Thursday, 15 January 2015

Recenzja "Jednym Zaklęciem"

Długo mi to zajęło, ale oto jestem z całkiem nową nocią, i to w dodatku książkową. "Jednym zaklęciem" wpadła w moje ręce przypadkiem, urzekła szpetną okładką i całkiem przyjemną ceną, ale do tej pory nie okazałam jej szczególnego zainteresowania, pozwoliłam jej leżeć gdzieś na półce i czekać na jej czas. Kiedy w końcu się za nią zabrałam, okazała się dokładnie tym, czego potrzebowałam w walce z moim małym czytelniczym zastojem. Jak miło. 


"Jednym zaklęciem" Lawrence Watt-Evans to drugi tom trylogii Legendy Etshar (ugh, tę nazwę się tak nieprzyjemniej czyta), jednak nie jest mocno powiązana z poprzednią częścią i można spokojnie zabrać się za nią bez wcześniejszego zapoznania z nią, jak ja to zrobiłam. Opowiada ona historię Tobasa, siedemnastoletniego czarnoksiężnika - no, może to za duże słowo. Umiejętności naszego bohatera ograniczają się bowiem do jednego tylko zaklęcia, polegającym na wznieceniu ognia. Jego nauczyciel nie zdążył nauczyć go więcej, ponieważ zmarł, zostawiając Tobasa, sierotę zresztą, bez pracy, miejsca zamieszkania i perspektyw na przyszłość. Młody mag postanowił szukać szczęścia w szerokim świecie i po chwili trafił, niekoniecznie z własnej woli, do grupy śmiałków mających za zadanie zgładzić grasującego po królestwie smoka.

Brzmi nieszczególnie oryginalnie, i takie właśnie jest, nikt nie ma nawet zamiaru tego ukrywać. To takie zupełnie typowe fantasy, z czarami, pięknymi księżniczkami, strasznymi smokami i tak dalej. Fabuła jest niezwykle przewidywalna, bohaterowie uroczo nijacy, a zapas składnika zaklęcia jest jak strzały Legolasa w filmowej trylogii - nieskończony. Wszystko to składa się na taką prostą, ujmującą historyjkę, która nie aspiruje do bycia czymś więcej niż przyjemnym czytadłem na wolną chwilę. Pochłania się ją bardzo szybko i najprawdopodobniej zapomina po kilku dniach, bo w końcu nie ma w niej nic zapadającego w pamięć czy wyróżniającego ją jakoś specjalnie na tle innych nijakich książek z gatunku heroic fantasy. 

To, co napisałam powyżej mogłoby właściwie starczyć za całą recenzję, postaram się to jednak rozciągnąć. Właściwie chciałabym to zrobić pisząc o bohaterach, ale niestety, nie ma tu zbyt wiele do powiedzenia. Jest ich strasznie mało - poza Tobasem mamy tu tylko paru randomowych "łowców smoków", którzy jednak nie zostają na długo, ani razu zresztą nie wychodząc poza dziesiąty plan. Poza tym mamy jeszcze pewną kobietę, którą można by nazwać drugą najistotniejszą postacią w książce, chociaż pojawia się raczej na krótko. Żadna z tych osób nie jest zbyt ciekawa, tylko co poniektóre mają jakiekolwiek wyróżniające je cechy. Imion większości nie pamiętałam już parę stron po ich ostatnim pojawieniu się, co może dawać pewne wyobrażenie. Główny bohater nieco się na ich tle wybija, nie jest co prawda szczególnie interesujący, ale jakoś da się do polubić w czasie czytania.

Wspominałam jednak już wcześniej, że książka jest naprawdę urocza, i tego się trzymam. Ma jakiś taki przyjemny, lekki klimacik, w niektórych momentach sili się nawet na humor. Miła odmiana po tych wszystkich wojnach, spiskach i ratowaniu świata. O, i mamy absolutnie przeuroczy dodatek na samym końcu - pod tytułem "Uwagi" kryje się zbiór odpowiedzi na niektóre pytania, które pojawiały się w czasie czytania. Nie są to żadne istotne kwestie, raczej ciekawostki, parę z nich jest nawet utrzymanych w dość żartobliwym tonie, ale uważam to za bardzo sympatyczne zakończenie. Gdyby była to opowieść bardziej angażująca byłabym za to jeszcze wdzięczniejsza.

Takie krótkie podsumowanie. "Jednym zaklęciem" to książka nienajlepsza, ale niedoskonałości nadrabia swoim urokiem. Jest niewymagająca, lekka, idealna do przeczytania momencie, kiedy cięższe lektury nas przytłaczają, albo kiedy brakuje nam czegoś do herbaty. Szczególnie wtedy, bo to jakaś taka typowo herbaciana fantastyka.

Ha, udało się.  Po tej noci piszą się kolejne, taka komiksowa i taka growa, ale bardzo możliwe, że w międzyczasie wpadnie mi jeszcze parę innych pomysłów, i te rozpoczęte posty poczekają sobie jeszcze dobre kilka tygodni. 
Ech, chyba zacznę żebrać o komcie na fejsbukach. Tu są moje fejsbuki, jakby co, tu będę żebrać.

Saturday, 3 January 2015

Recenzja "Nieustraszonego Szpaka" #1

Miałam w końcu zabrać się za czytanie tych wszystkich książek, które zalegają mi na półkach, ale, oczywiście, coś musiało mi przeszkodzić. Tym razem było to papierowe wydanie komiksu "Nieustraszony Szpak", czyli kolejna historia o polskim superbohaterze. Szpaka kojarzę z crossoveru, który miał kiedyś z KOPSem, od tej pory starałam się śledzić jego przygody regularnie ("starałam" to słowo-klucz), a o wypuszczonym zeszycie dowiedziałam się z recenzji na Panteonie. Zastanawiałam się nad kupnem, ale, cóż za zaskoczenie, jestem bez kasy. Na szczęście dobrzy ludzie postanowili umieścić komiks w internetach, dzięki czemu mogłam go przeczytać i zreckować. Hurra. 

Nikogo nie zaskoczę pisząc, że "Nieustraszony Szpak" opowiada o polskim superherosie ukrywającym się pod pseudonimem Szpak. Omawiany komiks opowiada jego genezę - widzimy w jaki sposób Szymon, biedny, nieogarnięty życiowo student (niespotykane, nie?) zyskuje nadludzką siłę, szybkość i odporność (jeszcze bardziej niespotykane). W między czasie widzimy też pojawienie się jednego z jego wrogów. Oba te wydarzenia są spowodowane tajemniczym błyskiem na niebie, który, jak okazuje się później, obdarował specjalnymi umiejętnościami jeszcze parę osób.




Fabuła jak i sam pomysł na postać oryginalnością nie grzeszą, ale to wcale nie przeszkadza aż tak bardzo, jak można by przewidywać. W sumie, kiedy tworzy się nowe uniwersum superbohaterskie, umiejętność szybkiego i efektywnego sprania innej osoby to chyba najbardziej uniwersalna i optymalna moc. Sam Szymon jest postacią sympatyczną, którą łatwo można polubić, no i trzeba przyznać, że jego kostium jest całkiem zajebisty, zwłaszcza jak na "domowe" warunki. Poza Szpakiem mamy tu też przedstawionego złola, Śmierć. Ukazano nam jego tragiczne backstory (co prawda nie zabili mu rodziców w ciemnej alejce, ale też mamy sporo dramy) i reakcję na otrzymanie, cóż, supermocy? Nie trafił z tym najlepiej, ponieważ błysk sprawił, że wszystkie tkanki jego ciała, poza kośćmi i gałkami ocznymi stały się niewidzialne. Postać, przynajmniej w omawianym zeszycie, nie wypada zbyt ciekawie, no ale to dopiero początek. Niestey, oprócz tej dwójki nie widzimy raczej nikogo specjalnie interesującego.

Pierwszy zeszyt "Szpaka" to tylko połowa planowanej historii, czeka na nas jeszcze druga część, w której poznamy zapewne odpowiedzi na te parę pytań, które zdążyło się narodzić przy okazji tego numeru. Mamy tu sporo wątków, część dotycząca Szymona, część Arkadiusza (Śmiercia), ale większość z nich zostaje zawiązana już w ciągu tych 32 stron. Akcja jest w miarę szybka, przynajmniej na tyle, żeby obok skakania po dachach i rynnach Warszawy móc wcisnąć retrospekcje i przemyślenia. Podejrzewam, że w kolejnej części będzie to wyglądało lepiej i będziemy mogli pooglądać naszego bohatera w jakichś konkretnych akcjach.


No patrzcie, jakie fajny strój. Bardzo w stylu Iron Fista, ale kolorystyka wypada lepiej.

Mam z tym komiksem własciwie tylko dwa problemy. Pierwszy z nich to oprawa graficzna. Nie mówię, że jest zła - w większości kadrów wygląda wręcz świetnie, poza tym jest klimatyczna i zdecydowanie pasuje do historii. Po prostu często zdarza się, że anatomia gdzieś sobie idzie, zostawiając bohaterów wyglądających dość nieciekawie. Drugi to takie trochę czepialstwo, ale boli mnie absolutny brak postaci kobiecych. Wiem, to można zarzucić większości historii superbohaterskich, ale jednak.

Hmm, recki komiksów wychodzą mi jakieś wyjątkowo krótkie. Podsumowując - "Szpak" to kawał dobrego komiksu, który zdecydowanie polecam, tak w wersji papierowej, jak i tej zwyczajnej, internetowej, o tu. Może nawet nieco bardziej poleciłabym wersję elektroniczną, ale nie oznacza to, że komiksu nie warto kupić. Ja zrobię to, jak tylko zdobędę trochę pieniędzy. Zwłaszcza, że kolejny numer pojawi się tylko na papierze, nie będzie opcji podejrzenia na necie. W każdym razie, Pickador odwalił kawał dobrej roboty, komiks czyta się przyjemnie, lekko, szybko, czyli tak, jak powinno się czytać coś takiego. Pozostaje tylko czekać na więcej, lub po prostu odwiedzać stronkę w poszukiwaniu nowych pasków.

Taak, jest naprawdę krótko. Do następnej notki wstawię kilka randomowych gifów, może będzie wyglądać na dłuższą. Co do obiecanych książkowych recek - piszą się. Aż dwie, więc są szanse, że skończę przynajmniej jedną z nich. 
Do tego czasu możecie komciać, czy coś. Bajdełej, zastanawiałam się nad założeniem fanpejdża, ale nie wiem, czy ma to jakiś sens. Znaczy, blog ma w sumie dość sporo odwiedzin, tylko śladu po tym żadnego nie ma. Ktoś mnie wciąż czyta?