Sunday, 29 November 2015

Recenzja "Batwoman: Elegy"

Kończę wyzwanie czytelnicze LGBT po zaledwie trzech pozycjach - słabo, wiem, ale cóż. I tak więcej, niż przewidywałam. Miałam w planach jeszcze jedną książkę Sarah Waters, ale może napiszę o niej innym razem. 

Batwoman to okropnie niedoceniana postać. Jest raczej mało znana, nawet w komiksach około batmanowych jest jej zwyczajnie mało, a osoby kojarzące jej pseudonim biorą ją często za jakąś tanią, uzbrojoną w cycki podróbkę Bruce'a Wayne'a. Wbrew pozorom, Kate Kane to kawał naprawdę ciekawej, skomplikowanej postaci, która świetnie radzi sobie samodzielnie, "Bat" w swoim przydomku nosząc raczej z sentymentu, niż jakiegoś poczucia przynależności. Jest to szczególnie ciekawe, kiedy wiemy, że jej pierwsze pojawienie się w komiksie (pod nieco innym imieniem i w innym uniwersum, ale to szczegóły) ograniczało się do bycia love-interestem Batmana. Kate niesamowicie ewoluowała i może robić za genialny dowód na to, że nawet ze słabego konceptu można zrobić coś interesującego, jeśli tylko odpowiednio się do tego podejdzie (i pomiesza trochę w strukturze wszechświata... Wiecie, komiksy, takie rzeczy czasem się zdarzają).


"Elegy" jest z kolei perfekcyjnym przykładem fantastycznej historii o nieszablonowej, interesującej bohaterce - czyli tym, co lubimy najbardziej. Komiks (zbiór numerów 854-860 z serii "Detective Comics" - technicznie rzecz biorąc, składa się z dwóch storyline'ów: "Elegy" i "GO") opowiada o walce Batwoman z organizacją zwaną Religion of Crime, która zagraża bezpieczeństwo Gotham. Na jej czele stoi tajemnicza Alice, inspirowana twórczością Carrolla i przywodzącą na myśl żeńską wersję Jokera postać. Jej rola tutaj nie ogranicza się do siania zamętu w mieście, ale ma też pewne osobiste utarczki z samą Kate. Historia zdaje się być niedokończona, brakuje jej definitywnego finału, ale wątki z niej są kontynuowane w późniejszej serii o Kobiecie-Nietoperzu. W omawianym tomiku, równolegle do teraźniejszych wydarzeń, dostajemy za to zbiór retrospekcji składających się na origin bohaterki - widzimy dzieciństwo, wychowywanie się w rodzinie wojskowych, a w końcu traumatyczną tragedię, z których wszystko miało wpływ na jej późniejsze życie i wybory - także zostanie Batwoman. Mimo że do przyodziania kostiumu zainspirowało ją właśnie alter-ego Bruce'a Wayne'a, to ona sama nie miała z nim nigdy wiele wspólnego, a jej walka z przestępczością prowadzona była samotnie. Dzięki temu seria pozbawiona jest tego, co często przeszkadza osobom sięgającym po tytuły o członkach Bat-rodziny - Kate nie konsultuje się i nie współpracuje z żadną grupą, a jej przygody można bez problemu poznawać w oderwaniu od reszty przebierańców z nietoperzem w logo. Ja osobiście lubię takie rodzinne działania, ale w jej przypadku zupełnie tego nie widzę i cieszę się, że wygląda to jak, jak wygląda. (W New52 trochę to zmieniono, ale to temat na inną notkę, więc shush.)

Sama Batwoman jest naprawdę ciekawą i dobrze napisaną postacią - Greg Rucka i J. H. Williams III odwalają tu kawał dobrej roboty, przedstawiając Kate jako charakterną indywidualistkę, żołnierza, córkę, dziewczynę słabo radzącą sobie w związkach, bohaterkę z powołania, która działa według własnego kodeksu moralnego i nie boi się pobrudzić sobie rąk. Jest jednak przede wszystkim osobą z krwi i kości, ludzką i wiarygodną, z którą łatwo sympatyzować. Nieco odróżnia też się od innych, popularniejszych heroin ze świata DC, zwłaszcza pod względem osobowości oraz tego, jak celebruje własną odmienność, nie zwraca uwagi na opinie innych i pozostaje szczera i wierna sobie - czy to w kwestii swojej orientacji seksualnej, czy metod działania. Ujmująco prezentują się też inne postacie i ich relacje z Kate - mam tu na myśli zwłaszcza jej ojca, który wspiera ją w jej nocnej krucjacie jak tyko może. Dodajmy do tego cudowny design - ta peruka i peleryna prezentują się tak genialnie, że mogę przymknąć oko na praktyczne aspekty tego stroju.

Pod względem graficznym komiks prezentuje się wspaniale. Rysownik, wspominany już Williams, wykorzystuje różne, odmienne style, co idealnie oddaje atmosferę szaleństwa wprowadzaną przez Alice i świetnie wpasowuje się w narrację. Na szczególną uwagę zasługują też fantastyczne kolory nakładane przez Dave’a Stewarta. Całość wygląda naprawdę zjawiskowo.

Podsumowując, "Batwoman: Elegy" to świetna, trzymająca w napięciu, zgrabnie poprowadzona i ślicznie ilustrowana historia z interesującą bohaterką w roli głównej. Idealnie sprawdzi się jako pierwsze spotkanie z postacią Batwoman, a dla osób, które znają i lubią ją z późniejszych komiksów, jest to pozycja obowiązkowa. Zresztą nie tylko fanom Kobiety-Nietoperza mogę to polecić, ale i wszystkim miłośnikom ciekawych, dobrze napisanych postaci kobiecych (szczególnie, jeśli po obejrzeniu "Jessiki Jones" macie ochotę na więcej twardych, złożonych heroin), a także porządnych, zajmujących historii. Pod tymi względami "Elegy" nie powinno nikogo rozczarować.

Eksperyment pod tytułem "Czy uda mi się napisać notkę w jeden dzień, bo deadline" uważam za zakończony sukcesem. Cóż, może słowo "deadline" jest użyte tu nieco na wyrost, ale działa tak jak powinno. Recka co prawda krótka, ale wydaje mi się, że zawarłam w niej wszystko, co miałam do powiedzenia. 
Zapraszam do zostawienia opinii lub krytyki w komentarzu, chętnie przyjmę. 

Friday, 27 November 2015

Recenzja "Króla Wron"

Omawiana dziś przeze mnie książka idealnie plasuje się w czasie, lądując na blogu chwilę po "Przebudzeniu". Widzicie, obie pozycje mają ze sobą mnóstwo wspólnego: obie to urban fantasy w klimacie horroru, obie opowiadają o młodych facetach, których w miarę normalne życie staje nagle na głowie, obie są debiutami, a do tego obie dostałam za darmo, jako egzemplarze recenzenckie. Różnic jest wiele, jedna zasadnicza: poziom, który sobą reprezentują. 


"Król Wron" to, jak wspomniałam, urban fantasy z elementami horroru oraz swego rodzaju baśniowym klimatem, przypominającym twórczość Neila Gaimana. Nie jest to zresztą jedyne, co budzi takie skojarzenia, bo i sama historia, i sposób jej serwowania przywodzą na myśl jego prace, a zwłaszcza "Nigdziebądź".
Śledzimy losy Adama, całkiem zwyczajnego, nudnego wręcz, faceta. Pracuje jako korektor w niewielkim wydawnictwie, nie jest szczególnie lubiany, mieszka na odludziu, a jego najbliższymi są jego przyjaciel, Eliasz, oraz pies, Łachman. W miarę poukładane życie głównego bohatera zmienia się raptownie, kiedy podczas nocnej wędrówki przez park natyka się na tytułowego Króla Wron, tajemniczą postać z dziecięcych rymowanek, który okazuje się być nie tylko zatrważająco realny, ale i agresywnie nastawiony do naszego protagonisty. Adam ląduje w szpitalu, gdzie okazuje się, że to dopiero początek dziwnych wydarzeń: w nocy nawiedza go kreatura zwana Wiązem, wrony zaczynają do niego gadać, a życie najbliższych jest zagrożone. Do tego dodajmy fakt, że jego kolejnym przystankiem jest psychiatryk, który w dodatku okazuje się skrywać pewne mroczne sekrety, a towarzyszami dalszej podróży zostają niezrównoważony morderca oraz mała dziewczynka, która zdaje się nie być tym, na kogo wygląda. Historia próby odnalezienia Króla i odkrycia jego motywów obfituje w niesamowite miejsca i intrygujące postacie, a także przedziwne opowieści o przedstawionym świecie. Wszystko jest sprawnie przedstawione, bez większych dłużyzn, barwne i tętniące życiem. Większość wątków pozostała otwarta i czeka na rozwiązanie w kolejnym tomie, jednak nie sprawiają wrażenia niedokończonych, a fabuła nie wydaje się być bezcelowa i urwana w połowie. Pewne elementy uważam za nieco przeciągnięte i zbędne, ale ich natężenie nie było na tyle duże, żeby uprzykrzyć lekturę.

Sporo czasu poświęcono poszczególnym postaciom, dzięki czemu już po kilku stronach możemy poznać je i, odpowiednio, polubić lub wręcz przeciwnie, zapałać do nich gorącą niechęcią. Ja osobiście darzę ciepłymi uczucia większość z nich, nawet głównego bohatera, którego na samym początku książki raczej nie posądziłabym o bycie taką sympatyczną postacią. Ogromnie podobają mi się też kreacje Eliasza i jego żony, Marty - nie pojawiają się co prawda zbyt często, ale są ujmująco ludzcy, naturalni i idealnie wypadają w kontraście do mniej normalnej części znajomych Adama. Spośród nich szczególnie ujmująca jest Panna Bluszcz, wspomniana wcześniej dziewczynka, która łączy w sobie dziecięcą niewinność i pewne niepokojące niedopowiedzenie. Przeciwnicy naszych bohaterów prezentują się równie interesująco. Co prawda Wiąz jest moim zdaniem nieco zbyt szablonowy i przez to nieciekawy, reszta jednak za niego nadrabia - zwłaszcza Soporta, podążająca za Adamem zjawa. Nie wiemy jeszcze wszystkiego na temat tych wrogów, ich motywy i plany pozostają zakrytymi kartami, czekającymi na ujawnienie w kontynuacji. Podobnie zresztą ze wszystkimi poznanymi bohaterami, ale są oni na tyle intrygujący, że czekanie na poznanie ich bliżej może stać się uciążliwe. 

Ogromną zaletą książki jest klimat. "Króla Wron" zdecydowanie można nazwać horrorem, w każdym tego słowa znaczeniu. Jest duszno, mrocznie, a niezwykła baśniowość świata sprawia, że idealnie opisać tę atmosferę można jedynie słowem creepy. Skłamałabym mówiąc, że powieści udało się mnie przestraszyć, ale przyznaję, że momentami wzbudzała niepokój. Wykorzystywane motywy nie są może szczególnie innowacyjne, ale podane w sposób umiejętny i działający na wyobraźnię. Czytało się ją też straszliwie szybko - nie dlatego, że Autor operuje jakimś szczególnie lekkim piórem i językiem, a przez to, że historia wciąga i nie chce wypuścić, dopóki nie wchłonie się jej całej. 

Od strony technicznej zwróciłam uwagę na dwie rzeczy. Pierwsza, niestety ta mniej przyjemna, to straszliwie rzucający się w oczy brak korekty. Literówek, takich najzwyklejszych, z poprzestawianymi literami, jest multum, odwrotną sytuację mamy z przecinkami, których jest kilkakrotnie mniej, niż być powinno. Uderzyło mnie to po pierwszych paru stronach i ciągnęło się aż do końcówki. Jest to o tyle zabawne, że główny bohater to korektor i momentami możemy posłuchać o jego pracy - aż ciśnie się na usta pytanie, czemu nikt taki nie poświęcił chwili dla "Króla Wron". Interpunkcja to jednak nie jedyny problem książki. W swoim egzemplarzu natrafiłam na ciekawą sytuację, w której po stronie sto drugiej nastąpiła... dziewięćdziesiąta piąta. Kolejne siedem stron było powtórzone, a później wszystko biegło już właściwym torem. Nie mogę stwierdzić, czy to tylko ja miałam takie szczęście, czy zdarza się to częściej, ale wrażenie zrobiło raczej negatywne.
Druga rzecz ma się jednak znacznie lepiej - mam tu na myśli oprawę graficzną. Już sama okładka zasługuje na pochwałę, jest prześliczna i to właśnie ona sprawiła, że zainteresowałam się tym tytułem. Jej autorem jest  Iwo Widuliński, który namalował też inne ilustracje do książki - część z nich można znaleźć wewnątrz, gdzie umilają lekturę i nadają klimatu, a parę wisi w internecie jako grafiki koncepcyjne postaci. 
Dopracowana strona wizualna gryzie się z zaniedbanym tekstem pełnym literówek i błędów interpunkcyjnych, te z kolei nie wpływają dobrze na odbiór treści. Mam nadzieję, że przy kolejnej pozycji wydawanej przez MadMoth się to poprawi.
Skoro już narzekam, mam tu mały problem - całkiem subiektywny i właściwie nie przeszkadzający w wyborze, ale jednak. Nie podoba mi się rozbicie historii na parę części, bo historia należy, moim zdaniem, do takich idealnie pasujących na jedną, zamkniętą powieść. Fabuła przedstawiona w pierwszym tomie nie jest co prawda szczególnie powyciągana, ale często miałam uczucie, że dany fragment można by spokojnie przedstawić w paru akapitach, nie stronach. Ponadto obawiam się, jak będzie wyglądać kolejna część, czy pomysłów na pewno starczy na zapełnienie jej. Jak mówię, to tylko moje gdybania i lęki, bo oceniać mam zamiar dopiero po przeczytaniu dwójki - a przeczytać będę ją chciała na pewno. 

Podsumowując, "Król Wron" to przyjemna w odbiorze książka z wciągającą fabułą, ujmującą atmosferą, sympatycznymi bohaterami i całkiem zgrabną intrygą. Ma słabsze momenty i z pewnością nie jest żadnym arcydziełem, ale to kawał porządnej powieści, czas spędzony na czytanie której nie będzie zmarnowany. Jeśli macie ochotę na duszne, gaimanowskie klimaty, ale przeczytaliście już wszystkie jego dzieła po pięć razy - to może być idealny zamiennik. Polecam również wszystkim miłośnikom baśniowych klimatów oraz horrorów, mających do zaoferowania coś więcej, niż tylko rzucanie w czytelnika flakami i krwią. Zdecydowanie udany debiut.

Książka udostępniona mi przez MadMoth Publishing, za co serdecznie dziękuję. 

Krótko, ale udało mi się przekazać wszystko, co chciałam. To już coś.
Przepraszam za zwłokę, postaram się nieco ogarnąć, obiecuję. Za parę dni będzie o pewnym komiksie, stay tuned. 

Thursday, 19 November 2015

Recenzja "Przebudzenia"

Nie mam siły pisać wstępu, więc po prostu wrzucam reckę. Możecie znaleźć ją też na Panteonie, dla którego oryginalnie powstała.
Recenzja zawiera drobne spoilery, które jednak nie powinny wpływać (bardziej) negatywnie na odbiór powieści. 


„Przebudzenie” to wydana w tym roku debiutancka powieść Łukasza Ignatowa, urban fantasy utrzymane w klimacie horroru. Śledzimy losy Sawyera, pozornie zwyczajnego młodego faceta, spędzającego dni głównie na imprezowaniu i graniu w gry komputerowe, który - jak to zwykle bywa - okazuje się być zdecydowanie niezwyczajny. W związku z nękającą go tajemnicą z przeszłości(™), niepokojącymi teraźniejszymi wydarzeniami oraz niespodziewanym zagrożeniem, które spada na jego najbliższych, nasz bohater zostaje wplątany w serię niefortunnych zdarzeń, dowiaduje się prawdy o sobie oraz otaczającej go rzeczywistości i staje się jedyną nadzieją świata na ratunek.
Fabuła jest prosta - typowe zero-to-hero oraz walka z pradawnym, mistycznym złem - i wybitnie nieoryginalna. Wykorzystane klisze i motywy przerobiono już tysiące razy, tu nie są one w żaden sposób urozmaicone czy zaskakująco podane. Większość przedstawionych wydarzeń można przewidzieć po pierwszych kilkunastu stronach, a wszelkie tajemnice i potencjalne plot twisty były tak przejrzyste i oczywiste, że trzeba by naprawdę się postarać, żeby momentalnie ich nie przejrzeć. Akcja i poszczególne wydarzenia rozwijają się szybko, przystając tylko co jakiś czas dla zaczerpnięcia oddechu, po czym dalej lecą przed siebie, nie oglądając się na takie szczegóły jak sens czy prawdopodobieństwo.


Całość mocno kojarzy mi się z formułą cRPGa. Protagonista zaczyna jako słaby, niedoświadczony random, po czym stopniowo zdobywa nowe umiejętności, odblokowuje specjalne bronie i opcje, wykonuje masę side-questów, żeby w końcu dotrzeć do final bossa, z którym stacza widowiskową walkę. To zresztą nie jedyna cecha powieści, przez którą przypomina ona grę, co szczególnie dobrze widać w scenach akcji. Pojedynki wyglądają jak żywcem przeniesione na kartki prosto z jakiejś bijatyki czy jRPGa, są niezwykle dynamiczne, mają ogromny rozmach i całkowicie ignorują prawa fizyki. To podlane jest dodatkowo potworną sztampą i patosem, który przywodzi na myśl napuszone anime z gatunku shounen.
Fizyka nie jest zresztą jedynym, czego tu brakuje. Postacie zachowują się nienaturalnie, ich działania często nie mają najmniejszego sensu, a tego, co im się przytrafia, nie można uzasadnić inaczej niż "imperatyw narracyjny tego chciał". Prowadzi to do jednego z najbardziej fejspalmogennych doświadczeń tego roku.

Jednym z największych problemów "Przebudzenia" są bohaterowie. Teoretycznie wszyscy są dorosłymi ludźmi, wystarczy jednak spędzić z nimi parę minut, żeby odkryć, że mają mentalność czternastolatka z buzującymi hormonami - jest to nawet podkreślane przez samego Autora, który często używa w stosunku do nich słów "chłopak" czy "dziewczyna". Większość postaci, z Sawyerem na czele, charakteryzuje się poczuciem humoru na poziomie stereotypowego, pryszczatego gimnazjalisty krztuszącego się ze śmiechu na dźwięk słowa "członek", do tego ich głównym zajęciem jest rzucanie żarcikami i tekstami na podobnym poziomie, niezależnie od okoliczności. Pasuje to do całości jak wół do karety, bo dzięki temu otrzymujemy takie kwiatki, jak królowa Piekła mówiąca z rozbawieniem "wyluzuj się, bo ci gumka w majtkach pęknie". I tak kilka razy na stronę. Chęć zabłyśnięcia najlepszym one-linerem wydaje się być zresztą siłą napędową bohaterów, bo często jest to dla nich ważniejsze, niż, powiedziemy, przetrwanie. W połączeniu z faktem, że 90% pojawiających się tu postaci ma inteligencję średnio rozgarniętej rozwielitki, można się zastanawiać, jakim cudem nie pozabijali się przypadkiem już na pierwszej stronie. Co, warto dodać, nie byłoby takim złym pomysłem, bo nie sądzę, żeby ktokolwiek szczególnie za nimi rozpaczał. Wszyscy są napisani tragicznie, niesamowicie płascy, z zestawem powtarzających się cech zamiast charakterów i przy tym kompletnie antypatyczni. Jedną z największych porażek jest sam protagonista, czyli jedna z największych Mary Sue, jakie miałam okazję oglądać w ostatnim czasie - jest, oczywiście, Wybrańcem przez duże W, w ciągu trwania fabuły zyskuje multum OP mocy i umiejętności, a każda niebezpieczna sytuacja kończy się dla niego korzystnie, bynajmniej nie dzięki niemu. Imperatyw prowadzi go za rączkę przez wszystkie zagrożenia, obficie zasypując prezentami - tu dostanie magiczne pistolety, tu magiczny miecz, tutaj kij bō, którym nauczy się posługiwać w ciągu pięciu minut. W przerwach między ociekaniem perfekcją heros uraczy nas garścią suchych żartów czy obelżywych uwag (bo nie ma to jak dzielny bohater-rasista). Jeszcze słabiej, o ile to możliwe, wygląda kwestia postaci kobiecych. Jest ich tu zaskakująco dużo, co jednak w najmniejszym stopniu nie przekłada się na jakość. Praktycznie wszystkie wyglądają jak wycięte z modelu, mają takie same charaktery i wpasowują się idealnie w wyświechtaną filmową kliszę, w której kobieta przedstawiana jako zaradna i tak nie jest w stanie zrobić niczego bez pomocy mężczyzny. Nie powinno to dziwić, skoro, jak już wspominałam, wszystkie postacie wypadają tu tak marnie - w przypadku pań dochodzi jeszcze jeden minus. Właściwie jedyną ich rolą jest wyglądanie seksownie i podobanie się facetom, co wiąże się z tym, że większość poświęconym im opisom to powtarzające się co chwilę opisy ich ciał, które po jakimś czasie można już wykuć na pamięć. Jest to tak podkreślane, że (spoiler niemający większego wpływu na fabułę) nie oszczędza się nawet kotki głównego bohatera. Bez żadnego sensownego wyjaśnienia fabularnego zostaje ona zmieniona w kobietę, coby nasz dzielny gieroj miał z kim się zabawiać. Tak, mamy tu scenę zbliżenia między facetem a zamienioną w człowieka kotką, której zwierzęce cechy są co chwilę podkreślane przez narratora. Stare internetowe porzekadło mówi, że każdemu jego porno, więc nie będę oceniać.
Przy tak beznadziejnie skonstruowanych, niedających się lubić protagonistach aż chciałoby się kibicować ich przeciwnikom, ale niestety, tutaj to nie możliwe - antagoniści napisani są jeszcze gorzej, chociaż nie boli to aż tak bardzo, ponieważ nie musimy spędzać z nimi każdej chwili w książce. Chciałabym przyrównać ich do villainów znanych z filmów Disneya, ale byłoby to porównanie krzywdzące dla tych drugich. W animacjach tej wytwórni złoczyńcy mieli jakieś motywacje, plany, przynajmniej ślad intelektu, a także - jeśli tego zabrakło - urok. W debiucie Pana Ignatowa nie uświadczymy u nich żadnej z tych rzeczy. Są tak płascy, że nawet określenie "wycięci z kartonu" nie oddałoby absolutnego braku głębi, jakim się charakteryzują; nie mają żadnych motywów, są źli "bo tak". Do tego zdają się być personifikacją prześmiewczych stereotypów, śmieją się złowieszczo i szaleńczo, nie wykazują żadnych ludzkich cech, a w wolnym czasie zapewne kopią szczeniaczki i topią małe żółte kaczuszki. To prawdopodobne.

Świat przedstawiony jest niespójny, nieoryginalny i nieciekawy. Oprócz zwyczajnego, ziemskiego wymiaru odwiedzamy między innymi Piekło czy świat demonów, ale żadne z nich nie jest ukazane w jakkolwiek interesujący czy świeży sposób, opiera się raczej na podstawowych skojarzeniach i motywach. Potwory i insze kreatury, które w założeniu miały budzić grozę, przyprawiają jedynie o ziewanie swoim wyświechtanym designem i kompletnym brakiem zagrożenia, jaki wprowadzają. Osoby oglądające "Supernatural" odnajdą sporo analogii do tamtejszego uniwersum, czy to w zasadzie funkcjonowania Nieba, czy "pożyczeniu" Devil's Trapów, powszechnie używanych w serialu, tutaj wyglądających i działających identycznie. Nie jest to zresztą jedyna rzecz, która do książki wpadła skądś indziej. Widzicie, "Przebudzenie" przedstawiło całkiem intrygującą koncepcję magii oraz jej użytkowników. Wprowadziło elementalistów (korzystających z mocy żywiołów i posługujących się tajemniczo brzmiącymi glifami i sygnetami) oraz mesmerów (tworzących iluzję i mantry, pozwalające im na szybkie rzucanie zaklęć) - jeśli te krótkie opisy kojarzą się Wam z wyjętymi z jakiejś gry, to gratuluję, zgadliście! Inwencji Pana Ignatowa w tym nie ma, pomysł został żywcem zerżnięty z serii "Guild Wars", a Autor nie pokwapił się nawet, żeby cokolwiek zmienić. Naprawdę nie jestem w stanie pojąć, jak ktoś pretendujący do miana pisarza może w tak chamski sposób wykorzystać czyjąś pracę i udawać, że to jego własność. Ba, powiedziałabym nawet, że fascynuje mnie to. Jak ktoś może zrobić coś takiego, po czym uznać, że - co? Nikt tego nie zauważy? Zwyczajne obrażanie inteligencji czytelników, ot. Aż zaczynam się zastanawiać, czy w książce nie ma aby więcej tak bezczelnie ukradzionych pomysłów, których po prostu nie wyłapałam. Nie zdziwiłabym się.

Słabo, straszliwie słabo wypada też warstwa językowa. Książka napisana jest niewprawnie, z mocno kulejącym warsztatem i ubogim słownictwem. Notorycznie powtarzane są tu te same pojęcia i wyrażenia, zwłaszcza w opisach zachowania bohaterów. Literówek się nie dopatrzyłam, za to co jakiś czas trafia się błąd w zapisie dialogu tudzież niezgrabnie zbudowane zdanie. Zdarza się za to sporo wpadek merytorycznych oraz braków w researchu, dzięki którym możemy, na przykład, podziwiać używanie systemu metrycznego w Stanach Zjednoczonych.

Naprawdę starałam się znaleźć jasne strony tej powieści, jakieś plusy, które nie utonęły w morzu słabizny. Jedynym, co przyszło mi na myśl, może być fakt, że akcja jest bez wątpienia wartka, więc przynajmniej z nudów nie można zejść przy czytaniu. Chociaż przyznaję, w momentach, kiedy postacie popisywały się swoją, ekhem, elokwencją w czasie dyskusji, zejście z nudów nie wydawało się wcale takim przerażającym losem.

Podsumowując, "Przebudzenie" to książka tragicznie wręcz słaba. Fabuła jest naciągana, nieoryginalna, przewidywalna, w dodatku sklejona z klisz. Bohaterowie są płascy, pozbawieni charakteru i zachowujący się jak banda dzieciaków - na przeciw nim stają najbardziej przerysowani i godni pożałowania złoczyńcy ostatnich lat. To wszystko podlane jest pretensjonalnością niczym ze słabego anime oraz ogromną ilością idiotyzmów fabularnych czy błędów merytorycznych. Do tego wszystkiego dochodzi bezczelne kopiowanie pomysłów innych i słaby warsztat Autora, przez który czytanie idzie naprawdę opornie.
Jeśli Autor popracuje nad pisaniem, przestanie przywłaszczać sobie czyjeś prace i poświęci więcej czasu na przemyślenie fabuły, a mniej na opisywanie kobiecych kształtów co dwie strony, to może z kolejnej części wyjdzie coś zjadliwego. Może.

Za udostępnienie egzemplarza do recenzji dziękuję Autorowi. Mam nadzieję, że uzna moją recenzję za przydatną.  
Dziękuję za uwagę, zapraszam do komentowania i tak dalej. 

Saturday, 14 November 2015

Recenzja "Infinite Loop"

Prawie zapowiadana notka. Prawie, bo tytułu co prawda nigdzie nie wspominałam (wpadłam na niego dopiero jakiś czas temu), ale za to uprzedzałam, że biorę udział w wyzwaniu LGBT i prawdopodobnie wrzucę coś z tym związanego. "Batwoman" wciąż się tworzy, ale spokojnie, też będzie. Tymczasem nie-aż-tak-krótka recka krótkiego komiksu. 

"Infinite Loop" to komiks wydawnictwa IDW Publishing. IDW to w sumie ciekawa rzecz, niby jest tym czwartym/piątym (zależy od źródła) wydawnictwem w Stanach, ale jednocześnie zdaje się chować gdzieś w tle. Wydają głównie serie na licencjach, a więc tytuły raczej znane i kojarzone, ale nic z ich oferty (poza "Locke&Key", to jest podobno genialne) specjalnie nie powala, nie zdobywa rzesz fanów ani wielkiego uznania krytyków i zazwyczaj próżno szukać ich na toplistach najlepszych komiksów ostatnich lat. Ot, IDW po prostu sobie jest. Na wydawane przez nich komiksy natykam się przeważnie zupełnie przypadkiem - ostatnio na parę trafiłam przy okazji listy 35 komiksów indie zawierających postacie i wątki LGBT, która to siedziała sobie u mnie w zakładkach od dłuższego czasu i czekała na moment, taki jak ten, kiedy biorę udział w czytelniczym wyzwaniu na ten temat. Wybrałam więc jeden z zaproponowanych tytułów i postanowiłam go sprawdzić. I zreckać.

Źródło.
Do rzeczy. Komiks, właściwie mini-seria składająca się jedynie z sześciu zeszytów, to science-fiction z wysuniętym na pierwszy plan wątkiem romantycznym. Akcja rozgrywa się w dalekiej przyszłości, gdzie podróże w czasie stały się codziennością. Główna bohaterka, Teddy, zajmuje się wyszukiwaniem różnego rodzaju anomalii czasowych, najczęściej tworzonych przez grupę terrorystyczną zwaną Forgers, oraz usuwaniem ich, zanim doprowadzą do fatalnych konsekwencji. Jest ekspertem w tym co robi i wykonuje swoją robotę bez najmniejszych potknięć, oczywiście do czasu. Pewnego dnia na jej drodze staje nowy typ paradoksu - przybierający postać człowieka, nie nieożywionego obiektu, jak do tej pory. Sprawę dodatkowo komplikuje fakt, że anomalia jest piękną dziewczyną, dla której nasza heroina całkowicie traci głowę. Teddy zostaje postawiona w sytuacji, w której musi wybrać między wykonywaniem pracy, a miłością swego życia. W kolejnych numerach możemy obserwować jej próby poradzenia sobie z tym.
Mam spory problem ze światem przedstawionym w komiksie. Część o podróżach w czasie nie robi na mnie większego wrażenia, bo i nie wyróżnia się niczym szczególnym spośród innych popkulturalnych wizji. Rzeczywistość, w której mieszka Teddy wypada już zdecydowanie bardziej intrygująco: mamy tu przyszłość, niezwykle rozwiniętą technologię, do tego ciekawie zapowiadającą się indoktrynację i społeczeństwo całkowicie podporządkowane władzy i systemowi... w teorii. Tylko w teorii, bo właściwie ani przez moment nie mamy okazji oglądać tych rzeczy na własne oczy, szczególnie tych dwóch ostatnich. Świata dostajemy tu tyle, co kot napłakał, bo większość wydarzeń ma miejsce zupełnie gdzie indziej. Uważam to za spore zmarnowanie potencjału, jako że ukazana tu przyszłość brzmiała całkiem przyjemnie i miło byłoby zobaczyć, że faktycznie istnieje, a nie jest tylko tłem dla rozgrywającej się fabuły.

Kolejnego dużego problemu, na jaki cierpi "Infinite Loop" nie trzeba, niestety, długo szukać: jest to główny wątek serii, czyli romans pomiędzy Teddy a Ano, spotkaną przez nią anomalią. Tak jak zazwyczaj moim problemem jest obecność niepotrzebnych amorów w każdej czytanej rzeczy, tak tutaj boli coś dokładnie odwrotnego - ich brak. Widzicie, kiedy ktoś tworzy opowieść opartą o historię miłości, w którym związek/chęć związku/problemy w związku są podstawą, rdzeniem i kamieniem węgielnym fabuły, to można by oczekiwać, że ta miłość faktycznie tu będzie, prawda? Cóż, twórcy tego komiksu chyba o tym nie wiedzieli. Główna bohaterka zakochuje się w Ano w przeciągu sekundy od zobaczenia jej, zanim jeszcze zamieni z nią jakiekolwiek słowo, mimo że wie, że dziewczyna jest paradoksem i jej istnienie zagraża światu. Nie widzimy prawie żadnych wątpliwości co do słuszności jej działania - a, jak już wspominałam, wedle tego, co słyszeliśmy, powinna być stuprocentowo posłuszna swoim rozkazom, w dodatku świadoma niebezpieczeństwa, które niesie za sobą pozostawienie anomalii przy życiu. Jej instant love był więc nie tylko nudny, niewiarygodny, ale i zupełnie out of character. Żeby ładnie go przedstawić należało poświęcić mu więcej niż jedną stronę, to na pewno. Później nieco się poprawia, bo dostajemy multum wspólnych scen obu pań, scen miłych, puchatych, pełnych słodyczy, niewinności i latających w powietrzu serduszek. Wszystko to wypada ładnie i raczej naturalnie, prowadzi też do równie ślicznego zakończenia. Cały odbiór psuje jedynie ten bezsensowny początek, który nie pozwolił mi przekonać się do rzekomej miłości bohaterek przez cały komiks.

Co do samych postaci jeszcze. Pomijając tę niekonsekwencję w budowaniu Teddy, wypadają oni naprawdę dobrze, chociaż jest ich straszliwie mało, nawet jak na historię na sześć zeszytów. Sama protagonistka jest absolutnie ujmująca, pełna poczucia humoru i przesympatyczna - polubiłam ją już po paru pierwszych stronach. To właśnie ona gra tu pierwsze skrzypce, wtóruje jej parę alter-ego, które wymyśliła sobie i których pomocy zasięga w ciężkich chwilach. Obok niej najistotniejszymi bohaterami jest Ulysses - jej współpracownik - oraz Ano. Ten pierwszy nie zdołał zaskarbić sobie mojej sympatii, ale doceniam jego osobę i rolę w opowieści. Wybranka serca Teddy wypada dość blado, ponieważ jej charakter ogranicza się właściwie wyłącznie do bycia uroczą, niewinną dziewczyną zakochaną w naszej heroinie. Nie jestem pewna, czy można w ogóle powiedzieć o niej coś więcej. Na uwagę (zwłaszcza w kontekście wyzwania czytelniczego, o którym wspominałam) zasługuje też Andromeda, dzieciak poznany przez bohaterów pod koniec serii i jednocześnie porządna, dosłowna reprezentacji osób genderqueer, którą widzi się tak rzadko, że miło natrafić na każde sensowne przedstawienie tej grupy.
Oprócz postaci pozytywnych mamy oczywiście antagonistów. Ci wypadają jednak słabiej, są dość szablonowi, płytcy i, coby ładnie to ująć, ciężko byłoby określić ich geniuszami. Ich rola nie jest zresztą tak istotna, jak można by podejrzewać, ale nie mogę powiedzieć nic więcej, żeby nie spoilerować.

Hmm, spoilery. W "Doktorze Who" padło kiedyś takie określenie jak "wibbly-wobbly, timey-wimey stuff, mające w elegancki sposób oddawać zawiłość tematyki podróży w czasie. Zdaniem moim oraz, jak widziałam, innych czytelników wyrażenie to nie byłoby adekwatne do tego, co dzieje się w "Infinite Loop". Jest stanowczo zbyt mało skomplikowane, żeby opisać cały ten bałagan, który miał tu miejsce. Bohaterowie skakali z miejsca na miejsce, z momentu na moment, z linii czasowej do innej linii czasowej, po drodze wpadając na dziesiątki innych miejsc, momentów i linii, tworząc setki kolejnych, niszcząc jeszcze inne... Dziwne rzeczy, wierzcie mi na słowo. Wciąż nie jestem pewna, co dokładnie wydarzyło się w punkcie kulminacyjnym historii. Nie wiem, czy ktokolwiek jest pewien.

Przejdźmy w końcu do strony graficznej. Idę o zakład, że po ujrzeniu okładki zamieszczonej na początku notki uznaliście, że oto macie przed oczami kawał porządnej, miłej dla oka kreski - cóż, na okładce owszem, zdecydowanie. Nieco inaczej wygląda to wewnątrz zeszytów. Za rysunki odpowiedzialna jest Elsa Charretier, której prace zdecydowanie jako "porządne i miłe dla oka" określić można, jednak fakt faktem, że jej styl jest mocno charakterystyczny. Jej kreska jest kreskówkowa, mogąca kojarzyć się z tworami Bruce'a Timma i dość ostra. Mnie osobiście nie urzeka, ale przyznaję, że całkiem nieźle pasuje do historii, jest też dynamiczna i dopracowana. Na dodatkowy plus zasługują zabiegi stosowane przez artystkę - strasznie spodobało mi się między innymi wciskanie w niektóre sytuacje graficznie zobrazowanych quizów mających prezentować tok myślenia bohaterki. Cały komiks ogląda się naprawdę przyjemnie, nawet jeśli nie jest się największym fanem tego typu grafiki.

Coby podsumować: "Infinite Loop" to seria mocno nierówna, z ogromną ilością wad i zmarnowanego potencjału. Nie sprawdza się zbyt dobrze ani jako romans (tu kuleje głównie wprowadzenie wątku, reszta ma się lepiej), ani opowieść o podróżach w czasie (jest tak zawiła, że ciężko połapać się w historii, a co dopiero dobrze się przy niej bawić). Mimo tego czyta się ją przyjemnie, potrafi wciągnąć i zainteresować szybko lecącą przed siebie akcją, a także urzekającą główną bohaterką. Forma podania także bywa wcale oryginalna i ciekawa, do tego dochodzi też subtelny humor i garść popkulturalnych nawiązań wplecionych w tło. Kreska, mimo że niezwykle specyficzna, może się podobać. Całość wypada jednak naprawdę zaskakująco dobrze. Polecam fanom komiksów indie, podróży w czasie (nawet takich niezbyt sprawnie przedstawionych) oraz romansów damsko-damskich. Jeśli podejdzie się bez zbyt wysokich oczekiwań, o można spędzić naprawdę miłe kilkanaście/kilkadziesiąt minut.

Idę spać. Dziękuję za uwagę i dobranoc. 

Wednesday, 11 November 2015

Serialowa Warta: Gotham S02E07, Flash S02E05, Arrow S04E05, iZombie S02E05, Supergirl S01E02, Ash vs Evil Dead S01E02

Ten serialowy tydzień był zaskakująco przyjemny. No i rozpoczął się czwarty sezon "Elementary", więc już w ogóle jest pięknie. Myślałam nad wrzuceniem go do cyklu, ale nie jestem pewna, czy miałabym co o nim pisać. Może kiedyś rzucę taką ogólną notką o wszystkich seriach, hmhmh. Kiedyś, jak już uporam się z tym milijonem zaplanowanych wpisów. 

Gotham S02E07
Wątek pingwinowy wypada bardzo ładnie, oczywiście wciąż wiąże się z ujemnym IQ większości uczestników. Rodzinka Galavanów jawi się jako jeszcze większy wuteef, niż wcześniej. Do uroczo przerysowanego Theo i beznadziejnie napisanej, papierowej Tabithy dołączyła Silver, która oczywiście również ocieka złem, mrokiem i idiotyzmem. Obok pałęta się Bruce, nasz przyszły Największy Detektyw, na razie raczej mało rozgarnięta laleczka. Podobała mi się główna akcja odcinka, cała strzelanina wypadła elegancko, na duży plus też zachowanie Gordona. Kolejne odcinki zapowiadają się całkiem ciekawie, chętnie pooglądam, jak Jim staje przeciwko naszemu głównemu villainowi. Jedynym minusem był plączący się gdzieś w tle wątek Riddlera, który kontynuuje bycie wybitnie durnym. Znaczy, przyznaję, wszystkie te zagadki i wskazówki faktycznie robią sens, ale ciągnięcie tego dziwnego rozdwojenia jaźni to zupełny kretynizm. Szczególnie, że w tym epizodzie znowu pojawił się Harvey Dent - jemu takie zaburzenie pasowałoby jednak nieco bardziej, wiecie. 


Flash S02E04
Harrison Wells to buc. Ogromnie mi się to podoba, świetna odmiana po poprzednim sezonie. Plus, aktor idealnie sprawdza się w takiej roli, wypada tu nawet lepiej, niż w pierwszej serii. Strasznie miło wypadły także jego interakcje z Teamem Flash. Podobał mi się villain tygodnia, chociaż szkoda mi, że Doctor Light została została postawiona tu po ciemnej stronie mocy, skoro w komiksach była bohaterem. Tak czy inaczej, wypadła ciekawie, w dodatku miała śliczny strój (poza tą maską, maska była dziwna), także yay. Mniej cieszył ten z rzyci wzięty wątek romantyczny między Caitlin a Jayem, ale za to nadrobiła przecudna scena randki Barry'ego i Patty. Przesympatyczna scena, nawet jeśli wciąż nie przekonuje mnie ten związek. Do tego dochodzi jeszcze rozwijający się wątek Cisco i jego mocy, a także ujmujący Easter egg związany z pojawieniem się Hawkgirl. Bardzo przyjemny odcinek. 

Arrow S04E05
CONSTANTINE. To w sumie wszystko, co chciałabym powiedzieć, o tym odcinku. Matt Ryan, najbardziej perfekcyjny casting w historii, powrócił jako John Constantine - tylko na jeden odcinek, ale hej, to i tak coś. Było go niewiele, ale wypadł wspaniale, w dodatku jego interakcje z bohaterami i ich reakcje na jego zachowanie były prawdziwym złotem. Poproszę więcej.
Cóż, to cameo zrobiło w sumie cały odcinek. Cała fabuła skupiona była wokół łapania Sary i ratowania jej, a to wypadło całkiem ujdnie. Znaczy, nic szczególnie porywającego, ale bohaterowie wykazywali się zaskakująco dużym pomyślunkiem. Rozwinięto też nieco postać Curtisa, co bardzo mnie cieszy, bo obawiałam się, że w serialu nie zrobią z niego olimpijczyka. Wszystko wygląda jak na razie bardzo sympatycznie i obiecująco. Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że to najlepszy odcinek tego sezonu. 

iZombie S02E05
Ostatni odcinek zakończyłam z głośnym "naaah, guise, nie róbcie tego" - to częsta reakcja, kiedy twórcy serialu rzucają mi w twarz wątkiem romantycznym. Cieszy mnie, że początek tego nieco to naprostował, ze swoim zwyczajowym humorem i lekkością. Później niestety takich zawirować pojawiło się nieco więcej, ale wciąż nie tyle, żeby znacznie przeszkadzało to w seansie. Sam odcinek był bardzo przyjemny. Chociaż sprawa nie należała do najbardziej pasjonujących, to jej rozwiązanie było o tyle dobre, że pozwoliło w końcu wykazać się detektywowi Babineaux, który do tej pory nie robił zbyt wiele. Poza tym, Liv w roli trenera wypadła ujmująco. Cieszę się, że pojawił się też Blaine - chociaż na tak krótko, to miał z Ravim zdecydowanie najlepszą scenę tego sezonu. 


Supergirl S01E02
Kara jest najbardziej uroczym, puchatym i radosnym stworzeniem. Straszliwie miło się ją ogląda, jest pełna takiej dziecięcej radości i chęci pomagania, aż się serce grzeje. Cały serial zresztą ma taką ujmującą atmosferę, jest przy tym oczywiście naiwny i głupiutki, ale cóż. Podoba mi się, jak sprawnie wszystko się tu odbywa - Supergirl dopiero co rozpoczęła karierę, a już możemy oglądać ją w wielu różnych sytuacjach, czy to powstrzymującą napad na bank, czy ściągającą zwierzęta z drzew (ta scena to złoto, serio), w międzyczasie mamy też jej trening, walkę z villainem tygodnia, a także sporo czasu na interakcje z jej przyjaciółmi, siostrą, a także szefową. Wszystko to wypada wcale zgrabnie, może nie powala oryginalnością czy wykonaniem, ale ogląda się to przyjemnie. Podoba mi się szczególnie kreacja Cat Grant, naprawdę fantastyczny występ. Duży plus także za siostrę Kary, która jak na razie jawi się co prawda dość mdło, jednak jest niesamowicie sympatycznie, oraz za jednego z głównych antagonistów serii, Astrę, która wypada znacznie mniej przerysowanie i kartonowo, niż przewidywałam (a w porównaniu z takim "Gotham" to już w ogóle cudo).
Ogółem oceniam ten odcinek wyżej, niż ostatni, chociaż wciąż nie jest to (i nie będzie) żadne arcydzieło. 

Ash vs Evil Dead S01E02
Jeśli uznamy, że poprzedni odcinek reprezentował sobą jakikolwiek poziom, to możemy powiedzieć, że epizod drugi ten poziom utrzymuje. Wciąż jest idiotycznie i kiczowato, a całość podszyta jest durnym humorem, chociaż tym razem jest go nieco mniej. Ogólnie wydaje mi się, że było tu znacznie spokojniej i, hmm, normalniej niż ostatnio. Historia skupiła się na jednym konkretnym miejscu i sytuacji, przez co całość zdawała się mieć nawet jakiś sens. Zaskakujące.
Wciąż nie jest to nic niezwykłego, ale zachowuje klimat filmów i przedstawia całkiem sympatycznych bohaterów. Nieźle sprawdza się jako odmóżdżacz. 

Kończę czytać książkę, którą dostałam do recenzji - będzie recka. Może w międzyczasie wpadnie obiecana "Batwoman", a może "Guild Wars 2", jeszcze nie wiem. Zobaczymy. 
Tymczasem zapraszam do komentowania i tak dalej. 

Monday, 9 November 2015

Falkon 2015

Udało się, wróciłam. Jak po każdym konwencie, padam na pyszczek i mam ogromną ochotę zwinąć się w kłębek w wygodnym, ciepłym łóżku i spać przez trzy tygodnie. Oczywiście nie ma tak dobrze, "obowiązki" wzywają, trzeba więc machnąć jakąś szybką notkę z relacją. W sumie napiszę dwie: tutaj możecie znaleźć moją bardzo subiektywną, osobistą opinię; druga będzie skupiać się raczej na programie i konwencie jako takim, a pojawi się pewnie za parę dni i zawiśnie na Panteonie. Linka do niej zamieszczę na fanpejdżu, więc stay tuned. 

Tymczasem. Wyjazd na tegoroczny Falkon planowałam już od bardzo dawna, właściwie od zakończenia ostatniej edycji - był to mój drugi konwent w życiu i wspominam go straszliwie miło, dlatego też od razu postanowiłam, że pojawię się na kolejnym. Zupełnie nie zważałam więc na to, że od miejsca przeznaczenia dzieli mnie aż sześć godzin jazdy pociągiem, że pieniędzy brak, a nawet, że program nie zapowiada się jakoś szczególnie pasjonująco. Pojechałam. Zerwałam się z samego rana i dotarłam bardzo wcześnie, jeszcze zanim zaczęły się jakiekolwiek punkty programu, ale widziałam, że pod kasami już zaczyna się zbierać ładna kolejka. Sama ją ominęłam, bo wchodziłam jako media, dzięki akredytacji prasowej dla Panteonu. Dostałam specjalną, czarną plakietkę dającą +30 do fejmu, połączyłam siły z poznaną na poprzedniej edycji Niko oraz częścią grupy WARcon i wyruszyliśmy konwentować.
Falkon, jak większość konwentów, upłynął mi raczej na socjalizowaniu się i pałętaniu po okolicy w towarzystwie znajomych, niż na śledzeniu punktów programu. Te zresztą, jak pisałam wyżej, jakoś nie porywały. Udało mi się co prawda wybrać garść punktów interesujących mnie mniej lub bardziej, ale w końcowym rozrachunku udało mi się zahaczyć tylko o osiem prelekcji, jeden pokaz i konkurs cosplayu. Niezbyt imponująco.
Ominęły mnie przyjemnie zapowiadające się "Rytuał i ofiara w starożytności" oraz "Fantastyczne włosy" (a szkoda, bo liczyłam, że dowiem się tam magicznych sposobów na zafarbowanie ciemnych włosów na jakiś elegancki białawy odcień), dotarłam dopiero na "Teleportacja, telepatia, komputery kwantowe i komiks..." prowadzone przez Piotra Gawrona i Asurit. Poszłam na to, bo skusiło mnie słowo "komiks" i spodziewałam się jakiejś miłej, okołonaukowej pogawędki. a zamiast tego dostałam przygotowany przez profesjonalistę wykład na temat podstaw mechaniki kwantowej i zapowiedź komiksu opisującego to w przystępny sposób. Całkiem pasjonująca rzecz, nawet jeśli nie udało mi się do końca zrozumieć omawianych zagadnień. Inna sprawa, że punkt ten odbywał się w namiocie, jednym z paru ustawionych obok sal dla wystawców i mieszczących prelegentów. Namioty charakteryzowały się tym, że szło w nich zamarznąć. Były co prawda ogrzewane, ale nie robiło o chyba większej różnicy - na każdym mieszczącym się tam panelu, na którym byłam, trzęsłam się jak osika i fantazjowałam o ogniach piekielnych, które w tym momencie wydawały się całkiem przyjemną wizją.
Zaraz po tym udałam się na "Najodpowiedniejsza broń w razie apokalipsy zombie" Piotra Keslinga. Już raz, na zeszłorocznym Pyrkonie, miałam okazję odwiedzić prelkę dotyczącą przetrwania w czasie apokalipsy zombie, mając więc za sobą dwie takie mogę oficjalnie stwierdzić, że to jeden z najcudowniejszych typów prelekcji. Absolutnie urzeka mnie to, jak poważnie podchodzi się do tego problemu. Tutaj było to dodatkowo podszyte świetnym humorem, nie tylko prowadzącego, ale też (może nawet w większej mierze) uczestników. Naprawdę przesympatycznie spędzona godzina.
Sobotę zaczęłam od "Lepszego i konkurencyjnego panelu o Doktorze Who 1.5" grupy WARcon. To swego rodzaju kolejna odsłona prelki z Pyrkonu, na której też byłam. Pomimo dobrego pomysłu i organizacji wyszło jednak znacznie gorzej niż w Poznaniu, jako że wczesna godzina skutkowała marną frekwencją i nieszczególną  aktywnością widzów. Wciąż bawiłam się jednak nieźle, mimo że ostatnio nie mam za wiele do czynienia z "Doktorem Who". To pewnie przez to, że rozdawano tu żelki, ciężko źle wspominać coś, na czym rozdawano darmowe słodycze, prawda?
Po tym miałam w planach "Początki fandomu" lub "Modę dla geeków", a następnie "Konkurs wiedzy Pokemon". Oczywiście, jak to zwykle z moimi planami bywa, nic nie wyszło. Poszłam dopiero na "Czarty polskie" prowadzone przez Cathię. Było, jak zazwyczaj na jej panelach, niezwykle sympatycznie, z werwą i ogromnym zasobem wiedzy. Niby zawsze wiedziałam, że przez nasze legendy przewija się pełno różnych diabłów, ale nie znałam większości opowiadanych przez nią historii. Po tym zostałam na kolejnej prelekcji jej autorstwa: "Co po Expanded Universe?". Co prawda skupiało się to raczej na nowym kanonie Star Warsów, nie na samym EU, ale wcale mi to nie przeszkadzało. W czasie trwania omówiono wszystkie tytuły, które składają się na kanoniczne uniwersum, podrzucono sporo polecanek oraz popłakano przez moment nad wyrzuconymi do kosza historiami. Utwierdziło mnie to tylko w przekonaniu, że muszę zabrać się za parę wymienionych pozycji, kiedy tylko dorwę się do jakichś pieniędzy.
Następnie udałam się na "Motyw superbohatera w komiksie polskim", czyli spotkanie autorskie z Rafałem Szłapą (autorem "Blera"), Dariuszem Stańczykiem i Jakubem Oleksowem (twócami "Lisa") oraz Marcinem Rusteckim (red-naczem TM-Semica). Było sporo o początkach komiksu superbohaterskiego w Polsce, a więc głównie o TM-Semicach - sama ich nie pamiętam, ale wiem, że dla wielu były pierwszym zetknięciem z postaciami DC i Marvela, więc wspominane są z ogromnym sentymentem. Powiedziano też co nieco o powstawaniu "Blera" i "Lisa", o samych komiksach i planach na nie. Miła rzecz, w sumie szkoda tylko, że zebrała taką małą publiczność.
Po zakończeniu udało mi się wypatrzeć w tłumie Misiaela z Mistycyzmu Popkulturowego i bezczelnie męczyłam go swoją obecnością przez parę godzin. Dowiedziałam się przy tym, że lubi on Muzeum, co jednak brzmi zbyt surrealistycznie, żebym mogła w to uwierzyć. Tak czy inaczej, wylądowaliśmy na prelce "Sith vs Jedi" prowadzonej przez Alkerna. Nazwa okazała się dość myląca, gdyż zamiast pojedynku, dyskusji czy czegokolwiek, co mogło sugerować "vs", był to po prostu wykład o tym, dlaczego Sithowie są lepsi od Jedi w każdym możliwym aspekcie. Aprobuję takie prelki. Prowadzone było nieźle, może nieszczególnie porywająco, ale słuchało się bez bólu.
Po paru godzinach pałętania się wylądowałam na konkursie cosplayu, czyli KOSplayu. Rozpoczął się spóźniony, do tego prowadzący, gwiazda zeszłorocznego oczekiwania znana jako Człowiek z Miotłą, wypadł strasznie słabo i skupiał się raczej na rzucaniu żartów na poziomie gimnazjalnym, niż na, dajmy na to, poprawnym wymawianiu imion postaci ("Geralt i Dżenefer", ffs). Same stroje wypadły znacznie lepiej, chociaż też bez większych zachwytów, nic nie zrzuciło mnie z krzesła. Był bardzo widowiskowy Czarnoksiężnik z Angmaru, śliczna Pani Lodowego Ogrodu, podobał mi się też występ Lady Deadpool, świetna scenka z Borderlandsów oraz ujmujący duet Link i Skull Kid. I pewnie jeszcze ktoś, kto akurat wyleciał mi z głowy.
W niedzielę załapałam się tylko na jeden punkt programu: "WTF is wrong with you", czyli panel o zaburzeniach psychicznych, które można wskazać u znanych bohaterów Marvela i DC, przygotowany przez Małgorzatę Sabik i Zuzannę Bielecką. Wypadło mocno średnio, po pierwsze dlatego, że prelegentki namiętnie czytały wszystko z prezentacji - a to nigdy nie wygląda dobrze; po drugie, "wskazywania" nie było tu zbyt dużo, bo do prawie każdego z wymienionych zaburzeń podawano tylko jeden przykład, a całość wyglądała na zrobioną po łebkach.
I to w sumie tyle, zdążyłam jeszcze zahaczyć o games room, pokręcić się trochę po okolicy i już biegłam na pociąg. I sześć godzin jazdy, z czego połowa przespana.

Tu chciałabym się móc pochwalić się zakupami, ale niestety, prawie ich nie ma. Miałam zamiar kupić sobie jedną z nowych gwiezdnowojennych książek, "Tarkina", ale wykupili mi je sprzed nosa. Czaiłam się też na śliczny pierścionek stylizowany na pierścień Zielonych Latarni, ale nie znalazłam takiego, który pasowałby na moją małą łapkę. Z cudownej koszulki z Vaderem musiałam zrezygnować, bo nie pozwoliły mi na nią pieniądze. W efekcie kupiłam jedynie wisiorek ze świecącą w ciemności, modelinową macką dla koleżanki i cztery losy w loteriach. Bida straszna, wiem. Za to zdobyłam śliczny zestaw kart i małych modeli statków z Star Warsów, nagrodę w konkursie organizowanym przez WARcon. Dostałam też prześliczny rysunek od Jakuba Oleksowa.
Łupy z loterii.
Śliczna Lisica. Troszkę wygnieciona, ale już jest w trakcie prostowania.
Tymi ręcoma składane! Na foci nie uwzględniłam kolejnych dwóch TIE Fighterów i jednego X-Winga. 
No i tak, o. Czy bawiłam się dobrze? Hell yeah, jak to na konwencie. Absolutnie kocham panującą na nich atmosferę, więc pewnie cudownie czułabym się i na najnudniejszym i najsłabszym konie w historii. Miło było zobaczyć się z dawno/w ogóle niewidzianymi znajomymi, poznać nowych, nawiązać milijon relacji trwających parę sekund i ograniczających się do zamienienia trzech słów. Świetnie oglądało się wszystkich tych ludzi, zarówno cosplayerów, jak i zwykłych śmiertelników. Z innych wieści: zostałam pogłaskana po łysinie przez Jacka Sparrowa. Tony Stark nazwał mnie "Skrillexem". Zjadłam najpiękniejszą muffinkę w życiu. Miałam na pyszczku Majora's Mask. I takie tam. Małe, konwentowe rzeczy.
Bawienie się bawieniem, ale pozostaje pytanie, jak wypadł sam konwent. Tu pojawiły się drobne minusy, chociaż nie było tragicznie. Problemy z programem, błędy w informatorze, pewne niemiłe sytuacje związane z konkursem cosplayu, do tego średni program i te tragiczne plakietki - niechronione niczym kawałki papieru, które już po pierwszym dniu słabo się trzymały, meh. Nie było źle, ale wydaje mi się (w sumie nie tylko mi), że wyszło marniej, niż w zeszłym roku. Hm. Może kolejna edycja wypadnie lepiej, tak dla odmiany.

Włączyła mi się pokonwentowa nostalgia, heh. Teraz tylko wytrzymać do Pyrkonu. 
Dziękuję za uwagę, zapraszam do komciania i tak dalej.
Ja tymczasem wezmę się za relację na Panteon. Linka wypatrujcie na moim fanpejdżu. Możliwe, że wrzucę tam też jakieś zdjęcia z Falkonu - dostanę je dopiero na dniach, może wygrzebię coś, na czym nie widać mojej twarzy. 

Thursday, 5 November 2015

Recenzja "Muskając aksamit"

Muzeum zrobiło się ostatnio straszliwie serialowe, za sprawą, oczywiście, mojego serialocyklu. Trzeba to zmienić, bo nie chcę zrobić się zbyt monotematyczna, dlatego też dzisiaj rzucam książką. Książką nie wybraną zresztą przypadkowo - jak wspominałam n notek wcześniej, postanowiłam wziąć udział w wyzwaniu czytelniczym LGBT+ autorstwa Rusty Angel, a na "Muskając aksamit" natknęłam się na blogu Gryzipióra, gdzie możecie przeczytać recenzję znacznie sensowniejszą niż moja. 


Do rzeczy jednak. Autorka, Sarah Waters, znana jest jako pisarka powieści skupiających się na wątkach lesbijskich: spośród sześciu jej książek tylko jedna nie porusza tego tematu. "Muskając aksamit" wyjątkiem tym nie jest: to jej literacki debiut, w którym połączyła swoją fascynację wiktoriańską Anglią i historię o damsko-damskich miłościach. 
"Muskając aksamit" jest stylizowane na pamiętnik, w którym wydarzenia oglądamy z perspektywy starszej, bardziej doświadczonej życiem bohaterki. Nadaje to dystansu oraz pewnego obiektywizmu, ale jednocześnie pozwala wczuć się i zaangażować w jej losy. Pomaga w tym też fakt, że opowieść snuta przez Nancy jest niezwykle osobista, pełna intymnych myśli, informacji i opinii, zdecydowanie mocniej kojarząc się z prywatnym dziennikiem, niż autobiografią. Przyglądamy się tu jej życiu na przestrzeni wielu lat, zaczynając od dzieciństwa i młodości spędzonych w nadmorskiej mieścinie - wtedy też ma miejsce przełom, który pociąga za sobą wszystkie kolejne wydarzenia: Nan po raz pierwszy widzi tam występ Kitty Butler, artystki rewiowej występującej na scenie w męskim stroju. Zafascynowana jej osobą dziewczyna zakochuje się bez pamięci, a wkrótce nawiązuje z nią bliską przyjaźń, a w końcu udaje się z nią do Londynu, gdzie wspólnie występują. Oczywiście do czasu, bo życie naszej bohaterki pełne jest zarówno wzlotów, jak i upadków, w dodatku całkiem widowiskowych i bolesnych. Cała akcja rozgrywa się na przestrzeni paru lat, śledząc Nancy w jej ciągle zmieniających się rolach - dziewczyny z prowincji, gwiazdy estrady, prostytutki czy utrzymanki. Historia toczy się raczej spokojnym tempem, zwrotów akcji nie ma zbyt wiele, czasami robi nużąco - sytuację ratuje fakt, że Waters opowiada w sposób umiejętny, taki, który zachęca do dalszego czytania nawet, kiedy wydarzenia nie porywają. Niestety, nie zmienia to faktu, że fabuła nie należy do najciekawszych i raczej niczym nie zaskakuje. W dodatku jej odbiór psuje, moim zdaniem, zakończenie, które wydaje się być upiększone i  osłodzone na siłę. 

Jeśli historia nie jest wystarczająco angażująca, by wciągnąć czytelnika, ten obowiązek spoczywa na barkach bohaterów. Tutaj, na szczęście, radzą sobie oni z tą odpowiedzialnością bardzo dobrze. Nancy jest nie tylko świetną narratorką, ale i interesującą postacią z krwi i kości, z mocnym charakterem, mnóstwem wad, targana wieloma sprzecznymi emocjami i przechodząca w czasie trwania książki niemałą przemianę. Pozostałe osoby, które mamy okazję poznać w trakcie czytania - czy to przedstawiona na początku, ujmująca Kitty, czy pojawiająca się czasami rodzina Nan, czy też inne osoby, które napotyka w czasie swojego życia - są ładnie zarysowane i, zazwyczaj, wielowymiarowe i dające się polubić (albo przynajmniej zrozumieć). Ciekawie prezentują się także ich relacje, czasem niezwykle skomplikowane; czasem urzekająco proste i czyste, jak choćby początkowa szczenięca miłość głównej bohaterki do panny Butler (opisana w sposób absolutnie przesłodki). Jak można podejrzewać, większość z pojawiających się na kartach powieści to kobiety - mężczyzn nie ma tu zbyt wielu, w dodatku grają raczej role drugoplanowe. Co więcej, lwia część przedstawionych tu pań to lesbijki, co jest o tyle interesujące, że możemy zaobserwować, jak różnie ta seksualność jest odbierana w różnych środowiskach i klasach. 

Co do klas - jak wspominałam wyżej, Sarah Waters jest miłośniczką epoki wiktoriańskiej i ma w tej materii ogromną wiedzę. W "Muskając aksamit" ta fascynacja jest bardzo dobrze widoczna. Obok postaci i ich historii mamy tu zgrabny przekrój przez różne warstwy społeczne i grupy, ze szczególnym uwzględnieniem artystów teatralnych, później też arystokracji, a nawet socjalistów. To wszystko rozgrywa się na tle Londynu, który tutaj urasta niemalże do rangi osobnego bohatera - jest wielobarwny, tętniący życiem i zmienny. Nasza heroina trafia do najróżniejszych jego zakamarków, z których każdy ma swój niepowtarzalny klimat i opisany jest niesamowicie malowniczo. Zresztą nie tylko opisy prezentują się tu tak pięknie - cała treść przesiąknięta jest takim klimatem, ostrym i intymnym. Nie brakuje tu też scen i motywów przeznaczonych wyłącznie dla oczu czytelnika dorosłego (well, teoretycznie), one też prezentują zresztą sporą różnorodność: mamy tu zabawy całkiem niewinne, jak i zupełnie bezpardonowe, a wszystko to opisane w sposób dość dosadny. Osoby wrażliwsze lub nieprzepadające za takimi zagrywkami zmuszone będą przymknąć oczy. 

Nie jestem do końca pewna, jak oceniam "Muskając aksamit". To z pewnością wspaniale napisana książka, poruszająca nieszczególnie popularną tematykę w sposób dość oryginalny - jak mówi sama pisarka, jej powieść miała zawierać elementy, których brakuje innym przedstawicielkom literatury lesbijskiej. Nie jest to łzawa opowieść o smutnej miłości, jak można by się spodziewać, zamiast tego dostajemy coś żywego, kolorowego, gdzie niefortunne zdarzenia przetykane są okresami radości i zabawy. Postacie są interesujące i całkiem ludzkie, fabuła nie porywa i potrafi nudzić, ale mimo tego można się w nią wciągnąć i czytać z przyjemnością. Mi osobiście najbardziej spodobała się pierwsza część powieści, ta pełna występów, teatru i śpiewu, w dalszych rozdziałach brakowało mi tej atmosfery rewii - wierzę jednak, że innym to jedna z pozostałych dwóch części może przypaść do gustu. Polecam przeczytać fanom wiktoriańskiej Anglii, romansów i po prostu dobrze napisanych, intrygujących książek. 

I tak. Krótko strasznie, wiem. Mam nadzieję, że mimo tego się podobało, zapraszam do wyrażania opinii w komentarzach lub długich, pięknie wykaligrafowanych listach tradycyjnych. Czy jakkolwiek inaczej. 
A jutro wybywam na Falkon i będę się tam pałętać przez trzy dni. Do miłego. 

Sunday, 1 November 2015

Serialowa Warta: Gotham S02E06, Flash S02E04, Arrow S04E04, iZombie S02E04, Supergirl S01E01, Ash vs Evil Dead S01E01

Serialonotka. Obiecuję, że zaraz pojawi się też kilka innych, skupiających się na czymś zupełnie innym. Tymczasem jednak: zwyczajowa gromanda, do tego "Ash vs Evil Dead" oraz "Supergirl", która debiutowała na początku tego tygodnia - nie widzę jednak sensu pisać o niej jeszcze raz, jako że zrobiłam to już kilka tygodni temu, przy okazji Garści Rzeczy - pilot serialu wyciekł wtedy i nie mogłam się powstrzymać przed obejrzeniem go. Wklejam więc tamtą opinię tutaj, z drobnymi zmianami - tak dla formalności, bo kolejne odcinki też będą tu opisywane, a nie chcę mieć braków. Also, z cyklu odpada "Blindspot" - po obejrzeniu najnowszego odcinka doszłam do wniosku, że na razie nie ma właściwie co o tym pisać. 

Gotham S02E06
Poproszę spin-off o małej Kobiecie-Kici i Firefly, pałętających się po Gotham i łamiących prawo (tak, wiem, że teraz to już nie możliwe, ale i tak chcę). Ich wspólna akcja na początku odcinka, ich relacja, w końcu one same - zwłaszcza Bridgit, której historia wypadła zaskakująco zgrabnie i interesująco, łącznie z zakończeniem - są po prostu przeurocze i znacznie ciekawsze niż większość rzeczy, jakie dzieją się w tym serialu. A dzieje się, jak zwykle, całkiem sporo, bo wątki namnożyły się jak króliki i wcale nie mają zamiaru wymierać zbyt szybko. Znowu mamy okazję oglądać młodego Bruce'a, który, jak zwykle, nie robi niemalże nic poza teasowaniem Batmana. Tak, chłopcze, wiemy, że niedługo zaczniesz przebierać się za nietoperza i bić ludzi, naprawdę. Możesz przestać przypominać o tym co pięć sekund. Theo Galavan zaplusował sobie u mnie nie byciem aż tak ogromnym idiotą, jak zakładałam, wciąż jednak pozostaje tak samo urzekająco przerysowany. Jego siostra natomiast dalej udowadnia, że cała jej egzystencja kręci się tylko i wyłącznie wokół bycia śliczną sadystką. Gdyby głębię jej charakteru przedstawić jako kałużę, to prawdopodobnie próbowałaby topić w niej ludzi. Słabo, bardzo słabo. Pingwin pojawia się, żeby przypomnieć światu, że z komiksowym pierwowzorem łączy go więcej, niż tylko dziwny wygląd - paskudny charakter. Wypada przy tym, jak zwykle, świetnie. Gorzej z Riddlerem, którego historia miała chyba być dramatyczna, ale wyszła tylko mdła i denerwująca.
Firefly jest najsłodszą rzeczą w tym serialu. Kicia - drugą najsłodszą. Ta scena jest trzecią.
Flash S02E04
"Flash" trzyma poziom, co jakoś mnie nie zaskakuje. Sporo czasu zajmuje wątek Firestorma, obok pałęta się coś o matce Iris i nowej miłostce Barry'ego. Pierwszy jest całkiem ładny, chociaż przewidywalny, wprowadza jednak sympatyczną postać, która, moim zdaniem, wniesie pewną świeżość i dobrze wpasuje się w Team Flash. Villain tygodnia co prawda nie powalał, ale końcowa walka z nim wyglądała porządnie i miło się ją oglądało. Jacks wydaje mi się ciekawszy niż Ronnie i wprowadza nową dynamikę, więc jego pojawienie się bardzo mnie cieszy. Biegnąca gdzieś obok historia byłej żony detektywa Westa jest mało porywający, ale widzę jego cel i podoba mi się fakt, że Iris może przez moment brać udział w czymś, co nie jest miłosną dramą. Zamiast tego mamy rysujący się od początku sezonu romans Flasha i Patty Spivot, który jak na razie, przebiega bez większych bóli - ot, zobaczyli się, dopadł ich Tru Loff i teraz ładnie się do siebie uśmiechają. Nie przeszkadza to tak bardzo, jak przewidywałam. Najciekawsze wydarzenia odcinka skumulowały się jednak pod koniec: cameo King Sharka było zaskakujące i genialne wizualnie, w życiu nie spodziewałabym się czegoś tak ładnie zanimowanego w serialu CW; pojawienie się innej postaci, teasowanej już w poprzednim epizodzie nie było może szczególnie niespodziewane, ale możemy oczekiwać, że ciekawie się to rozwinie.

Arrow S04E04
Oliver zażartował. To absolutnie największa sensacja tego odcinka, ba, tego sezonu. Żart był co prawda marny i wymuszony, ale nie oczekujmy zbyt wiele na początek. Może później będzie lepiej.
Z bólem przyznaję jednak, że ten żart był prawdopodobnie najmocniejszym punktem epizodu. No, jednym z najmocniejszych, bo dostaliśmy jeszcze niesamowicie sympatycznego Curtisa (z jednej strony nie mogę się doczekać, aż dostanie strój i wejdzie w full vigilante mode; z drugiej, strasznie miło się go ogląda jako takie wsparcie, hm) i trochę puchatych scen między bohaterami, krótkich co prawda, ale przyjemnych i przypominających, że gdzieś pod tymi maskami i kapturami wciąż kryją się ludzie. Ludzie, którzy, jak widzimy na przykładzie Laurel, czasami okazują się być skończonymi idiotami i robią rzeczy z góry skazane na porażkę. Ech, serio, jej zachowanie jest ostatnio tak pozbawione jakiegokolwiek sensu czy pomyślunku, że to aż niesamowite. Wiem, że coś takiego było potrzebne do popchnięcia fabuły do przodu, ale czy naprawdę musiało to oznaczać takie zupełne pozbawienie fajnej postaci mózgu? Niemiło. Reszta wypada lepiej, zwłaszcza Thea i detektyw Lance. Wątek przestępcy tygodnia też jest całkiem ładny, zwłaszcza jego rozwiązanie. Wspominki Olivera też są ujdne, a na pewno znacznie bardziej zajmujące, niż w poprzednich dwóch sezonach - wniosek jest prosty, jak retrospekcje, to tylko z wyspy, miasta nie mają tego uroku.

iZombie S02E04
Wątek proceduralny był w tym tygodniu wyjątkowo odsunięty na drugi plan, odcinek skupiał się raczej na relacjach międzyludzkich, co bardzo mi się podobało. Wielkie propsy dla twórców za to, że nie zamęczyli nas ogromną dramą z powodu powrotu Peyton, ślicznie i bezboleśnie to rozwiązali. Gorzej za to wygląda kwestia Liv i Majora, ale temu nie poświęcono aż tyle czasu, więc dało się to przeżyć. Charakter przejęty przez Olivię nie był jakoś szczególnie mocno wyeksponowany, ograniczał się w sumie jedynie do chęci śpiewania country, co uważam za dobry wybór - taka trzeźwość umysłu lepiej współgrała z wątkami personalnymi. Obok tego mamy tu sporo Blaine'a, co zawsze jest ogromnym plusem. On i jego pracownicy w końcu wzięli się do roboty i zapowiada się na to, że zdążą jeszcze sporo namieszać w tym sezonie. Sceny z ich udziałem były naprawdę przyjemne, ujęło mnie rozważanie nad tym, czy Jezus był zombie - w końcu ktoś zadaje prawdziwe pytania.
Ogólnie było bardzo miło i cieszę się, że więcej uwagi poświęcono bohaterom i historii, niż "trupowi tygodnia".

Supergirl S01E01
Pilot jest dokładnie tym, czego można się było spodziewać. Sporą część odcinka można było zobaczyć już na trailerze, nowych motywów jest tu niewiele i nie są szczególnie zaskakujące. To taka typowa historia pokazująca początki superbohatera, na szczęście przebiegająca niezwykle szybko - Kara zna swoje umiejętności od dziecka, wystarczy jej więc pół odcinka, żeby zacząć latać po mieście jako Supergirl i kopać tyłki przestępców. Sporo czasu jest poświęcone wprowadzeniu wątku głównego, który zapowiada się, niestety, niezbyt interesująco - ot, takie oczywiste "jestem zły, ta osoba jest dobra, więc mam zamiar się jej pozbyć", brakuje w nim czegoś, co mogłoby zaintrygować widza.
Ogólnie całość wygląda uroczo prosto i naiwnie, i nie mówię tu tylko o znanym motywie z maskującymi superokularami a'la Clark Kent (a i to jest obecne!). Pierwszy epizod prezentuje niezwykle lekki, młodzieżowy klimat, który można było wyczuć już w zwiastunie. Pasuje to do reszty, zwłaszcza do samej postaci Kary, granej przez Melissę Benoist, która wypada w tej roli naprawdę sympatycznie i ujmująco, z takim nieco dziecięcym urokiem. Pozostali bohaterowie też zapowiadają się nieźle, podoba mi się nawet niesamowicie przerysowana Cat Grant. "Supergirl" od początku jawiła się jako taka niewymagająca, słodka historyjka do obejrzenia w przerwie między innymi serialami, i pilot to potwierdza.
Ash vs Evil Dead S01E01
"Evil Dead" to uroczy film z absolutnie wybitnym sequelem, oraz, oczywiście, Największym Badassem Wszechświata w roli głównej. Pomysł zrobienia serialu na podstawie tego uznałam za pomysł dość dziwny, ale cóż, ostatnio robienie serii na opartych o filmy zrobiło się popularne, więc to nie takie duże zaskoczenie. Kiedy dowiedziałam się, że w roli głównej powróci Bruce Campbell jako podstarzały Ash, a obok niego pojawi się Lucy Lawless, wiedziałam, że to będzie coś wartego uwagi. Uwagi osób, którym specyficzny humor i klimat "Martwego Zła" przypadł do gustu, znaczy. Ci, do których to nie trafiło nie mają raczej czego tu szukać - serial stoi ma takim samym poziomie absurdu, głupoty i kiczu, co pierwowzór. I jest to cudowne. Fabuła leci naprzód niesamowicie szybko, po drodze przedstawiając zaskakująco dużo postaci - oprócz Ashleya jest ich tu czwórka, z czego trzy to panny. Daję fokę aprobaty.
Jest durnie, oczywiście, że jest. Humor (którego jest tu mnóstwo) jest momentami wybitnie idiotyczny. Hell, wszystko jest idiotyczne, nic nie robi sensu, czyli jest dokładnie tak, jak można się było spodziewać. Zło nie jawi się co prawda tak plastelinowo, jak w oryginale, ale konwencja się nie zmieniła, wszystko wciąż wygląda jak wyciągnięte z horroru klasy Z. A Ash znowu biega z piłą mechaniczną zamiast dłoni.
Po obejrzeniu pilota stwierdzam, że zapowiada się świetny serial, który jednak trafi jedynie do pewnego grona ludzi. Polecam fanom głupich filmów, chyba tylko i wyłącznie.

Następna w kolejne notka nie ma nic z serialami wspólnego, obiecuję! Kolejna też nie. Także nie uciekajcie, nie odlajkujcie, albowiem ciekawsze rzeczy nadejdą niedługo.
I jak zwykle zapraszam do dzielenia się opiniami na tematy wszelkie. Mogą być związane z notką, ale w sumie nie muszą.