Monday, 17 April 2017

Złe, co się dobrze kończy - recenzja "Logana"

Może wróciłam. Jeszcze nie wiem.

by mintmovi3

Bardzo podoba mi się moda na kino superbohaterskie i fakt, że co roku do kin wchodzi pół tysiąca produkcji o tej tematyce, oferujących względnie sporą różnorodność gatunków i klimatu. Inna rzecz, że same filmy nie podobają mi się wcale – z wyjątkiem jednego czy dwóch, wszystkie te premiery robią na mnie wybitnie marne wrażenie. Może jestem znudzona schematycznością, może to coś innego – grunt, że na filmy superhero od dawna już chodzę bez większych nadziei.

Przy okazji „Logana” nadzieje te na samym początku nie były nawet niewielkie – one właściwie nie istniały. Oglądałam dwie poprzednie części rosomakowej trylogii i nie wspominam ich miło (jednej w ogóle nie wspominam, bo staram się udawać, że nie wiem o jej istnieniu), widziałam też ostatni film z serii „X-Men” i chociaż bawiłam się nieźle, to chyba nawet pod groźbą tortur nie mogłabym określić go żadnym pozytywnym przymiotnikiem. Przez długi czas nie wierzyłam, że najnowsza produkcja – podobno zamykająca historię Wolverine'a – może być czymś dobrym. Pierwsze zapowiedzi, zdjęcia wrzucane na oficjalnego Instagrama i trailer stopniowo podlewały jednak ukrytą w moim serduszku nadzieję, że oto jednak film, który miło mnie zaskoczy. Internetowe recenzje i opinie znajomych obiecywały naprawdę sporo.

Mam wiele nieuporządkowanych uwag. Ten tekst to z jednej strony sposób na złożenie ich w sensowną całość, z drugiej – pretekst do wylania z siebie tego, co akurat pamiętam.

Historia przedstawiona w „Loganie” ma w sobie wiele z westernu, skojarzenie z tym gatunkiem podsycane jest to dodatkowo estetyką, która momentami aż się prosi o nałożenie wszystkim postaciom kapeluszy na głowy i wstawienie na dalszym planie turlającego się cicho chwastokłębka. Nasz samotny już-dawno-nie-bohater decyduje się, mniej lub bardziej wbrew sobie, podjąć nadzwyczaj heroiczną misję. Wiedzie go ona przez pustynie, lasy, pola kukurydzy i całe morza przeciwników, którym nikt nie powiedział, że nie zadziera się ze wściekłym człowiekiem ze szponami z adamantium – a z dwoma tym bardziej. Nietrudno się domyślić, gdzie ta droga prowadzi – fabuła nie zaskakuje zbyt często i wciąż trzyma się pewnych schematów, ale trudno poczytać to jako wadę, kiedy widzi się, jak zgrabnie w tych wytyczonych ramach gra.

Zresztą, na tle hektolitrów krwi i dziesiątek przebijanych czaszek oglądamy relacje i przeżycia trójki głównych bohaterów, i to one, bardziej niż sama historia, są głównym elementem filmu. Uważam to skupienie się na nich za jedną z najlepszych decyzji twórców, ponieważ oglądanie interakcji Logana, Charlesa i Laury to czysta – choć momentami masochistyczna – przyjemność. Cała trójka została napisana fenomenalnie, głębią przebijając większość dotychczasowych charakterów kina superbohaterskiego niczym Rów Mariański przebija Żuławy Wiślane.
Wolverine jest zmęczony przedłużającym się w nieskończoność życiem i ciągłym zapijaniem smutku, żalu i przeszłości. Kategoria wiekowa filmu robi swoje, dzięki czemu Logan jest znacznie bardziej komiksowy, niż w poprzednich filmach: widzimy go tu jako niebezpiecznego, agresywnego i unikającego relacji, co w połączeniu z faktem, że jest już stary i nie ledwo trzyma się w jednym kawałku, daje nam dość nietypowego protagonistę.
Oglądanie Charlesa Xaviera nie w roli pełnego nadziei i ideałów mentora, ale pozbawionego złudzeń starca, świadomego tego, że jego życiowa misja zakończyła się niepowodzeniem, ma w sobie coś niezwykle bolesnego. Jednocześnie jest to świetne pole do popisu dla Patricka Stewarta, który ma tu więcej do grania, niż w większości poprzednich filmów z serii – i sprawdza się w tym fenomenalnie.
Laura to zgrabne użycie znanego i lubianego przez gatunek tropu, opakowane w naprawdę zjawiskową grę aktorską młodziutkiej (dwunastoletniej!) Dafne Keen, która doskonale oddała odpowiednio zblazowanym wyrazem pyszczka całą dzikość i specyfikę bohaterki.

Ogromnie podoba mi się, jak bardzo film ten odsuwa się od poprzednich produkcji z serii, jednocześnie opierając na nich jeden ze swoich najistotniejszych elementów. Z jednej strony dostajemy świat różniący się diametralnie od tego, który pamiętamy z wcześniejszych części, nietłumaczący w żaden sposób, co doprowadziło do takiego stanu rzeczy. Nie wspomina się tu konkretnych wydarzeń z przeszłości, nie ma tu topornych mrugnięć okiem do fanów czy występów gościnnych znanych postaci. Z drugiej strony, bez wszystkich tych poprzednich produkcji, „Logan” nie miałby sensu. Gdybyśmy nie znali Hugh Jackmana jako Wolverine'a już od siedemnastu lat, jego ostatni występ nie zrobiłby takiego wrażenia – to samo tyczy się Patricka Stewarta jako Charlesa Xaviera. Ładunek emocjonalny filmu jest w znacznej mierze oparty na tym sentymencie. Już od czasu ogłoszenia obsady można było się domyślić, że „Logan” będzie swego rodzaju pożegnaniem. I był. Pożegnaniem, które niejednemu widzowi obecnemu na sali kinowej wycisnęło łzy z oczu. I chociaż mi udało się nie wzruszyć aż tak mocno na samym seansie, to niedługo po wyjściu zdołałam to nadrobić.

„Logan” nie jest oczywiście filmem idealnym. Pojawia się w nim sporo scenariuszowych głupotek, widocznych ingerencji imperatywu oraz klisz. Czy znacznie przeszkadzają i obniżają jakość rozrywki czerpanej z oglądania? Nah. Antagoniści, jak to ostatnio często bywa, są bardzo miałcy – nie jest to jednak mocno widoczne, jako że i tak są przyćmiewani przez cudowne postacie protagonistów. W zasłanianiu niedociągnięć pomagają też cudowne sceny akcji, obrzydliwie śliczne choreografie walk, ładne ujęcia, miły soundtrack i genialne dialogi. I pewnie jeszcze parę szczegółów.
Dla mnie zdecydowanie było to najmilsze zaskoczenie ostatnich dziesięcioleci. I najlepszy film o komiksowych herosach od lat. I jedyny spośród nich, który zrobił na mnie takie wrażenie – od tysiącleci.

Podsumowując? Proszę zatrzymać aktualne produkcje, wykreślić z rozpisek planowane tytuły, pozamykać wytwórnie. Nie potrzebuję kolejnych filmów superbohaterskich, „Logan” je wszystkie zakończył.

The end, brak sceny po napisach.

No comments:

Post a Comment