Sunday, 31 July 2016

Wrażenia po San Diego Comic Con 2016

W pierwszej chwili zatytułowałam notkę "Relacja z San Diego Comic Conu 2016". Kiedy uświadomiłam sobie, co zrobiłam, zapłakałam rzewnie nad faktem, że jedynym sposobem, w jaki mogłabym się kiedykolwiek znaleźć na SDCC, jest rozsypanie na terenie moich prochów, jak już umrę z żalu i rozpaczy (parafraza postu z tumblra).
Enyłej. To nie relacja, oczywiście. To tylko luźne wrażenia, odczucia i tak dalej. Jak w przypadku E3.


Coby zachować nieco porządku, zacznę od ogólnie pojętego DC, następnie ogólnie pojętych Marveli, po czym przejdę do rzeczy dobrych nie zawodzących fanów na każdym kroku innych.

DC zaczęło źle. Bardzo źle. Okropnie, potwornie, gdzie-jest-jakieś-wiadro-bo-nie-chcę-wymiotować-na-laptopa źle. (Zastrzegam sobie prawo do przejaskrawiania rzeczy. Jak zwykle zresztą.) Long story short, na SDCC miała miejsce premiera animowanego "The Killing Joke" (o którym to komiksie bardzo ładną notkę napisała Rusty). Nie chcę się tu rozpisywać na temat całego tytułu, bo to temat na osobny wpis, więc zaznaczę tylko główny problem, który przyniosła ze sobą premiera: ktoś doszedł do wniosku, że scena seksu Batmana i córki jego najlepszego przyjaciela, a przy okazji jego podopiecznej (okazjonalnie też dziewczyny jego przybranego syna), to dobry pomysł. Guess what. Nie był to dobry pomysł. Oburzeni fani są oburzeni, a ja burzę się z nimi. 
Ale-ale. Spuśćmy na to zasłonę milczenia, nie myślmy o tym - patrzmy z nadzieją w przyszłość. Ta jawi się bowiem całkiem kolorowo. Po pierwsze: plakat i trailer "Wonder Woman". W moim niewielkim gabarytowo ciele mieszczą się nieskończone pokłady miłości do Diany, teraz wspomagane jeszcze przez sympatię do odgrywającej ją Gal Gadot. Plakat jej filmu jest prze-pię-kny (zwróćcie uwagę, że podzieliłam to słowo na sylaby, żeby je podkreślić), głównie przez kolory. Jego cudowność dopełnił zwiastun filmu. Wondy jest w nim zjawiskowa, sceny walki zapowiadają się świetnie, Amazonki są fenomenalne - daję ogromną okejkę.
Trailer "Justice League" też nie wyszedł źle. Wciąż nie przekonuje mnie tutejszy Aquaman, ale poza tym jest ślicznie: Batffleck wypada nawet lepiej niż w "Batman v Superman" (to nie brzmi jak osiągnięcie, ale przyznaję, że on akurat był jednym z nielicznych plusów tego filmidła). Flash Ezry Millera jest przesłodki, trochę spider-manowy, ale ujmujący. Do Cyborga nie mam żadnych zastrzeżeń, imo wygląda ładnie, chociaż widziałam sporo narzekania na duże ilości naraz CGI, które w niego włożono. Mam chyba wysoką tolerancję, bo mi nie przeszkadza. No i hej, tam padają żarty! Takie prawdziwe żarty. Wygląda na to, że przynajmniej w humorze będzie miało przewagę nad "Dawn of Justice".
Czterdziesty z kolei zwiastun "Suicide Squad" nie pokazał niczego szczególnie interesującego, czego nie widziałam wcześniej. Wciąż czekam na film, ale żadnych pociągów hype'u nie widzę.
"Justice League Action" wygląda nieźle. Urzekająca scena z Wonder Woman i jej sidekickami, ale poza tym raczej nijako. Zobaczę chyba tylko z ciekawości, bo nie zapowiada się na nic szczególnie porywającego.
"Lego Batman" to złoto.

DC wygrało dla mnie ten konwent nie trailerami jednak, a figurkami. Pisałam kiedyś notkę o "DC Bombshells", pierwszym numerze dokładniej, wspominałam tam też o statuetkach z te linii, które dostępne są na rynku. Moja miłość do tej komiksowej serii wzrasta właściwie z zeszytu na zeszyt, to obecnie jeden z moich najukochańszych tytułów. Możecie sobie wyobrazić, jak głośnym piskiem powitałam nowe action figures z tej serii. Ichniejsza Batwoman to mój top priority, muszę ją zdobyć, choćbym miała sprzedać nerkę. Albo dwie.
Spośród zapowiedzianych zabawek podobają mi się zresztą nie tylko Bombshellki. Arrow TV Series dodało fantastycznego Constantine'a z twarzą mniej lub bardziej przypominającą Matta Ryana, a także cudnej urody Vixen. Obie chętnie bym przygarnęła. Jak i parę innych - klasyczna Kobieta-Kicia prezentuje się wspaniale, podobnie old-schoolowy  Deadshot.

Sporym zaskoczeniem był dla mnie trailer serialu "Legion". Mutanci to chyba moja ulubiona część uniwersum Marvela i już dawno chciałam zobaczyć jakąś miłą serię o nich. Zapowiadany tytuł nie zdobył wcześniej mojej uwagi, ale wyświetlony na SDCC zwiastun prezentuje się naprawdę intrygująco. 
"Doctor Strange" wciąż powoduje u mnie ujemne ilości zainteresowania, więc nie wiem, co mogłabym o nim napisać.
"Luke Cage", z drugiej strony, wygląda świetnie. Jego postać w "Jessice Jones" wypadła przemiło, chociaż nieco się nią zmęczyłam - w końcu przyszłam oglądać cudowną Jess, nie kogokolwiek innego. Trailer jego solowej serii robi wrażenie - jak w sumie każdej produkcji Netflixa. Podoba mi się kolorystyka, sceny akcji wydają się całkiem zgrabnie. Muzyka co prawda nie trafia w moje gusta, ale jest dobrze dopasowana do całego obrazu. W dodatku showrunner zapowiedział, że do serialu zgarnięto spore stadko raperów i możemy spodziewać się ich występów - brzmi jak kolejne plusy do klimatu.
Półsekundowe spojrzenia na "Iron Fista" i "The Defenders" nie pozwala zbyt wiele o sobie powiedzieć. Ten pierwszy nie zrobił na mnie żadnego wrażenia, ten drugi był ciekawie zrobiony.
Nowe logo Marvela ani mnie ziębi, ani grzeje, za to ich intro podoba mi się znacznie mniej, niż poprzednie. 

Dwie miłe rzeczy ze świata kreskówek. Pierwsza nie jest stricte powiązana z animacją, to bardziej osobista rzecz, która jednakże ogromnie ogrzała moje serduszko. Rebecca Sugar - jeden z najcudowniejszych bytów na tej planecie, autorka "Steven Universe", wcześniej pracująca przy "Adventure Time" - wyoutowała się jako biseksualistka. Była to odpowiedź na pytanie, co inspiruje ją do przemycania w swojej kreskówce girl power i chamskiej homopropagandy, a towarzyszyła jej krótka przemowa na temat reprezentacji w mediach. Przesympatyczna rzecz.

Druga już zupełnie bajkowa: zaprezentowano trailer drugiego sezonu "Voltron: Legendary Defender". Obejrzałam niedawno pierwszy i, mimo braku jakichś szczególnych zachwytów, wrażenia miałam pozytywne (będzie notka. Prawdopodobnie. Może. Kiedyś. Miejmy nadzieję). Nowa seria zapowiada się równie ładnie, może nawet bardziej obiecująco niż poprzednia.

Panel "Overwatcha" był pełen informacji, głównie średnio istotnych faktów na temat poszczególnych bohaterów i ich historii. Oficjalnie potwierdzono, że wydarzenia z gry nie są kanoniczne, nikogo więc nie powinno dziwić, że możliwe jest granie w teamie, w którego skład wchodzą postacie z przeciwnych stron konfliktu. To spory plus. Poza tym masa miłych pierdółek, jak choćby szokująca informacja dotycząca nóg jednego z herosów - fani radośnie uznawali je za protezy, a okazało się, że to prawdziwe, po prostu bardzo chude, nóżki. Jeśli to nie jest idealnym zobrazowaniem overwatchowego fandomu, to ja nie wiem, co nim jest.

Ech, co tam jeszcze. Pewnie tysiąc rzeczy, jak to na SDCC. Zapomniałam o większości, jak zwykle.
Chcę napisać o tylu rzeczach, ale brakuje mi motywacji i samozaparcia.
Send help.
I motywację.

Tuesday, 5 July 2016

Recenzja "Nie przebaczaj II"

Znacie „Nie przebaczaj”? Przepięknie ilustrowany, oryginalny komiks ze świetnie zapowiadającą się fabułą? Jeśli nie, powinniście szybko nadrobić zaległości. Jakiś czas temu światło dzienne ujrzała sfinansowana przez crowdfunding druga część historii. Dzięki uprzejmości autora (dziękuję i kłaniam się nisko) mogłam zapoznać się z nią i zobaczyć, czy wypadła równie dobrze, jak jej poprzedniczka. 


Jak ostatnio, tarantinowski western Kuby Ryszkiewicza już od pierwszych zapiera dech niezwykłym klimatem. Ujawnia się on w dwóch kwestiach: języku i świecie przedstawionym. Umiejętna rusyfikacja wypowiedzi bohaterów może być na początku niezrozumiała, ale wyłapywanie znaczeń z kontekstu nie jest szczególnie trudne. Za to jak pomaga to poczuć atmosferę Kresów! Świetny zabieg. Świat, w którym żyją bohaterowie, doskonale komponuje się tytułem – on również nie przebacza. Brutalność jest wyważona, nie przesadna, całość sprawia wrażenie surowej, oschłej i realnej. To bez wątpienia jedna z największych zalet „Nie przebaczaj”.

Historia zaczyna się tam, gdzie zostawiliśmy ją ostatnio, jednakże w zupełnie innych okolicznościach. Tym razem od początku śledzimy poczynania bandy Łazara, złoczyńcy, który w poprzednim tomie odpowiedzialny był właściwie za wszystkie nieszczęścia, jakie spotkały Tadeusza – naszego głównego bohatera. 
Mamy więc obserwować grupę zabijaków dowodzoną przez znanego nam szwarccharaktera. To ciekawy zabieg, takie spojrzenie na świat oczami antagonistów często pozwala ujrzeć ich w innym świetle, dostrzec ich ludzką stronę, poznać motywacje czy cele. Tutaj… cóż, ludzie Łazara nie są raczej tym typem antagonistów. Mamy okazję oglądać ich beztroskie, radosne mordowanie i gwałcenie okolicznej ludności, które pozbawione jest jakichkolwiek rozmyślań, wewnętrznych rozterek czy dookreślonych motywów. Banda przypomina nieco stado zwierząt, które dostają, czego chcą – ale tylko, jeśli są wystarczająco silni, żeby to zdobyć i utrzymać. Tak jest z jednym z bohaterów, który na początku komiksu przygarnia małą dziewczynkę i stara się trzymać swoich kompanów z dala od niej. To ładnie przedstawiony wątek, który perfekcyjnie pasuje do klimatu, świata przedstawionego i postaci: nie jest w żaden sposób ugrzeczniony, wygładzony czy bezsensownie osłodzony. Można było to łatwo zepsuć, a wyszło naprawdę elegancko. Kiedy opowieść o zbóju i dziecku ma się ku końcowi, wracamy do znanego nam młodzieńca, Tadeusza. Niewiele zmienił się od czasu „jedynki” - jest tak samo małomówny, wciąż gra na skrzypcach, nie zmalała też jego determinacja i chęć zemsty na Łazarze. Co istotne, w końcu postanowił on wprowadzić swoje plany w życie, a jego konfrontacja z oprawcą staje się coraz bliższa.

Mimo sporej liczby stron i ukazanych na nich wydarzeń, „Nie przebaczaj II” jest niestety potwornie krótkie – wydaje mi się to nawet bardziej dojmujące, niż przy okazji pierwszej części. Fabuła rusza do przodu i widzimy, że coś zaczyna się dziać – niestety, tylko przez moment, bo sekundę później komiks się kończy. Nie tylko powoduje to odczucie niedosytu, ale i sprawia, że „dwójka” zdaje się być niewłaściwie wyważona: początek, to jest cała historia zbójów Łazara, ma świetne tempo, nie nudzi, nie śpieszy się. To, co następuje później jest w porównaniu z tym straszliwie skrótowe, zwięzłe i wygląda nieco na teaser kolejnego tomu. Teaser sprawny i działający – po kontynuację chce się sięgnąć już teraz, od razu – jednakże odrobinę zawodzący. 

Czas wspomnieć o stronie graficznej. Marianna Strychowska ponownie zajęła się rysunkami, tym razem naprawdę przechodząc samą siebie. Już przy pierwszym tomie jej prace były powalające, dodatkowo doskonale wpasowujące się w klimat historii i idealnie uzupełniające, miałam jednak pewne zastrzeżenia do poszczególnych kadrów, które bywały rysowane dość niedbale. Tutaj nie odnoszę takiego wrażenia w najmniejszym stopniu. Nie wiem, co na to wpłynęło, ale ta część „Nie przebaczaj” wydaje mi się bardziej dopieszczona pod względem graficznym. Tym razem znacznie częściej zatrzymywałam się na pojedynczych kadrach i chłonęłam ich piękno, a po lekturze niejednokrotnie przeglądałam komiks, żeby tylko nacieszyć oczy cudowną kreską Marianny, niesamowitym użyciem szarości i umiejętnym kadrowaniem. Prawdziwa wizualna uczta. 

Słowem podsumowania, „Nie przebaczaj II” to godny następca poprzedniego tomu. Komiks zachował surowy, duszny klimat i realistyczną brutalność, konsekwentnie prowadzi też zarysowaną na początku historię osobistej wendetty protagonisty. Niestety, w znacznym stopniu powtarza także swoje własne błędy: historia znowu zaserwowana została jedynie w malutkim kawałku, który zamiast zaspokoić apetyt, jedynie go zaostrza, obiecując więcej. Niewiele polepszyła się także kwestia postaci, jako że wciąż są słabo zarywane i nie pozwalają się poznać, polubić i zżyć z nimi. Na plus należy jednak policzyć fakt, że historia skupiła się tym razem na mniejszej liczbie bohaterów, dzięki czemu dostali oni więcej czasu, a wskazanie głównego bohatera komiksu stało się łatwiejszym zadaniem. Do tego warto wspomnieć o genialnej oprawie graficznej, moim zdaniem lepszej nawet niż w „jedynce”. 

Mimo paru wad drugi tom „Nie przebaczaj” wciąż jest oryginalną, dojrzałą, niecodzienną lekturą, zdecydowanie wartą uwagi i wyczekiwania na ciąg dalszy. Niezwykle niecierpliwego wyczekiwania – bo co jak co, ale ten komiks naprawdę nieziemsko wciąga.

Komiks możecie zakupić za pośrednictwem allegro, na przykład tutaj. Ogromnie do tego zachęcam.
Wkrótce jakieś "Warcrafty", czy coś.
Stay tuned.