Tuesday, 26 January 2016

Recenzja "Star Wars: The Force Awakens"

Trudno nazwać ten wpis „recenzją”. Będzie to raczej długa lista uwag i opinii, zupełnie nieobiektywne i upstrzone spoilerami – raczej nie polecam lektury osobom, które jeszcze nie miały okazji obejrzeć filmu. Ja zrobiłam to już pięć razy (w planach było siedem, ale fundusze raczej mi na to nie pozwolą - jak pisałam na fejsie, wpadł mi ostatnio niespodziewany tatuaż i trochę dziur w uszach. Drogie cholerstwa), mam już chyba wystarczająco dużą wiedzę, żeby pisać ten tekst.


Mogłabym napisać coś o tym, jak miliony fanów na całym świecie wyczekiwały tego filmu przez dziesięciolecia, mając nadzieję na godne następstwo Oryginalnej Trylogii i licząc, że ktoś ponownie pozwoli im przenieść się do odległej galaktyki. Nie napiszę, bo to najoczywistsza oczywistość i każdy nerd, nawet niemający z SW nic wspólnego, wie o tym od dawna. Przejdę więc po prostu do meritum, czyli mojej opinii na temat nowego filmu.

Fabuła jawi się całkiem prosto. Odległa galaktyka. Grupa buntowników walczy z reżimem uzbrojonym w gargantuiczną maszynę zdolną niszczyć planety. Historia skupia się na soon-to-be Jedi żyjącym w słodkiej niewiedzy na pustynnej planecie, którą opuszcza po natrafieniu na droida przechowującego ważną informację. Tu mogłabym wypisać jeszcze parę punktów wspólnych "Nowej Nadziei" i "Przebudzenia Mocy", ale zgaduję, że wszyscy już zrozumieli aluzję. Tak, nowy film jest fabularnie niezwykle podobny do oryginalnych "Star Wars", momentami mocno kojarzy się też z pozostałymi częściami Starej Trylogii. Nie jest zbyt oryginalna, właściwie niczym nie zaskakuje i wymaga sporego zawieszenia niewiary - ale hej, taki urok baśniowej space opery, prawda? Nie oczekiwałam pod tym względem niczego więcej, jestem więc w pełni usatysfakcjonowana. Podoba mi się zwłaszcza sposób prowadzenia historii: na początku lądujemy z postaciami wiedzącymi o świecie niewiele więcej niż starwarsowy newbie, a kolejne karty są odkrywane z zaskakującą lekkością - jak choćby informacja o tym, że Kylo jest synem Hana i Lei. Obiło mi się to o uszy bardzo wcześnie, jeszcze przed obejrzeniem filmu po raz pierwszy, spodziewałam się przez to kolejnej over the top dramy z podniosłą muzyką i czymś w stylu "I am your father". Zamiast tego dostałam pozbawione suspensu, ale proste i sensowne rozwiązanie, co ogromnie mnie ucieszyło. Podoba mi się także sam początek, w którym możemy poznać bohaterów - zwłaszcza część z Rey. Śliczne wprowadzenie.

Najjaśniejszym punktem filmu są postacie – zarówno protagoniści, jak i ich przeciwnicy. Wśród tych pierwszych mamy prawdziwe zatrzęsienie bohaterów: obok nowych pojawiają się tu w końcu weterani znani z epizodów IV-VI. Ci są tu zresztą bardzo zgrabnie wpleceni i dawkowani wcale rozsądnie, spodziewałam się nawiązaniowej makabry w stylu Nowej Trylogii (uhm, Drugiej Trylogii. Środkowej Trylogii). Zarówno Han, jak i Leia wypadają świetnie, Luke'a trudno mi ocenić, za to C3-PO w końcu dostał jakąś faktycznie zabawną scenę - to spory sukces.
Nowe pokolenie bohaterów również nie zawodzi. Cóż, przynajmniej jego dwie trzecie, bo o ostatnim z głównej trójki ciężko się wypowiedzieć: Poe Dameron, okoliczna miss universe i najśmielszy pilot Ruchu Oporu, nieco zostaje tu z tyłu. Podejrzewam, że jego postać rozwinięta zostanie w kolejnych częściach, ale na ten moment jest nieszczególnie ciekawy. Sympatyczny oraz ujmujący, ale nieciekawy. Na szczęście nadrabia za niego pozostała dwójka. Finn, eks-szturmowiec, to niezwykle sympatyczny materiał na głównego bohatera, można się z nim utożsamić, zrozumieć jego motywy i kibicować mu. Cieszy mnie, że nie zrobiono z niego takiego papierowego, rycerskiego herosa, który ratuje więźnia ze statku ponieważ "that's the right thing to do". Nieźle wyszło też pogodzenie bycia swego rodzaju comic reliefem z całą resztą, dzięki czemu nie jest on chodzącą maszynką do żartów. Jeszcze bardziej spodobała mi się postać Rey. Silna, wytrwała dziewczyna spędzająca całe dnie na ciężkiej pracy, potrafiąca o siebie zadbać, w końcu ujawniająca się też jako zdolna użytkowniczka Mocy. Często bywa określana jako Mary-Sue, ale uważam to za bezpodstawne. Ludzie zarzucający jej z rzyci wzięte umiejętności walki zamknęli chyba oczy na scenie, w której widzimy, jak za pomocą broni białej obezwładnia dwójkę ludzi. Ci, którzy narzekają na jej smykałkę do statków zapominają, że miała z nimi styczność od dziecka. Osoby czepiające się jej nagłego "przebudzenia Mocy" jestem jeszcze w stanie zrozumieć, ale hej, to Moc - jej ścieżki są nieogarnięte, już nie takie rzeczy wyczyniały (*kaszl kaszl* Luke *kaszl kaszl). Chociaż przyznaję, że wykonanie przez nią Jedi mind tricka wygląda na spory błąd, który może jednak zostać wyjaśniony w kolejnym filmie. Ogólnie jednak uważam Rey za cudowną postać i wyczekuję jej rozwoju w epizodzie VIII.
A, bym zapomniała: BB-8 to najsłodszy droid w uniwersum, kropka.
Wrogiem protagonistów jest Najwyższy Porządek, czyli pałętające się po galaktyce resztki Imperium. Jako ichniejsi następcy sprawdzają się znakomicie: nie ustępują im rozmachem – ich Wielka Strzelająca Broń jest jeszcze większa i jeszcze bardziej strzelająca, niż te przestarzałe Gwiazdy Śmierci; ich szturmowcy celują niemalże równie tragicznie, co imperialni; ich styl subtelnie nawiązujący do Trzeciej Rzeszy jest… cóż, nazwanie go „mało subtelnym” byłoby chyba najgorszym niedopowiedzeniem wszech czasów. First Order to kosmiczni naziści i nikt nawet nie próbuje tego ukrywać. To okropnie słabe zagranie, oczywiście, ale ma swój dziwny, nieporadny urok.
Oczywiście nie samą organizacją Ciemna Strona żyje, potrzebuje jeszcze osób, które będą tejże organizacji przewodzić. W „The Force Awakens” poznajemy czwórkę konkretnych, nazwanych postaci, chociaż faktycznie przyjrzeć się możemy jedynie dwóm czy trzem. Mocno hajpowana w zapowiedziach kapitan szturmowców, Phasma, pojawia się tu chyba tylko przez pomyłkę, dostając trzy sekundy czasu antenowego i zero jakiegokolwiek rozwoju – o niej jednak wspomnę więcej niżej. Nieciekawie wypada też Snoke, Wielki Zły powstającej trylogii. Rola jego postaci ograniczała się na razie do siedzenia i wydawania rozkazów, co oczywiście nie jest złe same w sobie – inna sprawa, że tu wypada po prostu beznadziejnie. Wydawało mi się, że filmowcy odkryli już kilka lat temu, że villaini mówiący… w taki… przeciągły… i mhhroczny... SPOSÓB… nie są dobrym pomysłem i wcale nie robią takiego wrażenia, jakby się chciało, ale najwyraźniej nie. Snoke kojarzy się z takim sztampowym złolem ze starych kreskówek, chociaż ci nadrabiali zazwyczaj przesadzonym, ciekawym wyglądem. Naszemu Imperatorowi 2.0 brakuje jednak nawet tego. Twórcy filmu przyznali, że design tej postaci robiony był na szybko, a więc nie tak starannie, jak tego chcieli - i cóż, to widać.
Lepiej wypada pozostała dwójka antagonistów. Generał Hux to mój osobisty faworyt. Już przy pierwszym seansie zapałałam do niego ogromną sympatią, która następnie rosła wykładniczo wraz z każdym kolejnym obejrzeniem. Uroczo szpetny, rudy, kosmiczny Hitler z ujmującym akcentem to zdecydowanie coś, czego Star Warsom brakowało. Jego znienawidzony współpracownik, Kylo Ren, to również jedna z moich ulubionych postaci. Wiem, że internet postanowił zalać go falą hejtu, ale naprawdę nie mogę pojąć, dlaczego. No, poza powtarzanym w kółko "buuu, płacząca emo ciota", to zapewne jest dla niektórych wystarczający argument. Najczęstszym zarzutem, jak słyszę, jest niebycie kopią Vadera - ja uważam to za największy plus tej postaci. Od początku było wiadome, że twórcy nie zdołają stworzyć villaina równie niesamowitego i ikonicznego jak Darth Vader - najwyraźniej byli tego świadomi, skoro zamiast marnej podróbki dali nam coś zupełnie odwrotnego: kogoś, ktos bardzo chciałby być tak wspaniały jak Vader, ale nie umie. Genialne zagranie. Zrobienie z głównego przeciwnika zagubionego, skonfliktowanego wewnętrznie dzieciaka, który posiada ogromną moc, ale nie jest w stanie z niej korzystać tak, jakby tego chciał - cudownie, kupuję to, to coś nowego. Nie przeszkadza tu też fakt, że Adam Driver to świetny aktor, a jego gra w scenie nad przepaścią jest urzekająca. A, nawet jego miecz okazał się mieć zaskakująco dużo sensu - niestabilne ostrze, boczne promienie, które muszą odprowadzać moc uszkodzonego kryształu - zgrabna metafora na samego Kylo. Słowem, cudowna postać, proszę nie popsuć go w przyszłych produkcjach, dziękuję.

Nieco problematycznie jawi się świat przedstawiony. Na początku, standardowo, dostajemy krótki, sunący przez gwiazdy opis aktualnej sytuacji galaktyki: Imperium upadło, z jego ruin wygrzebał się Najwyższy Porządek, powstała Nowa Republika, Nowa Republika zaczęła finansować Ruch Oporu, który walczy z Najwyższym Porządkiem. Brzmi dość prosto, przy tym nawet sensownie. Po jakimś czasie zaczynają jednak pojawiać się pytania i wątpliwości. Przykładowo: kto zapłacił za budowę Starkiller Base? Skąd First Order miał na to pieniądze? To cholerstwo musiało kosztować jakieś chore ilości kredytów. I gdzie podziali się wszystkie Force-sensitive dzieci, które powinny cały czas rodzić się w całej galaktyce? Wiemy, że Kylo znacznie zredukował ich liczbę, ale to niczego nie tłumaczy. To oczywiście tylko czubek góry lodowej, mniejszych lub większych problemów jest znacznie więcej. Nie przeszkadzają może w odbiorze, ale po jakimś czasie trudno ich nie zauważyć.
Sam świat wypada zresztą nieco ubogo. Odwiedzane przez bohaterów miejsca prezentują się oczywiście ładnie, ale jednocześnie są wybitnie nudne i nieoryginalne - serio, kolejne planety z jednym tylko ekosystemem? Kosmiczne lasy wyglądające jak park pod Łodzią? Dajcie nam trochę odległej galaktyki, dammyt. Podobnie z obcymi rasami - gdzie one wszystkie są? Poza Jakku, wielogatunkowym zbiorowiskiem w pałacu Maz Kanaty i paroma kosmitami w szeregach Ruchu Oporu nie dostajemy tu praktycznie żadnych nie-ludzi. Wiem, że podobnie wyglądało to w starych filmach, ale sądziłam, że tutaj nie zostanie to potraktowane tak po macoszemu. Trochę smutno.

Nikogo nie zaskoczę mówiąc, że pod względem technicznym film prezentuje się fantastycznie - nominacje do Oscarów, anyone? Wizualnie może nie zapiera to tchu w piersiach, ale zdecydowanie nie kole w oczy. No, poza jedną postacią, o której pisałam już wyżej. Ogromnym plusem jest fakt, że widoczne na ekranie efekty nie są jedynie wytworem speców od CGI – sporo tu elementów praktycznych, co jest kolejnym przykładem zachowania pewnego ducha Starej Trylogii. Co prawda scen z udziałem poprzebieranych w stroje kosmitów członków obsady jest stosunkowo mało (jak już wspomniałam), to wypadają one naprawdę elegancko, przyćmiewając nawet modele generowane komputerowo. Jednak postacie to postacie, nie one były, i nie miały być, najprzyjemniej wyglądającym punktem filmu. Tu zdecydowanie wygrywają sceny akcji, głównie te z wykorzystaniem statków. Znowu, nie ma ich aż tak wiele, ale nadrabiają jakością. Czy może zjawiskowością. Szarża X-Wingów na Takodanie to bezsprzecznie jeden z najśliczniejszych momentów sagi, reszta również trzyma poziom i cieszy oczy. Walki naziemne też nie odstają i wyglądają niesamowicie. Memogenny pojedynek Finna i szturmowca nazwanego przez fanów TR-8Rem, chociaż straszliwie krótki, jest jedną z moich ulubionych scen „Przebudzenia Mocy” - jest on jednak niczym w porównaniu z końcowym starciem między Rey a Kylo Renem. Na łaskę wszystkiego co święte, jakiż ten pojedynek jest wspaniały. Po raz pierwszy w historii filmowych Gwiezdnych Wojen możemy zobaczyć walkę, uczestnicy której nie stukają się niemrawo mieczami, nie wykonują salt i fikołków, a najzwyczajniej w świecie – wybaczcie słownictwo, ale nic nie odda tego charakteru lepiej – się napierdalają. Jakież to to brutalne, jakież agresywne! Pomijając już straty w okolicznych drzewach - w końcu widzimy prawdziwe rany! W poprzednich częściach pojedynki na lightsabery ograniczały się zazwyczaj do majtania bronią, które kończyło się utratą kończyny i/lub śmiercią – wszystko zaskakująco czysto i sprawie. Tu mamy w końcu trochę szczerej walki. Ma w dodatku cudowną choreografię - ta cofająca się, uciekająca Rey na początku, to niefinezyjne naparzanie później, ten widoczny brak oswojenia z bronią tego typu i machanie nią jak kijem, do którego przywykła - ach! Jak pięknie to wszystko wygląda. Estetycznie urzeka mnie mocniej chyba tylko scena wystrzału ze Starkillera.

Podsumowując, „The Force Awakens” to bardzo porządny popcorniak zapewniający masę świetnej rozrywki. Dla osób, które po raz pierwszy mają do czynienia z "Gwiezdnymi Wojnami" (a tacy wciąż istnieją! Byłam w szoku, kiedy się dowiedziałam, ale tak jest), jest to idealny start - w końcu na początku filmu wiedzą równie mało, co sami protagoniści - dzięki któremu mogą łatwo wejść w uniwersum i przekonać się do obejrzenia poprzednich części. Starzy fani dostaną znaną historię, klimat, ukochanych bohaterów i tonę nawiązań - zgadzam się, że niekiedy może się to wydawać aż za dużo, ale spełnia swoją rolę. A patrząc bardziej subiektywnie: hej, na żadnym filmie nie byłam w kinie pięć razy. Ba, na żaden nie poszłam więcej niż raz. Tu każdy seans cieszył mnie tak samo, prawdopodobnie równie mocno spodobałoby mi się kilka kolejnych. Pokochałam bohaterów, urzekła mnie atmosfera, wciągnęła fabuła – wszystko zagrało idealnie dla moich oczekiwań. No, prawie idealnie, ale ogólne wrażenia były zdecydowanie pozytywne. Ogromnie pozytywne. 17/10.

Okej, to tyle. Niewielki procent moich przemyśleń na temat "Star Wars: The Force Awakens". Zaproście mnie do kina i zafundujcie mi bilet, a obiecuję, że opowiem Wam jeszcze więcej. Czekam na propozycje. 
A tak serio, to czekam na komcie. I lajki na fejsbuczku. Nie krępujcie się, proszę. Niedługo informacje o konkursie, tymczasem wracam do umierania. 
Ach, i naprawdę przepraszam za kolejną przerwę w pisaniu. Sesja, wiecie. Straszna rzecz. Postaram się to nadrobić, przyrzekam. 

Saturday, 9 January 2016

Recenzja "Postapo - Nienormalna normalność"

Omawiany dziś komiks wpadł mi w łapki zupełnie przypadkiem, postanowiłam więc napisać krótką opinię, tak w oczekiwaniu na tekst o "The Force Awakens". 


„Nienormalna normalność” to komiks utrzymany w klimacie, jak nietrudno się domyślić, postapokaliptycznym. Tomik autorstwa duetu Gizicki&Małecki opowiada o mężczyźnie przemierzającym samotnie zniszczoną i opustoszałą Polskę. Kwestia tego, co doprowadziło do obecnej sytuacji zostaje całkowicie zignorowana, musimy zadowolić się wyjaśnieniem „bo tak” i po prostu wejść w świat przedstawiony. Świat, niestety, niezwykle niezapraszający - nie ze względu na czyhające w nim niebezpieczeństwa, ale przez to, jak wtórny, nieoryginalny i nudny jest. Zawiera w sobie wszystkie typowe cechy settingu, nie dodając zupełnie nic od siebie, niczego nie zmieniając, ani nie nadając cech charakterystycznych dla swojego własnego świata. 

Zupełnie nieinteresujące tło opowieści nie przekreśla oczywiście całego tytułu. W takim wypadku potrzeba by jednak było wciągającej historii, a także ciekawych postaci, które zdołają udźwignąć na swoich wyimaginowanych barkach ciężar opowieści. Z przykrością stwierdzam, że omawiany przeze mnie komiks nie ma ani jednej z tych rzeczy. Fabuła, jak wspominałam wcześniej, jest prosta jak budowa dzidy, a przy tym zupełnie nieporywająca. Widzimy odhaczanie kolejnych punktów z listy „Rzeczy do robienia na pustkowiu po upadku ludzkości: wersja standardowa”. Mamy więc pałętanie się po opustoszałych ulicach, podziwianie krajobrazu, przeszukiwanie okolicznych domów, zdobywanie jedzenia, unikanie zagrożeń. Zagrożeń, warto dodać, raczej niesprecyzowanych i zupełnie nieprzerażających, ograniczających się w sumie do agresywnych ludzi, którzy, z jakiegoś powodu, atakują każdego na kogo wpadną. I nie, nie chodzi tu o zombie-like zachowania powodowane jakimś wirusem czy czymś takim – po prostu grupki uzbrojonych dupków. Jak można się domyślić, łażenie po pustym mieście szybko nudzi - zarówno protagonistę, jak i czytelników - jednak spotykane na drodze przeszkody wcale nie jawią się ciekawiej.  
Bohaterowie, coby zbytnio się na tle tego wszystkiego nie wyróżniać, są równie miałcy i płascy. Ani protagonista, ani którakolwiek z pozostałych postaci, nie przejawia najmniejszych ilości charakteru, nie wykazuje żadnych unikalnych cech, może poza drobnymi różnicami w wyglądzie. Absolutnie nie byłam w stanie zżyć się czy polubić kogokolwiek, a zaraz po zakończeniu lektury nie pamiętałam już nikogo. 
Postapo to świetne narzędzie do ukazania ludzi rzuconych w nowe, nieprzyjazne środowisko, gdzie brak znanych przez nich norm czy zasad, a życia trzeba uczyć się na nowo - tym razem kierując się zupełnie innymi wartościami, niż w czasach "normalności". Tutaj tego zabrakło, widzimy jedynie dość niezgrabne i nieudane próby, przemycane w pojedynczych scenach i rzucanych tekstach. Może gdyby poświęcić temu więcej czasu, to prezentowałoby się lepiej, teraz jednak nie wystaje poza przeciętność całego komiksu. 

Pierwszą rzeczą, jaka rzuciła mi się w oczy, kiedy wzięłam tomik do ręki, był brakujący przecinek w streszczeniu umieszczonym na okładce. Jak szybko się okazało, nie był to jedyny błąd interpunkcyjny, z jakim miałam się zmierzyć. Cały komiks jest nimi upstrzony – przecinki w świecie przedstawionym są towarem równie deficytowym, co benzyna czy papierosy. Pojawia się więc pytanie: kto odwalił taką żałosną redakcję? Odpowiedź jest niezwykle prosta: nikt. Przynajmniej według stopki redakcyjnej. Sprawia to, że ma się wrażenie czytania amatorskiej pracy opublikowanej w jakimś zacisznym zakątku internetu, a nie coś wydrukowanego i sprzedawanego.

Oprawa graficzna nie powala. Kreska Krzysztofa Małeckiego jest bardzo charakterystyczna, kanciasta i uboga w detale - mnie w ogóle nie ujęła, ale jestem pewna, że niektórym przypadnie do gustu. Ładnie komponuje się z szaro-burymi kolorami, które pasują do klimatu historii. Fakt, że pogłębia to uczucie nijakości i znużenia, które wzbudzają inne elementy komiksu. Równie miałko wypadają dialogi i monologi wewnętrzne protagonisty - wypadają dość naturalnie, ale brak im  polotu czy czegokolwiek, co zapadałoby w pamięć. 

Podsumowując, „Postapo. Nienormalna normalność” to komiks wybitnie wręcz nijaki. Świat przedstawiony jest najprostszą i najnudniejszą wersją postapokalipsy, jaką można sobie wyobrazić, nie wyróżnia się absolutnie niczym oryginalnym, a jedynie powiela to, co widzieliśmy już w tysiącu gier, filmów czy książek. Historia nie porywa, a bohaterowie nie są w stanie wzbudzić choćby grama sympatii czy zainteresowania. Szara i miałka szata graficzna zdecydowanie nie pomaga w odbiorze. Lekturę dodatkowo uprzykrzają błędy.
Nie jestem pewna, czy mogę polecić ten komiks komukolwiek. Fani klimatów postapokaliptycznych zanudzą się na śmierć, natomiast osoby, które dopiero chcą wejść w gatunek mogą się łatwo zniechęcić. Nie jest to komiks niesamowicie słaby, ale jego zupełna nijakość sprawia, że raczej nie jest wart swojej ceny. 

I tak, o. 
Planuję zorganizować niedługo konkurs w klimacie gwiezdnowojennym (przygotowałam już nawet całkiem eleganckie nagrody). Ktoś byłby tym zainteresowany? Trochę obawiam się sytuacji, w której liczba uczestników wahałaby się w okolicach zera. Dajcie znać, co Wy na to. 
Do usłyszenia w przyszłym tygodniu. Mam nadzieję. 

Tuesday, 5 January 2016

O premierach w 2016

Pomysł na notkę wpadł mi zupełnie przypadkiem, podczas nocnej rozmowy o Pokemonach, które najlepiej nadawałyby się do tulenia i głaskania. Nie jest to co prawda tematem tego wpisu (chociaż coś takiego też mam w planach, od paru miesięcy zresztą), ale też ma z tym pewien związek - zaraz się zresztą przekonacie. 
Zeszły rok przyniósł naszym małym, nerdowskim serduszkom dużo radości i emocji, choćby wyczekiwaną od stuleci premierą nowych "Gwiezdnych Wojen". Dwa tysiące szesnasty nie ma jednak zamiaru pozostawać w tyle i już zapowiada nam milijony wspaniałych tytułów, które czekają nas w ciągu najbliższych dwunastu miesięcy. Sama wyczekuję wielu, chociaż nie wszystkich z takim samym zniecierpliwieniem. Postaram się wymienić najbardziej wyczekiwane przeze mnie produkcje. 


Najpierw jednak parę słów o okołogeekowskich premierach, które są mi dość mocno obojętne, chociaż obejrzę je "z obowiązku" (blogowanie to sirius biznez,  nie ma lekko). To taki mój osobisty "kącik hipstera", wiecie, "wszyscy się jarajo, a ja nie". Kilka lat temu pewnie czułabym się dzięki temu fajna, teraz tylko głaszczę swojego mentalnego Grumpy Cata i patrzę pustym wzrokiem w dal. Czy coś.

∞. Doctor Strange, Deadpool, Gambit, Rogue One: A Star Wars Story, Fantastic Beasts and Where to Find Them, Star Trek Beyond - meh. Pierwszy film interesował mnie w stopniu ujemnym już od dawna, wszelkie nowe informacje wcale tego nie poprawiły. Chyba po prostu mam dość produkcji z MCU, w tym momencie czekam w sumie tylko na "Captain Marvel", ale to jeszcze trochę potrwa. Drugi tytuł obejrzę z ciekawości, ale ale nie jestem największą fanką Deadpoola i nie urzekają mnie wypuszczane zajawki. Trzeci stracił mój potencjalny hajp, kiedy obsadził w głównej roli jednego z nielicznych aktorów, na widok których mam ochotę momentalnie zamknąć oglądany film. Co to drewno robi w roli tak sympatycznej postaci? Zobaczę z ciekawości, ale obawiam się tego. Czwarty powinien mnie jarać - to w końcu "Star Warsy", w dodatku z kobiecym leadem. Przedstawiana historia jednak w ogóle mnie nie rusza, wykradanie planów Gwiazdy Śmierci to jedna z tych rzeczy, których absolutnie nie miałam potrzeby widzieć, w dodatku nie jestem pewna, jak mocno taka zamknięta historia może wzbogacić uniwersum. Piąta produkcja jest mi tak obojętna, że ciągle zapominam, że ma powstać. Przyznaję mu nagrodę za najbardziej nijaki trailer ostatnich lat. A do odtwórcy głównej roli mam uraz, nie jestem w stanie traktować go poważnie, odkąd obejrzałam "Jupiter: Ascending". Ostatni film interesuje mnie tylko ze względu na rolę Sofii Boutelli, którą bardzo lubię. Poza tym zapowiada się kolejny nudny, wybitnie nijaki "Star Trek" w stylu ostatnich dwóch - cudownie. 

9. Captain America: Civil War - film, na który hajpuję zdecydowanie za mało. Zapowiada się w sumie całkiem ładnie - mamy całą masę postaci, mamy braci Russo, mamy przyjemny trailer... ale ech, jakoś nie mogę się na to nakręcić. To chyba przez to, że cały konflikt wydaje mi się całkowicie z rzyci wzięty, trochę też obawiam się tego, jak wypadnie taka ilość bohaterów w jednym filmie. Tak czy inaczej, jestem strasznie ciekawa, jak potoczy się historia i co z tego będzie. Raczej nie będę mdlała z ekscytacji, ale do kina chętnie się wybiorę. 

8. Angel Catbird - przedziwny komiks. A przynajmniej zapowiadający się przedziwnie, a to wystarczy, żeby zdobyć moje zainteresowanie. Powieść graficzna autorstwa Margaret Atwood ma opowiadać o superbohaterze będącym połączeniem człowieka, ptaka i kota, co jest (oczywiście!) wynikiem dziwnych eksperymentów i powodem jego problemów z tożsamością. Cała historia ma nawiązywać do pulpu oraz klasycznych komiksów z gatunku, a także być humorystyczna, pełna akcji i słownych żartów o kotach. Brzmi sympatycznie, a jeśli dodamy do tego nagradzaną scenarzystkę i zdolnego rysownika, to otrzymamy coś naprawdę obiecującego. 

7. Deus Ex: Mankind Divided - czyli gra z najlepszym trailerem ostatniego tysiąclecia. Okej, może odrobinkę przesadzam, ale hej, naprawdę mi się spodobał. Pierwszy zwiastun "Mankind Divided" był powodem, dla którego w ogóle sięgnęłam po serię "Deus Ex" - wcześniej jedynie mgliście kojarzyłam tytuł i głównego bohatera drugiej części. Nastawił mnie też do samej gry bardzo optymistycznie i mam nadzieję, że uda mu się sprostać moim wygórowanym oczekiwaniom. Podejrzewam co prawda, że nie będę miała okazji zagrać zbyt szybko, na początku będę więc musiała zadowolić się filmikami na YouTube - ale cóż, życie wymaga poświęceń. Fanostwo tym bardziej. 

6. X-Men: Apocalypse - mój hajp na ten film wzrasta z każdym dniem, co w sumie mnie cieszy. Uwielbiam filmowych X-Menów, zarówno dwa stare filmy ("Last Stand" to jednak "Last Stand", tego nie uwielbiam), jak i te nowsze, jedynie z wyłączeniem "Wolverine'ów". Co w sumie oznacza, że podobały mi się cztery z siedmiu tytułów, właśnie uświadomiłam sobie, że to nie tak dobrze, jak myślałam. Grunt, że dwie ostatnie części ogromnie przypadły mi do gustu i lubię znaczną większość postaci - to wystarczy, żeby wyczekiwać najnowszej produkcji o mutantach. Do tego dochodzą ujmujące castingi nowych bohaterów, przyjemny zwiastun oraz obiecująca fabuła. Spodziewam się kolejnego porządnego filmu, do którego będę chętnie wracać. Mam nadzieję, że twórcy mnie nie zawiodą. 

5. Batman v Superman: Dawn of Justice - prawdopodobnie najbardziej patetyczny film superhero w historii ludzkości. Przynajmniej tak wygląda na trailerach, w tych kilku scenach, na których widać coś poza mrokiem. Chociaż kto wie, ostatni zwiastun nieco zmienia ten wizerunek, dodając jasne lokacje oraz żarty (!). Ale cóż, przyznaję - odłożywszy złośliwości na bok - że ma to jakiś potencjał i sporo mocnych stron. Najmocniejszą zdaje się być obecność Wonder Woman, zaraz za nią jest Jesse Eisenberg w roli Luthora. Podoba mi się też casting Bena Afflecka jako Batmana, chociaż widoczne inspiracje komiksem "Dark Knight Returns" zabijają mój entuzjazm, znowu przywodząc na myśl memy o braku światła. Czy mimo tego uważam, że będzie to dobry film? Meh, trudno mi to ocenić, ale oczekuję czegoś całkiem porządnego. Czemu więc wrzuciłam go na tak wysokie miejsce? To proste - "Batman v Superman" będzie drugim filmem budowanego właśnie uniwersum DC, ma dla niego kluczowe znaczenie. W dodatku stawia na przeciw siebie dwóch najsławniej... okej, przyznaję, nieszczególnie interesuje mnie ten konflikt. Jedynym, co mnie obchodzi, jest pierwsze pojawienie się Wondy na wielkim ekranie. You go, girl, czekałaś na to wystarczająco długo. 

4. Faith - bardzo przyjemnie zapowiadający się tytuł od wydawnictwa Valiant, z którym do tej pory nie miałam zbyt wiele do czynienia. Seria ma opowiadać o Zephyr, prawdopodobnie jedynej superbohaterce z nadwagą, którą zobaczymy w mainstreamowym komiksie. Faith, bo tak ma na imię nasza niecodzienna (czy może właśnie codzienna?) heroina, jest nieśmiałym geekiem, który pragnie wykorzystywać swoje moce do niesienia pomocy innym - zupełnie jak postacie z historii, w których się zaczytuje. Całość zapowiada się jak naprawdę miłe, ciepłe czytadełko, bardzo krótkie w dodatku, bo składające się ledwie z czterech zeszytów. Jakby tego było mało, za oprawę graficzną odpowiada między innymi Marguerite Sauvage, rysowniczka, którą ogromnie polubiłam przez "Bombshells". Poziom hajpu oceniam na ogromnie wysoki. 

3. Suicide Squad - strasznie boję się tego filmu, dlatego też wyczekuję go z wielkim zniecierpliwieniem. Uwielbiam oryginalny komiksowy Suicide Squad, mojej sympatii dla tej grupy nie zabiły nawet jej kolejne, znacznie słabsze inkarnacje. Jestem potwornie ciekawa, jak drużyna ta wypadnie na wielkim ekranie, i mimo własnych, mocno subiektywnych zastrzeżeń oczekuję, że dostanę film na poziomie. Szczególnie, że zarówno dobór postaci, jak i strzępki fabuły, których możemy się domyślać, wskazują na inspirację jednym z ostatnich filmów animowanych DC, "Assault on Arkham", który był kawałkiem naprawdę porządnej kreskówki. Jak na razie jestem nastawiona dość pozytywnie, podoba mi się większość castingów, wybór bohaterów, spora ilość kobiet grających istotne role (patrz, Marvelu, takie rzeczy są możliwe! Szok, niedowierzanie) oraz nawiązania do pierwszej wersji Suicide Squadu. Zwiastun nie był może szczególnie obiecujący, wciąż obawiam się też, jak wyjdzie ukazanie takiej ilości postaci na ekranie, oraz tego, że cała historia skupi się na Jokerze i pojawiającym się momentami Batmanie, zamiast na "Legionie Samobójców" (ten tytuł to złoto, bogowie, czemu). Staram się jednak być dobrej myśli. 

2. Mass Effect: Andromeda - czyli długi ciąg pisków i wykrzykników. Kocham serię ME całym swoim serduszkiem, przegrałam w nią tryliardy godzin i wylałam przez nią hektolitry łez, a wciąż mi mało i chcę więcej. Mam nadzieję, że "Andromeda" mi tego "więcej" dostarczy, co może być ciężkie, biorąc pod uwagę moje oczekiwania. Liczę na porywającą fabułę oraz stada ujmujących, ciekawych postaci, które będzie można polubić tak samo mocno, jak w przypadku oryginalnej trylogii. Co prawda gra już zdołała zdobyć u mnie sporego minusa - po raz czwarty dostaniemy możliwość grania tylko i wyłącznie ludźmi, co oczywiście miało swoje uzasadnienie w historii Shepard/a, ale tu zapowiada się jedynie na smutne ograniczenie - nie jest to jednak coś, co szczególnie uprzykrzy mi rozgrywkę. Zapewne łatwo nadrobi to czymś innym. 

1. Pokemon GO - powód napisania tej notki. Sam pomysł na stworzenie gry, która pozwoli ludziom na bieganie po ich najbliższej okolicy i łapanie Pokemonów brzmi tak pięknie, że aż ciężko mi w to uwierzyć. To trochę jakby jedna z moich ulubionych zabaw z dzieciństwa nagle została zmieniona w rzeczywistość, z odpowiednim dodatkiem grafiki komputerowej i magii najnowszych technologii. Coś niezwykłego, pięknego, ciężkiego do wyobrażenia. Piszczę z radości na myśl o szukaniu na ulicach Poków, wymienianie się nimi, pojedynki i całą tę otoczkę. Obawiam się nieco, czy gra nie zostanie popsuta mikropłatnościami - często cierpią przez to różnorakie gry free2play. Zastanawiam się też, jak będzie wyglądać rozgrywka w naszym kraju, przy raczej niewielkim zainteresowaniu graczy (a przynajmniej mniejszym, niż można by mieć nadzieję), a także samym traktowaniu nas przez twórców - czy nasze rodzime podwórko dostanie wystarczająco dużo Pokemonów? Czy możemy liczyć na częste eventy? Nie wiadomo, czas pokaże, na razie pozostaje jedynie liczyć na to, że będziemy mogli cieszyć się grą na takim samym poziomie, co ludzie z zagramanicy. Ja tymczasem będę sobie po cichutku hajpować. 

Czytam sobie komiks, który bardzo chcę zreckać. Mam też milijon rozgrzebanych notek, czekających na dokończenie bardziej z przyzwyczajenia, niż jakiejkolwiek nadziei. Może bym coś teges. Może. 
Naprawdę postaram się, żeby liczba wpisów w tym miesiącu bardziej przypominała tę październikową, niż grudniową. Trzymajcie kciuki, możecie też motywować mnie komciami i innymi takimi. 
Do później.