O zaletach Nowej Trylogii "Star Wars"

Już za moment odbędzie się premiera siódmego epizodu serii "Star Wars", początek trzeciej trylogii. Uznałam to za idealny moment, żeby napisać Kontrowersyjną Notkę, w której przyjrzę się poprzednim trzem filmom - owianym złą sławą częściom I-III. Postanowiłam podjąć się trudnego zadania wymienienia tego, co jest w tych filmach, uwaga, DOBRE. Wiem, to szokujące i niespotykane, ale zaczekajcie, nie obrażajcie mnie w komciach tak od razu. 



Już na wstępie chcę zaznaczyć oczywistości: Nowa Trylogia to nie są dobre filmy. Jar Jar Binks to abominacja, za stworzenie której bogowie powinni byli ukarać ludzkość jakimś końcem świata, co najmniej. Midichloriany to jeden z najgorszych pomysłów w historii tego milenium. Dialogi dają raka, gra aktorska boli, większość wątków jest wybitnie wręcz spaprana - jest źle, bardzo źle, momentami wręcz nieziemsko źle. 
ALE. Ale. Wciąż uważam, że jest parę rzeczy, które nie ssały aż tak bardzo. Parę drobnych elementów, które co prawda nie wpływają znacznie na odbiór całej trylogii, ale jednak wyróżniają się na tle reszty niczym grudka węgla w stosie diamentów. A, no i Epizod II był całkiem przyjemną produkcją. 
Punkty ułożone w kolejności zupełnie przypadkowej i niewartościującej. 
  • Sceny walki
    Chyba nikogo tym nie zaskoczyłam, to w końcu sztandarowy argument osób wykazujących, że Nowa Trylogia nie składa się w stu procentach ze skondensowanego zła. Pojedynki na miecze świetlne w prequelach znacznie różnią się od tych ukazanych w poprzednich częściach: są niezwykle dynamiczne, pełne różnego rodzaju skoków, obrotów, salt i innych akrobacji, często wspomaganych użyciem Mocy. Nastawione jest to raczej na efektowność, niż względy praktyczne, ale hej, kogo interesuje sens, kiedy na ekranie dzieją się takie rzeczy! Starcia widoczne w I-III cieszą oczy, ogląda się je ze sporym zainteresowaniem, no i zapadają w pamięć - trudno zapomnieć widowiskową walkę Obi-Wana i Qui-Gona przeciwko Darth Maulowi czy pojedynki z finału "Zemsty Sithów". 
  • Duże ilości naraz Jedi
    Oryginalne filmy pokazała nam trójkę Jedi, elegancko i odpowiednio mistycznie tłumacząc ich istnienie oraz zawiłości Mocy. W porównaniu z tym, nowsze odkryły przed nami całe zatrzęsienie informacji. Dowiedzieliśmy się o szkoleniu, o padawanach, zobaczyliśmy ogromny przekrój przez Zakon - od młodzików (scena z dzieciakami, Yodą i Obi-Wanem jest przeurocza, strasznie ją lubię) po Radę, a także - co chyba szczególnie wszystkich ucieszyło - rycerzy w akcji, biorących udział w walkach i dowodzących wojskiem. Ukazanie wszystkich tych Jedi w czasie bitwy na Geonosis było bezbłędne i niezwykle nerdgazmogenne. I mówię to jako fanka Imperium. 
  • Ciemna strona konfliktu
    Stara Trylogia mogła pochwalić się stadkiem naprawdę ujmujących antagonistów, ale prequele wcale mocno jej w tym nie ustępują. Co prawda większość nie miała czasu się wykazać, bo pojawiali się ledwie w jednej części (Dooku zahaczył jeszcze o jedną, ale to było parę sekund, ciężko to liczyć), ale wypadli na tyle ładnie, by można było ich zapamiętać i polubić. Darth Maul jest ulubieńcem fanów, mimo że pojawił się na parę sekund i wypowiedział ze trzy słowa; hrabia Dooku był grany przez Christophera Lee, co samo w sobie dodaje mu milijon do charyzmy; Jango Fett nie robił może takiego wrażenia, jak Boba w starszych filmach, ale też był urzekający (i miał świetne sceny z Obi-Wanem). Główny zły serii też prezentuje się nieźle - co prawda pod koniec budzi jedynie pusty śmiech (chyba że jest ktoś, kto nie uważa "ULIMITED POWAHHHH!!111one1!" za najśmieszniejszy moment sagi. Jest?), ale przez większość czasu jest wcale interesująca i dobrze sprawdza się jako makiawelistyczny manipulator. 
  • KLONY
    Punkt bardziej subiektywny niż większość. Absolutnie uwielbiam motyw armii klonów  - co prawda główną zasługę w tym miał nie film, a książki oraz serial, ale mniejsza, pomysł sam w sobie jest cudowny. Począwszy od zaskakująco przyjemnych i klimatycznych scen na Kamino, gdzie po raz pierwszy ujrzeliśmy powstające klony, poprzez wszystkie walki z ich udziałem, aż po scenę egzekwowania Rozkazu 66 (o którym więcej niżej), klony prezentują się genialnie, majestatycznie, epicko, jak przystało na najlepszą armię galaktyki. Co prawda nie poświęcono właściwie ani chwili na pokazanie indywidualnych jednostek, ich charakteru czy czegokolwiek, ale trudno, nie oczekiwałam tego. Grunt, że ujęcia na idealnie zsynchronizowane ruchy wojsk Republiki wyglądają genialnie i robią wrażenie. 
  • Grievous
    To najbardziej subiektywny punkt, ale cóż. Grievous ma prawdopodobnie najlepszy design w całej serii (przynajmniej filmowej), ma przecudny głos, a jego sposób walki jest tak widowiskowy, że aż szkoda, że pojawił się na ekranie na tak krótko. Do tego dochodzi ciekawe backstory i niewielka doza charyzmy, no i jakoś tak wyszło, że jest jednym z moich ulubionych elementów Nowej Trylogii. To tyle. 
  • Padmé
    Z poprzednich seansów tych części zapamiętałam tę postać jedynie przez pryzmat najgorszego wątku romantycznego w historii, oraz tego, jak starała się walczyć z tym tragicznym scenariuszem. Przy ostatnim maratonie postanowiłam jednak dokładniej jej się przyjrzeć i doszłam do wniosku, że jest ona zaskakująco ciekawa i wcale nieźle prowadzona. O ile uda nam się zignorować jej związek z Anakinem, znaczy. Wypada niezwykle sympatycznie zarówno jako młodociana królowa, jak i polityk wierny swoim ideałom, w dodatku świetnie sprawdza się jako agresywna negocjatorka. Szkoda, że jej historia skończyła się tak szybko. 
  • "Execute Order 66"
    Kawał porządnej sceny, ot. Bardzo porządnej. Moment, w którym klony wybijają niczego niespodziewających się Jedi przedstawiony jest po prostu doskonale - fantastyczny plot twist dla osób, które nie oglądają po raz pierwszy. Zaskakująco dramatyczne, ładnie wykonane, pokazujące wielu lubianych bohaterów umierających z rąk tych, którym ufali - coś pięknego. 
  • Odległa galaktyka
    NT poświęca też sporo czasu na rozszerzenie uniwersum, co bardzo się chwali. Od początku odwiedzamy nowe planety, które w dodatku oferują całkiem ładne widoki, nie ograniczające się wyłącznie do gór piasku czy śniegu (nawet Mos Eisley jakoś podejrzanie tętni życiem), widzimy masę nowych ras kosmitów, modeli statków i tak dalej. Do tego dowiadujemy się sporo o Jedi (jak wspominałam wcześniej) i Sithach (o tych dowiadujemy się czegokolwiek w ogóle - w ST ta nazwa nawet nie padała), choćby dzięki całkiem udanej scenie, w której Palpatine opowiada o Darth Plagueisie. Do tego dochodzi oczywiście spojrzenie na przeszłość bohaterów znanych z epizodów IV-VI, które też wypada nieźle, nawet, jeśli czasami ogranicza się tylko do wciśniętego nieco na siłę Easter Egga.  
  • Soundtrack, ofkors
    Ogromny plus. Jeśli ktoś nie trawi prequeli tak bardzo, że aż ma trudności z oglądaniem ich, może przynajmniej wsłuchać się w ścieżkę dźwiękową i udawać, że nic innego nie istnieje. Williams odwalił genialną robotę, co w sumie nikogo nie powinno dziwić. A "Duel of Fates" to prześliczny motyw. 
  • Pomysł
    Punkt bardzo ogólny, w dodatku mogący być jednocześnie zaletą, jak i wadą. Ja naprawdę uważam, że Nowa Trylogia wygląda genialnie na papierze. Genialnie. Historia chłopaka uznanego za Wybrańca, który, przez własny charakter i manipulacje villaina, zawodzi oczekiwania wszystkich i przechodzi na Ciemną Stronę Mocy (w znaczeniu dosłownym i przenośnym), ukazana na tle wojny i politycznych intryg brzmi cudownie. Pomysł na Tego Złego, który dowodzi jednocześnie dwiema stronami konfliktu, pomysł na armię klonów, pomysły, pomysły, pomysły. Gdyby nie zostały tak widowiskowo spierdolone, to wyszłoby z tego coś naprawdę fantastycznego, powiadam. Podeszłoby mi pewnie nawet bardziej niż pierwsze trzy filmy, w których fabuła była taka prosta i baśniowa - niestandardowy i skonfliktowany bohater oraz polityczne zagrywki trafiają do mnie znacznie bardziej. Uważam to za najbardziej zmarnowany potencjał ostatnich dziesięcioleci i naprawdę mi szkoda, że tak to wyszło. 
Mogłabym ciągnąć tę listę jeszcze trochę, rzucając pojedynczymi scenami (a było sporo wcale ładnych momentów - zazwyczaj były to te, w których nikt nic nie mówił), czy postaciami (choćby taki Obi-Wan wypadł bardzo przyjemnie, chyba wszyscy się zgodzą), ale chciałam ograniczyć się do swoich osobistych faworytów. Nie ratują one co prawda filmów, ale pozwalają czerpać z seansu pewną radość. Przynajmniej mi. 

A Wy? Czy jest w epizodach I-III coś, co lubicie? A może przeciwnie, potraficie wymienić milijon powodów, dla których te filmy to całkowita porażka światowej kinematografii? Możecie napisać w komciach, chętnie poczytam, poodpowiadam, podyskutuję. Nie krępujcie się, serio. 
Ja tymczasem uciekam na moment do outternetu (studia wzywają), wrócę już po seansie "The Force Awakens". Będzie notka. 

Comments

  1. Z mojej listy wywaliłabym klony i Grievousa (ni to ziębią, ni grzeją), ale poza tym aż zdziwiłam się, z iloma punktami się zgadzam. Plus: uwielbiam tę końcówkę Zemsty Sithów (od rozkazu 66 mniej więcej), która ładnie splata wątki i robi grunt pod Starą Trylogię i pozwala jeszcze mieć feelsy. Ergo: mało kontrowersyjna notka, 2/10, nie polecam tego allegrowicza.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Dammyt, a tak się starałam. Następnym razem napiszę coś takiego, że nikt nie będzie mógł się zgodzić, o!

      Delete
  2. Grievous i backstory: a nie udziela się tu czasem twa postawa fana całego uniwersum? Bo backstory jest wszędzie, tylko nie w filmach - co strasznie szkodzi trylogii, STRASZNIE. Filmy powinny bronić się same, a franczyzowe narracje stanowić wartość dodaną (fajnie to zrobił ostatnio Mad Max: Fury Road i jego komiksy), a w SW 1-3 milion rzeczy nie trzyma się kupy dla ludzi nie inwestujących w pozawielkoekranowe opowieści.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Ech, faktycznie, trochę tu poleciałam. Zgadzam się w zupełności, że filmy powinny bronić się same, a Nowej Trylogii nie do końca się to udaje.

      Delete
  3. Ja chyba jestem niereformowalna, "nowa" trylogia podoba mi się bardziej id starej. Myślę że niedługo dani przychylniej na nią spojrzą bo będą wieszać psy na tej najnowszej;)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Całkiem możliwe, już widuję to w internetach. ;)

      Delete

Post a Comment