Monday, 29 June 2015

Wrocławskie Dni Fantastyki 2015

W dniach 26-28 czerwca we Wrocławiu odbyły się Dni Fantastyki, największa tego typu impreza w tym rejonie. Początkowo nie miałam zamiaru na nią jechać, bo na miejsce mam daleko, pieniędzy brak, ogólnie okoliczności nieszczególnie sprzyjające konwentowaniu. Ale hej, to szczegóły, postanowiłam więc olać przeciwności losu i wybrać się mimo wszystko. I nie żałuję, bo bawiłam się świetnie, udało mi się nawet obłowić ładniej niż na Pyrkonie (co specjalnym osiągnięciem nie jest, noale)

DeeFy okazały się konwentem wcale przyjemnym i raczej sprawnie zorganizowanym. To znacznie bardziej kameralna impreza niż poprzednie, na których byłam, w tym roku zebrało się jakieś dwa i pół tysiąca ludzi. Program był dość zróżnicowany, skupiający się głównie na tematyce fantasy (kto by się tego spodziewał) i naukowej, jednak nie zabrakło bloków związanych z komiksem, grami czy science-fiction. Nie mam nic do zarzucenia organizacji, wszystko odbywało się tak, jak można by tego oczekiwać, nie widziałam żadnych porażających kolejek czy niedopatrzeń. Mam jednak straszliwie mieszane odczucia co do miejscówki: z jednej strony ten pałacykozamek i otaczający go park jest miejscem idealnym, niezwykle klimatycznym - w końcu gdzie lepiej urządzić gamesrooma, jak nie w zamkowych podziemiach? Niestety, Centrum Kultury "Zamek" mieści się dość daleko od wszelkiej cywilizacji, dojazd jest ograniczony, a prowadząca tam droga ma tendencję do zakorkowywania się, dotarcie na miejsce nie jest więc najłatwiejszą rzeczą. Zdecydowanie wolę konwenty dziejące się tuż obok dworców kolejowych, o. 


W przeciwieństwie do Pyrkonu, na DFach znalazłam sporo czasu na bieganie po prelkach. Udało mi się zaliczyć w sumie jedenaście punktów programu, chociaż oczywiście nie były to wszystkie, jakie miałam w planach.
Nieco spóźniona, ale jednak, trafiłam na "Kobiety w uniwersum Marvela" Michała Wolskiego. Takie spojrzenie na superbohaterki na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat, wcale sympatycznie poprowadzone, podobało mi się, mimo że nie dowiedziałam się w sumie niczego nowego. Następnie wybrałam się na konkurs wiedzy o Batmanie "Jeden z dziesięciu Robinów" prowadzony przez Marka Kamińskiego. Nie byłam przekonana co do brania udziału, ale postanowiłam spróbować - i cóż, zajęłam pierwsze miejsce. Wygrałam animację DC na DVD i trochę konwentowej waluty do wymienienia na jakieś pierdółki, co było bardzo miłym początkiem konwentu. Tego samego dnia załapałam się jeszcze tylko na "XIX-wieczne CSI" Anety Jadowskiej. Prelka prowadzona zwidocznym entuzjazmem i dawką humoru, ale ponoć pod względem przytoczonych informacji nie było to nic specjalnego.
Następnego dnia przegapiłam kilka wcześniejszych punktów programu (wspomniane wcześniej korki), dotarłam dopiero na "Kobieta to jakby pół mężczyzny - o pojedynkach w średniowieczu i okolicach" Jakuba Prokopa. Temat całkiem interesujący, ale samo wystąpienie strasznie chaotyczne i mało porywające. A szkoda, bo mogło wyjść znacznie lepiej. Zaraz po tym trafiłam na "Kaziu de Bubu - wpływ imienia na charakter postaci fikcyjnej" Dagi Antic. Przyciągnęła mnie ta druga część tytułu, przez co ogromnie się zawiodłam - okazało się bowiem, że nie będzie to wcale rzecz o imionach, a o serii lalek tworzonych przez prelegentkę. Same twory uznałam zresztą za wybitnie szpetne, więc niestety, nawet sympatyczna prowadząca nie mogła zrobić z tego panelu niczego ciekawego. Na szczęście po tym znalazłam się na "Wojna naprawdę w chuj Wielka" Michała Gołkowskiego, czyli cudowną prelekcję o pierwszej wojnie światowej. Dowiedziałam się mnóstwa nowych rzeczy, a całość była tak dobrze przygotowana i podana w takiej formie, że chętnie wybrałabym się na to jeszcze raz czy dwa. Mam też mocne postanowienie zakupić książkę Michała, "Stalowe Szczury: Błoto" przy pierwszej nadarzającej się okazji. Sobotę zakończyłam konkursem cosplayu. Był dość krótki, bo i cosplayerów nie było zbyt wielu, większość stała jednak na całkiem wysokim poziomie i oglądało je się przyjemnie. Mniej przyjemnie słuchało się konferansjera, który chyba postawił sobie za punkt honoru zdenerwowanie każdej osoby na widowni.
W niedzielę program ograniczał się do pięciu godzin, z których ja spędziłam cztery w podziemiach, na czterech ostatnich prelkach. Pierwsza, "Tajemnica "Ripper Street", czyli o wtórności seriali" (tak, wiem, że cudzysłów w cudzysłowie robi się inaczej, ale jakoś zawsze mnie to boli w oczy, Mniejsza z tym), była bardzo dobrze przygotowana i ciekawa, ale niestety, skupiała się na serialu, który znały ledwie dwie osoby z widowni (w tym ja), publiki więc nie porwała. Następne było "Ile jest Batmana w "Gotham"?", Marka Kamińskiego czyli jedna z prelek, które przegapiłam na Pyrkonie. Sympatyczna rzecz, z ciekawymi uwagami i odpowiednio dużą dawką humoru. Zaraz po tym Kobalamina przygotowała prelekcję "Po co nam wojny, skoro mamy epidemie" - naprawdę interesująca i zaskakująco przystępna rzecz, taka urocza toplista największych plag w historii ludzkości. Ostatni znów był Marek, tym razem z panelem "Wysyp superhero-seriali DC Comics". Wypadł nieźle, widownia była nawet całkiem aktywna, więc było czego słuchać.
I to by było na tyle. Uważam to za całkiem sporą ilość punktów, większość oceniam wysoko, ogólnie pod tym względem jestem z DeeFów zdecydowanie zadowolona. Trochę żałuję, że nie miałam okazji na żadne nocne siedzenie w gamesroomie, ale niestety, zmusiły mnie do tego warunki. Tak czy inaczej, realizację programu zaliczam na plus.


I w końcu najprzyjemniejsza część, czyli przywiezione znajdźki. Ich ilość nie powala, ale uważam, że to całkiem ładny zbiór. Zwłaszcza, że nie wydałam na to aż tak dużo.
Dwie książki: pierwszy tom "Kronik Amberu" Rogera Zelazny'ego i "Krokodylowa skała" Luciusa Sheparda. Pierwsze dostałam za wygrane na konkursie konwentowe pieniądze, uważam to za najlepiej wydane kupony evah. O serii słyszałam wiele dobrego, więc widok tej cegły pośród sklepikowych nagród strasznie mnie ucieszył. Szczególnie, że pozostałe fanty jakoś nie powalały. Drugi tytuł znalazłam na stoisku Tak Czytam, za powalającą cenę ośmiu złociszy. Podobno warte przeczytania, a jeśli nie, to chociaż nie będzie mi szczególnie szkoda wydanych pieniędzy. 
Nagrody z loterii. Bardzo lubię takie konwentowe loterie, i chociaż przyznaję, większość z nich zostawia człowieka z cukierkiem i uczuciem bolesnej przegranej, to niekiedy można zgarnąć na nich wcale wartościowe rzeczy. Mi, jak zwykle, nie udało się i zamiast tego zdobyłam takie oto pierdółki - pięć złotych każda. Są to jednak pierdółki wyjątkowo ładne: dwie pokemonowe przypinki, jedna z dodatkiem Star Warsów, czyli samo dobro. Śliczne kolczyki gwiezdnowojenne uznałabym za świetną wygraną, gdybym tylko miała przebite uszy. Do tego dwie zakładki, jedna z Punisherem, druga z Ultronem (komiksowym, bez tych dziwnych brwi). Najlepsze, jakie udało mi się znaleźć, bo większość była utrzymana w tematyce mangowej - takie stoisko, znaczna część fantów jest tam związana z anime lub LoLem, z tych dwóch marvelowskich papierków jestem więc nawet zadowolona. Chociaż tu znów pojawia się taki problem, że ja nie używam zakładek do książek, ale to już szczegóły. Ogólnie uważam to za całkiem miłe fanty (szczególnie tego pina z Bulbasaurem i Squirtlem - jest przeuroczy). 
Mój ulubiony zakup: poduszka z Flashem. Na stoisku, o którym wspominałam wyżej, tym od zakładkowo-przypinkowej loterii (damn, widzę to stoisko na każdym konwencie, ale za Chiny Ludowe nie powiem, jak się nazywa. Czy ono w ogóle ma nazwę? Czemu jej nie znam? Ughh.), mają takich małych poduszek całe milijony, w tym kilka z motywem superbohaterskim - większość wygląda podobnie do tej, widziałam Green Lanterna i Supermana w tym samym stylu. Czaiłam się na którąś z nich już od dawna, teraz w końcu postanowiłam jedną zdobyć. Wybór padł na Flasha, bo to jeden z moich najulubieńszych bohaterów. 
A to nagroda konkursowa. Wciąż w folii, leży i czeka na swoje przeznaczenie - obejrzenie i zreckanie. Przypuszczam, że będzie to zreckanie dość brutalne, bo film zapowiada się marnie. Ale cóż, zobaczy się. I tak ogromnie się cieszę, że ja zdobyłam - pałam wielką, bezwarunkową miłością do rzeczy, które dostaję za darmo. 

Idę dalej odsypiać. 
Na dniach (mam nadzieję) pojawi się recenzja pewnego komiksu (tak, wiem, ostatnio to głównie komiksy były...), ale zaraz po tym mam zamiar dokończyć jakąś inną notkę ze szkiców, będzie to więc albo serial, albo film. Tak czy inaczej, stay tuned. 
Also, standardowo: zapraszam do krytykowania, dzielenia się opiniami i tak dalej. 

Friday, 26 June 2015

Stosik #4

Taki szybki stosik ze zdobyczami ostatnich miesięcy. Niezbyt okazały, bo ostatnie miesiące były dla mnie okresem ograniczonych wydatków i wzmożonego chomikowania pieniędzy - zbierałam na swój pierwszy tatuaż. Udało mi się uciułać wymaganą sumkę, za jakiś miesiąc będę więc mogła pochwalić się zdjęciami, jednak fakt faktem, że negatywnie wpłynęło to na moje książkowe polowania. Będzie więc dość krótko, czegoś większego będzie się można spodziewać (mam nadzieję) dopiero za miesiąc czy dwa.




Zacznę od książek.
  • "Planeta Wygnania" Ursuli Le Guin - trochę wstyd się przyznać, ale moja znajomość z Le Guin ogranicza się wyłącznie do przeczytanego milijon lat temu "Ziemiomorza". Cały czas zbieram się, żeby to nadrobić i zapoznać się też z innymi jej dziełami, ale idzie mi kiepsko. Książkę widoczną na zdjęciu dorwałam po taniości w księgarni i wzięłam w ciemno. Tak ciemno, że dopiero po powrocie do domu odkryłam, że to druga część jakiejś serii. Teraz zaczynam czaić się na pierwszą, może kiedyś wpadnie mi w ręce. 
  • "Księga jesiennych demonów" Jarosława Grzędowicza - jeden z nabytków pyrkonowych. Bardzo ładna rzecz, treść też wydaje się całkiem przyjemna, tak po przeczytaniu paru pierwszych opowiadań. 
  • "Samotnie", "Miłość i sen", "Demonomania" (cykl Ægipt) Johna Crowleya - seria, jak i inne książki tego autora, przykuły moją uwagę na zeszłorocznym Pyrkonie, na którym to leżały na stoisku książkowym, wyglądając ślicznie i całkiem zachęcająco (okultyzmy i teorie spiskowe, czego tu nie lubić). To samo robiły na kolejnym konwencie, jaki odwiedziłam, oraz na jeszcze następnym, wciąż jednak odrzucała mnie cena. Wtem! odwiedziłam moją ulubioną księgarnię i zobaczyłam całą trylogię - 12 złociszy za tom. Musiałam wziąć. Deal życia.
  • Trylogia Ciągu Williama Gibsona - kolejny zakup pyrkonowy, z którego jestem w dodatku ogromnie zadowolona. Wciąż nie zaczęłam czytać, muszę się w końcu za to zabrać. 
  • "Kobiety dyktatorów" Diane Ducret, część pierwsza i druga - od dawno miałam to w planach. Zapowiadało się jak pasjonująca lektura, szczególnie że temat bardzo mnie interesujący. Niestety, nie do końca wyszło. Za sobą mam na razie większość tomu pierwszego, i zdecydowanie nie była to szczególnie porywająca lektura. Jakoś tak nużąco to wszystko opisane, nieco się pod tym względem zawiodłam. Boli mnie to tym bardziej, że przy zakupie stanęłam przed dylematem, czy wybrać to, czy ostatni tom "Dzienników" Goebbelsa, i teraz trochę żałuję wyboru.

                             

Z komiksami jest jeszcze ubożej. Wyglądałoby to lepiej, gdyby dołożyła jeszcze dwa starwarsowe komiksy z Pyrkonu, ale zapomniałam o nich, a jestem zbyt leniwa, żeby powtarzać zdjęcie. W każdym razie, poza tymi nieobecnymi udało mi się zdobyć jeszcze:
  • "Divergence" - zeszyt wypuszczony w ramach Dnia Darmowego Komiksu, dorzucony przez Multiversum do mojego zamówienia. Bardzo miła niespodzianka. 
  • "Sunstone" vol 2 - który planowałam nabyć już szmat czasu temu, ale jakoś nie wyszło. Wpadł w moje łapki dopiero niedawno, ale i tak ogromnie cieszy. Wciąż mam spory problem z tą okładką, ale poza tym - cudo. Zamówiony z wyżej zalinkowanego sklepu, który szczerze polecam każdemu szukającego komiksów. Szczególnie ładnie zapakowanych, szybko wysyłanych komiksów i niedrogich komiksów. Zapraszam też do recki, jeśli ktoś przegapił. 
  • "Lis" #2 - otrzymany od wydawnictwa Sol Invictus, mój pierwszy własnoręcznie wyżebrany komiks. Prawdziwy kamień milowy w historii bloga, kolejnym będzie pierwsza recenzencka książka. Obok link do recki, zapraszam. 

Ogółem stosik nie powala, wiem, ale przynajmniej ładnie wygląda na zdjęciu. Ja zmierzam teraz na wrocławskie Dni Fantastyki, mam nadzieję, że tam uda mi się zdobyć jakieś czytadła. Najlepiej darmowe, o, muszę wypatrywać konkursów. 
Tymczasem - dziękuję za uwagę, zapraszam do komciania i tak dalej. Za parę dni można spodziewać się notki pokonwentowej, stay tuned. 

Tuesday, 23 June 2015

Recenzja "Lisa" #2

Ze sporym poślizgiem (jak zwykle), ale jest. Drugi numer "Lisa" miałam w planach zdobyć już dawno temu, ale [tu wstaw sensowną wymówkę], więc mogłam zabrać się za to dopiero teraz. Sam komiks otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Sol Invictus, co oznacza, że oficjalnie Sprzedałam Się™, a mój blog został Komerchą™. Uważam to za bardzo ważny krok w mojej pseudoblogerskiej pseudokarierze, kolejnym będzie wyprzedawanie pozytywnych recenzji za ciastka. Czy coś.  
Opinia o pierwszym numerze wisi tutaj.


"Lis" to komiks w klimatach superbohaterskich. Opowiada o młodym Polaku, Gabrielu Majewskim, który powraca do rodzinnego kraju z emigracji, wzbogacony o zestaw supermocy i doświadczenie w wykradaniu cennych przedmiotów. Ma zamiar wykorzystać obie te rzeczy w rozwijaniu swojej złodziejskiej kariery w Warszawie, na jego drodze staje jednak samozwańczy obrońca miasta, Strażnik, specjalizujący się w pacyfikacji zarówno zbrodniarzy, jak i całkiem niewinnych ludzi.
Pierwszy numer poświęcony został w znacznej części backstory głównego bohatera, poznajemy w nim też zarys głównego problemu, jakim niewątpliwie jest supersilny furiat bijący ludzi na ulicach. Problem, z początku dość odległy, zwraca uwagę Lisa w brutalny sposób - zaplanowany przez niego skok zostaje bowiem przerwany przez niespodziewane pojawienie się Strażnika. Przez cały drugi zeszyt mamy możliwość oglądać walkę obu postaci, okraszone charakterystycznym tłem superbohaterskich pojedynków: wewnętrznymi monologami, mniej lub bardziej zabawnymi one-linerami oraz niszczeniem mienia publicznego. Poza tym dostajemy kolejną porcję retrospekcji wyjaśniających originy bohaterów. 

Jak można się spodziewać, zeszyt przepakowany jest akcją. Starcie złodzieja i "obrońcy" jest świetnie rozegrane, nie polega wyłącznie na okładaniu się pięściami czy rzucaniu o ściany, co zresztą byłoby raczej nudne i nie miałoby większego sensu - w bezpośredniej walce zabójcza góra mięśni, jaką jest Strażnik nie miałaby prawdopodobnie większego problemu z pokonaniem takiego chucherka (z supermocami, ale jednak) jak Lis. Zamiast tego dostajemy liczne uniki, uciekanie, ukrywanie się i atakowanie z zaskoczenia, czyli wszystkie sposoby, na które postać tego typu może zdobyć przewagę nad przeciwnikiem. Wszystko to wypada bardzo ładnie i dynamicznie. Żeby nam się nie nudziło, cały pojedynek jest komentowany przez Gabriela - częściowo wewnętrznie, częściowo nie - grunt, że protagonista gadać najwyraźniej lubi i nie ma zamiaru powstrzymywać się przed tym nawet w czasie obijania ludzi młotem (tak bajdełej, to ten młot jest super, mam cichą nadzieję, że Lis zatrzyma go na dłużej. Superbohaterowie z wielkimi młotami do obijania ludzi są osom, świat potrzebuje ich więcej). Mamy trochę rzucanych w biegu żartów, które świetnie wpasowują się w portret naszego superzłodzieja, ale są tu też poważniejsze dylematy w stylu "uciekać czy bohaterzyć?". 
Końcówka numeru poświęcona jest wspomnieniu z londyńskiej placówki, w której to moce zdobył Lis - dowiadujemy się paru nowych informacji na temat Strażnika, zarysowana zostaje też jakaś większa intryga sięgająca znacznie wyżej, niż można by się spodziewać (z tymi tajemniczymi intrygami to zawsze tak bywa w sumie). Całość jest naprawdę dobrze poprowadzona, wciągająca i zachęcająca do sięgnięcia po kolejny zeszyt. 

"Lis" stoi jak na razie właściwie dwójką bohaterów - zarówno w tym numerze, jak i w poprzednim pojawiło się co prawda parę dodatkowych postaci, ale większości nie poświęcono zbyt wiele uwagi, ot tyle, żeby nie byli zbyt anonimowi. Z tego grona nieco wyróżnia się osoba odpowiedzialna za otrzymanie przez Gabriela mocy, ale nie w znacznym stopniu. Co do naszych głównych bohaterów, sprawdzają się idealnie. Lis należy do jednego z moich ulubionych typów postaci komiksowych, takie bohatera, który właściwie wcale nie planował żadnego bycia bohaterem, ale jakoś skończył ratując ludzi spod rzucanych przez villainów samochodów. Nie jest krystalicznie czysty, nie przyświeca mu żaden wyższy cel, nie towarzyszy mu też żaden dziwny kompleks typu "to moje miasto i muszę go bronić przed wszystkim". Ot, zwykły chłopak, który robi pożytek ze swoich umiejętności, w międzyczasie próbując się dorobić. Bohater idealny, o. Strażnik jest natomiast jego całkowitym przeciwieństwem, mocno z nim kontrastującym (tak pod względem fizycznym, jak psychicznym). Nie wiemy o nim jeszcze wszystkiego, ale retrospekcje przedstawione w tym numerze rzucają sporo światła na jego postać. 

Co do oprawy graficznej, stoi ona na niezwykle wysokim poziomie i jestem nią zachwycona. Kreska jest dość surowa, szczegółowa w istotnych momentach, ale najczęściej raczej oszczędna i minimalistyczna, zwłaszcza jeśli chodzi o tła. Pozwala to uniknąć niepotrzebnego chaosu, szczególnie w scenach akcji, które są bardzo zdynamizowane i ekspresywne. Największym plusem jest moim zdaniem kolorystyka, ograniczająca się jedynie do paru barw i wszechobecnych cieni, co nadaje taki przyjemny, duszny, mroczny klimat. Całość wygląda ślicznie i naprawdę przyjemnie się na to patrzy. Oby tak dalej, chociaż wydaje mi się, że nie zaszkodziłoby więcej Warszawy w tej Warszawie - skoro bohaterowie bawią się na naszym rodzimym podwórku, można by oczekiwać ciut więcej ujęć miasta, nie tylko ciasnych uliczek czy dachów budynków. Ale to już tylko moje jęczenie. 

Dopełnieniem jest wydanie, naprawdę porządne i ładne, na takim grubym papierze i z całkiem wysokim prawdopodobieństwem przetrwania okresu dłuższego niż parę miesięcy.Komiks ma aż trzy warianty okładkowe, standardowy, niestandardowy i wersję przygotowaną specjalnie dla sklepu yatta. Wszystkie bardzo przypadły mi do gustu, najbardziej ta ze Strażnikiem w roli głównej - ładnie się chłopak prezentuje, serio. 

Nie jestem pewna, do czego właściwie mogłabym się tu doczepić. Drugi "Lis" jest dokładnie tym, czego oczekiwałam po przeczytaniu pierwszego. Raczej kameralna historia sympatycznego bohatera, sporo akcji i walk, jakaś intryga w tle. Ze wszystkiego wywiązuje się idealnie, dostarczając krótkiej, ale przyjemnej rozrywki na poziomie, w przyjemnie amerykańskim stylu (ale z mniejszą ilością dram, co jest oczywiście plusem). Naprawdę mogę z czystym sercem polecić to każdemu fanowi superbohaterskich klimatów. Nie-fanom w sumie też mogę, to może być całkiem dobry start, bez potrzeby zapoznawania się z rozbudowanym uniwersum ani niczym takim. 

I tak oto jest, notka. Na dniach pojawi się pewnie obiecywany już dawno temu stosik, a później może nawet coś sensownego, tak dla odmiany. Kto wie. 
Zapraszam do krytykowania w komentarzach.  

Thursday, 11 June 2015

Recenzja "Sunstone" vol 2

W końcu nadszedł ten piękny dzień, w którym położyłam swoje łapki na drugim tomiku "Sunstone". Zajęło mi to mnóstwo czasu, ale w końcu się udało. Po przeczytaniu pierwszego woluminu wydanego przez Image miałam zamiar doczytać resztę w formie pasków publikowanych na deviantArcie, ale postanowiłam wstrzymać się do momentu, kiedy nabędę wydanie zbiorcze. Do lektury podeszłam więc całkiem na świeżo i po (jak na razie) trzykrotnym przeczytaniu zabieram się za reckanie. 
Tutaj, w razie czego, wisi moja opinia o tomie pierwszym, zapraszam do zapoznania się.


Coby formalnościom stało się zadość: "Sunstone" to obyczajowo-komediowo-romantyczno-erotyczna opowieść o parze młodych kobiet zafascynowanych BDSM - Allison i Lisie. Mamy okazję obserwować ich życie i związek od momentu pierwszego spotkania, wszystko to opowiedziane z perspektywy Lisy, która po latach postanowiła spisać tę historię w formie powieści.

Akcja drugiego tomu rozgrywa się właściwie zaraz po zakończeniu pierwszego i trwa zaledwie dwa dni, większość czasu poświęcając retrospekcjom niż teraźniejszym wydarzeniom (przez "teraźniejsze" rozumiem wydarzenia z opowieści Lisy - wypada to nieco pokrętnie, kiedy ma się do czynienia z taką opowieścepcją). Bohaterki znają się dopiero parę tygodni i właśnie spędzają wspólny weekend, kiedy zostają zaproszone do odwiedzanego przez ich znajomych bedesemowego klubu. Lisa widzi to jako pierwszą w życiu okazję do spotkania ludzi podobnych do niej, dla Ally oznacza to konfrontację z bolesnymi wydarzeniami z przeszłości - przez to wyjście szybko okazuje się być idealną okazją do porozmawiania na wcześniej unikane tematy, na tym też skupia się większa część komiksu.
No i tak, to cała fabuła tego tomu. Uważam to za swego rodzaju osiągnięcie fakt, że Sejic jest w stanie napisać stu stronicowy komiks, w którym nie dzieje się absolutnie nic, a który jednak wciąga i nie nudzi. Udaje mu się też zawrzeć tu treści, dzięki czemu oprócz prezentowaniu ładnych lateksowych strojów na równie ładnych paniach dostajemy tu też krótkie spojrzenie na relację bohaterek z innymi ludźmi, a także bardziej przyziemne (no, w każdym razie te niezwiązane ze związywaniem się nawzajem) aspekty ich związku i, wspomniane wcześniej, retrospekcje - ponad połowa tego rozdziału poświęcona jest wspominkom Ally na temat jej pierwszych doświadczeń z BDSM i innych powiązanych z tym wydarzeń z przeszłości.
Całość wypada bardzo ładnie i zgrabnie, bez dłużyzn, ani bez niepotrzebnego pośpiechu. Przedstawiona historia jest strasznie krótka, ale zawiera w sobie całkiem sporo informacji istotnych zarówno dla bohaterów, ich relacji, jak i dalszej fabuły. Pod tym względem przypadł mi do gustu bardziej niż poprzedni rozdział.

Ten tom zdecydowanie wygrywa z pierwszym też pod względem bohaterów. W jedynce mieliśmy do czynienia właściwie wyłącznie z trzema bohaterami: Lisą, Allison i Alanem, przyjacielem tej drugiej. Tutaj grono to znacznie się powiększa, a to za sprawą grupy znajomych, dzielących zainteresowania z naszymi protagonistkami: współpracownika Alana, jego siostry z mężem oraz pary prowadzącej wspomniany wcześniej klub. Fun fact: dwie osoby z tej grupy są rude, co daje nam łącznie czwórkę. Czwórkę. Dodajcie do tego, że trójka z nich ma dłuższe włosy i cóż, powitajcie spore problemy z rozpoznawaniem postaci na rysunkach. Nie mamy okazji poznać zbyt dobrze wszystkich tych osób, ale ich sylwetki zostały już z grubsza nakreślone i pewnie zostaną rozwinięte w kolejnych rozdziałach. Zresztą, jak na razie i tak wypadają całkiem sympatycznie i stanowią ładne tło dla pary głównych bohaterek. One same wciąż pozostają największymi plusami tego komiksu - ujmująco ludzkie, z wadami, zaletami, z realnymi i naturalnymi zachowaniami i emocjami. W tym rozdziale mamy okazje poznać je nieco lepiej niż w poprzednim - zwłaszcza Allison, o której przeszłości sporo się tu dowiadujemy.

Pomijając nawet wszystko inne, "Sunstone" czyta się naprawdę cudownie. Sejic pisze z właściwym sobie humorem, lekkością, wplatając gdzieniegdzie jakieś nawiązania i utrzymując całość w przyjemnie nerdowskim klimacie. Podoba mi się sposób narracji i fakt, że jest jej tu tak dużo - cały czas można mieć wrażenie, że słuchamy snutej przez kogoś opowieści. Niektórych może irytować dość często powtarzane wyjaśnienia na temat tego, czym właściwie jest BDSM, wydające się momentami zbędną ekspozycją, ale wydaje mi się to całkiem uzasadnione i nie aż tak nadużywane.

Oprawa graficzna historii jest, oczywiście, cudowna. Naprawdę uwielbiam kreskę Stjepana, jest absolutnie prześliczna. Wciąż zdarzają się jakieś niedociągnięcia, mam na przykład spory problem z proporcjami postaci na okładce czy w samym komiksie. Do tego dochodzą nosy, które często wydają się być całkiem nieobecne czy nieco przerysowane miny bohaterów - jednak widać, że twórca nad tym pracuje i stara się to poprawiać. Dla porównania przejrzałam sobie trochę starszych pasków z deviantArta i widzę znaczącą różnicę - Sejic sam pisze, pod koniec tego tomu, jak to postanowił pozmieniać sporą cześć rysunków przed wydaniem. żeby efekt końcowy był jak najlepszy. Jakość rysunków to nie jedyne, co odróżnia ten tomik od internetowego komiksu: mamy tu też całą masę wizualnych smaczków w postaci choćby oryginalnych dymków na tekst, czy tematycznych ozdobników na niektórych stronach. Po zakończeniu historii dostajemy też małą (za małą!) galerię rysunków ze strojami projektowanymi przez Alana.

"Sunstone" nie jest bez wad, ale jeśli szukacie przyjemnej, ciepłej, kameralnej historii z przesympatycznymi postaciami, ujmującym wątkiem romantycznym i sporą dawką humoru - to idealny wybór. Wiele osób może odstraszać specyficzna tematyka (napisałabym, że sama na początku tak do tego podchodziłam, ale to nieprawda, po prostu nie przykułam do tego żadnej uwagi), ale warto się przemóc i chociaż spróbować dostępnych w internetach pasków. Mimo że BDSM jest bardzo istotny dla całej historii i skłamałabym pisząc, że można łatwo zignorować ten motyw (nie można, wierzcie mi), to jest to tak ładnie przedstawione, że przezwyciężenie niechęci nie powinno być zbyt trudne.

Jest wybitnie krótko i, jak zwykle, bez sensu, ładu i składu, a w dodatku pisało mi się to strasznie ciężko. Chyba muszę przestać reckować dobre rzeczy, o tych słabych pisze się znacznie szybciej i łatwiej.
Krytykę przyjmuję w komciach, z góry dziękuję. 

Tuesday, 2 June 2015

Recenzja "Sons of the Devil" #1 i "Material" #1

Ostatnio strasznie zaniedbałam czytanie komiksów od Image, ograniczając się właściwie tylko do paru serii, i teraz chciałam się za to pokajać. Przejrzałam ostatnio wydane rzeczy i natrafiłam na dna tytuły, które wydały mi się mniej lub bardziej interesujące, a które dopiero się rozpoczynają, i postanowiłam powiedzieć o nich parę słów.

Oba komiksy rzuciły mi się w oczy na stronie IC i przykuły moją uwagę w najprostszy możliwy sposób: spodobały mi się okładki. Znaczy, "spodobały" nie jest może idealnym słowem - pierwsza miło skojarzyła mi się z postacią z jednej gry, drugą uznałam za tak nijaką i mało oryginalną, że aż musiałam zobaczyć, co się pod nią kryje. Tak trafiłam na "Sons of the Devil" i "Material".


Pierwszy numer "Sons of the Devil" wywarł na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Seria jest określona jako psychologiczny horror, a opowiada o chłopaku, który odkrywa, że jego rodzina powiązana jest z tajemniczym, krwawym kultem. Reklamowana jest jako połączenie "True Detective" i "Orphan Black", co na ten moment uważam za nieszczególnie trafne, jak zresztą większość tego typu porównań. Za scenariusz odpowiada Brian Buccellato, którego kojarzę z jego pracy przy "Flashu" z New 52, uwielbianym przeze mnie "Injustice" i "Hellblazerze", jego nazwisko nastawiło mnie więc do całości raczej optymistycznie; rysunki tworzył Toni Infante, którego co prawda znikąd nie znałam, ale strasznie spodobały mi się jego prace, które przejrzałam w internetach. Wszystko to złożyło się na dość wysokie oczekiwania, którym pierwszy zeszyt zdołał podołać - a przynajmniej udało mu się zainteresować mnie na tyle, żebym sięgnęła po kolejne numery. Komiks ma przyjemną, kameralną atmosferę; dzieje się w nim sporo, ale nie jest przeładowany akcją, zgrabnie przedstawia wątki (czy raczej wątek, nie ma ich tu wiele), dużo czasu poświęca postaciom. Najwięcej, oczywiście, przypada głównemu bohaterowi, Travisowi - młodemu facetowi, wychowanemu w domach zastępczych, który właśnie staje przed możliwością odnalezienia kogoś ze swojej biologicznej rodziny. W międzyczasie popada w pewne problemy z prawem, a także stara się ratować swój związek z pewną dziewczyną. Wszystko to jest ze sobą powiązane i tworzy to ładną całość, nic nie wydaje się dodane na siłę. Sam Travis zapowiada się na interesującego bohatera z krwi i kości, charakterną, ale łatwo dającą się lubić - ja zapałałam do niego ogromną sympatią już na samym początku komiksu, ale cóż, mam słabość do nieprzyjemnych w odbiorze postaci ze soft spotem dla zwierząt, mogę się z nimi łatwo utożsamiać (bohater gadający do swojego psa to dobry bohater, ot). Nie wiem jeszcze, co sądzić o tym całym kulcie, który najwyraźniej będzie odgrywał tu jakąś istotną rolę, bo na razie pokazano go tylko przez ułamek sekundy, ale zapowiada się on całkiem intrygująco. Ogółem cały pierwszy numer wypada bardzo zachęcająco i sprawia, że mam ochotę na więcej. Ma ciekawego protagonistę, zajmujący klimat, całkiem nieźle zarysowaną intrygę i cudowną oprawę graficzną (chociaż to ostatnie to kwestia sporna, widziałam sporo krytyki co do kreski Infante, ale to chyba normalne).


"Material" przypadł mi do gustu znacznie mniej. Z opisu na stronie Image nie idzie wywnioskować zbyt dużo, poza tym, że mamy tu do czynienia z paroma różnymi historiami, połączonymi ze sobą w jakiś sposób. Określiłabym to jako obyczajówkę łamaną przez psychologiczne coś, momentami zahaczające o kwestie okołofilozoficzne. Komiks jest pisany przez Alesa Kota, którego znam tylko z paru polecanek oraz czterech numerów "Suicide Squadu", które uważam za raczej marne - nie nastawiło mnie to zbyt pozytywnie. Za oprawę graficzną odpowiada Will Tempest, którego styl uważam za wyjątkowo szpetny, chociaż przyznaję, że takie minimalistyczne maziaje całkiem nieźle pasują do treści. Fabuła skupia się, jak już wspomniałam, na kilku różnych historiach kilku różnych postaci. Mamy tu aktorkę, której kariera leży obok niej w rynsztoku, a która zupełnie niespodziewanie dostaje ofertę życia i ma zagrać jakąś sporą rolę. Mamy mężczyznę przetrzymywanego w Guantanamo, który wychodzi na wolność ze sporymi szramami na psychice. Mamy chłopca, który wziął udział w demonstracji podczas zamieszek po tragedii w Ferguson. W końcu mamy filozofa, którego przekonania zostają wystawiona na próbę, kiedy kontaktuje się z nim sztuczna inteligencja. Wątki te nie łączą się ze sobą w żaden widoczny sposób, co więcej, sprawiają wrażenie wyciągniętych z całkiem innych światów. Zakładam, że taki był zamiar twórców, nieszczególnie jednak on do mnie przemawia i wydaje się dość dziwny. Postacie, które poznajemy w tych opowieściach pozostają w większości nienazwane, wydają się być raczej narzędziami potrzebnymi do zrealizowania pewnego pomysłu, niż bohaterami historii, podobnie zresztą rozgrywające się tu wydarzenia. Całość jest tu tylko punktem wyjścia do rozważań na temat problemów społecznych i kondycji ludzkości. Moim zdaniem wychodzi to dość topornie i mało subtelnie, ale większość opinii z jakimi miałam okazję się zetknąć bardzo chwalą ten aspekt, więc może to tylko moja dziwna opinia. Tak ogólnie mówiąc, twórca widocznie nie boi się sięgać po kontrowersyjne i ciężkie tematy, a pierwszy zeszyt serii może zaintrygować czytelnika zarówno tematyką, jak i specyficznym wykonaniem. Mnie osobiście spodobał się tylko jeden wątek, ale nie w takim stopniu, żeby chcieć sięgnąć po kolejne numery. Niemniej uważam, że osoby lubujące się w nieco niestandardowych historiach mogą być zadowolone z lektury - nie mogę odmówić temu komiksowi pomysłu czy ciekawego wykonania.

Dwie okładki spokojnie wystarczyły by jako ilustracje do tego wpisu, ale musiałam wstawić tu ten panel.
Podsumowując, zarówno "Sons of the Devil", jak i "Material" to tytuły warte zapoznania się z nimi. Ten pierwszy zapowiada się na naprawdę interesującą, klimatyczną serię w przyjemnie horrorowej atmosferze, drugi porusza dość trudne kwestie i podaje je w całkiem oryginalnym opakowaniu, co prawda nie tak ładnym, jak można by mieć nadzieję. Moja przygoda z "Sons..." zdecydowanie nie skończy się na pierwszym numerze, mam zamiar czaić się na kolejne zeszyty lub pierwsze dostępne wydanie zbiorcze. "Material" nie przykuł mojej uwagi w takim stopniu, ale przyznam, że jestem całkiem ciekawa, co wyjdzie z tej serii. Na razie ograniczę się jedynie do poczytywania recenzji w internetach, może jeszcze kiedyś sięgnę po któryś numer. 

W niedalekiej przyszłości przewiduję większe ilości Image Comics, tylko w znacznie milszym wydaniu. Poza tym będzie o paru filmach, bo w sumie obiecałam "Mad Maxa" i czasem wypadałaby dotrzymać słowa. Miało być jeszcze o paru książkach, ale dopadł mnie taki okropny zastój, że nic mi nie chce wejść. Ech. 
Enyłej, dziękuję za uwagę, zapraszam do komentowania i innych takich rzeczy.