Tuesday, 26 April 2016

Recenzja "Pobitych garów" #1 i #2

Bogowie, jak ja się z tym spóźniałam - mam ochotę sama się za to pobić. Potrzebuję deadline'ów i kata nad głową, inaczej nie umiem pracować. Cóż. 
Tymczasem zapraszam do czytania. 


„Pobite Gary” składa się obecnie z dwóch numerów, siedemdziesiąt dwie strony każdy. To całkiem spory kawałek komiksu, w całości stworzony przez Małgorzatę "Slo" Szymańską, którą szersza widownia kojarzyć może z powstającego obecnie "Witchpubu". Pierwszy zeszyt wydano eony temu, drugi już całkiem niedawno, bo w zeszłym roku - seria obeszła się raczej bez większego echa, nie widziałam niemalże żadnych recenzji, uwag, niczego. Nie rozumiem czemu, skoro o komiksie zdecydowanie warto powiedzieć co nieco.

Fabuła śledzi losy Gary'ego, młodego chłopaka, który po rzuceniu studiów rozdziela swój czas między picie, granie na komputerze, picie, nicnierobienie i picie. Ma on opinię czarnej owcy rodziny, zwłaszcza kiedy porównuje się go z jego bratem bliźniakiem, Samse - młodym geniuszem, przykładnym i ułożonym młodzieńcem. To jego samobójcza śmierć rozpoczyna komiks, pozwala nam przyjrzeć się pogrążonemu w żałobie Gary'emu, który musi uporać się nie tylko z własnym bólem, ale i problemami, które zostawił na jego głowie eksżyjący: tajemniczym urządzeniem niewiadomego przeznaczenia, szukającymi wyjaśnień znajomymi, a także niebezpiecznym osobnikiem podążającym tropem wynalazku.
Zdecydowanie jest to intrygująca historia... a właściwie tylko jej początek. Fabuła rozwija się powoli, urywając się po chwili, przez co nie do końca pozwala czytelnikom dostatecznie zżyć się z bohaterami czy wciągnąć w opowieść. Mimo że przeczytałam aż sto czterdzieści stron, na których przecież działo się wcale sporo, mam wrażenie, że zobaczyłam dopiero prolog, może pierwszy rozdział. Dość ciężko oceniać po tym całą fabułę, ale można dostrzec w niej potencjał i, tak jak ja, czekać na więcej.

Graficznie komiks prezentuje się zjawiskowo. Ostre linie, charakterystyczna kreska łącząca realizm proporcji z bajkowym, przerysowanym, pełnym przykuwających uwagę elementów designu świata oraz postaci, idealnie pasująca czerń i biel - mało nie napisałam w tejże recenzji o wspaniałym użyciu kolorów, tak sugestywnie to wszystko wypada i tak podziałało na moją wyobraźnię. Byłoby mi głupio, ale to w sumie świadczy o talencie autorki, więc się tu tym chwalę.
Okładki są równie urokliwe, choć może nieco za wiele tam nawrzucano – ale ja jestem fanką minimalizmu, może to przez to. Niemniej jednak, uwielbiam cover pierwszego numeru – przedstawienie bliźniaków wyszło tam naprawdę świetnie. 

Najbardziej charakterystyczną cechą „Pobitych Garów” jest niezwykła, rzucająca się w oczy kreskówkowość – styl do złudzenia przypomina współczesne lub te nieco starsze, oglądane przez wielu za dzieciaka, animacje. Nie mam na myśli tylko kreski - chociaż ta też ogromnie na to wpływa - ale i sposób narracji, specyficzną atmosferę, nierealność i przejaskrawienie całości. Wszystkie dziwaczne elementy zdają się być tu na miejscu, perfekcyjnie pasując do reszty i nie wywołując żadnego zdziwienia. Jedną z cech, która szczególnie przywodzi na myśl seriale animowane, są projekty postaci. Nie tylko wyglądają niezwykle charakterystycznie, z różnego rodzaju czapkami, okularami i innymi dodatkami, ale i mają wymyślne nazwiska, jak choćby Gary Umyj, Winona Deser czy Ten Mamazaki - zdecydowanie dodają komiksowi tego radosnego, niezważającego na logikę klimatu. A biorąc to wszystko do kupy, stwierdzam jedno: Slo powinna stworzyć kreskówkę. Już, teraz, zaraz, Cartoon Network i inne stacje prawdopodobnie by się o nią biły. A ja oglądałabym, oglądałabym bardzo.

Podsumowując, "Pobite Gary" to sympatyczny, bezpretensjonalny komiks - taka lekka, zabawna, niewymagająca historyjka, którą podczytuje się w przerwie między jedną poważniejszą lekturą, a drugą. Minusem jest fakt, że, mimo obiecującego początku, fabuła nie ma okazji się rozwinąć, przez co nie wciąga i nie zatrzymuje na dłużej. To szczególnie bolesne, jako że nie wiemy, czy można spodziewać się jakiejkolwiek kontynuacji w przyszłości, co pozostawia bohaterów (i czytelników!) zawieszonych w niebycie. Mimo wszystko, komiks jest godny uwagi - urzeka zwłaszcza niezwykłym, ujmującym klimatem kreskówki, a także śliczną oprawą graficzną. Debiut Slo to kawał porządnej, przyjemnej w odbiorze, komiksowej roboty - zdecydowanie wart sprawdzenia.

Był taki jeden, co mówił, że kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą - kojarzę, mam jakieś jego książki na półce. Myślę, że w tej kwestii miał rację, a co za tym idzie, jeśli jeszcze paręset razy napiszę tu, że kolejne notki nie będą spóźnione, a w ogóle to systematyczność, jakość i komentarze, to na pewno w końcu się to ziści. 
Prawda?

Sunday, 24 April 2016

Pyrkon 2016

Dwa tygodnie po Pyrkonie, yaaay. Na swoje usprawiedliwienie nie mam nic, jak zwykle mam to, że na ten temat pisałam już gdzie indziej: znajdziecie mnie wśród autorów relacji na Panteonie (któremu przy okazji ogromnie dziękuję za akredytację prasową - bez niej raczej bym sobie nie popyrkonowała w tym roku) i Planecie Marvel. Także widzicie, to nie jest tak, że całkowicie się opierdzielałam przez cały ten czas. Nie przez cały.

Nie jestem pewna kiedy to się stało, ale w pewnym momencie konwenty przestały być dla mnie trzema dniami obcowania z fantastyką, a zmieniły się w trzy dni spotykania się z ludźmi, których znam jedynie z internetów i widuję raz na ruski rok. Tegoroczny Pyrkon nie różnił się pod tym względem od poprzednich imprez, ba, był jeszcze mniej konwentowy. Udało mi się wpaść jedynie na sześć prelekcji, za to halę wystawców przebyłam wzdłuż i wszerz jakieś siedemset razy. No i cóż. Całe czas spędziłam na pałętaniu się ze znajomymi, dewirtualizowaniu się z niektórymi, pałętaniu się dalej i więcej, patrzeniu na rzeczy i dalszym pałętaniu. Jakkolwiek cudowne i miłe by to nie było, na papierze nie wygląda zbyt dobrze, dlatego też po prostu przejdę do opowiadania o prelkach.

Pierwszy dzień w sali komiksowej zdominowany był przez Marvela, nie byłam więc zbytnio zainteresowana. Dopiero wieczorem wybrałam się na prelekcję pod lakonicznym, wiele mówiącym tytułem „Punisher”, zachęcona jego udanym występem w niedawnym drugim sezonie „Daredevila”. Punkt prowadzony był przez Tomasza „Orka” Rudnickiego, który dokładnie przedstawił origin antybohatera, jego historię (zarówno tę pokazywaną na kartach komiksu, jak i różne pomysły czy problemy twórców), opisał używane przez niego wyposażenie oraz solowe i cross-overowe występy. Poznałam kilka wartych uwagi komiksów, z których spora część została wydana w Polsce, mieliśmy też okazję posłuchać o filmach z udziałem Punishera, a nawet różnych tłumaczeniach i wersjach jego przydomku – najbardziej urokliwą wersją był używany przez prelegenta „Punio”. Całość prowadzona była bardzo zajmująco i ciekawie, jednak za pewien minus uważam straszliwie wymuszone żarty, którymi twórca chciał ubarwić prelekcję. Były one często niepotrzebne, zwłaszcza że niekiedy sam materiał źródłowy wystarczył, aby przyprawić słuchaczy o rozbawienie – jak choćby przy okazji kreskówkowej wersji Punishera, która walczyła ze Spider-Manem za pomocą śmiercionośnych pistoletów na klej. 

Kolejną okołokomiksową prelekcją, na jaką się dostałam, było „Ultimate Marvel – sukces czy porażka?” Michała „Miśka” Wolskiego. Nie siedzę w Marvelu zbyt głęboko, a uniwersum Ultimate kojarzyłam tyle o ile, głównie ze względu na Milesa Moralesa, czyli tamtejszego Spider-Mana. Jeśli jesteście w podobnej sytuacji – żałujcie, że nie byliście na tym panelu. Prelegent opowiedział o powodach powstania tej linii, przedstawił całą jego historię, mnóstwo poszczególnych serii, różnice między Earth-616, a światem Ultimate – słowem, wszystko, co chciałoby się wiedzieć, zanim zabierze się za te komiksy. Naprawdę ogromna dawka informacji, podana jednak w ładnej, zrozumiałej formie. Nie tylko dowiedziałam się mnóstwo o samym uniwersum, ale i poznałam wiele tytułów, które warto przeczytać – a także parę tych, których lepiej nie ruszać. Autor dobrze wiedział, jak zachęcić potencjalnych czytelników. 

W sobotę przypałętałam się do sali gier elektronicznych. Na prelekcję "O jakości gier" zdecydowałam się, bo akurat nie znalazłam w programie nic bardziej porywającego, a znajomi byli tym zainteresowani. Nie żałowałam, że tam poszłam, chociaż dostałam coś zupełnie innego, niż oczekiwałam. Prowadzący, Borys "Shuck" Zajączkowski, przedstawił swoje "dziesięć przykazań twórcy", czyli zbiór zasad, którymi powinien kierować się każdy, kto coś tworzy. Cóż, w założeniu chodziło o gry, ale odnosiło się to też do dowolnej innej dziedziny - ja, jako wannabe pisarka, też wyciągnęłam z tego co nieco. Niewiele miało to do czynienia z tematem, ale było ciekawe, przydatne i prowadzone w niezwykle sympatyczny sposób.

Niedługo potem "Sztuka przetrwania w czasach indiepokalipsy", czyli panel dyskusyjny z udziałem Jacka "Shala" Głowackiego, Natalii "Nadyi" (Nadii? Nie jestem pewna, ale wiadomo, o kogo chodzi) Dołżyckiej, Wojtka "Mruqe" Mroczka, Alberta Pałki. Dotyczył wydawania, a także promowania gier niezależnych w Polsce. Nie jest to może coś, co zamierzam robić w najbliższym czasie, ale jeśli jednak bym się na to decydowała, to mam niezłe podstawy - goście panelu wiedzieli o czym mówią, przekazali to w jasny i klarowny sposób, rzucając konkretnymi przykładami. Świetna sprawa - jeśli kiedyś pochwalę się wydaną grą, to wiecie, czemu to zawdzięczam.

Już rano postawiłam sobie za punkt honoru dostanie się na prelekcję "Sprawa Barbary Gordon", prowadzoną przez Sarę Górną. Plan stał pod znakiem zapytania, jako że miała ona miejsce zaraz po "Indiepokalipsie". Jakoś przebiegłam trasę między dwoma budynkami Targów, dopadłam sali komiksowej i wylądowałam w kolejce tak długiej, że cała moja nadzieja zaczęła szybko obumierać. Okazało się, że nie doceniłam wielkości pomieszczenia, w którym odbywała się prelekcja – czekający nie tylko zmieścili się, ale i zostawili sporo wolnego miejsca. Duży plus dla organizatorów za zapewnienie takiej przestrzeni, przynajmniej w przypadku sali komiksowej.
Sama prelekcja ogromnie mi się spodobała. Autorka co prawda sprawiała wrażenie nieco zestresowanej, ale szybko nabrała odwagi i wyraźnie cieszyła się z możliwości opowiadania o lubianej bohaterce. Prowadziła z wielkim zaangażowaniem oraz widocznym obeznaniem w temacie, przedstawiając historię Barbary Gordon, a także wszelkie problemy i kontrowersje, jakie jej dotyczą, poleciła też godne uwagi serie o Babs, zachęcając do samodzielnego zapoznania się z tą postacią. 

W niedzielę zaliczyłam jeden punkt programu - jedyny, na który naprawdę straszliwie chciałam iść, taki absolutny must-go. "Baśniowe tradycje "Opowieści sieroty" C.M. Valente", czyli prelekcja o genialnej dylogii, o której wspominałam w poprzedniej notce (w moim stosiku pojawił się pierwszy tom "Opowieści..."), temat jednego z przyszłych wpisów ("przyszłych" w praktyce oznacza najbliższe siedem lat). Spodziewałam się krótkiego omówienia świata przedstawionego i wskazania tradycyjnych baśniowych elementów, dostałam... cóż, w sumie właśnie to. Ale na jakim poziomie, jak podane! Coś niesamowitego, naprawdę. Magdalena "magbed" Bednarek nie tylko dokładnie przeanalizowała znane motywy użyte przez pisarkę, ale i wskazała wiele inspiracji czy wariacji, zasypując słuchaczy taką ilością wiedzy o baśniach, o jaką nie podejrzewałabym żadnej żyjącej istoty. Jakby tego było mało, przedstawiła to wszystko w absolutnie powalający sposób, z ogromnym entuzjazmem i uczuciem. Coś wspaniałego, zdecydowanie jedna z najlepszych prelekcji, na jakich w życiu byłam.

Sporym minusem całego wydarzenia był fakt, że pojechałam na nie absolutnie bez pieniędzy. No, prawie żadnych, musiałam w końcu mieć jakieś drobne na jedzonko, ale na tym właściwie moje fundusze się kończyły. Jestem w trakcie zbierania ogromnej sumy na pewne Niecne Cele, dlatego też nie mogłam pozwolić sobie na wydawanie ani grosza na okołonerdowskie pierdoły (z tego samego powodu od dłuższego czasu żyję bez nowych książek czy komiksów. Chlip). Udało mi się jednak zdobyć co nieco lootu - niewiele, ale zawsze.

Kostki! Fioletowa k20 dorzucona była do wejściówki na Pyrkon, resztę (dwie kostki do Fate'a/Fudge'a i dwie pokazujące dostępne wzory) dostałam za zagranie dwóch krótkich sesji na stoisku Q-Workshopu.

Trzy komiksy od wydawnictwa Sol Invictus. Recka czwartego "Lisa" już wisi, dwa pozostałe doczekają się swoich już niebawem.

Dwa uroczo monotematyczne prezenty. Pluszowy Umbreon to jeden z tych pięknie derpnych Poków, nad którymi przepłakałam kilka ostatnich konwentów. Poduszka (właściwie "poduszeczka", to coś ma jakiś centymetr kwadratowy wielkości) z Mudkipem to poduszka z Mudkipem - obok czegoś takiego nie przechodzi się obojętnie.

Dwie przypinki z "Witchpub" - cudownego komiksu internetowego, który wydał się ostatnio na papierze. Sprezentowane mi przez jedną hojną, puchatą duszę.

Nóż Riddicka! Na cosplay, który zrobię... kiedyś. Jak tylko skończę te wszystkie inne, które też mam w planach. Negasonic Teenage Warhead, Ripley, Aang, Lex Luthor - tyle łysych postaci, tyle pomysłów. Tylko pieniędzy i umiejętności brak. Ten nożyk wycraftował mi utalentowany w łapkach znajomy

Moje pierwsze karty do MTG, awww. Darmowy starter, sześćdziesiąt kart, białe-czerwone. Do mojej obecnej, złożonej zaraz po Pyrkonie, talii trafiło stąd tylko kilka czerwonych landów - reszta pochodzi z wielkiego pudełka pełnego kart, które postanowił oddać znajomy znajomego. Ja sama mam zamiar niedługo zainwestować w ten biznes nawet jakieś pieniądze, ale to w czerwcu, jak już będę jakieś miała.

Konwent to jednak nie same prelekcje i sklepiki (well, teoretycznie). Pod względem organizacji oceniam ten Pyrkon nieco gorzej, niż poprzednie. Szczególnie sprawa preakredytacji wypadła dość słabo, zamiast usprawnić wejście – przedłużyła je o kilka godzin stania w kolejce, w dodatku nie oferowała niczego poza darmową pyrkonową kostką. Znacznie lepszym wyborem byłby porządny program w formie książeczki, nie świstka papieru, zawierający opis punktu, czy chociażby jego autora.

Doceniam za to rozbicie atrakcji na tyle budynków, co skutkowała mniejszym ściskiem na korytarzach. Za ogromny plus liczę też atrakcje poza programowe – liczne wioski, gry elektroniczne, Obwoźna Czytelnia Komiksów czy dobrze zaopatrzony, przestronny gamesroom (a zwłaszcza prosty, ale genialny, system baloników, którymi oznaczano chęć znalezienia graczy - sama nie korzystałam, ale widziałam je w akcji). Ogólnie mówiąc, Pyrkon trzymał wysoki poziom i urzekał swoją charakterystyczną, konwentową atmosferą. Wszystkim, którzy nie dotarli do Poznania w tym roku, polecam zacząć odkładać pieniądze na kolejną edycję.

Mam milijon zaległości i muszę je ponadrabiać. Ech. Życzcie mi powodzenia, postaram się zrespić bloga na tyle, na ile się da. 

Friday, 8 April 2016

Stosik #6

Mało ksiunszków. A będzie jeszcze mniej, bo jestem bez grosza, a tu zaraz Pyrkony. Ech. 


  • "Guild Wars 2: Heart of Thorns" - gra, ale dorzuciłam do stosiku, bo taka pudełkowa i śliczna. Dodatek do jednej z moich najukochańszych serii, sprezentowany mi przez znajomego. Zdecydowanie wart uwagi.
  • "Star Wars. Lordowie Sithów" Paula S. Kempa - prezent świąteczny. Marzyło mi się ta powieść lub wydany w tym samym czasie "Tarkin", padło na to, nie narzekam. Całkiem miła rzecz, jak większość tych nowych powiastek starwarsowych. Muszę napisać o nich jakąś notkę, hmm.
  • "Księżniczka po przejściach. Nie tylko o Gwiezdnych Wojnach" Carrie Fisher - efekt wejścia do Empiku i łowienia wzrokiem wszystkiego, co miało na sobie logo Star Warsów. Idealnie trafiony, bo nie dość, że tani, to jeszcze opowiadający o Carrie Fisher, czyli jednej z moich ulubionych osób we wszechświecie. To biografia, skupiona na jej relacjach z rodziną, kolejnymi partnerami, a także na życiu z chorobą afektywną dwubiegunową. Bardzo przyjemna lektura.
  • "Fangirl" Rainbow Rowell - prezent od Rusty za udział w jej wyzwaniu czytelniczym LGBT. Przemiły gest. Książkę miałam zamiar przeczytać już wcześniej, a teraz mam okazję zrobić to w oryginale, więc tym lepiej. Wydanie jest prześliczne, mam nadzieję, że czytać będzie się równie dobrze, co patrzeć na wzbogaconą o nią półkę. 
  • "Spalić wiedźmę" Magdaleny Kubasiewicz - nagroda w konkursie u Powiało Chłodem. Pierwsza książka wydawnictwa Genius Creations, na której położyłam łapki. Mam nadzieję, że nie ostatnia. Szczególnie, że mam pewne niecne plany z nimi związane. Na razie nic nie powiem, coby nie zapeszyć, ale stay tuned. 
  • "Opowieści sieroty, tom I" Catherynne M. Valente - najlepszy zakup ostatnich lat. Jedna z najcudowniejszych książek, jakie ostatnio czytałam, wypatrzona na stronie Empiku za ledwie dziesięć złociszy, w jakiejś niesamowitej promocji. Dziesięć złociszy. Dziesięć. Piękne wydanie w twardej oprawie, w dodatku wspaniałego dzieła, przecenione z czterech dych na jedną. Wygrane życie. Swoją drogą, muszę w końcu zreckać.
  • "Waffen-SS" Chrisa Bishopa - tanie książki historyczne w Biedrze, woah. To w sumie tyle.
  • "Justice" - zakupione na którejś z komiksowych grup. W Polszy pojawiło się co prawda eleganckie, duże wydanie, ale preferuję wersję angielską, więc zdecydowałam się na coś takiego. Prezentuje się ładnie, chociaż pierwszy tom ma drobny błąd w druku. Sam komiks jest cudownie ilustrowany, z całkiem niezłą historią, więc cieszę się, że dodałam go do swojej kolekcji. 
  • "Bler - Lepsza wersja życia" Rafała Szłapy - komiks, który powinnam była przeczytać już milijony lat temu. Jeden z lepszych polskich komiksów superbohaterskich, pięknie ilustrowany i z zajmującą historią. Będę reckać, jak znajdę wolną chwilę.

  • "Baśnie Braci Grimm dla dorosłych i młodzieży. Bez cenzury" Philipa Pullmana - znalezione na jakiejś książkowej grupie fejsbukowej. Bardzo korzysta cena, to i głupio było nie brać. Zwłaszcza, że Pullmana lubię, a sam tytuł chciałam sprawdzić już dawno. Reckę zaczęłam pisać jakiś czas temu, w końce pewnie się pojawi.

Do tego dochodzą dwie książki, które nie załapały się na zdjęcie, ponieważ mieszkają sobie u moich rodziców, jako że tamtejszy regał jest bardziej pojemny. Są to wygrzebane w antykwariacie "Wojny Klonów" i "Star Wars. Dziedzictwo Mocy. Objawienie" Karen Traviss. Kolejne dodatki do mojej kolekcji gwiezdnowojennych książek, obie wzięte ze względu na autorkę.

A teraz turlam się na Pyrkon. Jak zobaczycie takie łyse, w okularach, kręcące się w okolicach sali komiksowej, to pewnie będę ja. Na jakieś 99%, bo nie wiem, może w fandomie komiksowym jest więcej łysych panien w okularach. Enyłej, zakładając, że będę to ja: pomachajcie, powiedzcie "hej, Sidu, całkiem 4/10 ten twój blog, oby tak dalej", coś takiego. 
Cya.

Sunday, 3 April 2016

Recenzja "Lisa" #4

Nikt nie spodziewał się recenzji przedpremierowej! No, poza tymi, którzy czytają mojego fanpejdża. Idźcie na fanpejdża, lajkowanie nic nie kosztuje, a mnie już nudzi to chamskie żebranie o to co notkę.
Tymczasem, "Lis". Zadebiutuje na Pyrkonie, będzie dostępny na stoisku Sol Invictus, a także w internetach.


Czwarty numer "Lisa" rozpoczyna się w momencie, w którym zostawiliśmy Gabriela ostatnim razem. Z jednej strony to spora zaleta, nadaje to ciągłość całej historii. Niestety, poprzedni numer wyszedł tak dawno temu (październik zeszłego roku), że można było zapomnieć, gdzie dokładnie się zatrzymaliśmy. Przed podejściem do "Obławy" warto powtórzyć sobie trójkę. W każdym razie, nasz bohater z przypadku zdołał właśnie zdobyć środki usypiające, które ma zamiar wykorzystać w walce ze Strażnikiem. Nie jest jeszcze pewien, czy powinien pakować się w cały ten heroiczny biznes, dlatego bez większych sentymentów zostawia załatwienie problemu władzom - przynajmniej na początku. W tym czasie Zgroza i Bogdan, policjanci poznani w poprzednim zeszycie, jadą stawić czoła poszukiwanemu przestępcy. W międzyczasie dwie postacie, które do tej pory nie pojawiały się  w komiksie zbyt często, dostają chwilę dla siebie. 

Po spokojnym, skupionym na postaciach numerze trzecim, wracamy do czystej, właściwie nieprzerwanej akcji i naparzanki. Od pierwszych stron akcja pędzi przed siebie, nie zwalniając ani na moment. Mamy tu stosunkowo mało dialogów, trochę wewnętrznych monologów, ale ogólnie mówiąc, nie uświadczymy tu zbyt wiele słów - nawet Lis jakoś rzadziej rzuca sucharami.
Pod względem historii "Obława" wypada dość miałko, ale to raczej nie miał być najmocniejszy punkt tego zeszytu. Większość czasu poświęcono bezmyślnej nawalance, przez co bohaterowie nie dostali dla siebie zbyt wiele czasu i nijak się nie rozwinęli. Strażnik rzucił kilkoma groźnymi tekstami, Gabriel wykazał się swoim typowym humorem oraz niezamierzonym heroizmem, Bogdan i Zgroza nie pełnili właściwie żadnej znaczącej roli, Laura zaznaczyła jedynie swoją obecność (ach, jak ja uwielbiam jej design!), na koniec pokazała się też inna postać, która jednak robiła raczej za zapowiedź kolejnego numeru, niż pełnoprawny występ.

Od strony graficznej mamy powtórkę trójki: rysunki wykonała Dorota Papierska, a kolory nałożył Jakub Oleksów. Całość robi świetne wrażenie, tak jak ostatnio, w końcu kreska Dorci jest prześliczna, a Oleksów koloruje genialnie - jego praca to bez wątpienia jeden z największych plusów serii. Wspaniale wypadają też sceny akcji, których w "Obławie" jest mnóstwo, są niezwykle dynamiczne i momentami wyglądają naprawdę fenomenalnie. Nieco wynagradzają długi okres czekania na ten zeszyt.

Podsumowując, czwarty numer "Lisa" wypada nieco bladziej niż poprzednie, głównie przez skupienie się wyłącznie na akcji i nieprzedstawieniu niczego poza nią. Wszystko dzieje się bardzo szybko, przez co komiks zdaje się być krótki i nie zawierać zbyt wiele treści. Oprawa graficzna robi wrażenie, jest śliczna i pasuje do historii - właściwie to ona ciągnie cały zeszyt. Osobiście preferuję większe skupienie się na postaciach, niż na czystej naparzance, ale domyślam się, że miała to być odskocznia po ostatnim numerze.

Arceusie, ile rzeczy do napisania. Recka "Batman v Superman", recka jeszcze dwóch komiksów, notka o "Hamiltonie" i stosik. Ach, ach. Pierwsze poleci pewnie to ostatnie, jeszcze przed Pyrkonem. A potem trzy dni konwentowania, yay!
Do napisania, adieu.