Wednesday, 21 December 2016

Relacja z "Nienawistnej dwudziestki"

Znowu larp.

Zdjęcie mojego autorstwa. Jedyne dobre.
Wyprodukowany przez stację HBO serial Westworld bije aktualnie rekordy popularności. Trójka studentów Gamedeca postanowiła skorzystać z stworzonego przez twórców świata i przygotowali rozgrywającego się w nim larpa - „Nienawistną dwudziestkę”. 
Setting parku rozrywki, w którym obdarzone sztuczną inteligencją androidy, zwane gospodarzami, spełniają wszystkie zachcianki odwiedzających ich gości, zdecydowanie brzmi jak coś, co mogłoby zadziałać w formie gry. Tutaj dodatkowo zaimplementowano fabułę z filmu Quentina Tarantino, „Nienawistnej ósemki”.

„Nienawistna dwudziestka” rozegrała się 16 grudnia w Hotelu i Restauracji Western, położonym pod Bydgoszczą zajeździe utrzymanym w klimacie Dzikiego Zachodu. Pod względem wizualnym miejsce sprawdziło się idealnie, w podtrzymaniu westernowej atmosfery pomagały też stroje graczy – prowizoryczne, ale pomysłowe – oraz rozdawane na wejściu rewolwery na kapiszony.
Akcja rozgrywała się więc w świecie znanym z „Westworlda”, gdzie przyjęcie organizowane z okazji dwudziestolecia firmy miało urozmaicić odgrywanie przez gospodarzy scenariusza znanego z „Nienawistnej ósemki”. 
Gracze podzieleni byli na dwie grupy: gospodarzy i gości. Ci pierwsi, w liczbie ośmiu, mieli odgrywać sceny z wspomnianego już filmu Tarantino. Każdy wcielał się w jednego z bohaterów, zachowywał się jak pierwowzór z ekranu, podzielał jego cele i relacje z innymi. Poza graniem tych ról mogli też wchodzić w interakcje z gośćmi, którzy z kolei mieli możliwość ingerowania w fabułę „Nienawistnej ósemki” i robienia z androidami, co tylko chcieli. Oznaczało to, że próba odegrania przez gospodarzy pierwszych scen ich historii mogła szybko zakończyć się, gdyby tylko któryś z uczestników przyjęcia postanowił wejść do sali i wpakować cały magazynek w któregoś z grających. W takiej sytuacji hosty były błyskawicznie naprawiane i zaczynały swój scenariusz od początku, a goście mogli przyglądać im się i zastanawiać, do kogo zacząć strzelać tym razem.
Na papierze wzajemne oddziaływanie gości i gospodarzy brzmi wspaniale, niestety w praktyce wypadło nieco słabiej. Przez większość czasu gracze wcielający się w hostów nie mieli możliwości ani się wykazać, ani nawet odegrać tego, co mieli zaplanowane – scenariusz, za którym podążali był zbyt często brutalnie przerywany przez uczestników przyjęcia. Sama sytuacja, w której ktoś z zewnątrz narusza strukturę opowieści jest co prawda niezwykle intrygująca i pozwalająca na wiele zaskakujących twistów, tu jednak każde, najmniejsze nawet, wtargnięcie gości do fabuły kończyło się natychmiastową strzelaniną, zabiciem wszystkich androidów oraz potrzebą naprawienia ich i odtworzenia „Nienawistnej ósemki” od nowa. Chociaż goście mieli przy tym mnóstwo zabawy, hosty były pozbawione sporej części rozrywki i traktowane były nieco bardziej jak grupa NPC, niż zwykli gracze. Twórcy gry zadbali jednak o to, by rozgrywka nie była zbyt nużąca i urozmaicili ją w paru momentach, a pod koniec larpa zapewnili wszystkim graczom zwrot akcji, który zdecydowanie podniósł jakość rozgrywki i pozwolił na akcje, których wcześniej mogło brakować, a hosty dostały możliwość odegrania całego filmowego scenariusza bez przeszkód.
Gracze byli wyraźnie zadowoleni i usatysfakcjonowani samą grą, jak i całą jej otoczką. „Nienawistna dwudziestka” była płatna, ale niedroga, wybrane miejsce doskonale pasowało do rozgrywanego scenariusza, zapewniony posiłek podawany również in-game pozwolił na chwilę rozluźnienia, ale ładnie wkomponował się w grę. W cenie znalazły się też rewolwery i kabury, idealna pamiątka z westernowego larpa.

„Nienawistna dwudziestka” proponuje intrygujące połączenie plastycznego świata „Westworldu” z zajmującą historią „Nienawistnej ósemki”. Chociaż próba pogodzenia tych dwóch motywów nie obyła się bez potknięć, całość toczyła się sprawnie i pozostawiła po sobie pozytywne wrażenie. Jeśli twórcy zdołają znaleźć rozwiązania paru problemów, które dało się zauważyć w czasie rozgrywki, to kolejne edycji larpa z pewnością będą jeszcze lepsze. Mam nadzieję, że odbędzie się ich jeszcze przynajmniej parę, a w którejś byłabym nawet skłonna zagrać.

Sunday, 18 December 2016

Relacja z "Za kulisami"

Live action role-playing, inaczej larp.

Ciemne zdjęcie w ciemności sali teatralnej.
W sali teatralnej V Liceum Ogólnokształcącego w Bydgoszczy 15 grudnia rozegrało się nietypowe przedstawienie. „Za kulisami”, larp, odbywał się co prawda na scenie, zebrał też sporą widownię, jednakże daleko mu było do zwykłej sztuki. 
Larp przygotowany został przez czwórkę studentów Gamedeca. Po czterech tygodniach prac, wielu godzinach prób i warsztatów, szóstka aktorów wyszła na scenę, by rozegrać narratywistyczną rozgrywkę ukazującą teatr z tej mniej znanej strony – od kulis.

Larp wprowadzał graczy i widzów za kulisy małego teatru walczącego z coraz to mniejszym zainteresowaniem 
Nadchodzący spektakl ma być tym, co na nowo zapełni sale i przysporzy reżyserowi, aktorom oraz całemu teatrowi uznania i sławy. Scenariusz ma być najlepszym, jaki do tej pory zrealizowano, w głównych rolach obsadzono uznane gwiazdy, którym pomagać mają młodzi debiutanci – wszystko zapowiada się doskonale. O ile tylko próby, ze względów finansowych organizowane tym razem z udziałem widowni, pójdą dobrze, przedstawienie ma być gwarantowanym sukcesem. Jak się jednak szybko okazuje, nawet doświadczeni profesjonaliści mogą mieć problemy z pogodzeniem gry z życiem prywatnym.
Szóstka graczy miała wcielić się w osoby pracujące w teatrze: czterech aktorów, reżysera i właścicielkę-scenografkę. Oprócz konotacji zawodowych każdy z nich mógł pochwalić się siatką relacji i powiązań, która zdecydowanie nie ułatwiała współpracy. Pozostała dwójka aktorów grało parę błaznów, przemykających między zebranymi w przerwach między aktami i komentujących rozgrywające się wydarzenia słowami, które mogły przemykać przez głowy widzów. 

Ze względu na tematykę oraz specyficzne wymogi gry, twórcy zdecydowali się zaprosić do niej wyłącznie osoby obeznane i ograne w larpach, coby mieć pewność, że podołają odgrywaniu swoich ról. Każdy z czterech graczy-aktorów wcielał się bowiem nie tylko w swoją postać, ale i w rolę przez tę postać odgrywaną – co nawet na papierze brzmi skomplikowanie, co dopiero na scenie.
Gracze poradzili sobie fenomenalnie, budując konsekwentne, wiarygodne postacie i wczuwając się w nie na tyle, by zdołać przelać w nie niezwykle gwałtowne emocje i namiętności. Aktorzy, czy to powtarzając po raz wtóry kwestie z ćwiczonej właśnie sztuki, czy też w czasie własnych, osobistych scen rozmów i monologów, robili ogromne wrażenie.

Jak to w teatrze, w sali obecna była widownia, wytłumaczona zresztą fabularnie już parę akapitów wyżej. Jej działanie było dokładnie takie, jakiego można by spodziewać się po ludziach oglądających próby teatralne, to jest – prawie żadne. Cisza ze strony widzów przerywana była jedynie w paru wypadkach nieśmiałymi brawami, raz czy dwa odezwały się też dźwięki dezaprobaty, nie było to jednak nic porywającego wszystkich zebranych. Teatralna atmosfera na tyle mocno wpłynęła na ludzi, że nawet obecność błaznów jawnie zachęcających widownię do buczenia na aktorów nie miała zbyt wielkiego efektu.

Po zakończeniu eventu kwestia roli widowni w „Za kulisami” spotkała się z dwiema różnymi interpretacjami. Dla niektórych była ona ograniczona i niepozwalająca zebranym widzom na uczestniczenie w grze, którego oczekiwali. Zdaniem innych, w tym przynajmniej jednego z twórców, przeznaczeniem widzów było właśnie bierne obserwowanie larpa, nie branie udziału w wydarzeniach. W praktyce oglądający traktowani byli raczej jak elementy świata przedstawionego, co najwyraźniej pokrywało się z zamysłem prowadzących, co uważam zresztą za bardzo udany zabieg, pozwalający skupić się na samej grze, nie na otoczce.

„Za kulisami” ciężko ocenić z jednego tylko punktu widzenia, szczególnie ciężko ocenić całe przedsięwzięcie jako larp – larpem był bowiem tylko i wyłącznie dla obecnych na scenie graczy. Według ich słów gra była wymagająca i wyczerpująca, co zdaje się ładnie wpasowywać w to, z czym radzą sobie aktorzy teatralni.
Widzowie mieli okazję doświadczyć ciekawie prowadzonego, w dużej mierze improwizowanego spektaklu pełnego ciężkich, dobitnych emocji, które odczuć można było w najdalszych kątach sali. Postawienie graczy w sytuacji, w której każdy ich błąd może być maskowany założeniami scenariusza sprawiało, że oglądającym łatwo umykały potknięcia samych ogrywających, a całość wypadała niezwykle płynnie i przyjemnie. Całość zakończyła się w sposób satysfakcjonujący, chociaż wciąż pozostawiający niedosyt – bo zdecydowanie chciałoby się oglądać to dalej.