Monday, 20 June 2016

Relacja z E3 2016

Ach, E3. Parę dni nieprzerwanego fangazmu, podsycanego co pięć sekund kolejnymi wieściami i zapowiedziami, sporo zachwytów, zawodów, sporo niespodzianek. U co poniektórych, w tym u mnie, dochodzą do tego ciche marzenia, że kiedyś stanie się pośród wystawiających tam twórców. 
W każdym razie: oto relacyjka. Krótka, powierzchowna, chaotyczna - tak jak lubię.


Zacznę od smutków, przejdę do radości.

Moim największym zawodem była niestety rzecz, na którą liczyłam najmocniej. "Mass Effect Andromeda pojawiło się na zeszłorocznym E3 na trzy sekundy, pokazało niewiele i wyszło. W tym roku oczekiwałam czegoś wielkiego, gameplayu, zaczątku fabuły, jakichś postaci. Dostałam kolejne nic, z niewielkim tylko dodatkiem paru ładnych miejsc, twarzy protagonistki oraz ujęciem jednej twarzy, należącej - być może - do postaci. Bardzo biednie, chociaż hajpię i tak, a pokazane rzeczy mi się podobały. Still, nie jest to co, czego chciałam.

Z ogromnym zniecierpliwieniem wyczekiwałam pojawienia się Nintendo i przedstawienia nowych części Pokemonów, Sun and Moon. Spodziewałam się gameplayu, masy nowych informacji, ujawnienia tysiąca niepokazywanych wcześniej Poków oraz ewolucji ujawnionych już starterów. Odrobinę się zawiodłam, jako że dostałam właściwie tylko to pierwsze - chociaż muszę przyznać, że rozgrywka wygląda naprawdę prześlicznie, ach. Oczywiście wygląda to dokładnie tak samo, jak wszystkie poprzednie części, ale przyznaję, nowa szata graficzna robi ogromne wrażenie, straszliwie podobała mi się też walka. Parę ujawnionych Pokemonów wypadło naprawdę uroczo, choć wyglądają moim zdaniem nieco za mało Pokemonowo - to takie zwykłe zwierzątka, tylko bardziej derpne.

Zaraz po pięciu minutach Pokemonów, ludzie z Nintendo przeszli do opowiadania o innej zupełnie nowej i świeżej grze: "Legend of Zelda: Breath of the Wild" - czy też, co bardziej pasuje: "Shadow of Zelda: Breath of the Skyrim". Pokazywali rozgrywkę przez jakiś tysiąc lat, nie zostawiając miejsca i czasu na nic innego. W grze Link biega, skacze, wspina się, eksploruje ogromne krainy, zbierając loot, powalając drzewa i podpalając trawy. Wszystko to jest całkiem miłe, jasne, ale przewrotnie uważam, że jeszcze milej byłoby zobaczyć w końcu coś oryginalnego i nieopartego na tym samym schemacie, co trzydzieści poprzednich gier. Oglądanie tych przygód było przyjemne, fakt, ale ile można.

Zostając w temacie tych głośniejszych momentów targów: wejście Hideo Kojimy było cudowne. Muzyka z "Mad Max", światła, sam Kojima - w pełni rozumiem entuzjazm obecnych na widowni widzów. Trailer jego nowej gry podszedł mi jednak nieco mniej. Jest bardzo przyjemny wizualnie, porządny, ale ech, to zbyt duży poziom artystycznego wtf jak na mnie. Czemu nagi Norman Reedus, czemu dziecko, czemu seppuku, czemu ludzie na niebie, czemu ślady łapek - nie wiem, ale jakoś nie czuję się zaintrygowana na tyle, żeby to sprawdzić.

Przechodząc do rzeczy miłych. Jednym z najbardziej wyczekiwanych przez świat tytułów był zdecydowanie "God of War". Ja osobiście nie byłam nim zbyt mocno zainteresowana, jako że nie miałam okazji grać w poprzednie części. Trailerogameplay zbierał jednak dobre opinie, i cóż, teraz mogę całkowicie się z nimi zgodzić. Grafika jest śliczna, muzyka jest śliczna, cele do mordowania są śliczne, a przedstawiony kawałek historii i relacja główny bohater-pałętający się obok dzieciak jest ujmująca i zgrabnie przedstawiona. Kawałek przyjemnej opowiastki, polecam obejrzeć nawet osobom niezainteresowanym samą grą.

Obok tego są dwa indyki. Pierwszy to dzieło studia z mojego rodzinnego miasta (nieistotne, ale miło widzieć, że w tej postapokaliptycznej ruinie da się robić fajne rzeczy), "Bound". Na bogów, jakie to przepiękne. Gra o tańcu i majtaniu szarfami, całość w absolutnie powalającej wizualnie, onirycznej scenerii. Do tego śliczna muzyka. Bezsprzecznie najbardziej satysfakcjonujący estetycznie tytuł E3. Polecam obejrzeć trailer, to uczta dla oczu i wszelkich innych zmysłów.

Drugi, poruszający w nieco mniejszym stopniu, to "Fe" - niesamowicie urocze, śliczne kolorystycznie cudeńko, tworzone przy okazji wspierającej gry indie inicjatywy EA Originals. Ujmujące, opowiadające o harmonii w przyrodzie, pozwala wcielić się w rolę małego zwierzątka podróżującego po świecie - sprawia przesłodkie wrażenie. 

Za całkiem intrygujące uważam też "Detroit: Become Human". Trailer wygląda obiecująco, chociaż nie mówi wiele o samej rozgrywce. Lubię wybory moralne, a ta gra wydaje się mieć ich całe zatrzęsienie. Jestem ciekawa, jak wyjdzie to w praktyce - może okazać się naprawdę poruszającą grą. Motyw sztucznej inteligencji i konfliktu między AI a ludźmi jest co prawda stary jak świat (ewentualnie stary jak koncept sztucznej inteligencji, ale tu nie jestem pewna) i nieco wyświechtany, "Detroit" też nie wydaje się ukazywać go w żadnym oryginalnym świetle, ale hej, kto wie, co z tego zrobią.

Jestem absolutnie urzeczona "Horizon: Zero Dawn" - zakochałam się w pomyśle, klimacie, głównej bohaterce i wszystkiemu, co widzieliśmy na trailerze i gameplayu. Female-lead RPG, w którym strzelamy z łuku do robo-dinozaurów! Czekałam na to całe życie. Wygląda powalająco, ogromnie podoba mi się połączenie technologii i prymitywnego designu ludzi. A rozwalane przez bohaterkę mechaniczne stwory są najpiękniejszymi growymi mobami evah. Dodatkowo podoba mi się obecność opcji dialogowych - jeśli dorzucą mi do tego jeszcze jakieś ładne relacje z bohaterami, to już w ogóle będę płakać z radości.

W największych zachwytach rozpływam się jednak nad nieco mniejszymi tytułami. Po pierwsze: "Prey". Bogowie, bogowie, toż to najlepszy trailer ostatnich eonów. To napięcie, to tempo, ten niepokój, ta duszna atmosfera! Przy tym wszystko tak przyjemne estetycznie - krzyczę wewnętrznie, naprawdę. Wyczuwam odrobinę Half-Life'owo-Portalowe klimaty, oby uzupełnili to jeszcze wciągającą, niegłupią intrygą, to już w ogóle będzie pięknie. Zapowiada się coś naprawdę ciekawego. Będę naprawdę zawiedziona, jeśli to spaprzą.

Jest jeszcze wiele innych tytułów, o których warto by coś powiedzieć, ale nic z nich nie porwało mnie na tyle, żeby się rozpisywać czy pałać entuzjazmem/pluć żółcią. "Last Guardian" jest przesłodki, ale nie pokazał niczego ciekawego, czego jeszcze nie widzieliśmy. "Gwint", "Mafia 3" czy "Watch_Dogs 2" to rzeczy miłe, ale nie robiące mi za bardzo. Podobnie jak tryliard innych gier. Jak co roku.

No i tyle. Dzielcie się opiniami i wrażeniami w komciach, czy coś.
Będzie notka o "Warcrafcie".
Pa.

Tuesday, 14 June 2016

Recenzja "Harley Quinn" vol 1

Tysiąc lat bez notki, ale oto jest. Dziękuję za cierpliwość wszystkim tym, którzy jeszcze tu trwają. Jesteście osom. 
Recenzja napisana dla bloga DCManiak. Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Egmont.


Harley Quinn to prawdopodobnie jedna z najsłynniejszych najbardziej uwielbionych przez popkulturę postaci z uniwersum DC. Ostatnio często traktowana jako swego rodzaju odpowiednik Deadpoola, równie niekonwencjonalny, zwariowany i rozpoznawalny. Jej sława wciąż wzrasta, szczególnie od kiego ogłoszono, że będzie jedną z głównych bohaterek filmu "Suicide Squad", a później być może też własnego, poświęconego . Mimo że rozpoczęła swój żywot w serialu animowanym, szybko została zaimplementowana do komiksów, przez wiele lat trwając w swojej roli z kreskówki – roli szalonej, nieobliczalnej, asystentki Jokera, pałającej do niego ogromną, wyniszczającą miłością. Już od dłuższego czasu jednak nie jest to jedyne wcielenie doktor Quinzel, jako że niejednokrotnie próbowała się ona odciąć od osoby Księcia Zbrodni i rozpocząć działalność – czy to jako typowy villain, czy może skłaniając się nieco w stronę bycia antybohaterem – na własną rękę. Dostała więc solową serię, innym razem połączyła siły z Catwoman i Poison Ivy, aby wspólnie łamać prawo w dobrej wierze.

New 52 kontynuowało odsuwanie Harley od Jokera i obsadzenie jej na własnej ścieżce. Na początku została członkiem Suicide Squadu, gdzie co prawda zahaczyła w pewnym momencie o tę postać, ale większość czasu poświęcała na bycie swoją własną antyheroiną. Dostała też solową serię, której to fragmentowi przyjrzę się w tej recenzji. Pierwszy tom zawiera w sobie numery od #0 do #8. 

"Miejska gorączka" to pierwszy tom zbiorczy serii Harley Quinn z New 52. Wydanie rozpoczyna się od prawdziwej perełki – wstępu, którego każda strona narysowana została przez innego, legendarnego artystę związanego z DC. Znajdziemy tam prace Darwyna Cooke'a Jima Lee, Adama Hughes, Waltera Simonsona, a także Bruce'a Timma, jednego z twórców postaci Harley. Dopiero po tym cieszącym oczy rozpoczęciu przechodzimy do właściwej historii. 

Scenariuszem do niej zajął się Jimmy Palmiotti, a rysunkami – Amanda Conner i Chad Hardin. Fabuła jest równie zwariowana i beztroska, jak sama bohaterka. Widzimy, jak Harley wprowadza się do nowego mieszkania, co jest wymówką do zasypania jej mnóstwem dziwacznych, szalonych przygód: raz postanawia uwolnić tkwiące w schronisku psy, kiedy indziej – likwiduje byłych agentów ZSRR, gra w roller derby czy próbuje podjąć pracę jako psychoterapeutka. Mamy okazję zobaczyć tu Harleen z bardziej ludzkiej strony, w życiu codziennym, gdzie poza nieprzerwanym strzelaniem do terrorystów i próbowaniem zabicia Batmana, pałęta się po klubach, nawiązuje przyjaźnie ze współlokatorami i flirtuje. To wszystko w towarzystwie swojego wypchanego, gadającego bobra – coby nie było zbyt codziennie i zwyczajnie.

Przedstawione wydarzenia są, jak widać po opisie, beztrosko radosne, absurdalne i nietrzymające się żadnych zasad. Całość wypełniona jest humorem – abstrakcyjnym, często niewyszukanym, slapstickowym, a także pełnym popkulturowych smaczków, nawiązań i mrugnięć okiem. Nie zabrakło też cechy, która nie jest co prawda charakterystyczna dla tej bohaterki, ale idealnie wpasowuje się w konwencję: łamania czwartej ściany. Nie jest to na szczęście zbyt mocno wyeksploatowane, przez co nie ma czasu się znudzić – twórcy wiedzieli, co robią.

Oprawa graficzna autorstwa Amandy Conner i Chada Hardina doskonale uzupełnia opowieść, przy okazji ciesząc oczy także jako osobne prace. Użyta kreska jest naprawdę śliczna, Harley wygląda u przeuroczo, chociaż należę do osób, którym jej nowy kostium zupełnie nie przypadł do gustu – tutaj wypada całkiem niebrzydko. Rysunki są niesamowicie dynamiczne, barwne i pełne życia – perfekcyjnie oddają dziką, pędzącą łeb na szyję akcję. 

Podsumowując, "Miejska gorączka" to Harley Quinn w pigułce. Komiks idealnie oddaje charakter postaci, przedstawiając banalnie prostą, absurdalną historię, będącą jedynie pretekstem do nieograniczonej niczym, radosnej zabawy. Niebezpieczna socjopatka uzbrojona w wielki młot ma tu ogromne pole do popisu, a jej przygody mogą kojarzyć się w charakterze z tymi, które przeżywają inni ulubieńcy fanów: Deadpool i Lobo.

Komiks nie próbuje udawać, że jest czymś więcej, niż tylko dawką bezpardonowej, kolorowej demolki, pełnej niewybrednych żartów i puszczania oka do czytelników. Jeśli podejdzie się do tego, oczekując czegoś odkrywczego czy w jakikolwiek sposób ambitnego – cóż, można się srodze zawieść. Jeżeli jednak najdzie kogoś ochota na lekką, radosną, traktującą się z dystansem historyjkę, która w dodatku dostarczy sporo śmiechu – doskonały wybór! Możliwe jednak, że specyficzny klimat nie podejdzie każdemu, zwłaszcza osobom o bardziej wysublimowanym poczuciu humoru… ale hej, czasami miło się tak odmóżdżyć. Zwłaszcza, że komiks raczej nie obraża niczyjej inteligencji, a po prostu bawi się wszystkim, co akurat się nawinie.

To tyle. Na dniach pojawi się notka o E3, pełna zachwytów, zawodów i tak dalej.
Zapraszam do komentowania czy coś.