bohaterką solowej serii. Nowa superheroina rozgościła się na dobre w świecie Marvela, przeżywając liczne przygody, a nawet zostając głównym tematem wariantowych okładek (które z kolei stały się punktem wyjścia dla dwóch innych tytułów: "Gwenpool" oraz "Gwenom").

Jej pierwsza seria, rozpoczęta w kwietniu 2015 roku, skończyła się po pięciu numerach, składających się na jeden story arc. Przedstawione w niej wydarzenia następują zaraz po tych z "Edge of Spider-Verse" #2, gdzie widzieliśmy jej origin oraz początki życia w roli zamaskowanej heroiny.
Gwen cieszyła się ogromną sławą jako superbohaterka, do czasu, kiedy w wyniku niefortunnego wypadku (o ile można tak określić wstrzyknięcie sobie w żyły serum, zmieniającego w przerośniętego jaszczura) ginie jej przyjaciel, Peter Parker, a ona sama zostaje oskarżona o spowodowanie jego śmierci. Ścigana przez władze, ale wciąż chcąca nieść pomoc mieszkańcom miasta, Spider-Woman działa dalej i stara się odzyskać dobre imię.
W historii zatytułowanej "Most Wanted?", Spider-Gwen staje, między innymi, naprzeciw znanego przeciwnika oryginalnego Człowieka-Pająka – Vulture'a. Skutkuje to mnóstwem akcji i ładnie wyglądających starć, niepokazujących może niczego niezwykle oryginalnego czy niespotykanego, ale podane jest to w tak przyjemnej w odbiorze formie, że ciężko narzekać.

Poza licznymi pojedynkami i ratowaniem okolicznych mieszkańców przed złem, Gwen prowadzi raczej spokojne życie zwyczajnej amerykańskiej nastolatki, ucząc się, spotykając ze znajomymi, a także grywając w zespole – The Mary Janes. Zwłaszcza to ostatnie jest podkreślane w komiksie. Próby pogodzenia tego wszystkiego z nocnym bieganiem po dachach są oczywiście problematyczne, jak u każdego młodocianego (chociaż dorośli też miewają z tym problemy) herosa.
Plusem serii jest zdecydowanie to, jak zgrabnie łączy oba światy naszej protagonistki. Scenarzysta, Jason Latour, wiedział, co robi – fragmenty z życia codziennego bohaterki ograniczają się właściwie jedynie do jej muzykowania. Poza tym pasują do reszty historii, nie nużą, ani nie zmuszają czytelników do zniecierpliwionego przewracania stron, w poszukiwaniu akcji.
Latoura mogę pochwalić nie tylko za elegancko prowadzoną fabułę, ale i dialogi – są naturalne, często dość zabawne, a Gwen jawi się w nich jako naprawdę czarująca i sympatyczna dziewczyna.

Akcja serii rozgrywa się w świecie znanym jako Earth-65. Jest to ciekawa odskocznia od zwyczajnego uniwersum Marvela, a także idealna okazja dla ludzi, którzy na co dzień nie siedzą w komiksach i nie orientują się we wszystkich wydarzeniach, i zawirowaniach. Ziemia, na której żyje nasza bohaterka, różni się oczywiście od mainstreamowej Earth-616 – obdarzona mocami, żywa (!) Gwen Stacy jest tego świetnym przykładem. Kolejnym może być tragicznie zmarły Peter Parker, złoczyńca Matt Murdock, czy też liczne, niewielkie, gościnne występy jeszcze kilku postaci, które znamy z zupełnie innych ról. Szczególnie ujmująco wypada, moim zdaniem, tutejsza wersja Felicii Hardy, szerzej znanej jako Black Cat.

Mówiąc o komiksie, nie sposób nie wspomnieć (a najlepiej rozpisać się) o szacie graficznej. W Spider-Gwen odpowiadał za nią Robbi Rodriguez, który wcześniej zajmował się rysunkami i tuszem w paru pojedynczych zeszytach Marvela oraz DC. Jego kreska jest bardzo charakterystyczna, ostra, momentami dziwnie uproszczona, ale dynamiczna i niezwykle ekspresyjna. Świetnie łączy się z kolorami, które nakładał Rico Renzi, pracujący wcześniej nad "Unbeatable Squirrel Girl" i paroma innymi tytułami. Całość wygląda specyficznie, fakt, na początku może nawet razić, ale moim zdaniem ma to sporo uroku i dodaje serii charakteru. Za ogromny plus, w kwestii doznań estetycznych, uznaję też kostium Spider-Woman, który jest absolutnie zjawiskowy. Ten kaptur, ten motyw pajęczyny, ta genialna kolorystyka – no, po prostu uczta dla oczu.

Podsumowując, pierwszy tom "Spider-Gwen" to przyjemna, lekka lektura, która nie marnuje czasu na przedstawianie bohaterki, od razu przechodząc do radosnej, szybkiej akcji. Polecam ją szczególnie ludziom, którzy nie orientują się zbyt dobrze w uniwersum Marvela, nie śledzą eventów i wiecznie zmieniających się relacji między poszczególnymi bohaterami, ani nie mają ochoty zapoznawać się z kilkudziesięcioletnią historią danej postaci. Komiks o Gwen Stacy nie wymaga bowiem żadnych przygotowań czy wiedzy tajemnej - rzuca nas w zupełnie nowy, niezapełniony świat i pozwala cieszyć się superbohaterskimi przygodami bez żadnych zobowiązań. Komiksowi wyjadacze też powinni być zadowoleni z lektury, "Most Wanted?" jest bowiem porządną, sympatyczną historyjką typową dla młodych trykociarzy, jednak zachowującą pewną świeżość. Ciężko nazwać to arcydziełem, ale doskonale sprawdza się jako szybkie, miłe i niewymagające czytadło. Czyli dokładnie to, czym komiks superbohaterski jest dla wielu osób.

Zaraz wrzucę coś nowego, obiecuję.