Widziałam filmy, piszę rzeczy: Perfetti sconosciuti, Tale of Tales, Kimi no Na wa

Czas rozpocząć cykl notek. Kto wie, może nawet będzie miał więcej niż jedną odsłonę? Jak tytuł wskazuje, będę pisać po słów kilka o filmach, które ostatnio oglądałam. Nic specjalnego.
Dzisiaj trzy filmy - zgaduję, że kolejne odsłony cyklu będą podobne objętościowo. 



  • Perfect Strangers/Perfetti sconosciuti 
Włoska produkcja, komediodramat, odgrywany właściwie wyłącznie przez siódemkę aktorów, rozgrywający się w jednym pomieszczeniu. Kameralna atmosfera, brak akcji, pościgów i wybuchów, mogą łatwo doprowadzić do znużenia, ale na szczęście historia posuwa się do przodu na tyle zgrabnie, że ciężko się nudzić. Grupa znających się od dzieciństwa przyjaciół, teraz już starszych, w większości pożenionych i wychowujących własne dzieci, spotyka się na obiedzie w mieszkaniu dwójki z nich. Na skutek wydarzeń, które dotknęły ostatnio ich wspólnych znajomych, postanawiają udowodnić w czasie tego wieczoru, że nie mają przed sobą żadnych tajemnic – postanawiają położyć telefony na stole, czytać na głos każdą nową wiadomość i prowadzić każdą rozmowę na głośniku. Jak nietrudno się domyślić, nie każdy z nich jest tak nieskazitelny, jak utrzymuje. Sporo dramy (można się czepiać, że podejrzanie dużo, jak na jeden wieczór, ale uch, błagam, na tak niewielkie zawieszenie niewiary chyba każdy może sobie pozwolić), ładne wnioski na temat ludzkiej natury – część może sztampowa, ale końcowe przemówienie jednej z postaci uważam za jedną z najbardziej poruszających rzeczy, jakie widziałam w filmach w ciągu ostatniego milenium. Do tego absolutnie powalająca gra aktorska i dialogi tak naturalne, że byłabym w stanie uwierzyć, że twórcy zamontowali ukrytą kamerę w domu jakichś przypadkowych Włochów i zrobili z tego film.
Polecam ogromnie, jeden z najlepszych tytułów, z jakimi miałam okazję się zapoznać od dawna. Och, chyba że ktoś nie lubi filmów o siedzeniu i rozmawianiu – w takim wypadku nie ma opcji, żeby podszedł. W innym wypadku – idźcie oglądać.

  • Tale of Tales 
Europejskie dark fantasy oparte na siedemnastowiecznych baśniach. Cudownie dopieszczone wizualnie, z masą wspaniałych ujęć oraz przepięknymi strojami i scenerią (i Salmą Hayek w jednej z głównych ról, oh boi). Momentami prawdziwa uczta dla oczu. Do tego przyjemny soundtrack i świetna gra aktorska większości obsady. Fabularnie film składa się z paru oddzielnych historii, które łączą się tylko pozornie poprzez wspólny czas i miejsce akcji. Historie są pełne umowności właściwej baśniom, proste i (przynajmniej dla mnie) nieszczególnie porywające. Dodatkowo, cały film wygląda trochę, jakby twórcy pozawieszali na ścianach masę strzelb Czechowa – zapomnieli tylko je nabić. Sporo motywów pojawia się i wygląda, jakby miało prowadzić do określonego rozwiązania, a zamiast tego… nie prowadzi właściwie do niczego. Takie wrażenie odniosłam szczególnie przy zakończeniu, które nie tylko zupełnie pominęło jedną naprawdę ciekawą kwestię, ale i potraktowało po macoszemu parę innych. To było naprawdę mało satysfakcjonujące.
Mimo wszystko polecam, szczególnie fanom baśniowych klimatów. 

  • Your Name/Kimi no Na wa. 
Swego czasu ten tytuł często pojawiała się w moim internetowym feedzie. Jak mówią statystyki, Kimi no Nawa jest bowiem największym sukcesem japońskiej animacji pełnometrażowej od czasu przejęcia świata przez studio Ghibli. To spore osiągnięcie, i mimo braku początkowego pociągu, zdecydowałam się w końcu obejrzeć film. A chwilę później obejrzeć go jeszcze raz.
Od razu powiem, że doskonale rozumiem, dlaczego Your Name zostało tak dobrze przyjęte przez publiczność. Animacja jest prześliczna, kreska jest bardzo przyjemna dla oka, muzyka jest cu-dow-na (zwróćcie uwagę, że aż połamałam ten wyraz na sylaby, żeby to podkreślić) i do dzisiaj słucham niektórych kawałków, co przy mojej niechęci do japońskiego naprawdę sporo znaczy. Co najważniejsze: historia jest fantastycznie prowadzona, wciągająca, i emocjonująca – dawno żadna produkcja nie sprawiła, że siedziałam jak na szpilkach, trzymając kciuki za takie zakończenie, jakie sobie wymarzyłam. Fabuła nie jest skomplikowana: dwójka nastolatków odkrywa, że w czasie snu zamienia się ciałami. Po początkowej dezorientacji, zaczynają kontaktować się ze sobą i starają się jak najlepiej odgrywać nawzajem swoje role. I prawdopodobnie mogłoby to ciągnąć się w nieskończoność, ale w życiu nie ma tak dobrze. Spore wrażenie zrobiło na mnie tempo historii, to jak rozpędza się, przystając by złapać oddech w tych momentach, w których faktycznie już tego potrzebuje, i za chwilę dalej zgrabnie hopsa do przodu. Fabuła na A+, naprawdę. Bohaterowie są dość przeciętni, często wykazują się klasyczną głupotą protagonistów, ale są sympatyczni i można łatwo im kibicować.
Widziałam sporo opinii, według których Your Name to taki tam wyciskacz łez – yup, ciężko mi się z tym kłócić. Nie każdemu przypadnie do gustu, ale nie mogę stwierdzić, komu się spodoba, a komu nie – ja zdecydowanie nie jestem fanką romansów (i przy okazji nie przepadam za anime), a jakoś do mnie trafiło. Polecam sprawdzić, może akurat do kogoś też trafi. A nawet jeśli nie, to warto dla animacji i muzyki. Polecam.

W sumie tyle.

Comments