Thursday, 11 August 2016

Recenzja "Moon Knight" #1

Filler. Recenzja napisana dla portalu Planeta Marvel, tutaj link.


Moon Knight to jeden z niszowych bohaterów Marvela. Nigdy nie wystąpił w filmie ani serialu (choć ciągle chodzą plotki, jakoby Netflix miał się nim w końcu zająć), jego komiksy nie biją rekordów popularności, a sama postać rzadko pojawia się przy okazji większych spędów czy crossoverów. Większość osób, które dopiero zaczynają przygodę z komiksami, może w ogóle go nie kojarzyć.
Słowem wstępu warto więc wyjaśnić, kim jest postać określana czasem mianem "marvelowskiego Batmana", która – być może – zagości w przyszłości na ekranach we własnym serialu.

Moon Knight to jedna z czterech tożsamości ex-boksera/najemnika Marka Spectora – człowieka, który został wskrzeszony przez starożytne egipskie bóstwo księżyca, Khonshu. Od tego momentu stał się on jego avatarem, wymierzając sprawiedliwość na własną rękę, karząc niegodziwych i mszcząc się za zbrodnie dokonywane na niewinnych. Moon Knight nie należy do najdelikatniejszych, jego styl rozprawiania się z panoszącymi się po ulicach Nowego Jorku przestępcami jest dość brutalny. Do tego dodajmy chorobę psychiczną oraz fakt, że protagonista – jak wspomniałam wcześniej – posługuje się kilkoma tożsamościami, prowadząc parę odrębnych żyć: jako taksówkarz, finansista, najemnik i w końcu – a może przede wszystkim – Pięść Khonshu.

Nowa seria pisana jest przez Jeffa Lemire'a (który wcześniej pracował przy takich tytułach jak "Old Man Logan", "Hawkeye" czy "Extraordinary X-Men"), a rysunkami zajmuje się Greg Smallwood (który odpowiadał za oprawę graficzną poprzedniej serii o Księżycowym Rycerzu) oraz Jordie Bellaire (kolorująca wcześniej między innymi "Deadpoola", "Magneto", "Captain Marvel" czy "Visiona"). Przed premierą ujawniono, że komiks ten będzie się znacznie różnił od wcześniejszych. Miało się to stać za sprawą osadzenia akcji w dość specyficznym miejscu: szpitalu psychiatrycznym. Główny bohater budzi się w nim bowiem, pozbawiony wolności, stroju, broni – a nawet pewności, czy aby na pewno jest tym, za kogo zawsze się uważał. Pracownicy placówki przekonują go, że tkwi tu od dawna, a historie o Khonshu i byciu zamaskowanym mścicielem to tylko urojenia. Marc nie chce temu wierzyć, jednakże wszystko zdaje się przemawiać przeciwko niemu, nawet prowadzone w głowie rozmowy z bogiem księżyca mogą być przecież jedynie kolejnym objawem choroby. Protagonista nie wie więc, co jest prawdą, ani co właściwie powinien zrobić.

Jeff Lemire już dawno zapowiadał, że miejsce, do którego trafił Spector, nie należy do przyjemnych. Po lekturze pierwszego numeru mogę się z tym w stu procentach zgodzić. Przedstawione na kartach komiksu miejsce znacznie bardziej przypomina więzienie, niż szpital – nie tylko ze względu na ograniczoną wolność, ale przez to, jak traktowani są pacjenci, a przynajmniej Marc. Pracownicy znęcają się nad nim, a całe miejsce zdaje się robić wszystko, żeby stłamsić go i dobić. Jak się okazuje, napisanie tego w ten sposób było zabiegiem celowym. Lemire chciał ukazać placówkę tak, jak zazwyczaj malują ją stereotypy: brutalną, przerażające i jedynie pogarszające stan przebywających w nich ludzi. To częsty motyw w popkulturze i scenarzysta jest tego świadomy. Uznał on jednak, że powielenie tej kliszy będzie świetnie pasowało do klimatu najnowszej serii o z Moon Knightem w roli głównej.

Mogę zgodzić się z nim w całej rozciągłości – idealnie komponuje się to z resztą komiksu, zwłaszcza z oprawą graficzną. Kreska Smallwooda, miękka, niekiedy nieco rozmyta, w połączeniu ze stonowanym kolorowaniem Bellaire, robi ogromne wrażenie, niektórymi scenami sprawnie dodają duszności i niepokoju. Pomaga im w tym rozplanowanie całości, odpowiednie rozłożenie kadrów, które chwilami są same w sobie naprawdę genialne. Wszystko doskonale łączy się, tworząc dziwną, oniryczną mieszankę, pełną niedomówień, która co prawda rodzi wiele pytań, jednakże prowadzona wydaje się być na tyle umiejętnie, żeby czytelnik się nie gubił.

Setting wybrany przez scenarzystę daje spore możliwości i wygląda na to, że jego potencjał nie zostanie zmarnowany – Lemire wie, co robi i już zapowiedział, że będzie dawał czytelników wskazówki na temat tego, co dzieje się w komiksie. Nie chce wyrzucać wszystkiego na samym początku, informacje ma dawkować powoli, by podsycić apetyt fanów i pozwolić im snuć własne teorie i domysły.

Podsumowując, "Moon Knight" #1 to niezwykle obiecujący początek serii. Rzuca zarówno bohatera, jak i czytelnika, w dziwne, nieprzyjazne środowisko, które zdaje się nie być tym, na co wygląda. Już sam początek ogromnie intryguje, później tylko się to pogłębia – aż do zakończenia zeszytu, które urywa się w perfekcyjnym momencie, zachęcając do sięgnięcia po więcej, ale nie zostawiając niedosytu. Świetnie wyważony, tajemniczy, wciągający, w dodatku z niesamowitą szatą graficzną i ciężkim, niepokojącym klimatem – "Moon Knight" to zdecydowanie komiks, którym warto się zainteresować. Zwłaszcza jeśli szuka się czegoś więcej, niż tylko radosnego czytadła o strzelaniu i skakaniu po dachach.

Do usłyszenia w przyszłości, może coś napiszę.